Według wszelkich dostępnych ksiąg byłby kategoryzowany jako idealny pomocnik czarownicy. Jak samo jego imię wskazuje, jest czarny jak najciemniejsza noc, pozbawiona wszelkich gwiazd, a także blasku księżyca. Jego sierść jest gęsta i krótka, co wcale nie przeszkadza jej wyglądać, jakby chodzący omen przed paroma uderzeniami serca wyskoczył z czyjejś dzikiej paszczy. Tak na prawdę spośród innych czarnych kotów wyróżniają go oczy. Oczy, które brązowo-niebieskim spojrzeniem omiatają świat. Ich kolor jest lustrzanym odbiciem tych Mroza. Kocur jest równie wysoki co jego brat, posiadający proporcjonalną sylwetkę i długi, równie smolisty co reszta ciała ogon. Do tego zdaje się poruszać, jakby jego łapy nie dotykały ziemi, a sam ruch wykonywały dla zasady - wydaje się płynąć, pełen wrodzonej elegancji i gracji, do czasu gdy nie rozbije się o jakieś drzewo, albo wpadnie w zdradziecki dół.
Rozerwane lewe ucho.
Chodzący pech i destrukcja, szczególnie dla samego siebie. Wrona cierpi chyba na jakąś wrodzoną przypadłość, która każe mu pakować się we wszystkie możliwe pułapki, jakie zastawia na niego życie, albo zaliczać co drugie drzewo. Sam jednak zdaje się tym w ogóle nie przejmować, jakby w żadnym stopniu nie było to od niego zależne. Do tego często zdarza mu się obarczać winą innych, a co do wyrzutów sumienia w tym temacie... stwierdzono brak.
Jest nieco zamknięty w sobie i nieśmiały, jednak mimo wszystko uwielbia zawierać nowe znajomości. Do tego wetknie nos wszędzie tam gdzie niekoniecznie powinien, narobi sobie kłopotów, a potem z uporem maniaka nie raz zrobi to samo. Uczenie się na błędach? Hmm...
Jest dość łasy na wszelkie pochwały i miłe słówka, a jego rywalem numer jeden jest oczywiście nikt inny jak Mróz. Za którego też, bez wahania, oddałby życie.
Jutro. W samo południe. Jak w prawdziwym westernie. Do tego powiew słonego wiatru, suche trawy i piasek pod łapami. Prawie dziki zachód, ale w wydaniu kotkowym. Wronie Pióro przyczłapał do Szorstkich Traw z zamiarem poprowadzenia czegoś, czego nigdy się nie spodziewał prowadzić - treningu Łososiowej Łapy. Ich relacja może nie była trudna, ale łatwa też na pewno. Nie pałali do siebie sympatią, a przynajmniej Wronie Pióro nie darzył jakąkolwiek ciepłą emocją swojej siostrzenicy. Rybka była po prostu dziwna. A przynajmniej według jego standardów. Cicha, zamknięta, odcięta od świata zewnętrznego i trochę go to przerażało. Miała zostać w końcu medykiem. Miała wchodzić w interakcje, a jego zdaniem, nie potrafiła tego wcale.
Świetlik jednak podjął decyzję, a on się na to zgodził. Kiwnął przecież mordą, tam pod Wilgotną Skałą, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że to może być ciekawe. No i miał taką też nadzieję - że zrobi co ma zrobić, Łosoś tak samo, nie zabiją się przy okazji i może nawet rozejdą z jakąś ciut lepszą relacją.
No ale zobaczymy.
Czarny kocur usiadł w końcu, stwierdziwszy że ta konkretna kępka trawy jest do tego wręcz idealna i spojrzał w dal; po piasku, w kierunku morza i nieba na horyzoncie. Czekał, aż plakoderma przyjdzie.
Hewasa»lost«boywithholloweyes Hewasthenight D A R K °•★Butfilledwithstars★•°
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Że niby niesprawna, boląca i do tego wyglądająca jak siedem nieszczęść rana na łapie miała go zmusić do tego, żeby zignorował trening? No... tak po prawdzie to było blisko, by pozostał w Korzennej Norze, w milczeniu licząc korzenie wystające ze ścian po raz tysięczny w swoim życiu, jednak nie ze względu na poniesione rany (które faktycznie wynikały z jego zajadłości i szczeniackiej chęci zemsty, jednak nie zamierzał się do tego przyznawać unosząc się dumą), a fakt kogo Świetlikowa Gwiazda przydzielił mu na mistrza. Po dłuższej kalkulacji chęć zdobycia wiedzy wygrała ponad niechęcią i strachem przed Wronim Piórem, a terminator medyka wypełzł z Korzennej Nory, pozostawiając Toń pod okiem Liliowej... jakkolwiek się tam nazywała, która miała po niego przyjść w razie jakby coś niepokojącego się wydarzyło. Terminator spał, wciąż był obolały i słaby, a jego stan był... trudny do określenia, przynajmniej jeszcze teraz. Potrzebował jeszcze odrobiny czasu, by móc określić czy zioła zaczęły działać czy też nie, dlatego też zdecydował się póki co pozostawić rany zarówno młodszego kocurka, jak i własne w spokoju - i pokuśtykał w umówione miejsce.
Niestety, poruszanie się na trzech łapach nie było ani wygodne, ani też i szybkie, toteż na miejsce dotarł spóźniony i z pyskiem zmarszczonym w kwaśnym wyrazie, który był połączeniem zarówno determinacji, by dotrzeć na miejsce, a także i zmęczenia i frustracji tym, jak beznadziejnie słabe było teraz jego ciało. Stawił się jednak na miejscu; choć serce łomotało mu w piersi a krew szumiała w uszach, wyprostował kark i na krótką chwilę nawet spojrzał mniej-więcej w kierunku pyska Wroniego Pióra. Zaraz jednak miedziane ślepia uciekły nieco na lewo, gdzieś poza postać wuja.
- Wronie Pióro - mruknął cicho w formie powitania, wciąż nie do końca rozumiejąc celowość zwrotów powitalnych. No, to teraz już chyba będzie z górki.
Oby.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Według wszelkich dostępnych ksiąg byłby kategoryzowany jako idealny pomocnik czarownicy. Jak samo jego imię wskazuje, jest czarny jak najciemniejsza noc, pozbawiona wszelkich gwiazd, a także blasku księżyca. Jego sierść jest gęsta i krótka, co wcale nie przeszkadza jej wyglądać, jakby chodzący omen przed paroma uderzeniami serca wyskoczył z czyjejś dzikiej paszczy. Tak na prawdę spośród innych czarnych kotów wyróżniają go oczy. Oczy, które brązowo-niebieskim spojrzeniem omiatają świat. Ich kolor jest lustrzanym odbiciem tych Mroza. Kocur jest równie wysoki co jego brat, posiadający proporcjonalną sylwetkę i długi, równie smolisty co reszta ciała ogon. Do tego zdaje się poruszać, jakby jego łapy nie dotykały ziemi, a sam ruch wykonywały dla zasady - wydaje się płynąć, pełen wrodzonej elegancji i gracji, do czasu gdy nie rozbije się o jakieś drzewo, albo wpadnie w zdradziecki dół.
Rozerwane lewe ucho.
Chodzący pech i destrukcja, szczególnie dla samego siebie. Wrona cierpi chyba na jakąś wrodzoną przypadłość, która każe mu pakować się we wszystkie możliwe pułapki, jakie zastawia na niego życie, albo zaliczać co drugie drzewo. Sam jednak zdaje się tym w ogóle nie przejmować, jakby w żadnym stopniu nie było to od niego zależne. Do tego często zdarza mu się obarczać winą innych, a co do wyrzutów sumienia w tym temacie... stwierdzono brak.
Jest nieco zamknięty w sobie i nieśmiały, jednak mimo wszystko uwielbia zawierać nowe znajomości. Do tego wetknie nos wszędzie tam gdzie niekoniecznie powinien, narobi sobie kłopotów, a potem z uporem maniaka nie raz zrobi to samo. Uczenie się na błędach? Hmm...
Jest dość łasy na wszelkie pochwały i miłe słówka, a jego rywalem numer jeden jest oczywiście nikt inny jak Mróz. Za którego też, bez wahania, oddałby życie.
Wrona dość często pławił się w ignorancji, jeśli chodziło o życie obozowe i to, co w nim zachodziło. Nie wiedział więc, że bóbr pojawił się w obozie i wyrządził niektórym jego członkom poważne szkody. Nie było go wtedy w obozie i znaczyło to ni mniej ni więcej, że ni musiał zajmować tym sobie czarnej główki. Siedział więc w miarę zadowolony z życia, pławiąc się w ciepłych promieniach słońca, które właśnie wychynęło zza niewielkiej chmury, która jeszcze chwilę temu przysłaniała źródło ciepła i światła. Dopiero słysząc swoje imię otworzył szeroko oczy, kierując je na mordkę Łososiowej Łapy.
- Witaj Łososiosiooooo.... Co na Gwiezdny Klan?! - brwi zmarszczyły się, kiedy spojrzenie zjechało z burego pyszczka nieco niżej, na owiniętą zielskiem łapę, która ewidentnie nie wyglądała zbyt dobrze. Kolorowe oczy skakały to do pyszczka terminatorki, to do jej uszkodzonej kończyny, starając się jakoś połączyć fakty. Szło to jednak topornie, bo jakby nie patrzeć - informacji odnośnie wydarzenia, lub chociażby ich skrawków w ogóle nie posiadał.
- Co ty tutaj robisz w takim stanie. Powinnaś odpoczywać w Korzennej Norze. - wypalił ze zgrozą malującą się na jego mordce. To był trening, tylko trening, a on był wojownikiem, który rozumiał, że mogły wydarzyć się rzeczy uniemożliwiające naukę. Tolerował przecież Łasiczą Łapę i jej nieobecności, wzruszyłby więc tylko ramionami, kiedy i Zepsutej Rybki zabrakłoby mu tego dnia. Ona natomiast postanowiła wykazać się skrajną głupotą i nadwyrężać się, podczas gdy kończyna pozostawała niewyleczona.
Hewasa»lost«boywithholloweyes Hewasthenight D A R K °•★Butfilledwithstars★•°
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Pręgowane czoło terminatora medyka nieznacznie spochmurniało, gdy powitanie ze strony Wroniego Pióra nie zakończyło się tak, jak się spodziewał. Zacisnął zęby i odruchowo spojrzał na kocura, a później powiódł za jego wzrokiem na swoją łapę, po czym znów utkwił spojrzenie gdzieś na wysokości jego barku, nie do końca rozumiejąc, o co w ogóle mu chodzi. Na jego pytanie czoło plakodermy pobruździło się nieco mocniej, a sam Łosoś milczał przez kilka uderzeń serca.
- Byliśmy umówieni - stwierdził w końcu, wciąż uparcie patrząc w jedno bliżej nieokreślone miejsce w okolicy obojczyka wuja. - Nie mogę nie przyjść - dodał zaraz, zupełnie nie rozumiejąc o co mu chodzi. Według siebie samego nie wymagał chuchania i dmuchania bo nie był jajkiem, a najlepszym sposobem na to, żeby powrócić do sprawności będzie uparte kontynuowania życia tak, jak dotychczas. W pewnym sensie możliwe, że uważał siebie za zwyczajnie niezniszczalnego, a taka złamana łapa była jedynie drobnym mankamentem i powierzchowną raną, którą należy rozchodzić... Poza tym Łososiowa Łapa działał w systemie mocno zero-jedynkowym, prosta kalkulacja wystarczyła by wysunąć wniosek, że nie przyjście na trening wiązałoby się z konsekwencjami (poza tym duma i ambicja nie pozwalały mu od tak, "bez powodu" odpuszczać sobie treningów), nawet jeżeli według Wroniego Pióra takie olanie sprawy nie byłoby niczym szczególnym. To był ten typ ucznia, który na dwa tygodnie przed maturą przestawał spać i jeść, bo musiał być doskonale przygotowany, a zapytany na oddziale intensywnej terapii "co jest ważniejsze, edukacja czy zdrowie?" bez wahania odpowiada, że zdrowiem się nie naje ani nie zapewni mu miejsca na wymarzonym kierunku studiów.
- Mam... nie przychodzić? - spytał nagle, marszcząc nieznacznie pysk. To było dla niego całkowicie niezrozumiałe, dlaczego jego stan zdrowia miał decydować o tym, czy może mieć trening. Zresztą, bez Deszczowej Nocy, która złapałaby go za łeb i ustawiła do pionu był całkowicie zagubiony i zupełnie nie wiedział, jak powinien zachować się w... zasadzie każdej sytuacji społecznej. Czy nieprzychodzenie na trening było w porządku? Skąd miał o tym wiedzieć, skoro nikt nigdy mu wcześniej nie powiedział?
............zupełnie zapomniałem o tym treningu, myślałem że już tu odpisałem
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Według wszelkich dostępnych ksiąg byłby kategoryzowany jako idealny pomocnik czarownicy. Jak samo jego imię wskazuje, jest czarny jak najciemniejsza noc, pozbawiona wszelkich gwiazd, a także blasku księżyca. Jego sierść jest gęsta i krótka, co wcale nie przeszkadza jej wyglądać, jakby chodzący omen przed paroma uderzeniami serca wyskoczył z czyjejś dzikiej paszczy. Tak na prawdę spośród innych czarnych kotów wyróżniają go oczy. Oczy, które brązowo-niebieskim spojrzeniem omiatają świat. Ich kolor jest lustrzanym odbiciem tych Mroza. Kocur jest równie wysoki co jego brat, posiadający proporcjonalną sylwetkę i długi, równie smolisty co reszta ciała ogon. Do tego zdaje się poruszać, jakby jego łapy nie dotykały ziemi, a sam ruch wykonywały dla zasady - wydaje się płynąć, pełen wrodzonej elegancji i gracji, do czasu gdy nie rozbije się o jakieś drzewo, albo wpadnie w zdradziecki dół.
Rozerwane lewe ucho.
Chodzący pech i destrukcja, szczególnie dla samego siebie. Wrona cierpi chyba na jakąś wrodzoną przypadłość, która każe mu pakować się we wszystkie możliwe pułapki, jakie zastawia na niego życie, albo zaliczać co drugie drzewo. Sam jednak zdaje się tym w ogóle nie przejmować, jakby w żadnym stopniu nie było to od niego zależne. Do tego często zdarza mu się obarczać winą innych, a co do wyrzutów sumienia w tym temacie... stwierdzono brak.
Jest nieco zamknięty w sobie i nieśmiały, jednak mimo wszystko uwielbia zawierać nowe znajomości. Do tego wetknie nos wszędzie tam gdzie niekoniecznie powinien, narobi sobie kłopotów, a potem z uporem maniaka nie raz zrobi to samo. Uczenie się na błędach? Hmm...
Jest dość łasy na wszelkie pochwały i miłe słówka, a jego rywalem numer jeden jest oczywiście nikt inny jak Mróz. Za którego też, bez wahania, oddałby życie.
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Pręgowane czoło burego zmarszczyło się mocno na słowa wuja. Z całą tą... niechęcią podżeganą lękiem, jaki wobec niego czuł nie mógł tak naprawdę ukrywać, że w pewnym sensie ten miał rację. Buntownicza natura Łososiowej Łapy podpowiadała mu natychmiastową negację tego, co właśnie usłyszał i uparte stawanie, haha, okoniem, byleby tylko dopiąć swego, jednak nieprzyjemne mrowienie w łapie, która zaczynała mu drętwieć i czasem ściskać się bólem, który z trudem powstrzymywał przeważyło nad szczeniacką chęcią zrobienia wszystkim na złość i odmrożenia sobie uszu. Zacisnął szczęki, z wyrzutem patrząc na swoją poskładaną do kupy zielskiem łapę, winowajczynię całej tej szopki, a jego czarny ogon gniewnie kołysał się na boki - on sam jednak uparcie milczał, unikając wzroku Wroniego Pióra.
- ...Tak - mruknął tylko, choć słowo to, tak krótkie i banalne, niemalże wypluł gdyż tak trudno było mu przyznać, że to nie on miał rację, a ktoś, za kim, cóż, nie przepadał jakoś szczególnie. Pochylił nieznacznie głowę, obserwując wysunięte pazury swojej prawej łapy. Rozluźnił mięśnie, a te powróciły do miękkich pochewek jego palców. Kiwnął sztywno głową. Nie było innego wyboru - musiał się poddać, tak po prostu. Z tego też powodu odwrócił się i skierował w stronę obozu, by powolnym, nierównym krokiem w końcu dotoczyć się do Korzennej Nory, uparcie odmawiając ewentualnych prób pomocy.
Nie chciał, by inni widzieli go jako kalekę. Nie chciał, by ktoś wykorzystał jego chwilowe niedysponowanie jako słabość - czuł więc potrzebę, by udowodnić swoją wartość poprzez uparte tupanie nogą i robienie wszystkiego samemu.
***
Kalectwo, jak się okazało, nie było jedynie chwilowe - po walce z bobrem pozostała szpetna blizna, a jego łapa była nieodwracanie już wykrzywiona, uniemożliwiając odpowiednie stawianie jej na ziemi i równy krok. Ucierpiała na tym jego ogólna sprawność fizyczna, ale również i psychiczna - i choć uparcie parł naprzód, to nie mógł pozbyć się wrażenia, że niektórzy spoglądają na niego z politowaniem, jak na kogoś, kto potrzebuje pomocy, litości, bo nie radzi sobie samodzielnie. Że jakby wraz z uszkodzoną łapą bóbr odgryzł mu połowę mózgu (czyli również, według niektórych, wszystko co posiadał w pręgowanym łbie) i nie mógł poradzić sobie z niektórymi z czynności. W pewnym sensie była to prawda, miał problemy z pracami, które wymagały od niego precyzji manualnej, jednak powoli uczył się, jak poradzić sobie bez pomocy jednej z kończyn. Bardzo uparcie nie zamierzał pozwolić na to, by ktokolwiek zarzucił mu stagnację, a przede wszystkim - by ktokolwiek uznał, że niepełnosprawność jest równoznaczna z czerwoną kartką wobec pełnionej przez niego funkcji.
Nie pamiętał tak naprawdę, kiedy ostatni raz widział Wronie Pióro. Unikał go i treningów, całkowicie poświęcając się doskonaleniu pod względem medycznym. Teraz jednak, gdy miał nieco więcej czasu i gdy zabrakło mu już myszy, na których mógł ćwiczyć wydobywanie żółci wychynął z Korzennej Nory - i wtedy właśnie dostrzegł czarną sylwetkę wuja. Nie namyślał się zbyt długo bo wiedział, że to do niczego by nie doprowadziło. Od razu podniósł się i skierował szybkie, krzywe kroki w stronę Wroniego Pióra.
- Wronie Pióro - odezwał się swoim donośnym, zabawnie szorstkim głosem, gdy dzieliły ich co najwyżej dwie lisie długości. Zatrzymał się po pokonaniu jednej z nich i, ogniskując wzrok gdzieś w okolicy czarnego barku wojownika zmarszczył czoło, odwracając nieznacznie łeb w bok. - Trening. Chcę... chcę kontynuować - dodał zaraz nieco ciszej, wciąż jednak w jego głosie dało się wyczuć pewność i... w pewnym sensie też i obojętność. Zupełnie jakby rozpoczął z nim rozmowę o pogodzie, a nie wyraził chęć powrotu do treningu.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Według wszelkich dostępnych ksiąg byłby kategoryzowany jako idealny pomocnik czarownicy. Jak samo jego imię wskazuje, jest czarny jak najciemniejsza noc, pozbawiona wszelkich gwiazd, a także blasku księżyca. Jego sierść jest gęsta i krótka, co wcale nie przeszkadza jej wyglądać, jakby chodzący omen przed paroma uderzeniami serca wyskoczył z czyjejś dzikiej paszczy. Tak na prawdę spośród innych czarnych kotów wyróżniają go oczy. Oczy, które brązowo-niebieskim spojrzeniem omiatają świat. Ich kolor jest lustrzanym odbiciem tych Mroza. Kocur jest równie wysoki co jego brat, posiadający proporcjonalną sylwetkę i długi, równie smolisty co reszta ciała ogon. Do tego zdaje się poruszać, jakby jego łapy nie dotykały ziemi, a sam ruch wykonywały dla zasady - wydaje się płynąć, pełen wrodzonej elegancji i gracji, do czasu gdy nie rozbije się o jakieś drzewo, albo wpadnie w zdradziecki dół.
Rozerwane lewe ucho.
Chodzący pech i destrukcja, szczególnie dla samego siebie. Wrona cierpi chyba na jakąś wrodzoną przypadłość, która każe mu pakować się we wszystkie możliwe pułapki, jakie zastawia na niego życie, albo zaliczać co drugie drzewo. Sam jednak zdaje się tym w ogóle nie przejmować, jakby w żadnym stopniu nie było to od niego zależne. Do tego często zdarza mu się obarczać winą innych, a co do wyrzutów sumienia w tym temacie... stwierdzono brak.
Jest nieco zamknięty w sobie i nieśmiały, jednak mimo wszystko uwielbia zawierać nowe znajomości. Do tego wetknie nos wszędzie tam gdzie niekoniecznie powinien, narobi sobie kłopotów, a potem z uporem maniaka nie raz zrobi to samo. Uczenie się na błędach? Hmm...
Jest dość łasy na wszelkie pochwały i miłe słówka, a jego rywalem numer jeden jest oczywiście nikt inny jak Mróz. Za którego też, bez wahania, oddałby życie.
Do kalectwa mogła się było przyzwyczaić. I Wronie Pióro doskonale o tym wiedział, bo nawet jeśli jego własne nie było tak pełnoprawnym jak to Łosoś, to za ułomność je uważał. W końcu nie każdy potrafił sobie rozbić pysk idąc prostą, pewną drogą. Tak samo jak nie każdy posiadał niezwykłe (nie)szczęście do wpadania we wszystkie pułapki, jakie przygotowała dla niego natura. Co prawda z upływem czasu okazywało się, że wszystko to zdarzało mu się coraz rzadziej, ale czy tak nie było z kalectwami? Czy z czasem nie przyzwyczajaliśmy się do nich na tyle, że zaczynaliśmy funkcjonować niemal tak sprawnie jak wcześniej, albo jak inni?
Wronie Pióro, rozumiał temat i mimo niechęci do Łososiowej Łapy nie zamierzał wykorzystywać jej ułomności i stawać okoniem, kiedy chodziło o ten trening. Nawet jeśli patrzyli na siebie wilkiem, to a) była jego siostrzenicą i to w pewien sposób sprawiało, że czuł to delikatne, niewygodne uczucie obowiązku, b) był wojownikiem i nawet jeśli nie lubił tej łatki, to będąc też jej mistrzem był odpowiedzialny za jej edukację, a co za tym się ciągnęło, przyszłość jej i Klanu Rzeki.
Niech cię szlag, poczucie obowiązku.
Wronie Pióro gdzieś tam z boku widział, że z Łosoś coraz lepiej. W końcu pomogła Łasiczej Łapie na tyle, że nie umarła po jednym czy dwóch wschodach słońca. Ba! Jego terminatorka żyła i zanosiło się na to, że wróci do treningu. Nie zamierzał jednak poganiać terminatorki medyka z jednego, głównego powodu. Nie znał się na leczeniu. Nie znał się na procesie regeneracji ciała. Nie wiedział też, co Gwieździsta Ścieżka czy Szałwiowa Łapa powiedzieli na ranę, więc mógł tylko pławić się w bezrobociu, aż bura kotka sama do niego przyjdzie.
I przyszła.
Kocur właśnie kierował się w stronę wyjścia w celu nie patrzenia na całą tę bandę kretynów, z którymi na co dzień obcował. I nawet nie miał tutaj na myśli reszty wojowników, terminatorów czy kociąt, a po prostu... swoje własne rodzeństwo. Co tu kryć... na pogrzebie zarówno Świetlik, jak i Czerwia przekroczyli pewną dziwną, wcześniej niezauważalną granicę i cała sympatia Wrony, całe przywiązanie... gdzieś wyparowało. Poczuł się, znowu, jawnie zdradzony i porzucony. Ale nie tylko on. Czuł, że ta dwójka zdradziła także ich zmarłą matkę, zachowując się tak, a nie inaczej, na jej własnym pogrzebie. A to... to było niewybaczalne.
Przelotnym spojrzeniem kolorowych oczu obrzucił Łososiową Łapę, a potem na moment utkwił je w wyjściu z obozu. W sumie sporo i tak miał wychodzić, to równie dobrze mógł to zrobić z nią. Kiwnął więc głową, tym samym zapraszając ją do spaceru, jednocześnie swoje tempo chodu dostosowując do niej. W końcu, kiedy opuścili obóz, po paru lisich długościach, wreszcie się odezwał.
- Co z Łasiczą Łapą? - zapytał cicho, z nieukrywaną troską w głosie. Martwił się. W końcu był za nią odpowiedzialny, jak za wszystkich swoich terminatorów. No... może nie wszystkich, bo Rybka była przede wszystkim terminatorką Gwieździstej Ścieżki, a Liszka była tylko jego. Tak samo martwiłby się o Jeżynę czy o Osikę. Ranną kotkę widział tylko raz, kiedy jeszcze leżała nieprzytomna, po tym jak pochował Łabędzią Pieśń. Od tego czasu nie zaglądał do Lecznicy, ale wciąż stosunkowo blisko niej oscylował, chyba częściej jak zwykle przesiadując w swoim ulubionym miejscu.
Hewasa»lost«boywithholloweyes Hewasthenight D A R K °•★Butfilledwithstars★•°
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Tak naprawdę do wszystko szło się przyzwyczaić, nawet jeżeli z początku wydawało się, że był to koniec świata, koniec kariery, koniec wszystkiego. On sam tak myślał po tym, jak bóbr pogruchotał mu łapę, pozostawiając ją stale wykrzywioną... do czego zresztą sam się przyczynił, bardzo uparcie nadwyrężając kończynę, jednak do czego nie zamierzał się przyznać, zrzucając winę na Gwiezdnych, którzy w ten sposób wymierzyli na nim karę za to, że nie znał swojego miejsca i zamiast pomagać rannym, próbował dobić agresora. Jeżeli chodzi o tę część - faktycznie, zrozumiał swój błąd, co zresztą udowodnił, łatając krwawiącą Łasiczą Łapę... i możliwe, że udałoby mu się też wtedy ze Szpaczą Łapą. Nie był jakoś szczególnie uzdolniony jeżeli chodzi o emocje, jednak miał jakąś taką... specyficzną słabość do kotów, które odstawały od reszty Klanu Rzeki. Do słabej, płaczliwej Kruchej Łapy, do niestabilnego emocjonalnie Małego Liścia, do Tonącej Łapy, który wcale się go nie bał, a zamiast tego widział w nim magię i dobro. Do Szpaczej Łapy, która z trudem łapała oddech po przebiegnięciu kilku lisich długości, też jakoś tak zdążył się przywiązać, nawet jeżeli zamienił z nią kilka słów raz czy dwa razy. Z tego powodu też jej śmierć tym bardziej była ciosem dla Łososiowej Łapy. Bo był tam, mógł do tego nie dopuścić - jednak nie zdążył, życie wyciekło czerwienią z pstrokatego ciała terminatorki i nie było już czego łapać pajęczyną.
Pierwszy raz widział śmierć kota z tak bliska. Pierwszy raz widział kota, któremu nie zdążył pomóc.
Nie lubił przyznawać się przed sobą, że obwiniał się za jej śmierć. Gdy Batalion mu to wytknął, był gotów go zaatakować, byleby tylko wypluł te słowa, bo usłyszenie tego od innego kota było jeszcze gorsze. A mimo to czuł, że to jest jego wina. I było to jak cierń pomiędzy palcami, którego nie potrafił wyjąć, a który wbijał się głębiej i głębiej z każdym krokiem. Świadomość odpowiedzialności za jej śmierć tym bardziej odczuł w momencie, gdy pozostał sam z dokończeniem pogrzebu. Prawie sam. Gdyby nie Wronie Pióro, z pewnością zupełnie nie wiedziałby, co zrobić, jak pokierować kotami i po prostu sam pochowałby ciała, gdy wszyscy już zakończyli dzielenie języków. Pomimo niechęci wobec kocura wywołanej lękiem, do którego nie chciał się przyznać (bo łatwiej było powiedzieć: nie lubię go niż boję się go), ten mały gest sprawił, że w ogóle zaczął myśleć o powrocie do treningu.
Zmarszczył lekko brwi na jego gest i gdy ten ruszył, Łososiowa Łapa zrównał z nim krok. Nie chciał litości, nie chciał, by ten zwalniał ze względu na niego i z taką głupią, szczeniacką pewnością siebie szedł nierównym, jednak już nie chwiejnym krokiem za wujem. Milczał jak i on, nie wiedząc czy w ogóle powinien się odezwać. Na jego pytanie zmarszczył nos, odwracając spojrzenie gdzieś na bok.
- Żyje - odparł sucho, jednak czuł, że to z całą pewnością nie wystarczy. Łasicza Łapa była jego terminatorką, z całą pewnością chciał wiedzieć coś więcej niż tylko to. Łosoś mógł nie być szczególnie dobry jeżeli chodzi o kontakty z kotami, wielu rzeczy nie rozumiał lub przychodziły mu one z trudem, jednak przez tyle księżyców zdążył się nauczyć, że na niektóre tematy nie wystarczy szczątkowa odpowiedź. To był jeden z tych tematów. - Straciła oko. To... poważna rana. Penetruje głęboko - dodał po przejściu dwóch kroków, nie do końca wiedząc, jak ubrać w słowa to, co chciał przekazać. - Będzie się trudno leczyła. Powoli. Kilka, może kilkanaście księżyców. Rana nie jątrzy się, to... najważniejsze. Jest czysta. Jeżeli zacznie ropieć, rana tej wielkości... - urwał na moment, marszcząc pysk. - Może... może ją zabić - dodał nieco ciszej. I choć jego głos nie zmienił się, wciąż był suchy i informacyjny, to po samym umykającym wzroku i spiętych barkach łatwo było dostrzec, że stracił na pewności siebie.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Według wszelkich dostępnych ksiąg byłby kategoryzowany jako idealny pomocnik czarownicy. Jak samo jego imię wskazuje, jest czarny jak najciemniejsza noc, pozbawiona wszelkich gwiazd, a także blasku księżyca. Jego sierść jest gęsta i krótka, co wcale nie przeszkadza jej wyglądać, jakby chodzący omen przed paroma uderzeniami serca wyskoczył z czyjejś dzikiej paszczy. Tak na prawdę spośród innych czarnych kotów wyróżniają go oczy. Oczy, które brązowo-niebieskim spojrzeniem omiatają świat. Ich kolor jest lustrzanym odbiciem tych Mroza. Kocur jest równie wysoki co jego brat, posiadający proporcjonalną sylwetkę i długi, równie smolisty co reszta ciała ogon. Do tego zdaje się poruszać, jakby jego łapy nie dotykały ziemi, a sam ruch wykonywały dla zasady - wydaje się płynąć, pełen wrodzonej elegancji i gracji, do czasu gdy nie rozbije się o jakieś drzewo, albo wpadnie w zdradziecki dół.
Rozerwane lewe ucho.
Chodzący pech i destrukcja, szczególnie dla samego siebie. Wrona cierpi chyba na jakąś wrodzoną przypadłość, która każe mu pakować się we wszystkie możliwe pułapki, jakie zastawia na niego życie, albo zaliczać co drugie drzewo. Sam jednak zdaje się tym w ogóle nie przejmować, jakby w żadnym stopniu nie było to od niego zależne. Do tego często zdarza mu się obarczać winą innych, a co do wyrzutów sumienia w tym temacie... stwierdzono brak.
Jest nieco zamknięty w sobie i nieśmiały, jednak mimo wszystko uwielbia zawierać nowe znajomości. Do tego wetknie nos wszędzie tam gdzie niekoniecznie powinien, narobi sobie kłopotów, a potem z uporem maniaka nie raz zrobi to samo. Uczenie się na błędach? Hmm...
Jest dość łasy na wszelkie pochwały i miłe słówka, a jego rywalem numer jeden jest oczywiście nikt inny jak Mróz. Za którego też, bez wahania, oddałby życie.
Wrona milczał, pozwalając w spokoju mówiąc Łososiowej Łapie o stanie jego terminatorki. A kiedy kotka skończyła i zamknęła mordkę, on przez dłuższą chwilę podtrzymywał ciszę, jakby przetwarzając w głowie informacje, które właśnie do niej wpadły. Albo raczej - godząc się z nimi. Wronie Pióro nigdy nie chciał stracić terminatora. I wcale nie chodziło tutaj o to, że jako wojownik miał psi obowiązek dbać o młodsze pokolenia. Modliszka była jego. Jakkolwiek by to egoistycznie nie brzmiało, uważał ją za swoją własną i prywatną, a to znaczyło, że nie widziało mu się ani trochę oddawać ją do Gwiezdnego Klanu, nawet jeśli sam Mroźny Nos miałby ją tam przywitać. Mogli posyłać sobie krzywe spojrzenia, mogli bruździć, rzucać słowa, mogli za sobą nie przepadać, ale należeli do siebie. Ona była jego terminatorką. A on JEJ mistrzem i nikt chyba nie wyobrażał sobie jak bardzo bolał go fakt, że została ranna, a jego tam nie było. Nie wiedział o tym, nie mógł jej pomóc i nie mógł jej uratować.
- Liczę na Ciebie, Łososiowa Łapo. - rzucił wreszcie, nie oglądając się jednak na nią i trwał dalej w ciszy, do póki nie doszli do Szorstkich Traw, gdzie po prostu zatrzymał się, przy okazji wdychając głęboko słone powietrze, które wiało od strony północnej.
- Może na początek powiedz mi co wiesz. O Kodeksie Wojownika, o innych klanach... rangi na pewno wszystkie już znasz... A ja postaram się załatać ewentualne braki w twojej wiedzy.
Hewasa»lost«boywithholloweyes Hewasthenight D A R K °•★Butfilledwithstars★•°
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
chciałbym nie zapominać o tym treningu, jfc
Liczę na ciebie. Nie był co do tego tak naprawdę przekonany, jednak powstrzymał się przed podejrzliwym zmrużeniem oczu. To nie był czas i miejsce na to, by się wykłócać o to, czy słowa kocura były w istocie szczere, czy może powiedział tak tylko dlatego, że prawdopodobnie tak wypada. Spięte barki nie chciały się rozluźnić i wciąż miał wrażenie, że jego chód jest sztywny i pokraczny, nawet bardziej niż zazwyczaj. Nie wiedział, czy tak jest naprawdę, czy może tylko była to jego wyobraźnia, która lubiła czasem wyolbrzymiać stan, w jakim się znajdował. Zmarszczył mocniej czoło. Cały czas miał zaciśnięte szczęki, co wywoływało u niego nieprzyjemny ucisk w okolicy skroni; nie potrafił jednak kontrolować swoich mięśni- był to odruch bezwiedny, coś, nad czym nie panował. Z tego też powodu dopiero, gdy faktycznie musiał coś powiedzieć orientował się, że jego szczęki przypominały zaciśnięte imadło. To niesamowite, że jego zęby wciąż nie były całkowicie skruszone od ciągłego nacisku.
- Kodeks - zaczął cicho, jednak zaraz odchrząknął. Kontynuował już nieco głośniej. - Broń swojego Klanu, nawet kosztem własnego życia. Nie poluj i nie wstępuj na teren innego Klanu. Starszyzna i kocięta muszą zostać nakarmieni przed wojownikami i terminatorami... terminatorzy nie mogą jeść bez pozwolenia. Zwierzyna zabijana jest tylko po to, żeby ją zjeść. Należy dziękować Gwiezdnym za jej życie. Kocię musi mieć sześć księżyców, żeby zostać terminatorem. Nowo pasowany wojownik musi odbyć milczące czuwanie. Zastępca musi być wybrany nim księżyc dojdzie do szczytu nieba. Kot nie może być zastępcą jeśli nie wytrenował terminatora. Zastępca zostaje przywódcą gdy ten umiera - mówił powoli, wymieniając w skróconej wersji każdy punkt kodeksu. Był dobry w wykuwaniu rzeczy na pamięć, a ponieważ od małego lubił słuchać, jak Kodeks Wojownika był recytowany przez Pierzaste Serce w tym momencie był dla niego jak wierszyk, którego nauczył się w przedszkolu i pamięta do tej pory. - Zgromadzenia są co pełnię, trwa wtedy rozejm. Granice muszą być sprawdzane i znakowane każdego dnia, intruzów przegonić. Nie można zostawić kocięcia w potrzebie. Słowo przywódcy jest prawem. Honorowy wojownik nie zabija, by zwyciężać. Wojownik odrzuca życie pieszczoszka - zakończył, powoli obracając pomarańczowe spojrzenie wąskich ślepi na wuja. Gruby, czarny ogon powoli kołysał mu się nieustannie pomiędzy białymi piętami.
- Klan Cienia jest tam - wskazał głową w stosownym kierunku. - Przewodzi im Wężowa Gwiazda i Szepczący Pył. Mieli medyka. Szumiące Skrzydło. Zaginęła - mruknął zdawkowo, powracając spojrzeniem na Wronie Pióro. - Klan Rzeki zabrał im część Zagajnika - dodał nagle, przypominając sobie jeden dość istotny fakt, jaki pamiętał o stosunkach Klanu Rzeki z Klanem Cienia. - Za rzeką Klan Wichru. Krucza Gwiazda, Gradowy Podmuch... Pstra Chmura. Ścigacze królików. Dalej Klan Gromu - to mówiąc zawiesił się na dłuższą chwilę, marszcząc czoło w konsternacji. Nie był do końca pewien, kto był przywódcą w Klanie Gromu. Zmieniali się tak często jak pory roku, nic więc dziwnego, że i teraz miał pewne wątpliwości. - ... Rozerwana Gwiazda - odezwał się w końcu, choć dość cicho, pochylając lekko głowę. - Nie znam zastępcy. Medykiem jest Gwieździsta Ścieżka - zakończył, ostatecznie odwracając spojrzenie od terenów Klanu Gromu i powracając wzrokiem na postać Wroniego Pióra. Co jeszcze mógł powiedzieć? Kodeks, klany... zasępił się na krótką chwilę. Ach, tak.
- Rangi. Przywódca. Zastępca. Medyk, pomocnik medyka, terminator medyka. Wojownik, terminator. Starszyzna, matki, kocięta - powiedział, po czym wziął głębszy oddech. Miał je opisywać? Hm. - Przywódca przewodzi klanem. Ma dziewięć żyć i błogosławieństwo Gwiezdnego Klanu. Zastępca nadzoruje treningi. Zostaje przywódcą, gdy poprzedni umrze. Medyk leczy, ma kontakt z Gwiezdnym Klanem. Wojownik poluje, strzeże granic, uczy terminatorów. Terminator uczy się, jak być wojownikiem. Lub medykiem. Starsi to koty mające ponad sto księżyców. Nie pełnią funkcji wojownika ze względu na wiek lub stan zdrowia. Matki opiekują się kociętami. Kocięta... są - zakończył mrużąc mocno wąskie, skośne ślepia. Udało mu się omówić wszystko, o czym wspomniał Wronie Pióro, jednak dla pewności raz jeszcze powtórzył sobie wszystko w myślach. Chyba było w porządku.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...
Według wszelkich dostępnych ksiąg byłby kategoryzowany jako idealny pomocnik czarownicy. Jak samo jego imię wskazuje, jest czarny jak najciemniejsza noc, pozbawiona wszelkich gwiazd, a także blasku księżyca. Jego sierść jest gęsta i krótka, co wcale nie przeszkadza jej wyglądać, jakby chodzący omen przed paroma uderzeniami serca wyskoczył z czyjejś dzikiej paszczy. Tak na prawdę spośród innych czarnych kotów wyróżniają go oczy. Oczy, które brązowo-niebieskim spojrzeniem omiatają świat. Ich kolor jest lustrzanym odbiciem tych Mroza. Kocur jest równie wysoki co jego brat, posiadający proporcjonalną sylwetkę i długi, równie smolisty co reszta ciała ogon. Do tego zdaje się poruszać, jakby jego łapy nie dotykały ziemi, a sam ruch wykonywały dla zasady - wydaje się płynąć, pełen wrodzonej elegancji i gracji, do czasu gdy nie rozbije się o jakieś drzewo, albo wpadnie w zdradziecki dół.
Rozerwane lewe ucho.
Chodzący pech i destrukcja, szczególnie dla samego siebie. Wrona cierpi chyba na jakąś wrodzoną przypadłość, która każe mu pakować się we wszystkie możliwe pułapki, jakie zastawia na niego życie, albo zaliczać co drugie drzewo. Sam jednak zdaje się tym w ogóle nie przejmować, jakby w żadnym stopniu nie było to od niego zależne. Do tego często zdarza mu się obarczać winą innych, a co do wyrzutów sumienia w tym temacie... stwierdzono brak.
Jest nieco zamknięty w sobie i nieśmiały, jednak mimo wszystko uwielbia zawierać nowe znajomości. Do tego wetknie nos wszędzie tam gdzie niekoniecznie powinien, narobi sobie kłopotów, a potem z uporem maniaka nie raz zrobi to samo. Uczenie się na błędach? Hmm...
Jest dość łasy na wszelkie pochwały i miłe słówka, a jego rywalem numer jeden jest oczywiście nikt inny jak Mróz. Za którego też, bez wahania, oddałby życie.
Oh. Że niby wypada? Coś wypada i o głoszenie pustych frazesów miałby być posądzany Wronie Pióro? Toż to bezsens. W końcu czarny kocur chyba już nie raz dawał świadectwo tego, że mówienie tego co wypada nie do końca go bawi. Było to zbyt męczące i wymagające jak na jego marny żywot.
- Zabrał... może... chociaż dla mnie grzecznie go oddali, bo potrafili rozsądnie ocenić sytuację. Aczkolwiek... A z resztą nieważne. - przełknął nieprzyjemne myśli, a temat tego czy Świetlik na prawdę musiał się wtedy tak wzburzać i wyrywać innemu klanowi jego własność. No bo czy na prawdę musiał? Czy na prawdę coś na tym zyskał? Te myśli brzmiały tak samo problematycznie i wątpliwie zarówno teraz, jak gdy Świetlik ogłaszał to z góry Wilgotnej Skały.
Cierpliwie wysłuchał dalszej gadaniny Łososiowej łapy, które dudniła mu w głowie, dłużyła się i wlokła niemiłosiernie. Ale pomęczy się raz i będzie miał spokój, prawda? Kiedy wreszcie bura kotka skończyła, kiwnął czarną głową, dając akceptacje programu nauczania.
- Dobrze. Nie mam w sumie żadnych zastrzeżeń. Na razie też możemy tutaj skończyć. Spotkamy się...
następnym razem. Kiedy twój stan polepszy się bardziej. Kiedy... przywykniesz jeszcze bardziej. Muszę mieć całkowitą pewność, ze czujesz się... pewnie. Na swoich trzech łapach, bo została nam walka. - rzucił w jej kierunku, patrząc na jej niesprawną łapę. Następnie też wstał i ruszył w swoim kierunku.
//zaczniesz ostatni rozdział naszej przygody? c:
Hewasa»lost«boywithholloweyes Hewasthenight D A R K °•★Butfilledwithstars★•°
Najniższy spośród wszystkich Rybek, jednak zbudowany najmocniej z nich. Ma szerokie barki, grubą szyję i ogon oraz dużą, kanciastą głowę. Garbaty nos kończy się brudnoróżowym, szerokim nosem i wywiniętymi w górę wąsami. Uszy małe, lekko zaokrąglone, oczy wąskie i lekko skośne, w kolorze bursztynu. Burą, klasycznie pręgowaną sierść ma gęstą i często potarganą na lewej stronie pyska. Biel oblewa pysk, pierś, brzuch, palce przednich łap oraz goleń wraz ze stopą tylnych. Na lewej przedniej łapie ponad nadgarstkiem szpetna blizna, pod nią - wykrzywiony nadgarstek i dłoń pozbawiona czucia.
Na pierwszy rzut oka - nieprzyjemny gbur. Na drugi, trzeci i wszystkie inne... w sumie też.
Zabrał, wyrwał, dostał - kwestia doboru słów, która dla Łososiowej Łuski nie była dość istotna, skoro efekt był taki sam niezależnie od użytego określenia i Klan Cienia stracił część swoich ziem na rzecz Klanu Rzeki. Przez chwilę spoglądał na Wronie Pióro w milczeniu, zastanawiając się nad czymś, jednak ostatecznie tylko skinął głową. Nie miał w zasadzie niczego do dodania; sam nie wiedział jeszcze do końca, w jaki sposób poprawnie poruszać się na trzech i połowie łapy, nie wyczuł jeszcze w jaki sposób mógł obrócić swoją niepełnosprawność w coś, co faktycznie mu się przyda. Skinął mu głową raz jeszcze, tym razem na pożegnanie, i sam udał się w swoją stronę.
***
Uznał, że już czas.
Widmo zmiany ziem było coraz bliżej, niczym burzowa chmura wisiało ponad ich głowami i lada moment miały spaść pierwsze krople, które miały postawić kropkę nad i. Łososiowa Łuska był nieswój od długiego czasu, od kiedy tylko w zasadzie usłyszał o tym, że te ziemie nie są już dla nich dłużej bezpieczne i będą musieli je opuścić. Nie było czasu do stracenia. Nie mógł dłużej zwlekać; każdy kolejny wschód słońca przybliżał ich do dnia, w którym rozpoczną swoją wędrówkę w nieznane. Czuł, że nauka walki, prawdziwej walki, przyda mu się właśnie teraz; gdy opuszczą znane sobie tereny każda para łap będzie na wagę złota, jeżeli przyjdzie im walczyć gdy zostaną przyparci do muru. Obawiał się tej nauki; obawiał się swojej siły, bo był aż nadto świadom tego, że Gwiezdni pobłogosławili go ciężkimi łapami i twardym karkiem, których siła mogła być wykorzystana do nieodpowiednich celów. Wciąż odczuwał irracjonalny lęk przed walką, przed pozwoleniem sobie na to, by unieść na kogoś łapę; ostatni raz, gdy walczył, jedynie powalił na ziemię mordercę Szpaczej Łapy. A przedtem? Przedtem uniósł łapę na Szafirek, teraz już Omszały Kamyk. Nie mógł jednak pozwolić na to, by strach wziął nad nim górę. Chciał w końcu zakończyć ten rozdział swojego życia. Zwłaszcza, że lada moment będzie musiał wybrać kogoś na swojego terminatora, któremu przekaże wiedzę zarówno z zakresu medycyny, ale również i tego, co nauczył się na tej namiastce treningu wojowniczego.
- Wronie Pióro - odezwał się głośno, gdy dostrzegł postać wuja przemykającego chyłkiem przez obóz. Przyspieszył kroku, by się do niego zbliżyć i skinął mu głową. - Masz wolną chwilę - choć zabrzmiało to jak stwierdzenie, to w istocie miało być pytaniem. Przekrzywił zresztą głowę w pytającym geście, by nadrobić ten brak w intonacji.
x ★ ★ ★
behind my eyelids are islands of violence, my mind shipwrecked, this is the only land my mind could find. I did not know it was such a violent island, full of tidal waves, suicidal crazed lions; they're trying to eat me, blood running down their chin and I know that I can fight or I can let the lion win. I begin to assemble what weapons I can find 'cause sometimes to stay alive you got to kill your mind...