Logo Artemidy
Wyprawa Nocnego Szkwału
#31
Nie minęła chwila od zgłoszenia gotowości, a już wszystko się zaczęło. Miał wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi a wszystkie emocje, które odczuwał były spotęgowane do niewyobrażalnej skali. Nie wiedział, że był w stanie czuć tak wiele różnych rzeczy na raz. Tak niecodziennie sprzecznych ze sobą.
Rozpoznał Krokus. Rozpoznałby ją wszędzie. Była mu najbliższym kotem przez wiele księżyców, była przyjaciółką, jedyną zbliżoną z nim wiekiem. Łzy ponownie zaczęły cisnąć mu się do oczu, gdy podeszła, gdy się odezwała. Tęsknił za jej obecnością, za jej głosem, za jej towarzystwem. Za wszystkim.
- Ciebie też, Krokus. - odpowiedział, łamiącym się głosem. Zrobił niepewny krok w jej stronę, nie wiedząc czy powinien to robić. Chciał jednak ją przytulić. Nim jednak zdążył to zrobić, ta zaczęła mówić. Nim się zorientował, łzy przestały cisnąć mu się do oczu a wszystko wydawało się mienić w cieplejszych barwach. Zamiast płakać, cieszył się, że tu jest. Że ma jeszcze jedną szansę spotkać się z bliskimi, zamienić z nimi choć słowo. Czuł, jak przepełnia go radość przez moment aż przytłaczająca.
Nie trwało to jednak długo. To nie było bowiem wszystko, co Krokus miała do przekazania. Jej kolejne słowa sprawiły, że przed chwilą szeroki uśmiech po prostu zniknął ze srebrnego pyska. Pomimo daru jaki właśnie otrzymał, odczuwał zawód. Złość. Smutek.
Poeta był jedynym przyjacielem jakiego miał w klanie. Myślał, że może mu zaufać. Że łączy ich wyjątkowa, choć nieco skomplikowana więź. Że są ze sobą szczerzy. A mimo to... ten go okłamywał. Okłamywał go długie księżyce dla świętego spokoju, samemu robiąc to, na co miał ochotę. Ignorując dobro swojego klanu, trenując terminatorkę obcego klanu za plecami poprzedniego Przywódcy i jego Zastępcy. Czuł się zdradzony jak nigdy dotąd i wiedział, że tak tego nie zostawi. Nie wiedział jeszcze w jaki sposób to rozwiąże, ale nie pozwoli na to, żeby to farsa trwała dużo dłużej. Nie chodziło tylko o ich osobistą relację, chodziło o dobro klanu, które Senny Świt, jako Medyk, miał w poważaniu. Tak nie było być.
- Zrobię z tym porządek, obiecuję. - odszepnął jej tylko, choć w jego głowie roiło się od pytań. Wiedział jednak, że nie może ich zadać, że nie otrzyma żadnej odpowiedzi.
Po tym jak Krokus odeszła nieco do tyłu, naprzód wyszła potężna kocica, której Nocny Szkwał nie znał. Nie widział jej na oczy i nie słyszał nigdy o Łabędziej Pieśni, której był krwią. Szybko jednak okazało się, że była to Czerwona Gwiazda, o której słyszał opowieści jeszcze gdy był kocięciem. Nigdy nie spodziewał się spotkać jej osobiście, a jednak, udało się i obdarowała go siłą. Siłą, która w momencie wypełniła całe jego siła. Siłą, która go rozpierała. Czuł, że jest w stanie przenieść Mroźną Skałę w inne miejsce, że byłby w stanie powalić dzika jedną łapą. Tak jak w przypadku daru od Krokus, tak i nagły przypływ siły, choć krótki, to wielce przytłaczający. Kiwnął jej obiecująco głową, na pysku mając wymalowaną determinację. Zrobi wszystko, żeby i jej nie zawieść.
Następnym kotem była... Purchaweczka. Jego malutka Pieczarka, którą tak wcześnie mu odebrano. Ostatnia wnuczka, która została mu po Topik, która była jego oczkiem w głowie. Jej oczy mieniły się tak wieloma emocjami, których nie sposób było nazwać. Całe jej życie było pełne niesprawiedliwości, więc otrzymując od niej taki dar, nie był szczególnie zaskoczony. Poczuł nagły przypływ gniewu. Gniewu na Psią Gwiazdę, na Poetę, na Skałę, na wszystko co miało ostatnio miejsce. Czuł gorycz, żółć na języku. Wiedział, że to konkretne spojrzenie wnuczki zapamięta do końca życia albo i jeszcze dłużej.
- Nie zawiodę cię, Purchaweczko. Przysięgam. - powiedział przez zaciśnięte zęby. Dopóki oddychał, nie dopuści do jakiejkolwiek niesprawiedliwości w jego klanie. Już nigdy.
Na widok kolejnego kota uśmiech sam cisnął mu się na pysk. Choć z Korą widzieli się nie tak dawno temu, zawsze cieszył się, że mógł ją widzieć i czuł lekkie ukłucie w sercu wiedząc, że są razem tylko na chwilę.
Wysłuchał jej, odruchowo przewracając oczami. Nawet jeśli mówiła mądrze, nawet w takiej chwili, czuł że musi się z nią podroczyć. Zrobić jej na złość. Zresztą, działało to chyba w obie strony.
- Nawet teraz musisz robić mi wstyd? - zaśmiał się, nim dotknęła jego nosa. Zaraz potem poczuł nagły przypływ pewności siebie. Poczuł, że nie ma rzeczy niemożliwych a każda decyzja jaką ma zamiar podjąć była tą właściwą. Nigdy się tak nie czuł, ale było to uczucie miłe, choć jak przy każdym poprzednim darze chwilowe i przytłaczające po kilku uderzeniach serca. Na kolejne słowa siostry kiwnął głową. Choć nie wiedział do końca o co chodzi, wiedział że nie może tego ostrzeżenia zlekceważyć. Podejmie działanie od razu jak wróci do obozu. Nie dopuści do tego, by jakikolwiek błąd z przeszłości powtórzył się za jego kadencji. Obiecał wyciągać wnioski z przeszłości i to zamierzał zrobić.
Kolejnego kota nie rozpoznał od razu. Potrzebował chwili by zorientować się, że stoi przed nim matka. Nie było jej przez prawie większość jego życia do tego stopnia, że zdążył już zapomnieć jak wyglądała. Kiedy jednak usłyszał od "mój mały wojowniku", znów poczuł się jak paroksiężycowe kocię. Bardzo długo pragnął żeby rodzice go zauważyli, pogodził się z tym, że nigdy mu się to nie udało, żył w nienawiści do nich, ale teraz, mając przed sobą zapłakaną matkę czuł, jak i po jego policzkach zaczynają cieknąć łzy. Czekał na to, żeby usłyszeć słowa, które padły z jej pyska. - Dziękuję, mamo. - szepnął cicho. Wybuchł płaczem jak ledwo urodzony kociak, gdy Księżycowe Jezioro dotknęło jego nosa. Były to łzy radości, smutku, złości, wszystkich emocji tak skrajnie różnych i silnych, że nie wiedział jak nad nimi zapanować, dopóki nie poczuł jak samoistnie się wyciszyły. Miał nad nimi całkowitą kontrolę i żadne z nich nie dyktowało mu zachowania.
Wtedy jednak pojawił się on. Kot, którego ze wszystkich chciał zobaczyć najmniej. Kota, który wyrządził wiele krzywd całej rodzinie. Jemu, rodzeństwu, matce. Wszystkim. Zobaczył kota, którego nienawidził. Którego żałował, że poznał. Na którego nie chciał patrzeć, a mimo to stał z dumnie wypiętą piersią, patrząc mu prosto w oczy. Mimo tego wszystkiego, jako jedyny sprzątał miejsce jego pochówku, choć wiedział, że na to zasługuje. Którego zdawał się pamiętać jako ostatni w klanie.
Zrobił krok w tył gdy ojciec się do niego zbliżył. Nie chciał odzywać się do niego choćby słowem, nie chciał go słuchać, nie chciał by ten dotykał jego czoła. A mimo to, gdy rdzawy wojownik przemówił, w zielono-żółtych oczach ponownie zalśniły łzy. Nie chciał być szczęśliwy, słysząc że ojciec jest z niego dumny. Nie chciał, żeby go to jakkolwiek obchodziło, a jednak to były słowa na które czekał całe życie i które chciał usłyszeć odkąd tylko pamiętał. W momencie gdy nos Skrzącego Słowa dotknął czoła Nocnego Szkwału, cała złość i nienawiść zniknęły. Miał ochotę podejść do ojca i go przytulić, powiedzieć że nic się nie stało i już się nie gniewa. Że wszystko jest w porządku. Nim jednak zdążał otrząsnąć się z szoku po otrzymaniu kolejnego życia, ojca już nie było.
Była już przy nim natomiast Topik. Topik, która została tak niesprawiedliwie potraktowana przez los. Której nie powinno tu jeszcze być, która powinna być z nim w klanie, razem z Grzybowym Grzbietem i gromadką ich kociąt.
Nie zastanowił się nawet chwili, zrobił krok do przodu i przytulił mocno swoją małą córeczkę, mierzwiąc jej futro jak to miał w zwyczaju. - Promieniejesz, skarbie. - powiedział jedynie, uśmiechając się do niej przez łzy, ponownie nagromadzone w oczach. Niemalże każdy kot, którego tu widział był mu bliski. Za każdym tęsknił i każdemu był wdzięczny za to, że tutaj był. Że byli przy nim w tej chwili. Choć nigdy nie miał problemu z miłością, gdy policzek córki otarł się o jego własny, poczuł miłość tak silną, że niemalże ugiął się pod jej ciężarem.
Nim zdążył do końca się po tym otrząsnąć, przed nim stała już... Siniak. Nie spodziewał się jej i nie wiedział jak powinien na to zareagować. Cieszył się, że ją widział. Chciał ją przytulił, przejechać językiem po jej czole, powiedzieć jej jak bardzo tęskni, jak bardzo ją kocha i nie potrafi przestać, ale zamiast tego stał i wpatrywał się w nią pustym wzrokiem. Warga zaczęła mu drgać, więc nerwowo ją przegryzł, a obraz, kolejny już raz w trakcie tej ceremonii zaczął mu się rozmywać przez gromadzące się w oczach łzy. Tym razem nie były to jednak łzy radości, czy wzruszenia. Były to łzy smutku. Nie był w pełni usatysfakcjonowany tym, jak to się skończyło. Nie znosił tego, że już jej nie było, choć gdy żyła to wściekał się, że musi na nią patrzeć. Kiedy jej nos dotknął jego czoła, poczuł jak przechodzi jak dreszcz. Czuł się tak, jakby dotknęła go pierwszy raz gdy jeszcze oboje byli terminatorami. Gdy dopiero zaczynali się spotykać. Jej dotyk był kojący, przyjemny, a zarazem zimny i bolesny. Przypominający o tym, co stracił, czego już nie miał i nie będzie mieć.
- Zawsze będę cię kochał. - wyszeptał jedynie gdy skończyła mówić. Nie był pewien, czy dar jaki mu dała nie był swego rodzaju aluzją. Czy rzeczywiście miała mu za złe to, co wydarzyło się między nim a Poetą, czy może absolutnie jej to nie obchodziło i po prostu taki miała kaprys, więc taki dała mu dar. Nie miał dużo czasu żeby to analizować. Zalał go zimny pot, a przez zaciśnięte gardło nie chciała przecisnąć się nawet jedna cząsteczka tlenu. Tak szybko jak się jednak pojawiło, tak szybko i to uczucie zniknęło a przed Nocnym Szkwałem stanął ostatni już kot. Łabędź.
- Miałem nadzieję, że mnie to nie ominie, dziadku. - mruknął spokojnie, nie chcąc mazać się przed Łabędziem. Przynajmniej przed nim. Nie znowu. Uśmiechnął się do niego, kiwając głową na znak, że rozumie i obiecuje, że spełni jego prośbę. Gdy ich nosy się spotkały, poczuł jak traci siłę w łapach, jak spod nich osuwa mu się grunt. Do jego uszu docierało tak wiele próśb, którym nie mógł sprostać, tak wiele głosów mówiło na raz, że nie był w stanie zebrać własnych myśli. Wtedy jednak to wszystko ustało, a on znalazł się na szczycie Mroźnej Skały. Nie była to jednak Mroźna Skała którą znał. Była zbudowana z kotów. Przeróżnych kotów i płaczących kociąt. Wtem jednak znalazł się na solidnym gruncie, a zebrane koty szły z nim ramię w ramie, dając mu poczucie że idzie w dobrym kierunku i obrał właściwy szlak.
W ten sposób wizja się skończyła a on stanął przed niezliczoną ilością przodków. Został Nocną Gwiazdą i to to imię rozbrzmiewało teraz na całej Srebrnej Skórce.

Kiedy się obudził, poczuł jak pojedyncza łza spłynęła mu po policzku. To wszystko... to było zbyt realne, by być jedynie snem, był tego pewien. Czuł, że obudził się jako kot zupełnie inny niż gdy szedł spać. Wstał na równe łapy, dalej nieco oszołomiony tym, co właśnie się stało.
-Jednak Nocna Gwiazda. - odpowiedział z lekkim uśmiechem, zerkając na Nadpływającą Ławicę. Dywagowała wcześniej, czy zostanie Nocną, czy Szkwałową a może w ogóle Szkwalną Gwiazdą. Został jednak Nocną. Z tyłu głowy myślał o Poecie. Chciał jak najszybciej wrócić do obozu i coś z tym zrobić, głos Pieczarki kazał mu zrobić. Głos matki natomiast kazał mu nie działać pochopnie i pod wpływem emocji. Nie był jeszcze do końca pewny co powinien zrobić.
Zamierzał zebrać się do obozu i nakazać całej ekipie się zbierać, kiedy spojrzał jeszcze raz na Szepczącą Sadzawkę, a potem na Ognia. W głowie rozbrzmiały mu słowa Topik, o darze jaki mu dała. Podszedł do dawnego terminatora.
- Ogień... Mamy trochę czasu. Idź z nią porozmawiać. Zaczekamy. - powiedział. Rozumiał, jaki to ból stracić ukochaną. Choć jego ponowne spotkanie z Przepiórczą Pieśnią nie należało do ckliwych, czy w ogóle udanych, wiedział, że Ogień też potrzebuje czegoś podobnego. Wiedział też, że jemu pójdzie zdecydowanie lepiej. Chciał, żeby i on coś miał z tej podróży. Żeby miał okazję oficjalnie się z nią pożegnać, zobaczyć, przytulić ten ostatni raz.
TO MOJA WINA

nie taki był plan, wiem nie zmyjemy tych plam
są jak krople wina
możesz to na mnie zrzucić




niech wszystko spadnie na mnie
łzy z jej powiek
uwięziony wokół pokus, jestem solą w oku


NIEWINNYCH KOTÓW I KŁAMSTW
LVL 12 100 / 500
MedLVL 0 0 / 100
33
Siła
S
25
Zręczność
Zr
15
Szybkość
Sz
14
Zmysły
Zm
115
Punkty Życia
HP
95
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#32
xxxxNocny Szkwał zasnął. Niekiedy się trząsł, drżał, jakby działo mu się coś złego, a ja starałem się nie panikować i wmawiać sobie, że jest w objęciach Gwiezdnych - że jest bezpieczny. Że wróci. Cały i zdrowy. Czujnie pilnowałem otoczenia, każdy najmniejszy szelest mnie alarmował, byłem gotów, by bronić... by bronić mojego przywódcę życiem. Śmierć przy Szepczącej Sadzawce była piękna, ciekaw byłem, czy ktoś jej doświadczył. Oby nie. Tak święte, piękne miejsce... nie, Gwiezdni nie pozwoliliby umrzeć komuś akurat tu. Przełknąłem ślinę. Przez cały sen staruszka siedziałem zestresowany. Niekiedy spoglądałem na Nadpływającą Ławice, ale rzadko, głównie skupiając się na tym, co było wokół, na Nocny Szkwał, który... który ruszał się niespokojnie, co tylko potęgowało mój niepokój. Kochałem go. Kochałem go najbardziej na świecie, był mi bliższym ojcem niż Biały Jeleń, bliższym rodzicem od Rześkiej Pszczoły. Ufałem mu bardziej, niż Wodnemu Wirowi, ale to akurat była tajemnica - Woda byłaby wściekła, gdyby się dowiedziała. Nie mogłem dopuścić do straty kolejnego kota, którego kocham. Nie mogłem. Choćbym miał zginąć stercząc i pilnując kocura, dojdzie do obozu w jednym kawałku, cały i zdrowy. O siebie się nie martwiłem.
xxxxByłem tak skupiony na szeleście gdzieś wśród krzewów i drzew, że gdy usłyszałem za sobą "jednak Nocna Gwiazda", myślałem, że umieram na zawał. Podskoczyłem zjeżony, dopiero potem się odwracając i zauważając swojego mistrza. Cały i zdrowy. Nowy. Silniejszy. I już nie tak... bliski, jak przed jego drzemką.
xxxxOtwierałem już pysk, by powiedzieć, jak bardzo się cieszę. Jak bardzo mu gratuluję, jak mi imponuje, jak bardzo go kocham, jak wiele mu zawdzięczam i błagam go, by nie odsunął się ode mnie przez nowe obowiązki. I to wszystko pewnie ująłbym w jakimś niezręcznym 'okej, fajnie... wracamy...?', gdyby nie to, że ten mnie uprzedził. Otworzył pysk pierwszy, a słowa, które wypowiedział, uderzyły we mnie taką siłą, że niemalże zwaliły mnie z nóg. Patrzyłem na niego, a moje oczy rozszerzyły się szeroko. Mamy dużo czasu, dudniło mi w głowie. Idź z nią porozmawiać. Z kim? Z... nie. Nie. Wizja spotkania choć jeszcze raz Jaskółki uderzyła we mnie jak grom, jednocześnie chciało mi się wyć z szczęścia i krzyczeć, że to niemożliwe, że kocur próbuje mnie zwieść, omamić. Ale wiedziałem, że nie. Ufałem mu jak nikomu innemu, był... był moim mistrzem, autorytetem, kimś, kogo podziwiałem, kimś, kto tak wiele razy mi pomagał wstać, wierzył we mnie, gdy ja nie potrafiłem. Nie oszukałby mnie. Mimo wszystko patrzyłem przez chwilę na niego, jakby to nie był on. Może Gwiezdni przysłali marę z Ciemnego Lasu, chcą zrobić test, sprawdzić lojalność...? Spojrzałem na Nadpływającą Ławicę, ale ona wydawała się też go widzieć, jakby jednak był prawdziwy. Jakby jego słowa... były prawdziwe. - N... N-ie mogę... Nocn-ny Szkw- Gwiaz- Noc - czułem się jak kocię. Nigdy nie nazwałem Nocnej Gwiazdy jego kocięcym imieniem, czułem, że nie zasługiwałem by tak się do niego zwracać. Teraz głos mi ugrzązł w gardle, nie umiałem wykrztusić nic więcej. - To jest... ja... Szepcz...ąc... - znów, koniec. Jak mogłem napić się z świętego miejsca? Miejsca, do którego podążają wielkie osobistości - zastępcy, by stać się przywódcami, medycy, by mianować swoich terminatorów. I... ja? Dlaczego miałbym napić się ja...? Z wszystkich kotów, które nie powinny dostąpić tego zaszczytu, ja nie powinienem najbardziej. Była tylko jedna rzecz silniejsza od mojego niskiego poczucia własnej wartości, które kopało mi dołki pod łapami przez całe życie.

xxxxMiłość do Jaskółki.

xxxxBardzo powolutku zbliżyłem się do Szepczącej Sadzawki. Spojrzałem w jej taflę, w swoje marne odbicie - czułem się, jakbym łamał zasady, jakbym robił coś nielegalnego. Wtedy pomyślałem, że jeśli do końca życia miałem gnić w Ciemnym Lesie za brak lojalności... było to warte poczucia choć nadziei, że ją spotkam. Zobaczę. Przytulę. Tej, której dałem zginąć przez własną głupotę, tą, którą chciałbym mieć przy sobie teraz, i do końca swojego życia. Drżałem, a łza skapnęła do Szepczącej Sadzawki, gdy brałem z niej malutki łyk, skromny, tak, żeby może nie zadziałało... a ja miałbym poczucie, że przynajmniej spróbowałem. Potem jednak wziąłem kolejny, dla pewności. Oddałbym wszystko, by ją zobaczyć. Wszystko, by móc ją przeprosić, pożegnać, błagać ją, by mi wybaczyła. Wszystko, by choć raz jeszcze poczuć jej słodki zapach, przytulić się i przestać się czuć tak... tak, jak czułem się, odkąd jej zabrakło. Kolejne łzy skapywały do tafli, aż położyłem się obok. Wyszeptałem ciche dziękuję, w stronę Nocnej Gwiazdy, ale nie byłem pewien, czy faktycznie to usłyszał, czy jednak... czy rozbrzmiało to tylko w mojej głowie.
[Obrazek: jAtNJ2o.png]
LVL 5 510 / 400
MedLVL 0 0 / 100
18
Siła
S
13
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#33
Czas, który spędziła nad wodą, nie dłużył się jakoś specjalnie. Kotka oglądała sadzawkę dookoła z każdej strony, przeglądała czy roślinność tutaj się w jakiś sposób różni, aż w końcu znalazła sobie jakiś super ładny kamień, który chciała zwyczajnie zabrać. Położyła go obok siebie i zwinęła się w chlebek.

Jakiś czas później od strony sadzawki doszedł głos. Ogniste Serce przestraszył się biedny strasznie, na co ta łagodnie się uśmiechnęła. Wstała i spojrzała na zastępcę. - A więc witamy, Nocna Gwiazdo. - Uśmiechnęła się szeroko. Potem usiadła z powrotem, słysząc co Noc powiedział do Ognia. A więc jeszcze spędzi tutaj trochę czasu.
W zasadzie ucieszyła się, bo choć była w tym wszystkim tą jedyną, która miała jedynie patrzeć w odbicia w tafli, a nie z niej pić, to cieszyła się z ich powodu. Ogniste Serce miał szansę uspokoić się po całym tym gnoju, jaki go spotkał. Zasługiwał na spokój. Nocna Gwiazda... miał dobre serce.
Choć jedna rzecz ją zastanawiała... dała oczywiście podejść Ognistemu Sercu do sadzawki, a sama przybliżyła się do Nocnej Gwiazdy i zaczęła mówić do niego szeptem, dając Ogniowi przestrzeń. - Czy... będzie można cię kiedyś wyrwać na wspólne polowanie? - Kocur nie wydawał się niedostępny, może i był teraz przywódcą, ale chyba nie będzie gnił całe życie w Słonej Grocie?
Obrazek

★ Otuliły mnie do snu ★
★ stare jak ten świat ★
☆ historie, w których Ogień zgasł ☆
★ . . . ciemno, burza, strach. . . ★

★ Oj dziewczyno ☆
★ Zaraz przeminą ☆
★ . . . Wszystkie gorsze dni . . .☆
LVL 5 50 / 400
MedLVL 0 0 / 100
17
Siła
S
10
Zręczność
Zr
9
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#34
Obserwowała go. Odkąd tylko wyzionęła ducha, zabita przez truciznę rozsianą łapami własnej mistrzyni, jej wzrok utkwiony był na Ognistym Sercu. Na kocie, którego kochała i tak bardzo żałowała, że nie mogła się z nim pożegnać. Bała się, że następnym razem spotkają się dopiero po śmierci kocura, a nie chciała, tak bardzo nie chciała zostawiać go samego z tym wszystkim. Widziała, jak cierpiał, widziała, jak bardzo miotał się między życiem, a śmiercią, a jednak zdołał znaleźć w sobie siłę, aby się nie poddać i przeć dalej. Och, jak bardzo była z niego dumna. I uradowana, kiedy Nocna Gwiazda dał mu możliwość zaczerpnięcia łyku z Szepczącej Sadzawki. W końcu mieli okazję, aby wszystko sobie wyjaśnić, porozmawiać, tak, jak dawniej.

Płomienno rudy kocur odpływał w sen i w końcu obudził się na srebrnej skórce. Pośród pozornej ciemności oświetlanej tysiącem gwiazd. Dookoła niego panowała cisza, nicość. Lecz jedynie przez kilka chwil. Gdyby się rozejrzał, widziałby przed sobą sylwetki drzew, oprószone gwiezdnym pyłem. Aż nie odwrócił się za siebie, gdzie dostrzec mógł zakrzywiony, aczkolwiek znajomy kształt. Wierzbę. Taką samą, przy której spotkali się oni po raz ostatni. Przy której wyznali sobie miłość. Ta olśniewała swoim wyglądem, lśnił każdy pojedynczy listek.

Barwnoskrzydła nie miała już fizycznego ciała, a jednak jej zapach dotarł do nozdrzy Ognistego Serca. Pojawiła się przed nim, wychodząc z jasnego, błyszczącego obłoku, zabierając z niego iskrzący pył, który osiadł na jej sierści. I stanęła między nim, a drzewem.

– Ogień… – szepnęła, swoim miękkim głosem. Robiąc lekkie, zwiewne, aczkolwiek coraz szybsze kroki w jego kierunku.

my love, take your time,
I’ll see you on the other side,
raise a glass to freedom...

LVL 4 115 / 300
MedLVL 6 754 / 900
8
Siła
S
12
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
19
Zmysły
Zm
75
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#35
xxxxSerce biło mi obrzydliwie, nienaturalnie szybko. Jednocześnie w mojej głowie rozgrywał się lament, prośby i błagania, by się udało - bym faktycznie zasnął, bym faktycznie się tam pojawił, by... by faktycznie ona tam była. Z drugiej strony działo się coś zupełnie odwrotnego, okropne myśli które błagały, by jednak nie zadziałało, jako... potwierdzenie tego, co zawsze o sobie myślałem. Oferma, która nie zasługiwała na zjawienie się wśród gwiezdnych, tuż obok kotki, którą kochałem bardziej niż siebie samego.
xxxxAle powieki zrobiły się ciężkie, a obraz dwóch rzecznych kotów rozmył się tak szybko, że niemalże tego nie zauważyłem. O dziwo, nie było... strasznie. Pierwszą różnicą, jaką spostrzegłem, gdy tylko ponownie otwarłem powieki, było to, że... moje serce uspokoiło się, tak, jakby nic się nie działo. Oddech był cichy, spokojny, wolny... taki, jak być powinien. Moje mięśnie nie były spięte od ciągłego napięcia i stresu, a to działo się chyba tylko wtedy, gdy spałem, a to też nie zawsze, bo pewien byłem, że moje ciało spinało się pod wpływem obrazów, jakie niekiedy widywałem w snach. Było mi... dziwnie. Byłem spokojny. Jakbym wcale nie był w miejscu, gdzie nie powinno mnie być, jakbym wcale nie czuł się, że robię coś źle, że łamię zasady dla własnej, egoistycznej zachcianki. Jakby wszystko było dobrze. Tak dawno się tak nie czułem, tak... tak zwyczajnie. Jak każdy kot się czuł, gdy nic się nie działo. To było tak dziwne, tak nieznajome. Tak nowe.
xxxxRozejrzałem się wolno. Wszędzie były wolno mieniące się gwiazdy, drzewa, które równie ładnie lśniły blaskiem gwiazd. Nie rozglądałem się jednak zbyt długo, nieważne jak piękne byłoby otoczenie, jak wiele kuszących miejsc byłoby to zwiedzenia, sprawdzenia... był ktoś, kogo chciałem zobaczyć bardziej, niż najpiękniejsze miejsca na świecie, czy na srebrnej skórce. Obejrzałem się za siebie, gdzie dostrzegłem Ckliwą Wierzbę. Wziąłem głęboki wdech. Nim zdołałem w ogóle podejść bliżej, poczułem jej słodki zapach - ten sam, którego szukałem w każdym innym kocie, w każdym innym miejscu, krzewie czy trawie. Poczułem, jak momentalnie łzy napływają do moich oczu, a łapy robią się miękkie, tak, że trudno było mi na nich ustać. Pomyślałem, że to i tak było już za dużo, móc poczuć jej zapach, tak, jakby tu była... tak, jak dawniej. Jakby nic się nie stało. Gdyby Gwiezdni chcieli mi dać tylko to, nie byłbym zły, zawiedziony. Ale potem... potem z lśniącego obłoku powolutku zjawiła się ona, a ja... a ja patrzyłem, jak idzie w moją stronę. Wstrzymałem oddech, a łzy mimowolnie zaczęły spływać mi po policzkach. Patrzyłem na nią, jeszcze piękniejszą niż ją zapamiętałem, a byłem pewien, że to niemożliwe. Przez parę pierwszych uderzeń serca nie byłem w stanie się ruszyć, jakby coś mnie trzymało w jednym miejscu... ale jej miękki szept sprawił, że zacząłem biec w jej kierunku, byle tylko jak najszybciej znów znaleźć się w jej ciepłym objęciu. Ogromnymi susami znalazłem się obok niej, by natychmiast rzucić się w jej łapki. Przymknąłem mokre powieki, spod których wydostawało się tylko więcej i więcej łez, wtuliłem się w jej futro nie będąc w stanie stwierdzić, czy to działo się naprawdę - czy faktycznie znalazłem się na Srebrnej Skórce, spotykając moją Jaskółkę, czy padłem po prostu ze zmęczenia, a sen to wytwór mojej własnej wyobraźni.
xxxxLeżąc w jej ramionach, czując jej zapach i słysząc jej głos pierwszy raz od dawna czułem się tak... tak spokojny, w mojej głowie było cicho. Nic mnie nie dręczyło, niczym się nie stresowałem, nie myślałem, że robię coś źle, że sam jestem zły, że nie daje rady. Nawet najmniejsza myśl o śmierci, bezradności nie przeszła przez moją głowę. Było... cicho. Byłem szczęśliwy. Pierwszy raz, odkąd ją straciłem, czułem się szczęśliwy, a na mojej mordce pojawił się prawdziwie szczery uśmiech, nie ten wymuszony, nie ten, który zjawiał się tylko z grzeczności, bo tak wypadało. - Jaskółko... - wyszeptałem cicho gdzieś między szlochem. - Jaskółko tak bardzo... tak bardzo za tobą tęskniłem, ja... ja... przepraszam, tak bardzo. Nie umiem... nie umiem sobie wybaczyć, Jaskółko, jak bardzo cię skrzywdziłem. Nie umiem bez ciebie żyć, Jaskółko, tak bardzo cię przepraszam - mówiłem wszystko, co miałem w głowie od tak bardzo dawna. Każdą myśl, która dręczyła mnie przez ostatnie miesiące. - Nie potrafię jeść, spać, ja... ja nie byłem przy Czterech Drzewach ani razu. Nie umiem. Nie umiem... jak mogłem... jak mogłem na to pozwolić, Jaskółko. T-tak bardzo cię przepraszam, że wtedy... miałaś iść ze mną... ochroniłbym cię. Oddałbym za ciebie życie. Wszystko bym za ciebie oddał - łamał mi się głos, ale nie umiałem już przestać. Tak wiele chciałem jej powiedzieć, o tym wszystkim co się ze mną działo, gdy jej zabrakło. O tym, jak bardzo mi brakuje jej głosu, jej życzliwości, dobroci, ciepła. O tym, jak sobie nie radziłem odkąd odeszła. Jak bardzo się winiłem i biczowałem za to, że pozwoliłem zostać jej w miejscu, które nigdy nie było bezpieczne... o tym, jak lekkomyślny byłem i jak bardzo nienawidziłem siebie, że to zabrało mi najbliższego kota mojemu sercu. - Tak bardzo cię kocham - miauknąłem żałośnie, patrząc jej w lśniące oczy. - Nie umiem... nie umiem żyć, odkąd cię nie ma. Byłaś, jesteś... najlepszym... co mogło spotkać las, mnie... cały Klan Cienia na pewno też, tak bardzo cię przepraszam, że pozwoliłem ci odejść. N-nie... j-ja nie... ja...
[Obrazek: jAtNJ2o.png]
LVL 5 510 / 400
MedLVL 0 0 / 100
18
Siła
S
13
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#36
Wtuliła się w jego sierść, mrucząc cicho, miękko, wdychając jego zapach. Och, tak dawno go nie czuła, tak dawno go nie dotykała. Tęstkniła za tym, za jego ciepłem, w końcu mogła się do niego przytulić. Zaszkliły jej się oczy, pociągnęła nosem, choć w tym wszystkim próbowała pozostać spokojna, tak nie udawało jej się to ani trochę. I tak tkwili we wzajemnym uścisku, w sumie Jaskółka nie wiedziała, jak długo. Chyba po prostu tego najbardziej potrzebowali.

– Wiem, wiem, Ogień. Obroniłbyś, zawsze chciałeś wszystkich chronić, swoją rodzinę, swoją siostrę... to nie twoja wina. To wszystko nie twoja wina. Nie miałeś na nic wpływu, i ja również – powiedziała, spoglądając prosto w jego żółte oczy i przejechała językiem po jego policzku, raz, drugi, nie przestając się uśmiechać ani na chwilę. Oddałaby wszystko, żeby tylko mogła raz jeszcze pójść z nim na spacer. Przy wierzbie. Ale tak naprawdę. Przejść się przy Czterech Dębach, ułożyć na polanie, mieć mieniące się gwiazdy nad głowami. Ale mogła. Nie mogła, bo ktoś okrutnie i niesprawiedliwie odebrał jej życie. Zakończył je, pogrążając nie tylko ją, ale i inne koty.

– Kocham cię, Ogień. Najmocniej, to nigdy się nie zmieni – wyznała, stykając się z nim nosem. – Jestem z ciebie dumna, mój kochany. Jesteś taki silny, widzę, co robisz, jak bardzo się starasz, zawsze będę przy tobie, nawet, jeśli nie zawsze mnie widzisz – odparła. Miał w sobie tak silną wolę walki, miał przy sobie koty, które go wspierały, które uwierzyły w niego, kiedy on sam nie miał już wiary w nic. Szkoda, że ona nie mogła już być pośród tych żyjących kotów. Ale nie była zupełnie poza jego zasięgiem. – Masz koty o tak dobrym sercu dookoła siebie, Ogień, pamiętaj o tym, ufaj im – dodała, wtulając się w jego szyję. Nocna Gwiazda okazał mu wsparcie, jakiego potrzebował, dał mu do zrozumienia, jak wspaniałym kotem jest i miała nadzieję, że Ogniste Serce w końcu w to uwierzy. Ona w niego wierzyła. Najbardziej.

my love, take your time,
I’ll see you on the other side,
raise a glass to freedom...

LVL 4 115 / 300
MedLVL 6 754 / 900
8
Siła
S
12
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
19
Zmysły
Zm
75
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#37
xxxxKiedy miękkie futerko Jaskółki otulało moją mordkę, miałem wrażenie, że dostałem drugie życie. To lepsza, nowe. Czułem się tak, jakby ostatnie księżyce bezsensownej tułaczki, walki z własnymi myślami, smutku i poczucia absurdalnej pustki nie istniały. Jakbym znów był tylko ja i ona, a cała reszta świata nie miała znaczenia. Nie liczyli się już ci terminatorzy, których myślałem, że zawodzę, nie liczyła się moja rola w Klanie i przeświadczenie, że marny ze mnie był wojownik... nic, co zaprzątało moją głowę przez ostatnie księżyce się nie liczyło, bo miałem w swoich łapach cały swój świat, powód, dla których wszystko stawało się spokojne, ciche, takie, że miałem ochotę żyć. Żyć, dopóki czułem jej słodki zapach i słyszałem jej wszystkie piękne słowa, które były tak delikatnie, czule utkane, że aż trudno było uwierzyć, że były prawdziwe. Ale były, słowa były prawdziwe i ona była prawdziwa. Jakby żywa. Jakby cała i zdrowa. Tylko moja.
xxxxSerce stapiało mi się gdy słyszałem, że jej śmierć nie była moją winą. To były słowa tak nierealne, a jednocześnie z pyska Jaskółki tak prawdziwe... dobrze wiedziałem, że nie kłamała, choć trudno było w ogóle w to uwierzyć. Jej słowa były abstrakcyjne, ale prawdziwe. Nikomu tak nie ufałem jak jej. I wszystko bym dla niej zrobił, wszystko, była moją najjaśniejszą gwiazdką, najjaśniejszym światełkiem, gdy wszystko inne wydawało się szare, smutne, bez nadziei, bez sensu.
xxxxŁzy zaczęły spływać jeszcze obficiej, gdy tylko usłyszałem, że wciąż przy mnie czuwała, że mnie obserwowała, że była, gdy czułem się najsamotniejszy na całym świecie. Zawsze była. Niekiedy widziałem ją w szumie drzew, w delikatnym wietrze czy niewielkich, wolno opadających śnieżynkach. Niekiedy w cieniu w Jałowcowym Gąszczu, tuż przy mnie w Zalanej Norze. I dobrze wiedziałem, że to zawsze była ona, tuż obok. Nie musiałem jej widzieć by wiedzieć, że nie zostałem sam... że nigdy tak naprawdę mnie nie opuściła.
xxxx- Jaskółko - miauknąłem smutno, chcąc powiedzieć cokolwiek... chciałem jej opowiedzieć o tym, że wytrenowałem pierwszego terminatora, ha, nawet dwóch! Opowiedzieć o śmierci Łabędziej Gwiazdy, i że poznałem wnuki Nocnej Gwiazdy. Ale ona o tym wszystkim wiedziała. Nie była już po drugiej stronie granicy, odcięta, nie musiała czekać na spotkanie ze mną by dowiedzieć się, co u mnie. To tylko ja nie wiedziałem co u niej, ona była nawet lepiej doinformowana ode mnie. - Jest ci tu dobrze, skarbie...? Jesteś już bezpieczna? - zapytałem z ściśniętym gardłem, po paru dłuższych chwilach ciszy. Cisza nie była przytłaczająca, była neutralna, zwykła, spokojna. Nie męczyła mnie tak, jak zawsze. Zamiast tego dawałem po prostu samemu sobie... cieszyć się chwilą. Najpiękniejszą chwilą, jaką mogłem dziś dzielić. Spojrzałem na nią szklistymi oczami, czekając na odpowiedź. Nie pomyślałbym nigdy, że srebrna skórka jest miejscem niebezpiecznym, ale... ale musiałem to usłyszeć od niej. Tylko to. Tak długo żyła - całe swoje życie - w strachu i niebezpieczeństwie. Jedyne, czego chciałem, to by teraz była szczęśliwa. Bezpieczna. By nic już nie sprawiało jej bólu, problemu i stresu. Jeśli tak nie było, byłem gotowy poruszyć niebo i ziemię, doprowadzić do wojny z samymi przodkami, byle tylko... byle tylko ona była szczęśliwa.
[Obrazek: jAtNJ2o.png]
LVL 5 510 / 400
MedLVL 0 0 / 100
18
Siła
S
13
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#38
Kiedy umarła, myślała, że zobaczy Ogniste Serce dopiero wtedy, gdy on sam również zginie. Kiedy pokona go drapieżnik, choroba, starość... a jednak był tutaj, na srebrnej skórce razem z nią. Nie na długo, musiał już niedługo wracać do swoich towarzyszy w podróży. Nie chciała go oddawać, nie chciała, aby go zostawiał, gdyby mogła, już na zawsze zostałby z nią, a ona z nim... ale nie mogła. Musiała pozwolić mu odejść. Nie na zawsze, wszak kiedyś spotkają się jeszcze raz.

– Jestem... jest tutaj moja rodzina, moi biscy. Mój drogi, wszystko jest dobrze, nie musisz się już o mnie martwić – przyznała z uśmiechem. Miała tutaj tych, których kochała, których darzyła sympatią. Gwiezdny Klan był tak zupełnie inny, niż to, co znała przez całe swoje życie. Tutaj zaznała spokoju, można by rzec, że sielanki, choć była to sielanka niepełna. Brakowało jej czegoś. Kogoś. Ale nie była egocentryczna, nigdy nie myślała tylko o swojej osobie, nie mogłaby odebrać Ogniowi życia, zmusić go do zostania z nią, nawet, jeśli gdzieś w głębi serca bardzo tego pragnęła. On miał swoje życie, swoje koty dookoła. Musiał przeżyć swoje życie. Jej zostało już zakończone.

– Musisz... musisz iść, Ogień... oni na ciebie czekają – mruknęła – do... zobaczenia, kocham cię – powiedziała, z łzami w oczach, bólem w głosie, bo musieli się pożegnać. Znów oddzielić od siebie, choć tym razem w warunkach kontrolowanych, nie oderwani od siebie. Wtuliła się w niego, obejmując dwiema łapami i przyciskając do siebie. – Nie wracaj tutaj za szybko – zaszlochała, starając się brzmieć jakkolwiek humorystycznie, jakkolwiek lekko. W końcu nie żegnali się na zawsze.

Ogniste Serce poczuł, jak pochłania go sen, opadł w ramieniach Barwnoskrzydłej na podłoże z gwiezdnego pyłu, otoczony jej ciepłym, długim futrem. Odpłynął zupełnie po kilku chwilach - a kiedy się obudził - widział przed sobą już tylko Szepczącą Sadzawkę, a ciepło wewnątrz chroniło go przez chłodem dookoła. Niebo, dotąd ciemne, wręcz granatowe, jedynie ze świecącym intensywnie srebrnym księżycem - na moment rozświetliło się ognistą łuną, pędzącą przez niebo niczym północna zorza. To było... wszystko. Ogniste Serce powrócił do pełnej świadomości, a uczucie znużenia zupełnie go odpuściło po kilku uderzeniach serca. Mogli wracać. Cała trójka mogła wracać do domu. Do swojego Klanu.

zt

my love, take your time,
I’ll see you on the other side,
raise a glass to freedom...

LVL 4 115 / 300
MedLVL 6 754 / 900
8
Siła
S
12
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
19
Zmysły
Zm
75
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#39
//ustalone z wiśnią, jej post z zakończeniem wleci ciutkę później

- Gwiazda w imieniu nie zwalnia z polowań, więc myślę że kiedyś na pewno uda nam się znaleźć czas w tym samym momencie. - uśmiechnął się delikatnie. Nie pamiętał kiedy ostatnio polował z kimś, raczej chodził w pojedynkę, ale jeśli tylko Nadpływająca Ławica miała ochotę, to nie powinno być problemu by znaleźć i na to czas.
- Słowo Przywódcy jest prawem, Ogień. Idź, wiem że chcesz. - powiedział, nie zamierzając znosić sprzeciwu. Młody na szczęście się nie kłócił i grzecznie poszedł na spotkanie z ukochaną. Nie trwało ono długo, trzeba było przyznać, ale po wybudzeniu, pomimo tego żę łzy były dobrze widoczne na ogniście rudych polikach, wojownik wydawał się być taki... lekki. Spokojniejszy niż wcześniej. Nieważne co podczas tej rozmowy się wydarzyło, najwidoczniej kocur dostał to, czego potrzebował. Pojednanie przebiegło pomyślnie, czego Nocna Gwiazda mógł mu jedynie zazdrościć.
- Chodźcie, po drodze jeszcze trzeba zapolować. - mruknął. Nie wiedział czy to tylko on, czy otrzymywanie żyć było aż tak męczące, ale umierał z głodu. Będą musieli po drodze coś zjeść, a potem... potem się zacznie.

zt <3
TO MOJA WINA

nie taki był plan, wiem nie zmyjemy tych plam
są jak krople wina
możesz to na mnie zrzucić




niech wszystko spadnie na mnie
łzy z jej powiek
uwięziony wokół pokus, jestem solą w oku


NIEWINNYCH KOTÓW I KŁAMSTW
LVL 12 100 / 500
MedLVL 0 0 / 100
33
Siła
S
25
Zręczność
Zr
15
Szybkość
Sz
14
Zmysły
Zm
115
Punkty Życia
HP
95
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#40
xxxxUśmiechnąłem się szeroko, słysząc, że wszystko było tu dobrze. W końcu mogła odpocząć, wyzwolić się z uścisku strachu i niebezpieczeństwa. To oznaczało też to, że ten tyran nie trafił tu z nią, do Gwiezdnego Klanu. I naprawdę cieszyłem się, że księżyce bólu i cierpienia miała za sobą, że teraz... teraz już wszystko było spokojne, ciche... bezpieczne.
xxxxWiedziałem, że nasze spotkanie nie mogło trwać wiecznie, nie mogło być nieskończone - choć bardzo chciałem, by takie było. Już nigdy nie chciałem wracać do obozu Klanu Rzeki, nieważne jak bardzo kochałem swój Klan i koty, które tam żyły. Gdybym mógł, zostałbym w objęciach mojej ukochanej i nigdy więcej nie wracał do szarej, tak brzydkiej rzeczywistości, odkąd jej tam nie było. Ale... ale nie taka była moja rola. Nie przyszedłem tu, by zostać, jeszcze nie. Nie teraz. Patrzyłem, jak Jaskółka płacze, jak bardzo żal jej było mnie puszczać. I ja też płakałem, kiedy czule, delikatnie jechałem językiem po jej policzku, szepcząc, że bardzo ją kocham, że jest dla mnie wszystkim i by mnie nie opuszczała, nawet, jeśli bariera między życiem a śmiercią nas oddziela. Trzymałem ją mocno do samego końca, wiedziałem, że rozmywający się obraz kotki to znak, że znów zostaniemy rozdzieleni. Przytulałem ją i płakałem w jej pierś, chcąc jak najdłużej czuć ciepło jej obecności. I czułem, nawet wtedy, gdy zniknęła mi z oczu - kiedy jej zapach się rozmył, kiedy nie słyszałem już jej oddechu. Ale czułem ciepło. Jakby była tuż obok mnie, jakby wciąż mnie przytulała, była tuż obok. Otarłem z trudem łzy, kiedy przed sobą zobaczyłem taflę Szepczącej Sadzawki. Podniosłem wzrok najpierw na niebo, to nocne, ciemne... kiedy nagle rozbłysnęło na nim pomarańczowe, płomienne światło, zażyło się chwilę tak, jak zorza, o której kiedyś mi opowiadano. Z zauroczeniem patrzyłem, jak blask powoli blednie, aż zniknął całkowicie. Pociągnąłem nosem.
xxxxWstałem wolno, swój wzrok zatrzymując na Nocnej Gwieździe i Nadpływającej ławicy, po czym... uśmiechnąłem się ciepło, pierwszy raz od naprawdę wielu, wielu księżyców. - Wracajmy - kiwnąłem głową. To był dobry dzień.

zt
[Obrazek: jAtNJ2o.png]
LVL 5 510 / 400
MedLVL 0 0 / 100
18
Siła
S
13
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#41
- Cieszę się! W takim razie... Ja będę czekać na ciebie, bo pewnie będziesz chciał najpierw zorganizować sobie nowe obowiązki. - Z uśmiechem odparła nowemu przywódcy, a w międzyczasie Ogień podszedł do Sadzawki i odpłynął. Dosłownie? W przenośni...?

Jakiś czas to trwało jak kotka i kocur czekali aż Wojownik do nich powróci. Przypływ dalej przeglądała kamienie, znalazła jeszcze dwa bardzo ładne. Chciała wziąć je wszystkie, więc znalazła jakiś liść i miała zamiar przenieść je w tym liściu. Tutaj przy sadzawce miała wrażenie jakby przyroda była bardziej żywa.

Po czasie Ogniste Serce wstał i odwrócił się do nich. I uśmiechnął, ale inaczej. Ten uśmiech był całkowicie inny od tych, które do tej pory widziała. Zdziwiona rzuciła krótkie spojrzenie Nocnej Gwieździe, a na słowa Ognistego Serca wstała i przywódcy kiwnęła im głową, po czym ruszyła wraz z nimi w drogę powrotną.

Ciekawe jak to było - być tam, po drugiej stronie. Ta druga strona odmieniła i Noc i Ognia... może kiedyś odmieni też ją?

//zt
Obrazek

★ Otuliły mnie do snu ★
★ stare jak ten świat ★
☆ historie, w których Ogień zgasł ☆
★ . . . ciemno, burza, strach. . . ★

★ Oj dziewczyno ☆
★ Zaraz przeminą ☆
★ . . . Wszystkie gorsze dni . . .☆
LVL 5 50 / 400
MedLVL 0 0 / 100
17
Siła
S
10
Zręczność
Zr
9
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
#42
Syn Skrzącego Słowa powrócił ze Srebrnej Skórki jako Nocna Gwiazda, jako przywódca Klanu Rzeki, zaś Ogniste Serce powrócił odmieniony, z odnalezionym na nowo spokojem w duszy. Oboje powrócili odmienieni. Nadpływająca Ławica, z pewnością, również czuła się nieco wyjątkowo, widząc miejsce tak niesamowite jak Szepcząca Sadzawka, choć jako jedyna nie dostąpiła zaszczytu konwersacji z Gwiezdnym Klanem.
Należało teraz, jedynie, powrócić do obozu. I oby Gwiezdny Klan zadbał o to, aby podróż powrotna była równie spokojna i lekka, jak podróż tutaj.

Wraz z nowym dniem na czele Klanu Rzeki zabłysnęła nowa Gwiazda.

nocna gwiazda | lvl: 11 | S: 32 | Zr: 24 | Sz: 13 | Zm: 12 | HP: 110 | W: 85
+ 15exp
ogniste serce | lvl: 4 | S: 15 | Zr: 12 | Sz: 6 | Zm: 6 | HP: 75 | W: 50
+ 10exp
nadpływająca ławica | lvl: 3 | S: 11 | Zr: 8 | Sz: 7 | Zm: 5 | HP: 70 | W: 45
+ 10exp

LVL 2 15 / 150
MedLVL 0 0 / 100
5
Siła
S
7
Zręczność
Zr
9
Szybkość
Sz
5
Zmysły
Zm
50
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości