Wojownicy - Artemida

Pełna wersja: Wrzosowe Wzgórze
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3
Wysokie, pokryte wrzosami wzgórze na szczycie którego stoi Samotny Strażnik. Stanowi granicę terenów Nowego Świtu od strony Wysokich Traw. Ze szczytu wzgórza widać nawet w oddali czarny pas Grzmiącej Ścieżki.
Pamiętała to miejsce bardziej niż dokładnie. Jak na nim stanęli we czwórkę, jak spojrzeli na potencjalna kępkę krzaków, która jak nic mogła zostać ich domem. A później Wieszczy, powrót i... Dużo tego było i dobrze, że się skończyło. Miała serdeczne dosyć ciągłych kłótni, napiętej atmosfery i tej całej otoczki, która irytowała Kos niezmiernie. Nawet jeśli to miejsce kojarzyło jej się w pewien sposób z traumą, to nie mogła zrezygnować z obowiązków. Polowanie musiało się odbyć - a ona musiała też przejść po granicach, patrolując, czy wszystko z nimi dobrze.
//Polowanie!
Kos: S: 16 | Zr: 8 | Sz: 13 | Zm: 8 | HP: 80 | W: 60

Kotka praktycznie od razu odnalazła trop. Ledwo co rozpoczęła polowanie, a już przed nią stał obraz napuszonego ptaka o czarno-srebrnych piórach. Szybko poszło znalezienie tropu, czyżby gwiazdy się uśmiechnęły do Kos? Na dodatek wrona, nie przejmująca się otoczeniem skubała leniwie pióra, chowając głowę pod skrzydłem. Kompletnie odsłonięta od rzeczywistości, kotka z Nowego Świtu powinna być w stanie ją złapać szybkim ruchem. O ile wrona w ostatnim momencie się nie odwróci, rzecz jasna.
Wrona... Niech będzie. Czemu nie? Wpierw skryła się za krzakami, szykując się do skradania się właśnie w gąszczu, uciekając od zdradzieckiego wzroku ptaka jak najdalej. Później ugięła łapy tak, aby jej brzuch był nisko nad ziemią, ale żeby nie szurał, zaś na koniec zrównała łeb i ogon z linią grzbietu. Pilnowała, by kierować się pod wiatr, patrzeć pod nogi i tak przygotowana ruszyła w danym kierunku. Kiedy, w jej mniemaniu było już wystarczająco blisko, skoczyła z tylnych łap, z wysuniętymi pazurami celując w ciało ptaka.
Kos: S: 16 | Zr: 8 | Sz: 13 | Zm: 8 | HP: 80 | W: 60 - 2 = 58 (60)

Wszystko wyglądało tak dobrze. Wrona, kompletnie odcięta od rzeczywistości nie powinna była w losowym momencie odwrócić swego dzioba, na dodatek prosto w szylkretowe futro kotki z Nowego Świtu, kiedy już rzucała się w jego stronę. Tak jednak się stało i tak jak wrona szybko się pojawiła na radarze kotki, tak też zniknęła, odlatując w górę i unikając zagrożenia. Wkrótce kompletnie zniknęła z oczu Kos.
Cóż mogła rzec? Nie była kociakiem, aby syknąć z furii lub zacząć drzeć pazurami o ziemię. Takie było polowanie, pełne nieprzewidywalnych zwrotów akcji, czasami pozytywnych, czasami negatywnych lub gorzej, tych tragicznych, kiedy znikąd zjawia się borsuk, zabijając każdego na swojej drodze. Teraz borsuki były szczególnie niebezpieczne. Bo nie było ich wiele, ba, poza nią, Tundrą, Rudzikiem i Pokrzywą nie była w stanie wymienić nikogo, kto mógł by przyjść jej z pomocą. Ruszyła jednak dalej, nie poddawaj się tak łatwo.
Kos: S: 16 | Zr: 8 | Sz: 13 | Zm: 8 | HP: 80 | W: 58 (60)

Wrona odleciała, zostawiając za sobą piórka, powoli opadające na ziemię, Kos zaś kontynuowała swoją przeprawę po granicy terenów Nowego Świtu. Po jakimś czasie napotkała nowy zapach, nie musiała więc długo czekać. Problem był taki, że ślad ten nie należał do żadnej zwierzyny... A chyba innego kota. Przed kotką stała decyzja, czy chce podejść czy może zostawi tego kota, który wyraźnie znajdywał się na środku granicy?
Wyczuwszy coś, ucieszyła się bardzo, jednak uświadomiwszy sobie, że jest to kot, mina jej zrzedła. Nie chciała walczyć, nie widziało jej się również chamskie (bo tak musiała zrobić, żeby przekonać bardziej opornych samotników do opuszczenia terenów) wyganianie, jednak cóż mogła zrobić? Może to Plaga?! Albo Roche! Zawrzało w niej odrobinę stresu. Może to ktoś, kto... Koniec zmartwiania się, idziemy. I poszła za zapachem, starając się wyczuć jak najwięcej informacji, takich jak rany, wiek lub coś, co mogłoby jej pomóc w rozszyfrowaniu tajemniczego jegomościa.
Kos: S: 16 | Zr: 8 | Sz: 13 | Zm: 8 | HP: 80 | W: 58 (60)

Kot przed Kos stał w rozkroku, widocznie zmieszany. Może się zgubił? Na szyi dyndała mu luźno obroża, połączona z jakimś dziwnym, czarnym sznurkiem. Rozglądał się na boki, nie widząc jeszcze zagrożenia że strony kotki z Nowego Świtu. Mogłaby go zajść od tyłu z łatwością, pewnie od razu powalając go na ziemię, jeśli by się za to oczywiście zabrała. Kot ten był dość młody, niosąc ze sobą zapach Grzmiącej Ścieżki i strachu, z łapy leniwie kapała mu krew.
Pieszczoch. To definitywnie był pieszczoch, przez to głupie coś na szyi. Czyli nikt z Klanów, z całą pewnością nikt. Pieszczoch. Obcy. Niegroźny. Młody. Może go zabić z łatwością, ale tego nie zrobi. Jak powinna zareagować...? Rana, jest ranny!
- Um - zaczęła, informując o swojej obecności. Była gotowa do stoczenia ewentualnej walki, o czym świadczyły napięte mięśnie, jednak nie miała zamiaru atakować. W razie czego go powali, wątpiła, aby miał doświadczenie. A ona, po walce z Krogulec mogła o takowym mówić bez oporu. - Cześć...? Nie chcę Cię skrzywdzić, to tak od razu - starał się mieć kojący, spokojny ton głosu. Nie chciała aby uciekł, skoro potrzebował pomocy. - Co się stało? Krwawisz, więc potrzebujesz pomocy - zadecydowała za niego, licząc, że zaraz nie dostanie pazurami po pysku. - Możemy porozmawiać? Jak masz na imię? - głos drżał jej odrobinę, jednak była zdecydowanie bardziej pewna siebie niźli on. Och, czy pieszczoch jej nie zaatakuje? Co on tu robił? Nie czuł zapachu Nowego Świtu? Przecież oznaczyli granicę, nawet bardzo dobrze! Westchnęła w myślach. Pysk wykrzywiła w miłym, pokojowym uśmiechu zachęcającym pieszczocha to spokojniej, nieagresywnej rozmowy.
Kos: S: 16 | Zr: 8 | Sz: 13 | Zm: 8 | HP: 80 | W: 58 (60)

Młodzik, zaskoczony głosem nastroszył futro na karku, dopóki oczami nie napotkał sylwetki kota, kiedy dodatkowo spiął mięśnie, podobnie jak kotka z Nowego Świtu zrobiła uderzenia serca wcześniej. Otrząsnął się, w końcu układając futro i spoglądając na swoją łapę, kiedy ta wspomniała o tym, że krwawi. Popatrzał na nią ze zmarszczonymi brwiami, próbując jakby strząsnąć krew z łapy, co niestety nie zadziałało. Dopiero potem spojrzał na czarną szylkretkę i z niezadowoleniem w oczach, finalnie odpowiedział.
Jŏ mōm miano Oblat. Niy wim kaj jestech, zmatlŏłech się we krzoki, takej dość ôstre. – odpowiedział Oblat językiem dość przypominającym ten, w którym mówiła Kos (temu tyż niy zwrócił jej uwagi na to, czemu tak dziwnie mówi), pytanie tylko... czy się porozumieją. Ludzie Oblata bowiem mówili po śląsku, jak i również wychowywał się wśród kotów mówiących w ten sposób, co też przeszło na mowę ładnego, orientalnego kotka o płowym kolorze. Będzie trudniej, niż się spodziewała.
Obserwowała jego mimikę uważnie, starając się rozszyfrować cokolwiek z dziwnych wyrazów pyska. Kocur był.. Dość nietypowy od samego początku, jednak jak miało się okazać, to nie było w nim najdziwniejsze.
- Co? - przekrzywiła zdziwiona głowę, średnio rozumiejąc, co jegomość powiedział. Czemu on tak mówił? To jakiś kod? Przecież wszystkie koty mówią tak samo? Westchnęła, czując, że udzielnie pomocy będzie zdecydowanie trudniejsze niż się spodziewała. - Dobra, będzie trudniej, ale chyba się dogadamy. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz? - spojrzała na ładnego kocura trochę zaciekawiona dziwną mową. Była dość podobna, ale nie taka sama, jednak powinni się dogadać, prawda?
- Dobra Oblat - miała nadzieję, że dobrze zrozumiała jego imię. - Potrzebujesz opatrunku? Rana wciąż krwawi? - zaraz przegoni go z granicy, na razie jednak musi... Się z nim dogadać.
Dunewind — Dziś o 16:49
Kos: S: 16 | Zr: 8 | Sz: 13 | Zm: 8 | HP: 80 | W: 58 (60)

Nie zawsze było w życiu tak łatwo, że kot z kotem, mimo tego samego gatunku... będą w stanie się porozumieć. Kos jednak nie szło aż tak źle, była w stanie rozkodować, mniej-więcej, co Oblat powiedział, byli więc na dobrej drodze.
Ja, kapnołech się co godŏsz. Po jakiemu ty tu, tyś je gorol...? – widocznie kotek nigdy nie spotkał się z kimś w ogóle nie mówiącym w tym samym języku, co on. Ale był młody, miał jeszcze dużo do zobaczenia. – Bezmała niy, jo myśla. – odpowiedział, jeszcze raz patrząc na ranę. Krew była już chyba zastygnięta? – Przyleź sam luknij se. – mruknął niepewnie. Nigdy nawet nie był u weterynarza, obawiał się że ten... opatrunek mógłby być mało poręczny, czego nie chciał, jeśli zamierzał wrócić do domu.
Wbrew pozorom, nie szło jej tak ciężko, jednak z całą pewnością musiała w głowie powtarzać słowa kocura w głowie minimum trzy razy, żeby w ogóle pojąc co chciał jej przekazać. Oblat mówił prosto, strasznie prosto, takim dość prymitywnym językiem, jednak hej!, jeśli umieli się porozumieć, co stało na przeszkodzie, żeby i ona mówiła swoim, może trochę bardziej rozbudowanym językiem?
- To dobrze. A u nas... Wszyscy tak mówią, to normalne. Tylko ty tak jakoś, hm, nietypowo gadasz, ale jeśli ja cię zrozumiem, to inni pewnie też. Nie jesteś stąd, prawda? - czyli nie znał Klanów, ani Nowego Świtu? Czy naprawdę ona musiała mu przekazać podstawową wiedzę o całym lesie? To będzie co najmniej ciężkie, ale i ciekawe. - I kim ja jestem? - może to jakieś pieszczoszkowe słowo? Albo jakieś inaczej brzmiące? Dziwne, doprawdy, dziwne.
Pierwszych słów nie zrozumiała, jednak następne już trochę tak. Westchnęła cicho, uważnie obserwując ranę. Nie znała się na medycynie, Fairy'ego ani myśli zawołać... może jeśli opatrzy to pajęczyną, będzie dobrze? W końcu nie raz w lecznicy była i widziała, jak na rany nakładają pajęczynę. Ale z drugiej strony, ile razy ona miała mniejsze zadrapanie, z którego coś się polało , ale nie szła do medyka. Może lepiej będzie odpuścić, niż szukać pomocy?
- Na razie nie wygląda na poważną. Boli Cię? Jesteś w stanie na normalnie chodzić? - wolała zapytać, tak dla bezpieczeństwa.
Dotarłszy na porośnięte wrzosami wzgórze, wielka masa czarnego futra usiadła i zaczęła myć sobie grzbiet. Podczas marszu zimny wiatr nieprzyjemnie mierzwił mu sierść, przenikając do warstwy bliżej skóry i tym samym irytując kocura. Po szybkiej toalecie zaczął rozglądać się po okolicy i obwąchiwać każdą kępę wrzosów.
Powrócił w okolice Klanów między innymi ze względu na tajemnicze stado, o którym wspomniał mu wiele księżyców temu kocur z dziwnie wydłużonym pyskiem. Niestety nie znalazł już ich śladów na Leśnych Ostępach, gdzie niegdyś spotkał nieznajomego. Rozważał możliwość, iż grupa została wchłonięta przez Klany lub wypędzona, jednakże nie zamierzał tak łatwo porzucić poszukiwań. Całość stanowiła dla niego tajemnicę, gdyż Wilczy Szlak nigdy nie wspominał o ów grupie, a to oznaczało, iż mogła być tu świeża i skrywać w sobie wiele ciekawych informacji. A On pragnął wiedzy, zaś głód ten był wiecznie niezaspokojony. Skoro nie znalazł ugrupowania po tamtej stronie drogi, chciał sprawdzić jeszcze po przeciwnej. W ten sposób wylądował na Wrzosowym Wzgórzu.
Wąchał starannie, jednocześnie trzymając uszy postawione do góry, aby żaden hałas mogący wróżyć niebezpieczeństwo nie umknął jego uwadze. Powoli zbliżał się do samotnego drzewa na szczycie, aż wreszcie natknął się na całkiem świeży intensywny zapach. Granica? Oznaczenie zapachowe zdecydowanie nie należało do tylko jednego osobnika, zatem mogło stanowić granicę czyjegoś terytorium. Nie poczynił kolejnego kroku naprzód, stał w miejscu, uważnie badając znalezisko.

// Zapraszam Tsunami
Stron: 1 2 3