14.04.2019 00:53
Fiołkowy Świt poruszył się, uciekając w bok… ale mimo wszystko Kijance udało się dosięgnąć do jego pyska łapą. W zasadzie chciał go uderzyć, ot, pacnąć, lekko popchnąć, jednak… nagle poczuł coś mokrego na pazurach, a do jego nozdrzy wdarł się zapach krwi, na co rudo-biały kocurek sam się zatrzymał w bezruchu, nim jeszcze Fiołkowy Świt na niego syknął. Terminator przykleił łapy do podłoża, a jego zielone ślepia otworzyły się szerzej, gdy zdał sobie sprawę, co właśnie zrobił.
Nie mógł oderwać wzroku od krwawiącej rany na pysku ojca. Nie, to nie tak miało być! Właśnie… właśnie zranił klanowicza. Własnego tatę! Pogwałcił wszelkie klanowe zasady… złamał Kodeks Wojownika, na pewno! Malinowa Gwiazda na pewno go ukarze, chociaż najpierw to pewnie zrobi ojciec. Teraz to na pewno nie zostanie szybko wojownikiem, o ile w ogóle. Może powinien z miejsca zebrać manatki, a raczej własne futro, i odejść z podkulonym ogonem, tak jak Gradowy Podmuch i brat Sokolego Cienia, żeby nie narażać się na zasłużone kary, upokorzenie i bycie klanowym pośmiewiskiem, bo nie był w stanie pomyśleć, zanim zaczął walczyć? A jednak instynktownie miał wysunięte pazury, czemu to zrobił, czemu nie wziął tego pod uwagę? Gonitwa myśli w jego głowie nie pozwalała mu się ruszyć z miejsca, a kocurek cofnął uszy i spuścił wzrok. Dopiero bardziej spokojne, kolejne słowa Fiołka sprawiły, że Porywista Łapa wypuścił nieświadomie wstrzymywane powietrze z płuc i przełknął nerwowo ślinę.
Chyba nigdy w życiu się tak nie zestresował, jak teraz. Przez własną głupotę.
– Ja… przepraszam, mistrzu. Tato – odezwał się przygaszonym tonem, tak innym od tego, którym mówił jeszcze chwilę. – Nie pomyślałem, nie chciałem. Przysięgam! – wydusił, mrugając ślepiami i w końcu podnosząc wzrok, ten zaś – zamiast na ślepia ojca – padł od razu na krwawiące ślady po pazurach na jego pysku. Ugh. – Pójdę z tobą do Lśniącej Sadzawki – zaoferował jeszcze głosem pełnym skruchy. Zmartwił się nie tylko tym, jakie mogą być konsekwencje tego czynu dla niego samego, ale i stanem ojca, jednak, jak zwykle, wolał zaoferować bardziej praktyczne rozwiązanie, niż wprost wyrażać troskę. W końcu nie było trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że to boli i że trzeba iść do medyka. Nie było trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że właśnie popełnił okropny błąd. Zranił własnego ojca, na osty i ciernie. A to wszystko na oczach Słonecznik! Co ona teraz o nim pomyśli? Powinien być bardziej rozważny.
Przecież obiecał sobie, że będzie ich chronić. Rodziców. Rodzeństwa. Klanu. Obiecał sobie, że będzie poważnym wojownikiem, że… że będzie szanowany przez klanowiczów. Ale jak można darzyć szacunkiem kogoś, kto…
Nie miał czasu, żeby się tym dłużej katować, bowiem rudo-biały wojownik skoczył w jego stronę, ale terminator był zdolny tylko do szarpnięcia całym ciałem w bok, by umknąć przed jego atakiem, nie zdążył wykombinować jakiegokolwiek ataku w obecnej sytuacji.
Nie mógł oderwać wzroku od krwawiącej rany na pysku ojca. Nie, to nie tak miało być! Właśnie… właśnie zranił klanowicza. Własnego tatę! Pogwałcił wszelkie klanowe zasady… złamał Kodeks Wojownika, na pewno! Malinowa Gwiazda na pewno go ukarze, chociaż najpierw to pewnie zrobi ojciec. Teraz to na pewno nie zostanie szybko wojownikiem, o ile w ogóle. Może powinien z miejsca zebrać manatki, a raczej własne futro, i odejść z podkulonym ogonem, tak jak Gradowy Podmuch i brat Sokolego Cienia, żeby nie narażać się na zasłużone kary, upokorzenie i bycie klanowym pośmiewiskiem, bo nie był w stanie pomyśleć, zanim zaczął walczyć? A jednak instynktownie miał wysunięte pazury, czemu to zrobił, czemu nie wziął tego pod uwagę? Gonitwa myśli w jego głowie nie pozwalała mu się ruszyć z miejsca, a kocurek cofnął uszy i spuścił wzrok. Dopiero bardziej spokojne, kolejne słowa Fiołka sprawiły, że Porywista Łapa wypuścił nieświadomie wstrzymywane powietrze z płuc i przełknął nerwowo ślinę.
Chyba nigdy w życiu się tak nie zestresował, jak teraz. Przez własną głupotę.
– Ja… przepraszam, mistrzu. Tato – odezwał się przygaszonym tonem, tak innym od tego, którym mówił jeszcze chwilę. – Nie pomyślałem, nie chciałem. Przysięgam! – wydusił, mrugając ślepiami i w końcu podnosząc wzrok, ten zaś – zamiast na ślepia ojca – padł od razu na krwawiące ślady po pazurach na jego pysku. Ugh. – Pójdę z tobą do Lśniącej Sadzawki – zaoferował jeszcze głosem pełnym skruchy. Zmartwił się nie tylko tym, jakie mogą być konsekwencje tego czynu dla niego samego, ale i stanem ojca, jednak, jak zwykle, wolał zaoferować bardziej praktyczne rozwiązanie, niż wprost wyrażać troskę. W końcu nie było trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że to boli i że trzeba iść do medyka. Nie było trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że właśnie popełnił okropny błąd. Zranił własnego ojca, na osty i ciernie. A to wszystko na oczach Słonecznik! Co ona teraz o nim pomyśli? Powinien być bardziej rozważny.
Przecież obiecał sobie, że będzie ich chronić. Rodziców. Rodzeństwa. Klanu. Obiecał sobie, że będzie poważnym wojownikiem, że… że będzie szanowany przez klanowiczów. Ale jak można darzyć szacunkiem kogoś, kto…
Nie miał czasu, żeby się tym dłużej katować, bowiem rudo-biały wojownik skoczył w jego stronę, ale terminator był zdolny tylko do szarpnięcia całym ciałem w bok, by umknąć przed jego atakiem, nie zdążył wykombinować jakiegokolwiek ataku w obecnej sytuacji.
18
Siła
S
13
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
85
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W