Kot o krótkim torsie, średniego wzrostu, o grubych tylnych kończynach, małych łapach, krótkim ogonie oraz krótszym pysiu(widocznym na rzut oka, lecz nie na tyle, by mieć poważniejsze problemy). Krótkie, potargane futro. Szerokie barki.
Czekoladowy dymny z bielą na 50-100% ciała, pieprzyk na lewym poliku.
Oczy: Złoto-zielone
Dodatki: Granatowa/czerwona/jasno-niebieska chustka, obroża z kolcami(niegroźnymi, bo plastikowymi).
Nie szuka zguby, czasami pomoże miską własnej karmy, a czasami zaprosi do ogrodu na imprezkę - tylko wtedy Brzuzia woli siedzieć cicho, z takiego powodu, że głośna muzyka i wiele zapachów niekorzystnie wpływa na ich emocje i samopoczucie. Często trzyma się blisko swych dwunogów i matki, tuląc się, bo o dziwo bycie tak przygniecionym jest dość uspokajające dla ciała. Gorzej, że Brzózka nie lubi kotów i ludzi, ale to mniejsza. Cyniczny. Nie lubi popisywania się, czy też większości tego, co się dzieje - stara się jednak trzymać głowę wysoko, czasami aż zbyt.
Zapach był dziwny. Brzoza nie była cięta na zapachy, ba, często nic nie czuł, lecz tu pachniało żelazem, ziemią i krwią. Najpewniej w norze chowali leśni mieszkańcy żarcie.
Na logike.
Brzoza odsuwa się, gdy klanowy kot (tego zapachu nie idzie już zmylić z niczym innym!) kaszle.
Jeszcze coś złapie, a kto wie, jakby jego system odpornościowy się wygramolił.
-Jo. - Bierze i rusza kikutem, przysiadając. -Ja czekałem na kogo innego, ale....Eh. Nie mam szczęścia.-
Wzrusza barkami.
Idrathertakemywhiskeyneat ♢My coffeeblackand mybedatthree♢ - - - Youretoosweetfor me Youre toosweetfor me
Krótkowłosa, niebieski z bielą. Biel na pysku (od czoła przez całe policzki), całym brzuchu i łapach. Przednie - do łokci, tylne w całości. Za kociaka mała, drobna. W dorosłości przeciętnych rozmiarów, szczupła.
ADHD, wszędzie jej pełno, nie zamyka się ani na moment, wiecznie uśmiechnięta, w spektrum.
Nocny Szkwał [Krz]
Szczerze nie wiedziała, jak powinna się zachować. Przegonić? Ten, bez wątpienia, Pieszczoch w ogóle się jej nie bał. Powinna wyglądać straszniej? A może tylko ostrzec i sobie pójść? Na szczęście wszystko wyjaśniło się dość szybko. Wychodziło na to, że nieznajoma przyszła tutaj do kogoś, pewnie miała tutaj przyjaciela. Gwiezdni niech ratują, oby to tylko nie był Czyścioch, żeby się nie okazało za jakiś czas że Pieszczoszka wróci z niespodzianką. Albo Pieszczoch? W sumie sama nie wiedziała, czy to kocur czy kotka.
- Jak chcesz to mogę ci tego kogoś zawołać. Musisz mi tylko podać imię. - zaproponowała. Na coś by się przynajmniej przydała.
Kot o krótkim torsie, średniego wzrostu, o grubych tylnych kończynach, małych łapach, krótkim ogonie oraz krótszym pysiu(widocznym na rzut oka, lecz nie na tyle, by mieć poważniejsze problemy). Krótkie, potargane futro. Szerokie barki.
Czekoladowy dymny z bielą na 50-100% ciała, pieprzyk na lewym poliku.
Oczy: Złoto-zielone
Dodatki: Granatowa/czerwona/jasno-niebieska chustka, obroża z kolcami(niegroźnymi, bo plastikowymi).
Nie szuka zguby, czasami pomoże miską własnej karmy, a czasami zaprosi do ogrodu na imprezkę - tylko wtedy Brzuzia woli siedzieć cicho, z takiego powodu, że głośna muzyka i wiele zapachów niekorzystnie wpływa na ich emocje i samopoczucie. Często trzyma się blisko swych dwunogów i matki, tuląc się, bo o dziwo bycie tak przygniecionym jest dość uspokajające dla ciała. Gorzej, że Brzózka nie lubi kotów i ludzi, ale to mniejsza. Cyniczny. Nie lubi popisywania się, czy też większości tego, co się dzieje - stara się jednak trzymać głowę wysoko, czasami aż zbyt.
Brzoza poczuł na sobie dość....Inny wzrok ze strony przybyszki. Nie ten, który przyprawiał o zmarszczki na czole, czy o dreszcze na karku, a po prostu oceniający.
Pewnie znów za dużo się przejmował, przecież nieznajoma była mniejsza od niego samego. Troche, but it's the thought that matters. No i nie wyglądała aż tak groźnie, no!
-Ojezu, aaa.....Płot? Płotka? Taka babcia.- Brzózka odpowiada z lekkim uśmiechem. -Ona żyje, nie? Ostatnim razem - nie mów jej tylko - wyglądała... No, staro. -
Jeśli żyła, to oh, czy był sens ją wyciągać na taki spacer aż tu? Inaczej spotkać przypadkiem, inaczej, jakby sama bura tu się znalazła.
Idrathertakemywhiskeyneat ♢My coffeeblackand mybedatthree♢ - - - Youretoosweetfor me Youre toosweetfor me
Krótkowłosa, niebieski z bielą. Biel na pysku (od czoła przez całe policzki), całym brzuchu i łapach. Przednie - do łokci, tylne w całości. Za kociaka mała, drobna. W dorosłości przeciętnych rozmiarów, szczupła.
ADHD, wszędzie jej pełno, nie zamyka się ani na moment, wiecznie uśmiechnięta, w spektrum.
Nocny Szkwał [Krz]
Czyli jednak. Przybył, albo przybyła tutaj dla kogoś i tym kimś była, na całe szczęście Płotkowy Potok. Kamień z serca, normalnie ulga że hej.
- Tak, żyje. Ostatnio przeszła do starszyzny, więc ma trochę więcej wolnego czasu, ale dalej chodzi na polowania, z tego co wiem. Mam po nią pójść? - zapytała, bo choć wcześniej spytała o imię kogoś znajomego i już to zaproponowała, to nie usłyszała jednoznacznej odpowiedzi. Może chciał sobie tutaj tylko posiedzieć i tak o, opowiedział o Plotce żeby zagadać, albo coś. Kto wie, co Pieszczochom siedziało w głowie.
Kot o krótkim torsie, średniego wzrostu, o grubych tylnych kończynach, małych łapach, krótkim ogonie oraz krótszym pysiu(widocznym na rzut oka, lecz nie na tyle, by mieć poważniejsze problemy). Krótkie, potargane futro. Szerokie barki.
Czekoladowy dymny z bielą na 50-100% ciała, pieprzyk na lewym poliku.
Oczy: Złoto-zielone
Dodatki: Granatowa/czerwona/jasno-niebieska chustka, obroża z kolcami(niegroźnymi, bo plastikowymi).
Nie szuka zguby, czasami pomoże miską własnej karmy, a czasami zaprosi do ogrodu na imprezkę - tylko wtedy Brzuzia woli siedzieć cicho, z takiego powodu, że głośna muzyka i wiele zapachów niekorzystnie wpływa na ich emocje i samopoczucie. Często trzyma się blisko swych dwunogów i matki, tuląc się, bo o dziwo bycie tak przygniecionym jest dość uspokajające dla ciała. Gorzej, że Brzózka nie lubi kotów i ludzi, ale to mniejsza. Cyniczny. Nie lubi popisywania się, czy też większości tego, co się dzieje - stara się jednak trzymać głowę wysoko, czasami aż zbyt.
-....Serio ona ma tyle siły, by tu przyjść? Jezu, czym oni was karmią w tych lasach? - Pół-szeptem, pół-serio, ale Brzózka zdumiona jest z lekka ową propozycją. Ona sama w takim wieku nie dałaby się tak ciągąć po lasach, co to, to nie. Jednak nie o niej była tu mowa.
-Mmmmmmyśle, moja rozmówczyni o nieznanym imieniu. Bo pani Płotka kiedyś mi opowiadała, że umiecie łowić ryby? Może ty byś mi o tym opowiedziała? Nie musielibyśmy jej tu ściągać.-
Idrathertakemywhiskeyneat ♢My coffeeblackand mybedatthree♢ - - - Youretoosweetfor me Youre toosweetfor me
Przeciętna budowa; długie futro; niebieski pręgowany klasycznie złoty (bursztynowy); biel do nadgarstków przednich łap i pięt tylnych łap; oczy złote. Krótki ogon.
Jednym słowem, które opisałoby ją dobrze, byłoby spokojna. Lilia żyje tak, by nie sprawić problemów i nie zwrócić na siebie uwagi. Jest kotem z lekka niewidzialnym - mało co potrzebuje, jeszcze mniej potrzeb komunikuje na głos, od wczesnego wieku przekonana, że musi być kotem dorosłym, samodzielnym i samowystarczalnym. Stara się obudować wrażeniem, że jest silna i niezależna, a do tego mało ufna. Nie chce, by jakakolwiek przysługa, jaką by od kogoś wzięła, mogłaby być użyta przeciwko niej.
Jest też zależna od swojego otoczenia; dopóki obok niej jest ktoś słabszy, ta czuje, że musi być bardziej odpowiedzialna, bardziej odważna, bardziej zorganizowana. Z trudnością okazuje czułość, ale ma jej w sobie właściwie bardzo dużo; woli pokazywać to czynem, niż słowem, na przykład przynosząc posiłek czy przygotowując miękkie legowisko. Gdyby znalazła się w towarzystwie kogoś… równiejszego sobie, kogoś, kogo obecność byłaby odwróceniem uwagi czy uwolnieniem od pewnego ciężaru, gdzie nie czułaby potrzeby opieki i sprawiania wrażenia dorosłej, wyszłaby trochę inna strona jej charakteru - z poczuciem humoru, niekiedy sarkazmem i entuzjazmem.
Kwiatuszek chce dla kotów dookoła siebie jak najlepiej, ale nie jest pewna, czy ta "najlepsza" przyszłość powinna uwzględniać ją samą. Woli być bierna, nieszkodliwa, a jeśli wykazując się wsparciem i czułością dla innych, to rzadko i najlepiej z pewnego ukrycia czy dystansu, jakby okazywanie przy nich wrażliwości i słabości miało coś zniszczyć, coś, co jej głowa tworzy od najmłodszych księżyców.
Przybycie tutaj wymagało od niej połknięcia niewyobrażalnych ilości wstydu. Jedyne, co stanowiło pocieszenie, to myśl, że podejmowała dojrzałą i przemyślaną decyzję — to było niczym odkupienie za upokorzenie, jakie w sobie czuła. Gdy kierowała kroki swoje i Barczatki bliżej granicy, nie było już odwrotu, szły, a Lilia stawiała swoje łapy automatycznie i bez większego przemyślenia — bo gdy go brakowało, brakowało też zawahania. W końcu znajoma, rodzima woń uderzyła w jej nozdrza, a ona zatrzymała się na ułamek uderzenia serca. Po tylu księżycach poza terenami, ten zapach był jak obcy, w końcu będąc w Klanie Rzeki nigdy nie zauważało się, że ten istniał. Ale mimo gorzkości, którą czuła, ponownie… wiedziała. Wiedziała, że to dobry zapach. Chciała w to wierzyć.
Usiadła na granicy i spojrzała na Barczatkę, wskazując, by zrobiła to samo. Choć na jej twarzy nie było uśmiechu, a zimna powaga, przycisnęła ona własny bok do boku Barczatki, jakby chcąc dodać jej otuchy.
– Ja zajmę się mówieniem – mruknęła pocieszająco. Po coś powtarzała sobie scenariusz możliwej rozmowy w głowie. Jej największym problemem było tylko to, kogo na granicy spotkają. Lilia chciała, by był to ktoś zupełnie z nią niezwiązany. Ktoś, kogo nie będzie musiała przytulać i przepraszać; komu po prostu wyjaśni sytuację, a ten przyprowadzi kogoś mogącego podjąć decyzję, kto potem zabierze ich do obozu… i najlepiej będzie udawać, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.
Wzrostem wykracza lekko ponad średnią, dość krępa i nieco szeroka, ale pozbawiona porządnego umięśnienia. Długowłosa, czekoladowa klasyczna, puchata i najczęściej zabrudzona, wygląda na bardziej okrągłą, niż jest w rzeczywistości. Ma miodowe ślepia. Biel przy nosie, na brodzie, szyi, klatce piersiowej i na łapach w formie nierównych skarpetek; na przednich łapach sięgają nadgarstków, na tylnych jest jedynie na palcach.
Barczatka... jest, ale częściej jej nie ma. Stoi w miejscu, jednak jej głowa szybuje gdzieś daleko, poza wszystko, co kotkę otacza. Myśli, nieco za dużo, o wszystkim i niczym; analizuje, czasami nawet obserwuje, by zaraz jednak wyłączyć się i na nowo pogrążyć w myślach. Pozostała marzycielką, lubi snuć wszelakie historie we własnej głowie, jednak od jakiegoś czasu zaczęły one skręcać w złe strony, a ona nie potrafi zapanować nad ciemnymi chmurami, jakie wtedy się nad nią zbierają. Pozostała cichutka, nierzucająca się w oczy, stojąca na uboczu. Wciąż jest miłą kotką, nawet jeśli dalej brakuje jej asertywności. Lubi pomagać i dbać o innych, pragnie kontaktu i czułości, bliskości, jednak przez ostatnie księżyce wycofała się na tyle, że nie wie jak. Zagubiła się; stała się swoją główną towarzyszką, osobą, z którą może prowadzić ciągły dialog. Nie wie, co robić, gdzie iść i jak dalej żyć. Stała się niepewna w nawigowaniu przez życie.
Nie mogła przestać myśleć. Myśli wirowały i rozrastały się w umyśle, odbijały od ścian i zderzały ze sobą. Jedna na drugiej, druga na trzeciej, miała wrażenie, że zaraz zwariuje; każdy krok rodził kolejną myśl i ich szum mieszał się z szumem wiatru. A może i nie. Może nie słyszała już wiatru, a jedynie własny i cudzy głos w formie odbierającej zmysły kakofonii. Nie umiała złapać żadnej z nich na dłużej. Wymykału się. Boję się, wybijało się na przód, by zaraz zniknąć, zatonąć i wyłonić się znowu. Lilia, Lilia, Lilia, proszę. Nie potrafiła wypowiedzieć tych słów na głos. Czuła, jak zaczynała drżeć, kiedy zerknęła z rozszerzonymi ślepiami prosto na złotą. Błagała ją niemo o coś, czego nawet nie potrafiła sprecyzować. Łapy jej drętwiały i powoli zaczynały odmawiać posłuszeństwa, ale wtedy też zatrzymały się, a ona wreszcie zaciągnęła się świadomie powietrzem.
Prawie się nim udusiła, kiedy poczuła zapach domu. Domu. Perspektywa posiadania takowego bolała. Przerażała. Przerażała kiedyś, gdy jeszcze w nim trwała; przerażała nawet bardziej, gdy była poza nim. Niepasujący, niezdecydowany element, niezależnie od jego umiejscowienia. Stęskniony za ciepłem matki i rodzeństwa. Duszący się na myśl o wszystkim tym, co ją czekało, a na co nie była gotowa.
— Zimno — jęknęła z beznadzieją i bezradnością w głosie, przyciskając się jeszcze bardziej do boku przyjaciółki, gdy tylko poczuła jej dotyk. Miała wrażenie, że gdyby nie obecność Lilii, to rozpadłaby się już teraz, zamiast rozpadać się kawałek po kawałeczku, ilekroć wizja rozmowy błyskała za jej ślepiami.
Cieszyło ją, że Mucha zgodziła się na spacer. Od czasu ich rozmowy nad rzeką Krokus nalegała na to, aby spędzać z Muchą jak najwięcej czasu, jeśli tylko ta nie miała nic przeciwko. Przynosiła jej jedzenie, sugerowała, aby ta dołączała się do patroli - próbowała zaangażować Bzyczącą Muchę w życie Klanu Rzeki na nowo i próbowała zaangażować siebie w jej życie. Próbowała żyć, ona, dla siebie, i dla innych... i chciała, aby Mucha robiła to samo.
Tego dnia wybrały się na spacer same, tylko one, Krokus w dobrym humorze i z nadzieją, że tym dobrym humorem zarazi swoją terminatorkę. - ... i ja się na przykład nie mogę doczekać połowu z okazji nadejścia wio- znaczy, Pory Nowych Liści. Mam nadzieję, że weźmiesz udział - uśmiechnęła się do Muchy po zakończeniu swojej wypowiedzi; nie zorientowała się nawet, kiedy doszły tak daleko, do samej granicy. Tym bardziej nie zorientowała się na początku, że na granicy widzi dwie sylwetki - sylwetki należące do samotników. Krokusowy Pląs zwolniła nagle, atmosfera zrobiła się odrobinę - choć tylko odrobinę - bardziej napięta. - Patrz, Mucha - trąciła delikatnie Muchę łokciem, szyję wyciągając ku dwójce młodych kotów na granicy.
Zaczęła podchodzić bliżej. Była gotowa przywitać dwójkę nieznajomych informacją, że znajdują się na granicy z Klanem Rzeki, spytać, czego tu szukają, ale im bliżej była, tym bardziej... znajome wydawały jej się być pyszczki dwóch kotek. Krok za krokiem, coraz bliżej, i nagle Krokus zbaraniała, jakby zobaczyła co najmniej ducha. Stanęła jak wryta w miejscu, a gdyby była człowiekiem to wyraźnie by zbladła. Oczy jej się zaszkliły, niemal natychmiast, bo w jednej z kotek rozpoznała swoją córkę, swoją maleńką, senną ciemkę, swój skarb - i Kwiatuszek tuż obok niej. - Barczatka - wydusiła z siebie z płaczem Krokus i zaczęła iść, zaraz truchtać, zaraz biec ku córce. - Barczatka! BARCZATKA, kochanie- Barczatka! - nie rzuciła się w objęcia córki, ale musiała się bardzo, bardzo powstrzymywać, zahamowała tuż przed nią, przyglądając się uważnie każdej zmianie na jej pyszczku, zmęczonym oczętom, jej chudej sylwetce.
Och, Barczatka, jej maleńka, biedna Barczatka. Przez co przeszła? Ona, i Kwiatuszek obok? Białe lico Krokus rozciągnęło się w uśmiechu, choć całe było mokre od łez. Ulga. Czuła ulgę. - Barczatka, Kwiatuszek- och, skarby, tak się cieszę, że nic wam nie jest- Mucha-! Muszko, to Barczatka i Kwiatuszek, wróciły... całe i zdrowe, och, gdzie wyście były?! Nic wam nie jest?! Gwiezdny Klanie, wschodzące słońce...! Zaraz- zaraz wrócimy do domu, wszystko opowiecie- jesteście w domu... jesteście w domu.
Krótkowłosa, niebieski z bielą. Biel na pysku (od czoła przez całe policzki), całym brzuchu i łapach. Przednie - do łokci, tylne w całości. Za kociaka mała, drobna. W dorosłości przeciętnych rozmiarów, szczupła.
ADHD, wszędzie jej pełno, nie zamyka się ani na moment, wiecznie uśmiechnięta, w spektrum.
Nocny Szkwał [Krz]
Odkąd Krokus pozbierała się nieco po śmierci partnerki, rzeczywiście coraz częściej spotykała się z Muchą i targała ją to na patrole, to na polowania, to na zwykłe spacery. Czy jej to pomagało? Trochę. Przynajmniej nie siedziała w obozie i mogła się trochę rozerwać. Czasem nawet szczerze się uśmiechała. Czekała ją jednak długa droga przed powrotem do normalności, o ile w ogóle sobie na takowy pozwoli.
Dziś nie było inaczej, dawna mistrzyni wyciągnęła ją z obozu na patrol, a że niebiesko-biała nie miała ciekawszych rzeczy do roboty, to uległa, jak zawsze zresztą. Nie miała terminatorów, nie miała absolutnie żadnych wymówek.
- Ja chyba popatrzę. Jakoś nie czuję potrzeby... - przyznała. Nie chciała, żeby cały klan na nią patrzył. Czuła na sobie palący wstyd ilekroć ktokolwiek rzucał w jej kierunku choć krótkie spojrzenie i będąc, jakby nie patrzeć, w centrum zainteresowania w trakcie takiego wydarzenia czułaby się jeszcze bardziej niekomfortowo. Zdecydowanie bezpieczniej czuła się będzie gdzieś na uboczu, przyglądając się temu wszystkiemu z pewnej odległości. Ogień pewnie będzie chciał wziąć udział. Może Cyprys? Nie była tam potrzebna jeszcze ona.
Nie zdołały jednak kontynuować tematu, bo przy granicy Krokus kogoś dostrzegła. Mucha pozwoliła, żeby to starsza z nich dwóch poszła przodem i oh. Cóż to się okazało.
Krokus wybuchła płaczem, ruszyła w bieg, podczas gdy jej towarzyszka powolnym krokiem nadrabiała rosnący między nimi dystans. Widziała, że Barczatka nie jest sama i jeszcze nim czekoladowo-biała zdążyła coś powiedzieć, kotka już wiedziała kim jest druga z kotek. Nie miała jednak odwagi spojrzeć Kwiatuszek w oczy. Zawiodła ją jako matka. W ogóle zawiodła wszystkich. Jako matka. Córka. Siostra. Terminatorka. Wojowniczka. Była porażką, która potrafiła tylko zawodzić wszystkich wokół.
Jej reakcja nie była nawet w połowie tak energiczna jak jej mistrzyni. Mucha unikała kontaktu wzrokowego z jedną i drugą zgubą, a na jej pysku widać było przede wszystkim zagubienie. Nie cieszyła się, ale bynajmniej nie dlatego, że nie cieszył jej widok córki, czy szczęście przyjaciółki, a po prostu było jej wstyd, że do tego w ogóle doszło. Bo była pewna, że Kwiatuszek uciekła przez nią, przez to jak fatalną matką się okazała.
W końcu jednak podeszła nieco bliżej i zmusiła się do tego, by choć przez moment spojrzeć na córkę.
- Chcecie wrócić czy... przyszłyście w odwiedziny? - zapytała niepewnie. Sama nie wiedziała, co byłoby gorsze i bardziej bolesne, ale skoro Krokus zadała już wszystkie potrzebne pytania to chyba mogła zapytać o coś od siebie, prawda? Nawet jej do głowy nie przyszło, żeby próbować przytulić którekolwiek z maluchów, bo, cóż, z góry założyła że żadne z nich by sobie tego nie życzyło. Nie zdziwiłaby się, gdyby Kwiatuszek nie chciała wracać do klanu, w którym żyje jej wyrodna matka, więc pomyślała że być może przywiodło ją poczucie winy i po prostu chciała powiedzieć że żyje. Albo chciała spotkać się z rodzeństwem, z dziadkami. Na pewno nie z nią.
Przeciętna budowa; długie futro; niebieski pręgowany klasycznie złoty (bursztynowy); biel do nadgarstków przednich łap i pięt tylnych łap; oczy złote. Krótki ogon.
Jednym słowem, które opisałoby ją dobrze, byłoby spokojna. Lilia żyje tak, by nie sprawić problemów i nie zwrócić na siebie uwagi. Jest kotem z lekka niewidzialnym - mało co potrzebuje, jeszcze mniej potrzeb komunikuje na głos, od wczesnego wieku przekonana, że musi być kotem dorosłym, samodzielnym i samowystarczalnym. Stara się obudować wrażeniem, że jest silna i niezależna, a do tego mało ufna. Nie chce, by jakakolwiek przysługa, jaką by od kogoś wzięła, mogłaby być użyta przeciwko niej.
Jest też zależna od swojego otoczenia; dopóki obok niej jest ktoś słabszy, ta czuje, że musi być bardziej odpowiedzialna, bardziej odważna, bardziej zorganizowana. Z trudnością okazuje czułość, ale ma jej w sobie właściwie bardzo dużo; woli pokazywać to czynem, niż słowem, na przykład przynosząc posiłek czy przygotowując miękkie legowisko. Gdyby znalazła się w towarzystwie kogoś… równiejszego sobie, kogoś, kogo obecność byłaby odwróceniem uwagi czy uwolnieniem od pewnego ciężaru, gdzie nie czułaby potrzeby opieki i sprawiania wrażenia dorosłej, wyszłaby trochę inna strona jej charakteru - z poczuciem humoru, niekiedy sarkazmem i entuzjazmem.
Kwiatuszek chce dla kotów dookoła siebie jak najlepiej, ale nie jest pewna, czy ta "najlepsza" przyszłość powinna uwzględniać ją samą. Woli być bierna, nieszkodliwa, a jeśli wykazując się wsparciem i czułością dla innych, to rzadko i najlepiej z pewnego ukrycia czy dystansu, jakby okazywanie przy nich wrażliwości i słabości miało coś zniszczyć, coś, co jej głowa tworzy od najmłodszych księżyców.
Nie mogła sprawić, że zimno odejdzie; na słowo Barczatki jedynie minimalnie mocniej naparła na nią barkiem, jak gdyby w tej sposób chcąc przekazać więcej ciepła. Skanowała okolicę wzrokiem, i w końcu się doczekała… choć, prawdę mówiąc, świadomość, że już tego nie cofnie i koty szły w jej stronę sprawiało, że serce biło jej nienaturalnie szybko. I, niczym najokrutniejszym psikusem losu, Lilia zaczęła rozpoznawać dwójkę jako koty, które chciała spotkać najmniej. Śmieszny żart od losu, musiała przyznać. Spięła się, ale nie ruszała z miejsca.
Pierwsza obok nich była Krokusowy Pląs, a jej reakcja była zdecydowanie zbyt przytłaczająca dla bursztynki. Odsunęła się ona kawałek myszy od Barczatki, tak jakby rozemocjonowana matka kotki była czymś brudnym bądź strasznym, czym nie chciała się zarazić. Było jej tak paskudnie niekomfortowo, a ciężkie i zimne poczucie winy wzrastało, gdy widziała kogoś, komu zabrała dziecko, kogo pozbawiła córki, namawiając ją na coś od początku niemożliwego.
– …Dzień dobry – powiedziała sucho, przygryzając wargę. Powiedziała Mucha; właśnie, patrzyła na czekoladową skaczącą nad Barczatką, obawiając się tego samego w swoją stronę, ale jej matka nie była nawet przy nich, idąc znacznie wolniej. Huh? Nie, miało być inaczej, mentalnie już przygotowywała się na bycie grobowo bezemocjonalną, gdy Bzycząca Mucha weźmie ją w objęcia i wykaże tym samym poziomem emocji, co przed chwilą Krokus. Dlaczego było inaczej? Nie… nie przewidziała takiego scenariuszu. Patrzyła się głucho na niebiesko-białą rodzicielkę, na jej zagubiony pyszczek, który nawet na nią nie patrzył. Jej pytanie… co? – A— wrócić. Chcemywrócić – powtórzyła prędko, choć sądziła, że to będzie w tym wszystkim najtrudniejsze do powiedzenia. Zamrugała. W pewnym sensie… czuła ulgę, myśląc, że Bzycząca Mucha mogła być na nią zła i traktować ją oschle. Ale jeśli ten stan wynikał ze smutku, a intuicja właśnie to jej mówiła… to było chyba gorsze, niż najbardziej przytłaczająca czułość.
Ale wciąż sprawiało, że chciała uciec stąd jak najdalej.
Miała mówić, miała wyjaśnić najdyplomatyczniej jak mogła sytuację jaka zaszła i dlaczego teraz wróciły, ale dysonans jej oczekiwań z rzeczywistością uderzył w nią niczym ciężarówka i odebrał mowę.
Wzrostem wykracza lekko ponad średnią, dość krępa i nieco szeroka, ale pozbawiona porządnego umięśnienia. Długowłosa, czekoladowa klasyczna, puchata i najczęściej zabrudzona, wygląda na bardziej okrągłą, niż jest w rzeczywistości. Ma miodowe ślepia. Biel przy nosie, na brodzie, szyi, klatce piersiowej i na łapach w formie nierównych skarpetek; na przednich łapach sięgają nadgarstków, na tylnych jest jedynie na palcach.
Barczatka... jest, ale częściej jej nie ma. Stoi w miejscu, jednak jej głowa szybuje gdzieś daleko, poza wszystko, co kotkę otacza. Myśli, nieco za dużo, o wszystkim i niczym; analizuje, czasami nawet obserwuje, by zaraz jednak wyłączyć się i na nowo pogrążyć w myślach. Pozostała marzycielką, lubi snuć wszelakie historie we własnej głowie, jednak od jakiegoś czasu zaczęły one skręcać w złe strony, a ona nie potrafi zapanować nad ciemnymi chmurami, jakie wtedy się nad nią zbierają. Pozostała cichutka, nierzucająca się w oczy, stojąca na uboczu. Wciąż jest miłą kotką, nawet jeśli dalej brakuje jej asertywności. Lubi pomagać i dbać o innych, pragnie kontaktu i czułości, bliskości, jednak przez ostatnie księżyce wycofała się na tyle, że nie wie jak. Zagubiła się; stała się swoją główną towarzyszką, osobą, z którą może prowadzić ciągły dialog. Nie wie, co robić, gdzie iść i jak dalej żyć. Stała się niepewna w nawigowaniu przez życie.
Lilia nie mogła sprawić, że zimno odejdzie, jednak nacisk jej barku trzymał Barczatkę przy ziemi, umiejscawiał w teraźniejszości na tyle, na ile mógł, kiedy jej głowa wciąż próbowała odlatywać. Wzrok przemieszczał się od podłoża, do okolicy i wracał; z początku nie dostrzegła nadchodzących sylwetek. Patrzyła i nie widziała, a dopiero napięcie mięśni przyjaciółki sprawiło, że zamrugała gwałtownie, wyrwana z otchłani emocji.
Uniosła głowę, mrugając kilkukrotnie, jakby strzepywała sen z powiek. Akurat w chwili, gdy matka stanęła jak wryta, a mała ćma rozwarła pysk. Żadne słowa z niej nie uleciały; nie dowierzała własnym ślepiom. Próbowały skupić się na ciele Krokusowego Pląsu, tylko na tym jednym punkcie, do którego skurczył się świat dookoła. Nie mogła nabrać powietrza. W beznadziejnym odruchu miała ochotę się wycofać, kiedy matka zaczęła ku niej biec, jednak jej ciało nie chciało się słuchać. Siedziało, trwało, dusiło się. Dopiero gdy z pyska matki uleciało kochanie, otoczone jej imieniem, nabrała łapczywie powietrza, wyrwana z chwilowej niemocy.
Nic nie miało znaczenia w tej chwili, słowa wszystkich kotów zagłuszyło dźwięczenie w uszach. Teraz już dyszała. Próbowała mrugać, by pozbyć się łez ze ślepi, ale te napływały kolejnymi falami.
— Ma... m-mama... — jęknęła wreszcie, odcięta od wszystkich bodźców poza tym, którym był widok matki. Pytania i zapewnienia umykały, gdy załkała, drżącą łapą postępując o krok, nim ciało wreszcie uległo i ruszyło ku Krokus, dopadając do jej szyi pyskiem.
Psikus losu sprawił, że matki z córkami nawet nie zdążyły porządnie się ze sobą przywitać, ustalić planu działania, wezwać kogoś albo podjąć samodzielnej decyzji o sprowadzeniu zaginionych pociech do Obozu bez pytania czy zgody... ani nawet, a przecież byłoby to absolutnym minimum, odrobinę ochłonąć po pierwszym szoku. A to ponieważ w ich stronę już zmierzał nieproszony dodatek do i tak dość pokaźnego towarzystwa, jakim byli Łabędzia Gwiazda i Warczące Gardło, którzy w komitywie przysługującej jedynej klanowej dwójce w wieku starszyźnianym zdecydowali się na wspólny spacer. Odrębny od patroli rozesłanych wcześniej przez Nocny Szkwał, uściślijmy, więc żaden z nich nie spodziewał się niczego niezwykłego, już o zastaniu wojowniczek przy swoich uznanych za zaginione kociętach nie wspominając.
Na ten widok obaj popatrzyli na siebie i jak na zawołanie na ich pyskach pojawiły się uśmiechy. Nie potrzebowali słów, zaraz ruszyli prosto do nich.
— Och, a kogo to moje oczy widzą — rzucił wesoło Łabędź po zbliżeniu się do całej czwórki, kilka kroków wcześniej znacząco skinąwszy głową kocurowi, by stanął ciut wcześniej; widział, że włączali się w emocjonalną sytuację, lepiej było zostawić im choć trochę przestrzeni. — Krokusowy Pląsie, Bzycząca Mucho — przywitał się ze skinieniem głowy, nim skoncentrował uwagę na młodszych kotkach. — A niech mnie, Barczatka, Kwiatuszek, to naprawdę wy? Gdzie żeście się podziewały?
Przeciętna budowa; długie futro; niebieski pręgowany klasycznie złoty (bursztynowy); biel do nadgarstków przednich łap i pięt tylnych łap; oczy złote. Krótki ogon.
Jednym słowem, które opisałoby ją dobrze, byłoby spokojna. Lilia żyje tak, by nie sprawić problemów i nie zwrócić na siebie uwagi. Jest kotem z lekka niewidzialnym - mało co potrzebuje, jeszcze mniej potrzeb komunikuje na głos, od wczesnego wieku przekonana, że musi być kotem dorosłym, samodzielnym i samowystarczalnym. Stara się obudować wrażeniem, że jest silna i niezależna, a do tego mało ufna. Nie chce, by jakakolwiek przysługa, jaką by od kogoś wzięła, mogłaby być użyta przeciwko niej.
Jest też zależna od swojego otoczenia; dopóki obok niej jest ktoś słabszy, ta czuje, że musi być bardziej odpowiedzialna, bardziej odważna, bardziej zorganizowana. Z trudnością okazuje czułość, ale ma jej w sobie właściwie bardzo dużo; woli pokazywać to czynem, niż słowem, na przykład przynosząc posiłek czy przygotowując miękkie legowisko. Gdyby znalazła się w towarzystwie kogoś… równiejszego sobie, kogoś, kogo obecność byłaby odwróceniem uwagi czy uwolnieniem od pewnego ciężaru, gdzie nie czułaby potrzeby opieki i sprawiania wrażenia dorosłej, wyszłaby trochę inna strona jej charakteru - z poczuciem humoru, niekiedy sarkazmem i entuzjazmem.
Kwiatuszek chce dla kotów dookoła siebie jak najlepiej, ale nie jest pewna, czy ta "najlepsza" przyszłość powinna uwzględniać ją samą. Woli być bierna, nieszkodliwa, a jeśli wykazując się wsparciem i czułością dla innych, to rzadko i najlepiej z pewnego ukrycia czy dystansu, jakby okazywanie przy nich wrażliwości i słabości miało coś zniszczyć, coś, co jej głowa tworzy od najmłodszych księżyców.
Reakcja Barczatki nie była podoba do jej własnej, i w pewnym sensie napawała ją jakimś gorzkim uczuciem. Chyba nie zazdrością, może bardziej poczuciem zostania zdradzonym, albo… sama nie wiedziała, czym. Ostatecznie mentalnie odetchnęła z ulgą. Oddała Barczatkę Krokusowemu Pląsowi; chociaż tyle. A sama na widok Bzyczącej Muchy niezręcznie milczała.
Ale wtedy przyszło wybawienie — przynajmniej dla niej. Na widok nadchodzącego Łabędziej Gwiazdy i, um, Warczącego Gardła (?), wyminęła swoją matkę jak nieistotny dysonans, trochę nazbyt nerwowo i przybrała bardziej zorganizowany wyraz pyszczka. Całą posturę, tak właściwie.
– Dz. Dzień dobry, Łabędzia Gwiazdo – przywitała się z kocurem, w głowie karcąc się za początkową niepewność w wymowie sylab. Teraz, tak, na ten moment i tą rozmowę się przygotowywała, nie na rodzinne spotkania. Odchrząknęła. – Na samym początku chciałabym przeprosić – powiedziała, zniżając swój łeb. Jej formalność była wręcz przerysowana, niezdarna, zapewne w ogóle niepotrzebna, biorąc pod uwagę charaktery zgromadzonych, ale w jej małej rzeczywistości — absolutnie niezbędna. – Byłam głupia, nieodpowiedzialna i tchórzliwa. Uciekłam z własnej woli, w… obawie przed powrotem do życia w klanie, ale pociągnęłam przy tym za sobą Barczatkę. Kręciłyśmy się po Ziemiach Niczyich. Teraz… teraz wiem, że było to z mojej strony nieodpowiednie. Przyszłyśmy, ponieważ chcemy wrócić do Klanu Rzeki. Prze— przepraszam.
Uch. W swojej głowie brzmiała zupełnie inaczej; miała brzmieć inaczej, jej słowa miały układać się z większą lekkością, bez przerw, bez jąkań, dochodząc do czegokolwiek. Miała wrażenie, że gada najpłytsze głupoty bez żadnej faktycznej treści. Miało być inaczej. Wciąż, nie zamierzała przypinać jakiejkolwiek winy na Barczatkę. Równie dobrze Łabędzia Gwiazda mógł przyjąć czekoladową, ale ją zostawić na granicy.
Wzrostem wykracza lekko ponad średnią, dość krępa i nieco szeroka, ale pozbawiona porządnego umięśnienia. Długowłosa, czekoladowa klasyczna, puchata i najczęściej zabrudzona, wygląda na bardziej okrągłą, niż jest w rzeczywistości. Ma miodowe ślepia. Biel przy nosie, na brodzie, szyi, klatce piersiowej i na łapach w formie nierównych skarpetek; na przednich łapach sięgają nadgarstków, na tylnych jest jedynie na palcach.
Barczatka... jest, ale częściej jej nie ma. Stoi w miejscu, jednak jej głowa szybuje gdzieś daleko, poza wszystko, co kotkę otacza. Myśli, nieco za dużo, o wszystkim i niczym; analizuje, czasami nawet obserwuje, by zaraz jednak wyłączyć się i na nowo pogrążyć w myślach. Pozostała marzycielką, lubi snuć wszelakie historie we własnej głowie, jednak od jakiegoś czasu zaczęły one skręcać w złe strony, a ona nie potrafi zapanować nad ciemnymi chmurami, jakie wtedy się nad nią zbierają. Pozostała cichutka, nierzucająca się w oczy, stojąca na uboczu. Wciąż jest miłą kotką, nawet jeśli dalej brakuje jej asertywności. Lubi pomagać i dbać o innych, pragnie kontaktu i czułości, bliskości, jednak przez ostatnie księżyce wycofała się na tyle, że nie wie jak. Zagubiła się; stała się swoją główną towarzyszką, osobą, z którą może prowadzić ciągły dialog. Nie wie, co robić, gdzie iść i jak dalej żyć. Stała się niepewna w nawigowaniu przez życie.
Nie zauważyła nadejścia Łabędziej Gwiazdy. Umysł skupił się w całości na zapachu matki i jej futrze, miękkim i łaskoczącym w nos. Nieświadoma niezręczności przyjaciółki i nadchodzącego zawału, wyglądała, jakby chciała wsiąknąć w Krokusowy Pląs. Ostatecznie jednak dotarł do niej kolejny głos, rozpoznany po kilku uderzeniach serca, i odskoczyła jak oparzona od matki. Przez moment wpatrywała się zdziczałym spojrzeniem w przywódcę, nim opanowała, przynajmniej względnie, szalejące serce.
Stuliła uszy na słowa Lilii. Nie podobało jej się to, że brała na siebie całą odpowiedzialność, ale kiedy sama otworzyła pysk, by coś powiedzieć, wydała z siebie jedynie krótki dźwięk, nim całkowicie się zamknęła. Zdołała jedynie odsunąć się jeszcze bardziej od matki, cofając się w kierunku Lilii. Kiwnęła niemrawo głową, zatrzymując się w połowie drogi do przyjaciółki. Znowu otworzyła pysk.
— Prz... przpra... szam — bąknęła ostatecznie, uciekając spojrzeniem na bok. Nie miała pojęcia, kogo konkretnie przepraszała. Chyba wszystkich po równo, w tym samą siebie.
Formalność Kwiatuszka delikatnie zbiła go z pantałyku, lecz nie na długo — już po kilku pierwszych skierowanych do niego słowach zaskoczenie ustąpiło miejsca łagodnej wesołości, a sam Łabędź niemal niezauważalnie pokręcił łbem na boki, jakby chciał tym samym przekazać, że to nie było konieczne. Że nie było o czym mówić. Że nic się nie stało.
Obie kotki były dla niego nieco przerośniętymi kociętami. Owszem, jak dało się zauważyć, zdolnymi do podejmowania własnych decyzji i stanowieniu o sobie, ale wciąż na tyle młodymi i niedoświadczonymi, że nie potrafił patrzeć na ich odejście inaczej, niż jak na młodzieńczy wybryk; nierozważny, ryzykowny i niebezpieczny, jednak niepowodujący w nim żadnych wątpliwości, jak powinien postąpić. Spodziewał się wręcz, że gdyby przypadkiem nie znalazł się na granicy, Krokusowy Pląs i Bzycząca Mucha bez cienia namysłu zagarnęłyby swoje kocięta do Obozu... I nie miałby im tego za złe.
— Najważniejsze, że wróciłyście. I mam nadzieję, że na stałe — powiedział z uśmiechem. — Dobrze widzieć was w jednym kawałku. Mimo wszystko, nie oddalajcie się od Obozu bez jakiegoś wojownika, dopóki wasi mistrzowie nie ocenią, że wasze umiejętności w walce i polowaniu są wystarczające, dobrze?
Jakoś musiały sobie radzić w czasie nieobecności, więc być może to przesadzony środek ostrożności, ale mimo wszystko...
— To chyba nie będziemy tak stać na granicy? — podjął zaraz, jedno ucho kierując na rzeczne ziemie. — Chodźcie, przyda wam się odpoczynek. A i pewnie jesteście ciekawe, co się pozmieniało. Chyba że macie tu jeszcze coś do zrobienia?
Zadawszy ostatnie pytanie, spojrzał na Krokus i Muchę. Właściwie wepchnął się tu w rodzinny moment... A skoro formalności zostały załatwione, mógł oddać im ukochane córki, zabrać ze sobą Warczące Gardło i kontynuować wycieczkę. Albo wrócić wraz z całą ekipą, na co liczył najbardziej.