Trudno oczekiwać po wysokich rodzicach niskiego kociaka, zatem Kapustka, zgodnie ze wszystkimi zasadami taki nie jest. Wysoki, przeciętnej budowy, wychudzony. Pokryty jest białym, krótkim futerkiem (które po pobycie u dwunogów znacznie zmatowiało) z nielicznymi plamami czerni, z czego najbardziej w oczy rzuca się ta największa, ciągnąca się od nasady do samego czubka ogona. Następnie kleksy na obu piętach tylnych nóg i ten na prawym nadgarstku. Potem prawe ucho i pyszczek, zwieńczony mniejszymi łatkami na brwiach, sprawiając, że Sroczka wygląda na wiecznie zmartwionego bądź zdziwionego, oraz pod osmolonym nosem, dając mu mało eleganckiego, nierównego wąsa z bródką. Całość dopełniają złote, okrągłe oczy, obojętnie patrzące na otaczający zmęczonego wojownika świat.
Minęło JESZCZE więcej czasu, od kiedy Sroczy Ogon był terminatorem i spokojnie żył w Klanie Rzeki, tak odległego dla łaciatego łba. Porwania skutecznie utemperowały kocura, spychając w kąt jego żywiołowość i życzliwość. Wprawdzie nie zmienił się w zgorzkniałego starca, jednak widać znaczącą różnicę. Nieco mniej się udziela, nieco mniej pierwszy wyciąga pierwszy łapę do pomocy, nieco mniej chce zmieniać świat na lepsze. W końcu ile można poświęcać czasu na innych, kiedy samemu ma się na karku strach przed kolejną tragedią? Oczywiście, jeśli ktoś poprosi, to z mniejszym lub większym entuzjazmem pomoże, nie można się jednak spodziewać, że zrobi to z szerokim uśmiechem na pysku. Zwyczajnie wypustoszał, czując skrawki radości jedynie na myśl o Barwnej Wodzie i rodzicach.
Trochę trwało, zanim wyczuł w powietrzu mocny zapach zdobyczy. Dreszcz podniecenia przeszedł po grzbiecie Sroczej Łapy, a on sam cudem powstrzymał się od uradowanego krzyku. Była! Mysz, może niezupełnie imponująca i kompletnie przeciętna, ale była - jego pierwsza zwierzyna. Nawet, jeśli miałaby mu uciekać przez cały dzień, on ją złapie i dumnie położy na stos. Albo pod łapy rodziców, żeby mogli się podzielić pierwszą zdobyczą swojego syna. Kocurek bezszelestnie ustawił się pod wiatr, tak by nie psuć piszczkowi (dość nieprzyjemnej, musiał przyznać) niespodzianki, przeniósł ciężar ciała na tylne łapy i, uważając na podłoże, ruszył do przodu. Chwilę wcześniej poprawił wszystkie niedociągnięcia w swojej pozycji, upewnił się o równej linii z grzbietem. Wyciszył oddech, a gdy był w odpowiedniej (jego zdaniem) odległości od gryzonia: HOP! Skoczył na swoją zdobycz z zamiarem przygnieżdżenia jej do ziemi i szybkiego pozbawienia życia.