<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Artemida - Wojownicy PBF - <font color=#ececec>Misje i Przygody</font>]]></title>
		<link>https://artemida.webd.pl/</link>
		<description><![CDATA[Artemida - Wojownicy PBF - https://artemida.webd.pl]]></description>
		<pubDate>Wed, 21 Oct 2026 06:48:45 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa Truflowego Noska]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11717.html</link>
			<pubDate>Tue, 18 Aug 2026 18:15:47 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2274">Truflowy Nosek</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11717.html</guid>
			<description><![CDATA[&emsp;&emsp;Biegłam, biegłam tak szybko, że wszystko co było po bokach rozmazywało mi się w jedną niewiadomą, nie miałam pojęcia również gdzie dokładnie biegłam; czy miałam w tym cel, a może coś na mnie czekało? Czasami odczuwałam niepokój, miałam wrażenie, że może jednak coś mnie goni… albo co gorsza to ja goniłam kogoś? A co jeśli uciekałam, ale przed tym co powinnam zrobić? Przed tym gdzie powinnam być? Co jeśli znowu zawodziłam innych przez swoje decyzje? Co jeśli tym razem nikt mi nie wybaczy? Nawet nie Iskra? Co jeśli uciekałam przed odpowiedzialnością, bo nigdy jej nie chciałam? A mimo to łapy niosły mnie dalej, mimo to nie mogłam się zatrzymać i wszystko po prostu migało mi jak momenty zatrzymane w czasie; nie byłam pewna gdzie już byłam, wszystko wyglądało tak samo. A ja…<br />
&emsp;&emsp;Biegłam, biegłam tak szybko, że wszystko co było po bokach rozmazywało mi się w jedną niewiadomą, nie miałam pojęcia również gdzie dokładnie biegłam; czy miałam w tym cel, a może coś na mnie czekało? Czasami odczuwałam szczęście i wolność, czułam radość wypełniającą moje ciało - byłam wolna. Pierwszy raz w życiu nic i nikt na mnie nigdzie nie czekał, nikt ode mnie nic nie chciał, a ja mogłam po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">biec</span>; nie zastanawiać się nad jutrem, nie zastanawiać się nad wczoraj, ani tym co będzie za dwa wschody słońca; byłam wolna pierwszy raz w życiu, pogodzona z przeszłością i przyszłością. W tym konkretnym momencie bez żalu, bez poczucia winy, bez wody zalewającej moje płuca; och, dotykałam chmur, goniłam się z ptakami na niebie, a łapy po prostu prowadziły mnie gdzieś, bez miejsca docelowego, bez historii. A ja… <br />
&emsp;&emsp;Biegłam, biegłam tak szybko, że wszystko co było po bokach rozmazywało mi się w jedną niewiadomą, nie miałam pojęcia również gdzie dokładnie biegłam; czy miałam w tym cel, a może coś na mnie czekało? I chciałam tak biec dalej, ale zarazem nie chciałam, czułam się jakbym biegała w kółko, gdzieś straciłam swój sens, gdzieś to wszystko straciło swoje piękno… byłam zmęczona, mimo iż przed chwilą jeszcze odczuwałam taką energię… tak? Tak mi się wydawało. Wydawało mi się, że ta pętla trwała już, któryś raz, że nie mogłam się wydostać; nie wiedziałam co ze sobą zrobić, nie potykałam się, nie upadałam, nic mi nie było, a zarazem czułam się zmęczona i chciałam przestać, odpocząć. Zaraz… nie, nie, nie. Nie! <br />
&emsp;&emsp;Biegłam, biegłam tak szybko, że wszystko co było po bokach rozmazywało mi się w jedną niewiadomą, nie miałam pojęcia również gdzie dokładnie biegłam; czy miałam w tym cel, a może coś na mnie czekało? Nic na mnie nie czekało. Nie chciałam już biec, nie chciałam. Chciałam stanąć. Chciałam się zatrzymać, łzy spływały mi po policzkach, a poduszki łap paliły, traciłam dech, prosiłam wszystko co mogłam, prosiłam żeby wydostano mnie z tego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">koszmaru</span>; nie wiedziałam jednak jak, a rozglądanie się na boki nie pomagało… i wiedziałam, że zaraz znowu zacznie się to na nowo, a potem na nowo i na nowo. <br />
&emsp;&emsp;Znowu biegłam, ale tym razem z zamkniętymi oczami, niezależnie co robiłam i tak nic mi nie pomagało, poddałam się, potrzebowałam przemyśleć jak się z tego wydostać… i wtedy, dopiero po zamknięciu oczy, dopiero wtedy, poczułam: wrzosy. Moje łapy stanęły w miejscu, a ja już nie biegłam, księżyc pojawił się na niebie; znałam te łąki, znałam ten pagórek i znałam ten zapach, uśmiech uformował się na moim pyszczku, a ja poczułam energię płynącą po moim ciele - Orion. Tylko gdzie on był? Wiedziałam, że gdzieś… tutaj, to było miejsce naszego ostatniego spotkania, a ja tęskniłam za tym kocurem bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Łapy teraz mnie już nie bolały, wszystko było dobre i przyjemne, i nie czułam już tyle negatywnych emocji, och jaki to był spokój… ta noc była miłym wspomnieniem. <br />
<br />
Wrzosy. Otworzyłam miodowe oczy, a do moich nozdrzy dostał się zapach medykamentów, byłam w Ziołowym Wzgórzu, a to wszystko był tylko sen, ale zapach był prawdziwy, czułam te wrzosy! Nawet teraz! Niknące powoli wśród mocnych ziół, ale nadal je czułam, a kąciki moich oczu nagle stały się mokre… och, Orion, brakowało mi cię w najdrobniejszych kwestiach, promienie słońca przypominały mi naszą rozmowę o tańczących światłach, niektóre głosy czasami na pół uderzenia serca brzmiały jak twój; tęskniłam za twoim wsparciem i rozmowami o wszystkim i o niczym. Nawet teraz, nawet w chwilach kiedy czułam bezsilność i strach potrafiłeś dodawać mi otuchy i przypominać, że zawsze jest ktoś kto mi pomoże, że nie jestem sama. Potrzebowałam tego bardziej, niż uścisku i dobrych słów, potrzebowałam przypomnienia gdzie powinna brnąć moja wola i gdzie powinnam trzymać swoje serce. Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem, mimo iż koszmar który zawładnął moim snem nadal dawał o sobie znaki w moich napiętych barkach i nieprzyjemnie kotłujących się emocjach, niepewność i strach. Czułam jednak ciepło, nie tylko te od Oriona, ale również te od ciała Traszki zaraz obok mnie, byłam spokojniejsza z każdym wdechem; dzisiaj szłam po życia… <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Skąd wiedziałeś, mój drogi?</span> <br />
Cicho westchnęłam, dzisiaj był wielki dzień… czy tak też niektórzy mogliby myśleć; ja jednak pomimo wszystko nie potrafiłam pozbyć się obaw, kiedyś byłoby to dla mnie niedopomyślenia. Obawy? Strach? Nie znałam tych słów, zawsze byłam taka pełna energii i lekkości, myślałam kiedyś, że świat nigdy mnie nie dopadnie. Jak bardzo można się mylić? A mimo to nie potrafiłam do końca uznać, że było to złe - w końcu osiąść na ziemi, nawet jeśli żałowałam swojej wolności to czy nie było czegoś pięknego w tym, że miało się gdzie wracać? Sądziłam, że był to największy dar jaki mógł mnie spotkać, najlepsze do czego życie mogło doprowadzić kota, który tyle księżyców nie liczył się z uczuciami innych, nie do końca. Zawsze odgradzałam się grubą kreksą od tego co moje działania mogły zrobić, zawsze odgradzałam się od uczuć, czułam tylko to co chciałam, unikałam smutku i żalu, może dlatego musiałam się nauczyć z nim żyć? Wydaje mi się, że była to dla mnie potrzebna lekcja, nawet jeśli nie zawsze chce ją akceptować, typowe wyparcie - miało w sobie coś tak kociego. Namacalnego. Uśmiechnęłam się do siebie i przeciągnęłam mocniej budząc przy tym Traszkę i trącając ją delikatnie nosem, bark nadal mnie bolał, rana nadal nie była zagojona, ale to nic. Dłużej czekać nie mogłam. Rozminęłam się z moją wojowniczką wychodzą z Ziołowego Wzgórza, musiałam jeszcze poinformować o czymś Księżycowe Wzgórze i przy okazji obudzić Słoneczny Brzeg, który spojrzał na mnie ze zdziwieniem i zmieszanie przez pierwsze dwa uderzenia serca; wdech, wydech, uśmiechnął się do mnie miękko, wstał i również rozciągnął - wyprawa. Poprosiłam go żeby przygotował śniadanie dla Turzycy i obudził ją przy okazji, świat dopiero wstawał; pogoda dzisiaj była dość nijaka, wyglądało jakby miało się rozpadać w pewnym momencie, ale nie było to nic dziwnego przez ostatnie księżyce. Sama zjadłam jedynie ryjówkę podczas rozmowy z Księżyc, która namawiała mnie na zjedzenie więcej, ale wiedziałam że nie dam rady nic innego tknąć. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gotowi?</span> – zapytałam podchodząc do Słońca i Turzycy z delikatnym uśmiechem, wskazując przy tym głową na wyjście z obozu; ruszając przy tym prosto w stronę wyjścia… no chyba, że naprawdę na coś trzeba było poczekać! To wtedy zamierzałam poczekać, jednak jeśli mogliśmy iść… to wychodząc spomiędzy Kwitnących Zarośli i chciałam zacząć kierować się w stronę Jasnych Skał.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[&emsp;&emsp;Biegłam, biegłam tak szybko, że wszystko co było po bokach rozmazywało mi się w jedną niewiadomą, nie miałam pojęcia również gdzie dokładnie biegłam; czy miałam w tym cel, a może coś na mnie czekało? Czasami odczuwałam niepokój, miałam wrażenie, że może jednak coś mnie goni… albo co gorsza to ja goniłam kogoś? A co jeśli uciekałam, ale przed tym co powinnam zrobić? Przed tym gdzie powinnam być? Co jeśli znowu zawodziłam innych przez swoje decyzje? Co jeśli tym razem nikt mi nie wybaczy? Nawet nie Iskra? Co jeśli uciekałam przed odpowiedzialnością, bo nigdy jej nie chciałam? A mimo to łapy niosły mnie dalej, mimo to nie mogłam się zatrzymać i wszystko po prostu migało mi jak momenty zatrzymane w czasie; nie byłam pewna gdzie już byłam, wszystko wyglądało tak samo. A ja…<br />
&emsp;&emsp;Biegłam, biegłam tak szybko, że wszystko co było po bokach rozmazywało mi się w jedną niewiadomą, nie miałam pojęcia również gdzie dokładnie biegłam; czy miałam w tym cel, a może coś na mnie czekało? Czasami odczuwałam szczęście i wolność, czułam radość wypełniającą moje ciało - byłam wolna. Pierwszy raz w życiu nic i nikt na mnie nigdzie nie czekał, nikt ode mnie nic nie chciał, a ja mogłam po prostu <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">biec</span>; nie zastanawiać się nad jutrem, nie zastanawiać się nad wczoraj, ani tym co będzie za dwa wschody słońca; byłam wolna pierwszy raz w życiu, pogodzona z przeszłością i przyszłością. W tym konkretnym momencie bez żalu, bez poczucia winy, bez wody zalewającej moje płuca; och, dotykałam chmur, goniłam się z ptakami na niebie, a łapy po prostu prowadziły mnie gdzieś, bez miejsca docelowego, bez historii. A ja… <br />
&emsp;&emsp;Biegłam, biegłam tak szybko, że wszystko co było po bokach rozmazywało mi się w jedną niewiadomą, nie miałam pojęcia również gdzie dokładnie biegłam; czy miałam w tym cel, a może coś na mnie czekało? I chciałam tak biec dalej, ale zarazem nie chciałam, czułam się jakbym biegała w kółko, gdzieś straciłam swój sens, gdzieś to wszystko straciło swoje piękno… byłam zmęczona, mimo iż przed chwilą jeszcze odczuwałam taką energię… tak? Tak mi się wydawało. Wydawało mi się, że ta pętla trwała już, któryś raz, że nie mogłam się wydostać; nie wiedziałam co ze sobą zrobić, nie potykałam się, nie upadałam, nic mi nie było, a zarazem czułam się zmęczona i chciałam przestać, odpocząć. Zaraz… nie, nie, nie. Nie! <br />
&emsp;&emsp;Biegłam, biegłam tak szybko, że wszystko co było po bokach rozmazywało mi się w jedną niewiadomą, nie miałam pojęcia również gdzie dokładnie biegłam; czy miałam w tym cel, a może coś na mnie czekało? Nic na mnie nie czekało. Nie chciałam już biec, nie chciałam. Chciałam stanąć. Chciałam się zatrzymać, łzy spływały mi po policzkach, a poduszki łap paliły, traciłam dech, prosiłam wszystko co mogłam, prosiłam żeby wydostano mnie z tego <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">koszmaru</span>; nie wiedziałam jednak jak, a rozglądanie się na boki nie pomagało… i wiedziałam, że zaraz znowu zacznie się to na nowo, a potem na nowo i na nowo. <br />
&emsp;&emsp;Znowu biegłam, ale tym razem z zamkniętymi oczami, niezależnie co robiłam i tak nic mi nie pomagało, poddałam się, potrzebowałam przemyśleć jak się z tego wydostać… i wtedy, dopiero po zamknięciu oczy, dopiero wtedy, poczułam: wrzosy. Moje łapy stanęły w miejscu, a ja już nie biegłam, księżyc pojawił się na niebie; znałam te łąki, znałam ten pagórek i znałam ten zapach, uśmiech uformował się na moim pyszczku, a ja poczułam energię płynącą po moim ciele - Orion. Tylko gdzie on był? Wiedziałam, że gdzieś… tutaj, to było miejsce naszego ostatniego spotkania, a ja tęskniłam za tym kocurem bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Łapy teraz mnie już nie bolały, wszystko było dobre i przyjemne, i nie czułam już tyle negatywnych emocji, och jaki to był spokój… ta noc była miłym wspomnieniem. <br />
<br />
Wrzosy. Otworzyłam miodowe oczy, a do moich nozdrzy dostał się zapach medykamentów, byłam w Ziołowym Wzgórzu, a to wszystko był tylko sen, ale zapach był prawdziwy, czułam te wrzosy! Nawet teraz! Niknące powoli wśród mocnych ziół, ale nadal je czułam, a kąciki moich oczu nagle stały się mokre… och, Orion, brakowało mi cię w najdrobniejszych kwestiach, promienie słońca przypominały mi naszą rozmowę o tańczących światłach, niektóre głosy czasami na pół uderzenia serca brzmiały jak twój; tęskniłam za twoim wsparciem i rozmowami o wszystkim i o niczym. Nawet teraz, nawet w chwilach kiedy czułam bezsilność i strach potrafiłeś dodawać mi otuchy i przypominać, że zawsze jest ktoś kto mi pomoże, że nie jestem sama. Potrzebowałam tego bardziej, niż uścisku i dobrych słów, potrzebowałam przypomnienia gdzie powinna brnąć moja wola i gdzie powinnam trzymać swoje serce. Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem, mimo iż koszmar który zawładnął moim snem nadal dawał o sobie znaki w moich napiętych barkach i nieprzyjemnie kotłujących się emocjach, niepewność i strach. Czułam jednak ciepło, nie tylko te od Oriona, ale również te od ciała Traszki zaraz obok mnie, byłam spokojniejsza z każdym wdechem; dzisiaj szłam po życia… <br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Skąd wiedziałeś, mój drogi?</span> <br />
Cicho westchnęłam, dzisiaj był wielki dzień… czy tak też niektórzy mogliby myśleć; ja jednak pomimo wszystko nie potrafiłam pozbyć się obaw, kiedyś byłoby to dla mnie niedopomyślenia. Obawy? Strach? Nie znałam tych słów, zawsze byłam taka pełna energii i lekkości, myślałam kiedyś, że świat nigdy mnie nie dopadnie. Jak bardzo można się mylić? A mimo to nie potrafiłam do końca uznać, że było to złe - w końcu osiąść na ziemi, nawet jeśli żałowałam swojej wolności to czy nie było czegoś pięknego w tym, że miało się gdzie wracać? Sądziłam, że był to największy dar jaki mógł mnie spotkać, najlepsze do czego życie mogło doprowadzić kota, który tyle księżyców nie liczył się z uczuciami innych, nie do końca. Zawsze odgradzałam się grubą kreksą od tego co moje działania mogły zrobić, zawsze odgradzałam się od uczuć, czułam tylko to co chciałam, unikałam smutku i żalu, może dlatego musiałam się nauczyć z nim żyć? Wydaje mi się, że była to dla mnie potrzebna lekcja, nawet jeśli nie zawsze chce ją akceptować, typowe wyparcie - miało w sobie coś tak kociego. Namacalnego. Uśmiechnęłam się do siebie i przeciągnęłam mocniej budząc przy tym Traszkę i trącając ją delikatnie nosem, bark nadal mnie bolał, rana nadal nie była zagojona, ale to nic. Dłużej czekać nie mogłam. Rozminęłam się z moją wojowniczką wychodzą z Ziołowego Wzgórza, musiałam jeszcze poinformować o czymś Księżycowe Wzgórze i przy okazji obudzić Słoneczny Brzeg, który spojrzał na mnie ze zdziwieniem i zmieszanie przez pierwsze dwa uderzenia serca; wdech, wydech, uśmiechnął się do mnie miękko, wstał i również rozciągnął - wyprawa. Poprosiłam go żeby przygotował śniadanie dla Turzycy i obudził ją przy okazji, świat dopiero wstawał; pogoda dzisiaj była dość nijaka, wyglądało jakby miało się rozpadać w pewnym momencie, ale nie było to nic dziwnego przez ostatnie księżyce. Sama zjadłam jedynie ryjówkę podczas rozmowy z Księżyc, która namawiała mnie na zjedzenie więcej, ale wiedziałam że nie dam rady nic innego tknąć. <br />
<br />
– <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Gotowi?</span> – zapytałam podchodząc do Słońca i Turzycy z delikatnym uśmiechem, wskazując przy tym głową na wyjście z obozu; ruszając przy tym prosto w stronę wyjścia… no chyba, że naprawdę na coś trzeba było poczekać! To wtedy zamierzałam poczekać, jednak jeśli mogliśmy iść… to wychodząc spomiędzy Kwitnących Zarośli i chciałam zacząć kierować się w stronę Jasnych Skał.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa Ciernistego Gąszczu i Wroniej Łapy]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11699.html</link>
			<pubDate>Sat, 08 Aug 2026 17:10:25 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2440">Ciernisty Gąszcz</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11699.html</guid>
			<description><![CDATA[Czekała z tym już wystarczająco długo. Była pewna co do umiejętności Wroniej Łapy, zdążyła już wyleczyć wiele kotów i osiągnęła umiejętności wystarczające, by rzeczywiście zajmować się lecznicą. Z tego, co zdołała dowiedzieć się od Szepczącego Topieliska, po zmianie mistrza również jej wojowniczy trening posuwał się odpowiednio do przodu, więc brak jej wiedzy z tej kategorii również nie powinien być problemem. Świadomość, że Wierzbownicowa Łapa również mogła niedługo udać się na własną wyprawę (a może już to zrobiła, a jedynie wieści z klanu Rzeki nie zdążyły jeszcze do nich dotrzeć?) tym bardziej wskazywała na fakt, że nadszedł już czas. <br />
Dlatego pewnego dnia poinformowała swoją uczennicę, że kolejnego poranka wyruszą na wyprawę. Ogłaszanie tego przed resztą klanu nie było konieczne, była to przecież przede wszystkim ich własna sprawa, jednak nie zamierzała tego również specjalnie ukrywać. Przecież gdy wrócą i tak wszyscy mieli się dowiedzieć.<br />
Czekała na Wronę przy wyjściu z Obozu. Przed nimi całkiem długa droga - chociaż może nie tak długa, jak można by się spodziewać. Właściwie najlepiej byłoby załatwić całość na miejscu, bez bawienia się w jakieś wycieczki. Niestety dla zachowania pozorów, trzeba było się trochę oddalić.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Czekała z tym już wystarczająco długo. Była pewna co do umiejętności Wroniej Łapy, zdążyła już wyleczyć wiele kotów i osiągnęła umiejętności wystarczające, by rzeczywiście zajmować się lecznicą. Z tego, co zdołała dowiedzieć się od Szepczącego Topieliska, po zmianie mistrza również jej wojowniczy trening posuwał się odpowiednio do przodu, więc brak jej wiedzy z tej kategorii również nie powinien być problemem. Świadomość, że Wierzbownicowa Łapa również mogła niedługo udać się na własną wyprawę (a może już to zrobiła, a jedynie wieści z klanu Rzeki nie zdążyły jeszcze do nich dotrzeć?) tym bardziej wskazywała na fakt, że nadszedł już czas. <br />
Dlatego pewnego dnia poinformowała swoją uczennicę, że kolejnego poranka wyruszą na wyprawę. Ogłaszanie tego przed resztą klanu nie było konieczne, była to przecież przede wszystkim ich własna sprawa, jednak nie zamierzała tego również specjalnie ukrywać. Przecież gdy wrócą i tak wszyscy mieli się dowiedzieć.<br />
Czekała na Wronę przy wyjściu z Obozu. Przed nimi całkiem długa droga - chociaż może nie tak długa, jak można by się spodziewać. Właściwie najlepiej byłoby załatwić całość na miejscu, bez bawienia się w jakieś wycieczki. Niestety dla zachowania pozorów, trzeba było się trochę oddalić.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa Rudzikowego Śpiewu]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11673.html</link>
			<pubDate>Mon, 13 Jul 2026 16:36:57 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2231">Rudzikowa Gwiazda</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11673.html</guid>
			<description><![CDATA[Tuż po zakończeniu ceremonii mianowania nowych terminatorów umówiłem się ze Spadającym Niebem przed wyjściem z obozu, lecz nim udałem się na to spotkaniu, zaszedłem jeszcze do klanowej lecznicy po dwa komplety ziół podróżnych dla siebie i Lotki od naszych medyczek i dopiero wtedy stawiłem się w umówionym miejscu, aby poczekać na kotkę. W międzyczasie rozmyślałem o tym, kogo po powrocie do obozu mam uczynić swym zastępcą, gdyż mój wybór ograniczał się do tych paru kotów, które wytrenowały swoich uczniów i które nie były Skaczącą Wiewiórką...choć może jeszcze uda mi się przekonać Gwiezdnych, a zwłaszcza Tupoczącą Salamandrę, do zmiany swego zdania, gdy spotkam się z nimi już przy Szepczącej Sadzawce...<br />
<br />
//Lotka]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Tuż po zakończeniu ceremonii mianowania nowych terminatorów umówiłem się ze Spadającym Niebem przed wyjściem z obozu, lecz nim udałem się na to spotkaniu, zaszedłem jeszcze do klanowej lecznicy po dwa komplety ziół podróżnych dla siebie i Lotki od naszych medyczek i dopiero wtedy stawiłem się w umówionym miejscu, aby poczekać na kotkę. W międzyczasie rozmyślałem o tym, kogo po powrocie do obozu mam uczynić swym zastępcą, gdyż mój wybór ograniczał się do tych paru kotów, które wytrenowały swoich uczniów i które nie były Skaczącą Wiewiórką...choć może jeszcze uda mi się przekonać Gwiezdnych, a zwłaszcza Tupoczącą Salamandrę, do zmiany swego zdania, gdy spotkam się z nimi już przy Szepczącej Sadzawce...<br />
<br />
//Lotka]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[wyprawa Oriona (po raz ostatni)]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11651.html</link>
			<pubDate>Tue, 30 Jun 2026 23:33:29 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=1973">Wędrujące Światła</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11651.html</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wkrótce umrze.</span><br />
Ta świadomość przyszła wraz z ostatnią wizytą Jodłowej Gałązki. Nie było subtelnych sugestii ze strony przyjaciółki, ani tym bardziej ostrzeżeń wprost. W ich rozmowie nie przewijał się ten temat w żaden sposób. Jednak był jeden sygnał, łatwy do przeoczenia dla innych, ale aż nazbyt wyraźny dla Oriona – łagodniejsza postawa Gwiezdnej.<br />
Jodłowa Gałązka nigdy nie byłaby dla niego miła <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">w taki sposób</span>, gdyby nie miała istotnego powodu.<br />
Tym powodem mogła być jedynie zbliżająca się śmierć.<br />
Nie było to nic niespodziewanego  per se – samotnik od księżyców balansował na granicy śmierci, co rusz patrząc na nią z wyzwaniem w błękitnych oczach. Nie zastygł na wieczność w kropli żywicy, odczuwał upływ czasu jak każdy inny żywy organizm. Wiedział, że kiedyś nadejdzie jego ostatni dzień. To stwierdzenie faktu. Czasami, zupełnym przypadkiem, próbował namieszać w kalendarzu i skrócić okres oczekiwania, choć gwiazdy, które zwykły być bezstronne, w tej sytuacji zdawały się dbać o niepowodzenie takiego kuszenia losu.<br />
Obudził się na moment przed wschodem słońca. Pierwszy raz od księżyców czuł głód. Pierwszy raz od księżyców poranne niebo nie wydawało się szare, a pastelowe barwy rozganiały noc. Pierwszy raz od księżyców czegoś pragnął – nigdy więcej tutaj nie wracać. Nie wiedział ile miał czasu. Jeden dzień? Kilka wschodów słońca? Pół księżyca? Nie potrafił oszacować jak wcześnie zaszłaby zmiana w zachowaniu Jodłowej Gałązki, ale nie potrzebował tej wiedzy. Starczyła świadomość końca, która zdjęła z jego barków ostatnie zawahanie, przez które był gotów zdechnąć tutaj jak pies.<br />
Znalazłszy się na stacji kolejowej, nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie spędził dzisiejszą noc. Wiedział, że przyszedł tu bezpośrednio z tamtego miejsca, jednak całą drogę pokrywała gęsta mgła. Nie patrzył za siebie, skupił się na widoku przed sobą. Potrzebował łatwo dostępnego pociągu. Chciał znaleźć się jak najdalej stąd, nie było skuteczniejszego sposobu niż skorzystanie z dobrodziejstwa cywilizacji.<br />
Ten plan miał jeszcze jedną zaletę – uniemożliwiał wycofanie się z decyzji.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Wkrótce umrze.</span><br />
Ta świadomość przyszła wraz z ostatnią wizytą Jodłowej Gałązki. Nie było subtelnych sugestii ze strony przyjaciółki, ani tym bardziej ostrzeżeń wprost. W ich rozmowie nie przewijał się ten temat w żaden sposób. Jednak był jeden sygnał, łatwy do przeoczenia dla innych, ale aż nazbyt wyraźny dla Oriona – łagodniejsza postawa Gwiezdnej.<br />
Jodłowa Gałązka nigdy nie byłaby dla niego miła <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">w taki sposób</span>, gdyby nie miała istotnego powodu.<br />
Tym powodem mogła być jedynie zbliżająca się śmierć.<br />
Nie było to nic niespodziewanego  per se – samotnik od księżyców balansował na granicy śmierci, co rusz patrząc na nią z wyzwaniem w błękitnych oczach. Nie zastygł na wieczność w kropli żywicy, odczuwał upływ czasu jak każdy inny żywy organizm. Wiedział, że kiedyś nadejdzie jego ostatni dzień. To stwierdzenie faktu. Czasami, zupełnym przypadkiem, próbował namieszać w kalendarzu i skrócić okres oczekiwania, choć gwiazdy, które zwykły być bezstronne, w tej sytuacji zdawały się dbać o niepowodzenie takiego kuszenia losu.<br />
Obudził się na moment przed wschodem słońca. Pierwszy raz od księżyców czuł głód. Pierwszy raz od księżyców poranne niebo nie wydawało się szare, a pastelowe barwy rozganiały noc. Pierwszy raz od księżyców czegoś pragnął – nigdy więcej tutaj nie wracać. Nie wiedział ile miał czasu. Jeden dzień? Kilka wschodów słońca? Pół księżyca? Nie potrafił oszacować jak wcześnie zaszłaby zmiana w zachowaniu Jodłowej Gałązki, ale nie potrzebował tej wiedzy. Starczyła świadomość końca, która zdjęła z jego barków ostatnie zawahanie, przez które był gotów zdechnąć tutaj jak pies.<br />
Znalazłszy się na stacji kolejowej, nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie spędził dzisiejszą noc. Wiedział, że przyszedł tu bezpośrednio z tamtego miejsca, jednak całą drogę pokrywała gęsta mgła. Nie patrzył za siebie, skupił się na widoku przed sobą. Potrzebował łatwo dostępnego pociągu. Chciał znaleźć się jak najdalej stąd, nie było skuteczniejszego sposobu niż skorzystanie z dobrodziejstwa cywilizacji.<br />
Ten plan miał jeszcze jedną zaletę – uniemożliwiał wycofanie się z decyzji.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa Wierzbownicowej Łapy i Ognistego Serca]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11642.html</link>
			<pubDate>Fri, 26 Jun 2026 23:55:08 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2788">Miodowa Łąka</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11642.html</guid>
			<description><![CDATA[Jej trening dobiegł końca. Coś, co jeszcze parę księżyców temu wydawało się nierealne, urzeczywistniło się, wbrew temu, na co wskazywały gwiazdy. Dopięła swego. Od kocięcia była pewna swojej ścieżki, którą chce podążać, i wytrwale do niej dążyła, niemalże wydrapując prawo do niej pazurami. Oskarżenia Sennego Świtu, walka z oszczerstwami, wygnanie prawowitego medyka, nagłe powierzenie jej całej Klanowej lecznicy, trening z obcym kotem. Wszystko to doprowadziło ją do tego poranka, gdzie stała u wejścia do obozu, z sierścią ułożoną, szykując się do wymarszu u boku zastępcy Klanu. Zarwane noce i dnie bez wytchnienia. Próba sprostania wymaganiom Klanu, pokazania, że jej wybór był właściwy, walka o zaufanie pobratymców. Czy była zbyt ambitna? Czy była to wada, że chciała włożyć w to, co postanowiła wszystkie swoje siły, że sprostała ostatecznie wszystkim kłodom rzucanym jej pod łapy, że kosztem swojego organizmu pracowała dzień i noc? Gdy tylko zastępca do niej dołączył, wyszła z obozu, kierując się ku miejscu spotkania z przodkami. Chociaż wolałaby, by towarzyszył jej Nocna Gwiazda, musiała pogodzić się z jego zapracowaniem i wyraźnym brakiem czasu na wyprawy z nią. Czuła w związku z tym pewne rozczarowanie, ale postanowiła nie dać się temu uczuciu. Pod jej nieobecność lecznicę powierzyła Słonej Łapie. <br />
<br />
Wyjątkowo tego poranka, mieszanina emocji nie dawała spokoju, mącąc jej zwykłą, stoicką manierę. Choć na jej pysku nie było widać absolutnie nic, gdzieś w głębi oczu, gdzieś w poruszającej się co jakiś czas końcówce ogona, wyczuć można było napięcie przed tym, co ją czeka najbliższej nocy. Dotychczas, zajęta wszystkim, co spadło na jej barki nie myślała o tym dniu. O Gwiezdnych. Czuła w łapach mrowienie, a w sercu tliły się pewne wątpliwości. Jako kot Klanu, wierzyła w Gwiezdnych przodków, miała to we krwi. Prawda? Sam Nocna Gwiazda zyskał od nich wszak życia, to oni wedle opowieści interweniowali w Klanie Cienia za czasów tyranii Psiego Serca. Jednak analityczny umysł Wierzbownicy, chcąc nie chcąc, pragnął ich zobaczyć. Chciał wiedzieć, poznać prawdę, czy naprawdę oni mają aż taki wpływ na życie kotów? Co przywita ją przy Szepczącej Sadzawce, co takiego usłyszy? Czy Gwiezdni... Zaakceptują ją? Jeśli tam są? Śmieszne, że paradoksalnie dotychczas jej myśli zaprzątało jedynie to, czy jej pobratymcy ją zaakceptują. A czy wiara w mądrość przodków nie powinna być u Medyka na pierwszym miejscu? Sama myśl o tym, że wątpliwości mogą czynić ją podobną wygnanemu Poecie, przyprawiała ją o gorycz na końcu języka. Jutrzejszego wieczora wróci już jako Medyk Klanu Rzeki. W jej głowie nie powinno być <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">żadnych</span> wątpliwości.<br />
Przez pierwsze chwile milczała, idąc bok w bok z zastępcą Klanu. W końcu odwróciła ku niemu łeb.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ogniste Serce..byłeś tam z Nocną Gwiazdą...... czy widziałeś ich? Gwiezdnych? Jakie to uczucie?</span> - spytała. Jej głos był flegmatyczny jak zwykle, jednak tym razem dało się w nim wyczuć tembr kotłujących się w sercu i umyśle kremowofutrej emocji. Jej spojrzenie powędrowało ponad horyzont, na wschodzące słońce. Życie w dalszym ciągu toczyło się swoim zwykłym, odwiecznym rytmem, tak kontrastując z feerią emocji w organizmie jasnofutrej terminatorki.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jej trening dobiegł końca. Coś, co jeszcze parę księżyców temu wydawało się nierealne, urzeczywistniło się, wbrew temu, na co wskazywały gwiazdy. Dopięła swego. Od kocięcia była pewna swojej ścieżki, którą chce podążać, i wytrwale do niej dążyła, niemalże wydrapując prawo do niej pazurami. Oskarżenia Sennego Świtu, walka z oszczerstwami, wygnanie prawowitego medyka, nagłe powierzenie jej całej Klanowej lecznicy, trening z obcym kotem. Wszystko to doprowadziło ją do tego poranka, gdzie stała u wejścia do obozu, z sierścią ułożoną, szykując się do wymarszu u boku zastępcy Klanu. Zarwane noce i dnie bez wytchnienia. Próba sprostania wymaganiom Klanu, pokazania, że jej wybór był właściwy, walka o zaufanie pobratymców. Czy była zbyt ambitna? Czy była to wada, że chciała włożyć w to, co postanowiła wszystkie swoje siły, że sprostała ostatecznie wszystkim kłodom rzucanym jej pod łapy, że kosztem swojego organizmu pracowała dzień i noc? Gdy tylko zastępca do niej dołączył, wyszła z obozu, kierując się ku miejscu spotkania z przodkami. Chociaż wolałaby, by towarzyszył jej Nocna Gwiazda, musiała pogodzić się z jego zapracowaniem i wyraźnym brakiem czasu na wyprawy z nią. Czuła w związku z tym pewne rozczarowanie, ale postanowiła nie dać się temu uczuciu. Pod jej nieobecność lecznicę powierzyła Słonej Łapie. <br />
<br />
Wyjątkowo tego poranka, mieszanina emocji nie dawała spokoju, mącąc jej zwykłą, stoicką manierę. Choć na jej pysku nie było widać absolutnie nic, gdzieś w głębi oczu, gdzieś w poruszającej się co jakiś czas końcówce ogona, wyczuć można było napięcie przed tym, co ją czeka najbliższej nocy. Dotychczas, zajęta wszystkim, co spadło na jej barki nie myślała o tym dniu. O Gwiezdnych. Czuła w łapach mrowienie, a w sercu tliły się pewne wątpliwości. Jako kot Klanu, wierzyła w Gwiezdnych przodków, miała to we krwi. Prawda? Sam Nocna Gwiazda zyskał od nich wszak życia, to oni wedle opowieści interweniowali w Klanie Cienia za czasów tyranii Psiego Serca. Jednak analityczny umysł Wierzbownicy, chcąc nie chcąc, pragnął ich zobaczyć. Chciał wiedzieć, poznać prawdę, czy naprawdę oni mają aż taki wpływ na życie kotów? Co przywita ją przy Szepczącej Sadzawce, co takiego usłyszy? Czy Gwiezdni... Zaakceptują ją? Jeśli tam są? Śmieszne, że paradoksalnie dotychczas jej myśli zaprzątało jedynie to, czy jej pobratymcy ją zaakceptują. A czy wiara w mądrość przodków nie powinna być u Medyka na pierwszym miejscu? Sama myśl o tym, że wątpliwości mogą czynić ją podobną wygnanemu Poecie, przyprawiała ją o gorycz na końcu języka. Jutrzejszego wieczora wróci już jako Medyk Klanu Rzeki. W jej głowie nie powinno być <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">żadnych</span> wątpliwości.<br />
Przez pierwsze chwile milczała, idąc bok w bok z zastępcą Klanu. W końcu odwróciła ku niemu łeb.<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">- Ogniste Serce..byłeś tam z Nocną Gwiazdą...... czy widziałeś ich? Gwiezdnych? Jakie to uczucie?</span> - spytała. Jej głos był flegmatyczny jak zwykle, jednak tym razem dało się w nim wyczuć tembr kotłujących się w sercu i umyśle kremowofutrej emocji. Jej spojrzenie powędrowało ponad horyzont, na wschodzące słońce. Życie w dalszym ciągu toczyło się swoim zwykłym, odwiecznym rytmem, tak kontrastując z feerią emocji w organizmie jasnofutrej terminatorki.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa ekipy Klanu Rzeki i Alikorna na osiedle]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11625.html</link>
			<pubDate>Wed, 17 Jun 2026 16:57:31 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2743">Alikorn</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11625.html</guid>
			<description><![CDATA[No. To się porobiło.<br />
Gdy Alikorn opuszczał osiedle, sądził, że wróci na niego z krwią pod pazurami. Miał zabić jakiegoś bezużytecznego kocura na granicy z Klanem Rzeki. Albo zdobyć wrażliwe informacje, które mógłby później opchnąć za kocimiętkę. Nie tym razem. Młodzik wyraźnie wyznaczył sobie za misję życiową, by pokazać kto tu rządzi. I Alikorn, jakby był głupim kocięciem, przegrał. <br />
To już nawet nie było żałosne. <br />
Więc przyszli. Alikorn, Nocna Gwiazda, i cała ekipa rybojadów depcząca im po piętach. No nieźle. Musieli robić trochę przerw, bo do Osiedla był porządny kawałek, a Alikorn dopiero niedawno przestał krwawić. Był osłabiony. Czuł się źle.<br />
Na całe szczęście Czapla poleciała przodem. Powinna uprzedzić gang. Kocur nie miał zielonego pojęcia, co powinien dalej zrobić. Ma się - przez tyle czasu obmyślił już, co i jak, ale czy reszta gangu zrozumie? Czy przyjdą mu z pomocą? Czy Czapla przekazała im informację i mieli zaplanowana jakąś odsiecz? <br />
No nic. Stanęli na granicy pierwszych domków. Wchodzili na osiedle. Kocur rozejrzał się po okolicy, tak po prostu, żeby sprawdzić, czy nie ma nigdzie psów, samochodów czy ludzi. Był środek dnia, więc miasteczko żyło, ale banda kotów nie była dla niego niczym wyjątkowym. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pastuch mieszka kawałek stąd. A przynajmniej, mam nadzieję, że tam będzie. Jest kotem biznesu i rzadko kiedy siedzi w jednym miejscu. Pójdziemy tam, gdzie przetrzymuje moje towary. </span>- mruknął. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Potrzeba odpoczynku? Jak chcecie go zlać, to radzę nabrać sił. On jest cwany jak lis i jeszcze gorszy. Mogę się założyć o porcję towaru, że i was omami tymi swoimi kłamstewkami.  </span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[No. To się porobiło.<br />
Gdy Alikorn opuszczał osiedle, sądził, że wróci na niego z krwią pod pazurami. Miał zabić jakiegoś bezużytecznego kocura na granicy z Klanem Rzeki. Albo zdobyć wrażliwe informacje, które mógłby później opchnąć za kocimiętkę. Nie tym razem. Młodzik wyraźnie wyznaczył sobie za misję życiową, by pokazać kto tu rządzi. I Alikorn, jakby był głupim kocięciem, przegrał. <br />
To już nawet nie było żałosne. <br />
Więc przyszli. Alikorn, Nocna Gwiazda, i cała ekipa rybojadów depcząca im po piętach. No nieźle. Musieli robić trochę przerw, bo do Osiedla był porządny kawałek, a Alikorn dopiero niedawno przestał krwawić. Był osłabiony. Czuł się źle.<br />
Na całe szczęście Czapla poleciała przodem. Powinna uprzedzić gang. Kocur nie miał zielonego pojęcia, co powinien dalej zrobić. Ma się - przez tyle czasu obmyślił już, co i jak, ale czy reszta gangu zrozumie? Czy przyjdą mu z pomocą? Czy Czapla przekazała im informację i mieli zaplanowana jakąś odsiecz? <br />
No nic. Stanęli na granicy pierwszych domków. Wchodzili na osiedle. Kocur rozejrzał się po okolicy, tak po prostu, żeby sprawdzić, czy nie ma nigdzie psów, samochodów czy ludzi. Był środek dnia, więc miasteczko żyło, ale banda kotów nie była dla niego niczym wyjątkowym. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Pastuch mieszka kawałek stąd. A przynajmniej, mam nadzieję, że tam będzie. Jest kotem biznesu i rzadko kiedy siedzi w jednym miejscu. Pójdziemy tam, gdzie przetrzymuje moje towary. </span>- mruknął. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Potrzeba odpoczynku? Jak chcecie go zlać, to radzę nabrać sił. On jest cwany jak lis i jeszcze gorszy. Mogę się założyć o porcję towaru, że i was omami tymi swoimi kłamstewkami.  </span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa Gwiezdnego Nurtu i Krzewiastej Łapy]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11490.html</link>
			<pubDate>Thu, 09 Apr 2026 21:03:32 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=1942">Gwiezdny Nurt</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11490.html</guid>
			<description><![CDATA[Krzewiasta Łapa potrafiła wszystko, czego potrzebowała do piastowania rangi medyka, już od jakiegoś czasu. Ale umówmy się – śnieżne zaspy, lodowe pułapki i mrożący kości chłód to nie warunki do długich podróży; nie w oczach Gwiezdnego Nurtu, w każdym razie. Dlatego medyczka zwlekała, odciągała, zdawało się, nieuniknione, bo mróz uparcie trwał przy swoim i ani myślał odpuszczać.<br />
Aż tu proszę, niczym w odpowiedzi na jej nieskończone jęki, pewnego dnia tak po prostu przyszło ocieplenie. Słońce znów zaświeciło nad ich głowami, zaczęło przyjemnie przygrzewać, a śnieg topił się w tempie ekspresowym.<br />
Komplikacje nie kończyły się jednak tak łatwo; Nurt już dwa razy poleciła Gałązce porządnie się wyspać, a następnego poranka zjeść duże śniadanie, po to tylko, by przymrozki pokrzyżowały im plany. Pręguska nie chciała narażać swojej uczennicy (przecież nie siebie, osobiście czuła się bardzo stabilnie, jak zawsze!) na połamane na śliskiej powierzchni łapki. Nie spieszyło im się tak bardzo. Ranga nie miała w końcu zmienić zbyt wiele, a sama wyprawa powinna być <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">radosna</span>, nie stanowić utrapienie.<br />
Lecz jak to mówią, do trzech razy sztuka, i rzeczywiście, za trzecim podejściem warunki były dogodne. Mogły ruszać. A skoro tak, Nurt usiadła przed lecznicą i w oczekiwaniu na gotowość Gałązki, dogadywała szczegóły opiekowania się lecznicą z Żerującym Sępem i Roztargnioną Myślą.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Krzewiasta Łapa potrafiła wszystko, czego potrzebowała do piastowania rangi medyka, już od jakiegoś czasu. Ale umówmy się – śnieżne zaspy, lodowe pułapki i mrożący kości chłód to nie warunki do długich podróży; nie w oczach Gwiezdnego Nurtu, w każdym razie. Dlatego medyczka zwlekała, odciągała, zdawało się, nieuniknione, bo mróz uparcie trwał przy swoim i ani myślał odpuszczać.<br />
Aż tu proszę, niczym w odpowiedzi na jej nieskończone jęki, pewnego dnia tak po prostu przyszło ocieplenie. Słońce znów zaświeciło nad ich głowami, zaczęło przyjemnie przygrzewać, a śnieg topił się w tempie ekspresowym.<br />
Komplikacje nie kończyły się jednak tak łatwo; Nurt już dwa razy poleciła Gałązce porządnie się wyspać, a następnego poranka zjeść duże śniadanie, po to tylko, by przymrozki pokrzyżowały im plany. Pręguska nie chciała narażać swojej uczennicy (przecież nie siebie, osobiście czuła się bardzo stabilnie, jak zawsze!) na połamane na śliskiej powierzchni łapki. Nie spieszyło im się tak bardzo. Ranga nie miała w końcu zmienić zbyt wiele, a sama wyprawa powinna być <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">radosna</span>, nie stanowić utrapienie.<br />
Lecz jak to mówią, do trzech razy sztuka, i rzeczywiście, za trzecim podejściem warunki były dogodne. Mogły ruszać. A skoro tak, Nurt usiadła przed lecznicą i w oczekiwaniu na gotowość Gałązki, dogadywała szczegóły opiekowania się lecznicą z Żerującym Sępem i Roztargnioną Myślą.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa Koziej Skarpy]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11438.html</link>
			<pubDate>Thu, 26 Feb 2026 01:06:53 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2356">Kozia Gwiazda</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11438.html</guid>
			<description><![CDATA[Powiedzieć, że była zestresowana, to jakby nic nie powiedzieć. Nie była na to gotowa. Ta myśl krążyła jej po głowie cały czas, od momentu wyjścia z obozu aż do dotarciu na granice ich klanu. Próbowała się rozproszyć, rozluźnić jakoś napiętą atmosferę, którą sama tworzyła. Podyskutować z Bajorko, odwrócić swoją uwagę poprzez napawanie się widokami krajobrazów, które przed nimi się rozpościerały. Nie, nic nie pomagało. Brakowało jej Kudłatego, pragnęła go również ze sobą zabrać, jednak nie pokładała w nikim większego zaufania, że utrzyma w domu wszystko w należytym porządku.<br />
Wzięła głęboki oddech, kierując łapy w stronę kładki, tak jak prowadziła Błękitne Bajorko. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziękuję, że ze mną idziesz.</span> - Nie była pewna, który to już raz mówi to młodszej kotce. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie dałabym sobie rady sama... No, nie tylko przez to, że nie znam drogi do Szepczącej Sadzawki.</span> - Zaśmiała się nerwowo, będąc już na drugim brzegu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Powiedzieć, że była zestresowana, to jakby nic nie powiedzieć. Nie była na to gotowa. Ta myśl krążyła jej po głowie cały czas, od momentu wyjścia z obozu aż do dotarciu na granice ich klanu. Próbowała się rozproszyć, rozluźnić jakoś napiętą atmosferę, którą sama tworzyła. Podyskutować z Bajorko, odwrócić swoją uwagę poprzez napawanie się widokami krajobrazów, które przed nimi się rozpościerały. Nie, nic nie pomagało. Brakowało jej Kudłatego, pragnęła go również ze sobą zabrać, jednak nie pokładała w nikim większego zaufania, że utrzyma w domu wszystko w należytym porządku.<br />
Wzięła głęboki oddech, kierując łapy w stronę kładki, tak jak prowadziła Błękitne Bajorko. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dziękuję, że ze mną idziesz.</span> - Nie była pewna, który to już raz mówi to młodszej kotce. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nie dałabym sobie rady sama... No, nie tylko przez to, że nie znam drogi do Szepczącej Sadzawki.</span> - Zaśmiała się nerwowo, będąc już na drugim brzegu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[wyprawa ważkowej łapy i roziskrzonej gwiazdy]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11426.html</link>
			<pubDate>Sun, 22 Feb 2026 16:09:34 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2681">Ważkowe Szuwary</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11426.html</guid>
			<description><![CDATA[&emsp;&emsp;Ważkowa Łapa... nie spodziewała się, że dzień ten nadejdzie - stosunkowo - tak szybko. Że faktycznie, tak jak Poeta powiedział, zdoła ukończyć trening przed Niezapomnianą Łapą, która terminatorką medyka była... cóż, dłużej, niż Ważka po świecie chodziła. Takim samym zaskoczeniem był... niecodzienny sposób, w jaki medyczka pełne imię miała otrzymać. Nie narzekała jednak na żadną z tych rzeczy, daleko z tyłu głowy mając jedynie Poetę. Kocura, któremu na dobrą sprawę nie powiedziała nic o nagłej zmianie planów. Złapanie się na granicy mogłoby jednak zająć parę dni, a na to kotka nie zamierzała tracić czasu, gdy przywódca sam zasugerował wyjście o samym wschodzie słońca.<br />
&emsp;&emsp;O tej więc porze dymna terminatorka czekała przed wejściem do obozu na Roziskrzoną Gwiazdę, wylizując jeszcze zmierzwione przez noc futro. Na ile zdąży doprowadzić je do ładu, nim bury kocur również się pojawi... było inną kwestią.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[&emsp;&emsp;Ważkowa Łapa... nie spodziewała się, że dzień ten nadejdzie - stosunkowo - tak szybko. Że faktycznie, tak jak Poeta powiedział, zdoła ukończyć trening przed Niezapomnianą Łapą, która terminatorką medyka była... cóż, dłużej, niż Ważka po świecie chodziła. Takim samym zaskoczeniem był... niecodzienny sposób, w jaki medyczka pełne imię miała otrzymać. Nie narzekała jednak na żadną z tych rzeczy, daleko z tyłu głowy mając jedynie Poetę. Kocura, któremu na dobrą sprawę nie powiedziała nic o nagłej zmianie planów. Złapanie się na granicy mogłoby jednak zająć parę dni, a na to kotka nie zamierzała tracić czasu, gdy przywódca sam zasugerował wyjście o samym wschodzie słońca.<br />
&emsp;&emsp;O tej więc porze dymna terminatorka czekała przed wejściem do obozu na Roziskrzoną Gwiazdę, wylizując jeszcze zmierzwione przez noc futro. Na ile zdąży doprowadzić je do ładu, nim bury kocur również się pojawi... było inną kwestią.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Misja Świętego Kotołaja - Poeta]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11363.html</link>
			<pubDate>Thu, 22 Jan 2026 13:24:56 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2273">Poeta</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11363.html</guid>
			<description><![CDATA[Sigh. Poeta nie czuł się najlepiej.<br />
Wyruszył jakiś czas po wyprawie Nocy, upewniając się, że większość Klanu spędza żałobę wspólnie w obozie, bez ryzyka, że ktoś zaraz wróci z polowania z krwawiącą raną lub że ktoś zasłabnie z bólu po stracie przywódcy. Potrzebował się nieco otrząsnąć. Argumentował swoją wycieczką uzupełnieniem ziół, choć w rzeczywistości nie chciał ich nawet szukać.<br />
Kocur wybrał się w kierunku gospodarstwa, tam, gdzie patrole mówiły o tajemniczym gościu. Zaczął szukać tego Kotołaja, licząc, że ziomek wyjaśni mu, dlaczego Noc wybrał przypadkowych młodziaków na wyprawę, zamiast swojego kochanka.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Sigh. Poeta nie czuł się najlepiej.<br />
Wyruszył jakiś czas po wyprawie Nocy, upewniając się, że większość Klanu spędza żałobę wspólnie w obozie, bez ryzyka, że ktoś zaraz wróci z polowania z krwawiącą raną lub że ktoś zasłabnie z bólu po stracie przywódcy. Potrzebował się nieco otrząsnąć. Argumentował swoją wycieczką uzupełnieniem ziół, choć w rzeczywistości nie chciał ich nawet szukać.<br />
Kocur wybrał się w kierunku gospodarstwa, tam, gdzie patrole mówiły o tajemniczym gościu. Zaczął szukać tego Kotołaja, licząc, że ziomek wyjaśni mu, dlaczego Noc wybrał przypadkowych młodziaków na wyprawę, zamiast swojego kochanka.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa Nocnego Szkwału]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11360.html</link>
			<pubDate>Wed, 21 Jan 2026 22:31:45 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2172">Nocna Gwiazda</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11360.html</guid>
			<description><![CDATA[Jeszcze chwilę temu miał łapy jak z waty. Teraz natomiast, po skończonej przemowie, ilość adrenaliny i kortyzolu w jego żyłach zwiększyła stężenie co najmniej dwukrotnie. Czuł, że tak bardzo chciałby mieć to już z głowy że pobiegłby do Szepczącej Sadzawki sprintem żeby jak najszybciej wrócić. Nie mógł jednak tego zrobić i buzujące w nim emocje przekonwertowały się w energię. <br />
Od razu po wyjściu z obozu skierował swoje kroki w stronę Szarych Brzóz. Wiedział, że należało przejść przez Grzmiącą Ścieżkę i tam należało iść w pierwszej kolejności. Łabędź powiedział mu jak iść, musiał prowadzić grupę. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Trzymajcie się blisko. Jak któreś z was zobaczy drapieżnika to mówcie.</span> - powiedział, szybkim krokiem ruszając w wybranym kierunku. Nie było czasu do stracenia. Naprawdę nie było.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jeszcze chwilę temu miał łapy jak z waty. Teraz natomiast, po skończonej przemowie, ilość adrenaliny i kortyzolu w jego żyłach zwiększyła stężenie co najmniej dwukrotnie. Czuł, że tak bardzo chciałby mieć to już z głowy że pobiegłby do Szepczącej Sadzawki sprintem żeby jak najszybciej wrócić. Nie mógł jednak tego zrobić i buzujące w nim emocje przekonwertowały się w energię. <br />
Od razu po wyjściu z obozu skierował swoje kroki w stronę Szarych Brzóz. Wiedział, że należało przejść przez Grzmiącą Ścieżkę i tam należało iść w pierwszej kolejności. Łabędź powiedział mu jak iść, musiał prowadzić grupę. <br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Trzymajcie się blisko. Jak któreś z was zobaczy drapieżnika to mówcie.</span> - powiedział, szybkim krokiem ruszając w wybranym kierunku. Nie było czasu do stracenia. Naprawdę nie było.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Misja Świętego Kotołaja - Złocisty Nektar i Zimna Krew]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11273.html</link>
			<pubDate>Sat, 03 Jan 2026 17:42:24 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2699">Złocisty Nektar</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11273.html</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Doszły ją słuchy, że na Siedlisku Koni pojawił się jakiś… Święty Kotołaj, który nagradzał koty za wypełnienie jakichś zadań. Początkowo puściła tę informację mimo uszu, nie chcąc dać się nabrać na te rewelacje, ale z każdym wschodem słońca, a także widokiem migających w oddali świateł podczas nocnych patroli, coraz bardziej rosła w niej ciekawość, której wreszcie postanowiła się poddać. Być może był to jedynie żart, ale musiała to chociaż sprawdzić, nawet jeśli miała być później na siebie wściekła, że dała się na to złapać. <br />
Nocą opuściła legowisko i ruszyła na gospodarstwo. Zmysły miała wyczulone jak nigdy – późna pora i nieznana okolica skutecznie wzmacniały czujność. </div>
<br />
z poprzedniej akcji: -5HP, -8W, rana 0. stopnia: siniak na brodzie]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: justify;" class="mycode_align">Doszły ją słuchy, że na Siedlisku Koni pojawił się jakiś… Święty Kotołaj, który nagradzał koty za wypełnienie jakichś zadań. Początkowo puściła tę informację mimo uszu, nie chcąc dać się nabrać na te rewelacje, ale z każdym wschodem słońca, a także widokiem migających w oddali świateł podczas nocnych patroli, coraz bardziej rosła w niej ciekawość, której wreszcie postanowiła się poddać. Być może był to jedynie żart, ale musiała to chociaż sprawdzić, nawet jeśli miała być później na siebie wściekła, że dała się na to złapać. <br />
Nocą opuściła legowisko i ruszyła na gospodarstwo. Zmysły miała wyczulone jak nigdy – późna pora i nieznana okolica skutecznie wzmacniały czujność. </div>
<br />
z poprzedniej akcji: -5HP, -8W, rana 0. stopnia: siniak na brodzie]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Misja Świętego Kotołaja - Piołunowy Pazur]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-11261.html</link>
			<pubDate>Wed, 31 Dec 2025 21:06:31 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2133">Piołunowy Pazur</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-11261.html</guid>
			<description><![CDATA[Działy się w klanie rzeczy, co do tego nie miałem wątpliwości - tak samo jak do faktu, że niewiele miały one wspólnego ze mną. Życie na samym wręcz skraju obozu, w dosłownym i przenośnym sensie, miało swoje plusy i minusy. Minusów było… sporo, głównie całkowity brak relacji z tymi, którzy mieli być moją rodziną, a w praktyce może nawet nie tyle ich nie obchodziłem, co wypadłem z ich pamięci. Z plusów za to - nikt nie zauważy, jeśli zniknę na cały dzień.<br />
Droga do Siedliska Koni nie była może specjalnie długa, ale z całą pewnością wątpliwej jakości. Nie wystarczyło, że byłem sam na sam z niezbyt ciekawymi myślami w niezbyt sprzyjającej aurze pogodowej; moja pierwsza dłuższa wycieczka poza granice klanu odkąd wróciłem z tułania się po Osiedlu Dwunogów odbywała się w pogoni za plotką o plotce, zasłyszanej trzeciej łapy od Białobrodego, który podobno rozmawiał z jakimś samotnikiem. Z każdym krokiem po zmarzniętej ziemi żałowałem w ogóle wystawienia nosa z legowiska. Ile ja miałem księżycy, żeby wierzyć w jakieś niestworzone prezenty? Trzy? Białobrody pewnie by się zaczął ze śmiechu turlać, gdyby usłyszał, że się nabrałem na bajki włóczęgów.<br />
A jednak stanąłem na skraju pola stanowiącego Siedlisko Koni. Wyglądało trochę żałośnie, nawet nie pokryte śniegiem, a szarawymi resztkami wielokrotnie zmarzniętej trawy. Gdzieś z głębi pola zawiał wiatr; napuszyłem się trochę mimo woli. Nie widziałem niczego niezwykłego, postanowiłem jednak zaczekać chwilę - jeżeli jakiś samotnik miał zamiar po prostu spuszczać naiwniakom łomot, to miał teraz ku temu świetną okazję. Może nawet bym nie uciekał za szybko.<br />
<br />
//mg]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Działy się w klanie rzeczy, co do tego nie miałem wątpliwości - tak samo jak do faktu, że niewiele miały one wspólnego ze mną. Życie na samym wręcz skraju obozu, w dosłownym i przenośnym sensie, miało swoje plusy i minusy. Minusów było… sporo, głównie całkowity brak relacji z tymi, którzy mieli być moją rodziną, a w praktyce może nawet nie tyle ich nie obchodziłem, co wypadłem z ich pamięci. Z plusów za to - nikt nie zauważy, jeśli zniknę na cały dzień.<br />
Droga do Siedliska Koni nie była może specjalnie długa, ale z całą pewnością wątpliwej jakości. Nie wystarczyło, że byłem sam na sam z niezbyt ciekawymi myślami w niezbyt sprzyjającej aurze pogodowej; moja pierwsza dłuższa wycieczka poza granice klanu odkąd wróciłem z tułania się po Osiedlu Dwunogów odbywała się w pogoni za plotką o plotce, zasłyszanej trzeciej łapy od Białobrodego, który podobno rozmawiał z jakimś samotnikiem. Z każdym krokiem po zmarzniętej ziemi żałowałem w ogóle wystawienia nosa z legowiska. Ile ja miałem księżycy, żeby wierzyć w jakieś niestworzone prezenty? Trzy? Białobrody pewnie by się zaczął ze śmiechu turlać, gdyby usłyszał, że się nabrałem na bajki włóczęgów.<br />
A jednak stanąłem na skraju pola stanowiącego Siedlisko Koni. Wyglądało trochę żałośnie, nawet nie pokryte śniegiem, a szarawymi resztkami wielokrotnie zmarzniętej trawy. Gdzieś z głębi pola zawiał wiatr; napuszyłem się trochę mimo woli. Nie widziałem niczego niezwykłego, postanowiłem jednak zaczekać chwilę - jeżeli jakiś samotnik miał zamiar po prostu spuszczać naiwniakom łomot, to miał teraz ku temu świetną okazję. Może nawet bym nie uciekał za szybko.<br />
<br />
//mg]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa Spalonego Bażanta i Trupiej Główki]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-10907.html</link>
			<pubDate>Sat, 09 Aug 2025 22:51:12 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2628">Bażancia Łapa</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-10907.html</guid>
			<description><![CDATA[Nie był pewien, którego dnia poczuł się patriotą.<br />
Tego dnia wyrwany ze snu nagłą wizją apokalipsy i jego - jako żywiołu, który owemu kresowi Klanu Cienia miał stawić czoła, uznał, iż jest to ten dzień. Dzień, by wziąć los narodu w swoje łapy i udać się po odpowiedzi.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wstawaj, młody.</span> - powiedział do Trupiej Główki, nachylając się nad śpiącym wojownikiem - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mamy świat - Las! - do uratowania.</span><br />
Krzycząca Sadzawka? Wrzeszcząca... Szepcząca Sadzawka? Jakoś tak to szło. Czy znali drogę? Nie. Ale jak Gwiazdy kochają, to wskażą.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie był pewien, którego dnia poczuł się patriotą.<br />
Tego dnia wyrwany ze snu nagłą wizją apokalipsy i jego - jako żywiołu, który owemu kresowi Klanu Cienia miał stawić czoła, uznał, iż jest to ten dzień. Dzień, by wziąć los narodu w swoje łapy i udać się po odpowiedzi.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wstawaj, młody.</span> - powiedział do Trupiej Główki, nachylając się nad śpiącym wojownikiem - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Mamy świat - Las! - do uratowania.</span><br />
Krzycząca Sadzawka? Wrzeszcząca... Szepcząca Sadzawka? Jakoś tak to szło. Czy znali drogę? Nie. Ale jak Gwiazdy kochają, to wskażą.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa Rześkiego Zmierzchu]]></title>
			<link>https://artemida.webd.pl/thread-10864.html</link>
			<pubDate>Tue, 15 Jul 2025 18:12:41 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://artemida.webd.pl/member.php?action=profile&uid=2196">Zmierzch</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://artemida.webd.pl/thread-10864.html</guid>
			<description><![CDATA[Nastał świt i faktycznie, księżna nie spała tyle ile powinna. Ale nie odczuwała zmęczenia, to nie pierwsza jej taka noc. <br />
Z lekką niechęcią wzięła szczura ze stosu. Nie przepadała za gryzoniami, zazwyczaj wzięłaby coś... Upierzonego, ale nie było czasu by oskubać to wszystko. A musiała zjeść coś większego, w końcu czekała je długa wędrówka. Wędrówka na którą nie do końca chciała się wybierać, wolała gdyby klan, a szczególnie Nurt po prostu odpuściły i pozwoliły jej zostać przywódcą. Ale też by skłamała, gdyby nie powiedziała że nie ma w niej iskry ciekawości. W końcu skądś Salamandra otrzymała wzrok. I skądś te wszystkie durnoty związane z Gwiezdnymi musiały się wsiąść. I może dzisiaj znajdzie odpowiedzi na te pytania.<br />
Oczekiwała na pozostałą dwójkę w centrum obozu, aż również zjedzą i wyrażą gotowość do drogi.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nastał świt i faktycznie, księżna nie spała tyle ile powinna. Ale nie odczuwała zmęczenia, to nie pierwsza jej taka noc. <br />
Z lekką niechęcią wzięła szczura ze stosu. Nie przepadała za gryzoniami, zazwyczaj wzięłaby coś... Upierzonego, ale nie było czasu by oskubać to wszystko. A musiała zjeść coś większego, w końcu czekała je długa wędrówka. Wędrówka na którą nie do końca chciała się wybierać, wolała gdyby klan, a szczególnie Nurt po prostu odpuściły i pozwoliły jej zostać przywódcą. Ale też by skłamała, gdyby nie powiedziała że nie ma w niej iskry ciekawości. W końcu skądś Salamandra otrzymała wzrok. I skądś te wszystkie durnoty związane z Gwiezdnymi musiały się wsiąść. I może dzisiaj znajdzie odpowiedzi na te pytania.<br />
Oczekiwała na pozostałą dwójkę w centrum obozu, aż również zjedzą i wyrażą gotowość do drogi.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>