Nie poddał się, choć nie słyszał niczego oprócz dudniących kropel. Był już niemalże cały przeoczony, cały las spowił gęsty cień i nic nie wskazywało na to, że ma się poprawić. Po zwierzynie także ani śladu.
Chciało mu się płakać, ale postanowił jeszcze się nie poddawać. To przecież nie mogło być takie proste, prawda? To, że na razie niczego nie znalazł, nie musiało jeszcze oznaczać, że był taki beznadziejny. Tak, starał się sobie to wmówić, choć nie był przekonany, co było prawdą, a co nie. Otrzepał lekko futerko i szedł dalej, trochę przerażony tą ciemnością. Ale na razie wszystko zdawało się być pod kontrolą.
Nie było co płakać! Tu jedynie liczyła się cierpliwość. Królicza Łapa już po chwili dostrzegł, wśród ciężkiego deszczu, rude skrzydełka, które nie mogły zostać teraz użyte. Ptaki nie latały w trakcie deszczu, dlatego miał ułatwioną sprawę - jeżeli się postara, rudzik będzie jego.
Oczy mu się niemalże zaświeciły, jak zauważył ptaszka. Nawet byłoby mu go szkoda, gdyby nie miał pewności, że i tak polowanie mu się nie powiedzie. Chciał po prostu spróbować, dlatego robił to, co podpowiadał mu instynkt: ugiął łapy i w ten oto sposób zaczął kierować się w stronę rudzika. Nie widział w tym większej filozofii. I tak właśnie jak przyczajony tygrys, ukryty smok z całych sił próbował być cicho i kiedy byłby odpowiedni moment, wyskoczyć na malucha.
No... prawie. Królicza Łapa opierał się na instynkcie, nie żelaznych zasadach i właśnie to go zgubiło. Rudzik spostrzegł kocura i zaczął uciekać, nie mogąc odlecieć. To jednak dało mu możliwość... chociaż próby dogonienia go i złapania.
Przez chwilę kocurek stał skonfundowany, kiedy zauważył, że ptak zaczął uciekać. Dopiero po chwili zaświeciła mu się nad głową lampka, że właściwie to mógłby spróbować go jeszcze złapać, polegając na swojej szybkości. To chyba powinno być nawet prostsze? Nie wiedział, ale zamierzał się dowiedzieć. Wystrzelił jak z procy, chcąc dogonić uciekiniera, wskoczyć na niego i w sumie… nie miał pojęcia. Kąsać, aż ten wyzionie ducha.
Gonił rudzika dzielnie, a ten panicznie uciekał jak najdalej od napastnika. Ulewa rozhulała się w najlepsze i Królicza Łapa miał przed oczami ptaszka, dopóki... nie uderzył nagły, niespodziewany piorun. Co prawda daleko, jednakże wszystko dookoła rozbłysło i tak zbiło terminatora z tropu, że rudzik czmychnął w dal i tyle go widzieli. Przepadł.
Zaczynając więc od samej góry - na czubku jej czarnych uszu znajdują się delikatne, subtelne, białe pędzelki. Następnie wcześniej wspomniane czarne antenki, które od środka przybrały różową barwę. Prawa część pyska pokryta jest niemalże całkowicie białą barwą. Wyjątek stanowi jedynie mała plamka, która nachodzi na różowy nos kotki. Lewą część natomiast w większości zakrywa czarna łata. Jej oczy zabarwiły się na dwa różne kolory - prawe oko na lodowobłękitną, a lewe na zieloną barwę.
Szyję kotki zdobi przepiękna, puchata, biała kryza, przez co może nieco przypominać lwa - podobnie jak Porzeczkowa Pestka. Sama kocica jest również jedną z wyższych w klanie, co umożliwiają jej długie, dobrze zbudowane łapy. Dzięki temu również jej ciało jest niezwykle proporcjonalne i jednocześnie eleganckie. Przechodząc dalej, na grzbiecie kotki można zaobserwować ciekawą, czarną plamę, która wyglądem przypomina nieco motyla. W oczy łatwo rzucić się może również ogromny, puszysty, czarny ogon, który również zawdzięcza genom matuli.
Charakterem zdecydowanie przypomina swoją prababcię, dziadka, ojca i pewnie wielu innych swoich przodków, których można znaleźć w jej drzewie genealogicznym. Egocentryczka, przekonana tylko o tym, że świat powinien kręcić się tylko i wyłącznie wokół niej. Nie potrafi również zrozumieć, że inne koty mogą mieć nieco inne poglądy niż ona i nie zgadzać się z nią dosłownie ze wszystkim. Nie zwraca uwagi po ilu trupach będzie musiała przejść, aby dojść do swojego celu. Jej cel i TYLKO jej cel jest najważniejszy. Jeśli czegoś chce to zrobi wszystko aby to zdobyć - uczciwie czy też nie, liczą się efekty, a nie to jak zostały zdobyte. Jeśli czegoś chcę, to zrobi wszystko, aby to dostać.
Pierworodna córka Tnącej Zawiei jest również straszną zazdrośnicą. Nienawidzi gdy ktoś jest od niej w czymś lepszy, bądź szybciej się czegoś nauczy. Zaczęła więc kierować się prostą zasadą - kiedy pojawi się ktoś ważniejszy to należy się go pozbyć. To, że nienawidzi być gorsza od innych już wiadomo - ale kiedy już coś robi, to musi to od razu robić perfekcyjnie. Szybko się denerwuje, gdy coś nie wychodzi bądź nie wygląda tak, jakby chciała. Nie dopuszcza do siebie myśli, że potrzeba czasu na naukę - ona MUSI być idealna JUŻ. Potrafi wtedy naprawdę dostać ataku agresji, w którym oberwać może drzewo, kamień, zwierzę bądź, co gorsza, kot.
Byłam wściekła. Wściekła na wszystko co się działo. Czułam się zdradzona przez Psią Gwiazdę. Zdradzona... emocjonalnie. Wszyscy wiedzieli, że Grząskie Bagno jest w ciąży i wszyscy wiedzieli z kim. ON wolał wybrać JĄ. Samotnicze ścierwo, zamiast mnie, kota czystej krwi. Zdecydował się roznieść dalej brudną krew, pozwolić na rozmnażanie się kogoś takiego, jak Grząskie Bagno. Niech jeszcze rozmnoży się Kudłata Łapa, będzie jeszcze więcej samotników. Klan Cienia schodził na psy.
Nic nie szło aktualnie po mojej myśli. Zdałam sobie sprawę, że Czosnkowa Łapa była moim najmniejszym problemem - nawet już średnio mnie interesowało to, co robiła. W mojej głowie kłębiły się jedynie plany morderstwa Psiej Gwiazdy oraz brudnokrwistych szczeniąt. Najchętniej to zamordowałabym całą Psią rodzinę i zdecydowała się na samodzielne przejęcie władzy.
Czułam jednak, że nic mi nie wychodzi. Zawodziłam sama siebie, karciłam samą siebie za to, w jakim kierunku poszło moje życie. Miałam rangę, której nie chciałam. Dawała mi władzę nad życiem i śmiercią, dawała mi szacunek... ale ja nienawidziłam być medykiem. Zapach ziół mnie denerwował, potrzebowałam się czasem wyrwać z Korzennej Jamy. Gdyby Huragan nie został terminatorem medyka to aspirowałabym na zostanie zastępcą, a następnie przywódczynią. Gdy zdecydowałam się na powiększenie rodziny i jednocześnie uratowanie klanu przed natłokiem samotników i brudnokrwistych, zostałam odrzucona. Psia Gwiazda potraktował mnie jak śmiecia. Lubiłam jak wydawał rozkazy, a przynajmniej on tak stwierdził. I ja też to po czasie widziałam. Wiedziałam, że powinnam cieszyć się z tego, iż nie przedłużyłam z nim rodu - Pies był durny, jeszcze zanieczyściłby moją krew. Mimo wszystko czułam, że zawiodłam. Zawiodłam samą siebie.
Dlatego ukryłam się w Łabędzich Gniazdach, wpatrując się jednocześnie w taflę wody i zastanawiając się nad swoim życiem. Obok mnie leżało zawiniątko z ziołami - trzema jagodami cisu. Rozważałam wzięcie ich. Zastanawiałam się nad tym, dlatego zostawiłam sobie taką możliwość i zabrałam je ze sobą. Czułam się zawiedziona samą sobą, a tak przynajmniej odeszłabym na własnych zasadach. Przynajmniej jedną rzecz w swoim życiu zrobiłabym tak, jak JA bym chciała.
Siedziałam jednak i wpatrywałam się w swoje odbicie, zastanawiając się co zrobić ze sobą dalej.
Księżyce: 45 Mistrz: psie serce, huraganowy szept Płeć: transpłciowy kocur (intensywny zapach ziół) Matka: zwiędła łodyga Ojciec: huraganowy szept. || orli szpon (biologiczny), grad (domyślany) Partner: lisia czaszka Trwałe urazy: chimeryzm; fobia społeczna; urazem jest w ogóle to, że żyje
kościsty, o długich łapach, trochę ponad przeciętną wzrostu | krótkowłosy; z przerzedzonym futrem | chimera (niebieski z bielą x rudy z bielą) | nieregularne łaty bieli na całym ciele | heterochromia: prawe oko błękitne, lewe oko brązowe
Czosnek, wracając z okolic Pustego Drzewa, po bardzo intensywnej rozmowie ze swoim partnerem nie spodziewał się, że wpadnie na nikogo konkretnego. Może na patrol, a ten nie byłby zaskoczony widząc Czosnkową Łapę rozkojarzonego, zaryczanego bez konkretnego powodu. Ktoś z Korzennej Jamy... też nie byłby tym widokiem zaskoczony, ale rozmowa z takim kotem poza lecznicą mogła być niezręczna. Płakał, płakał rzewnie, głośno, intensywnie, gdy tylko oddalił się od Czaszki, gdy tylko ten zniknął mu z pola widzenia. Był przytłoczony emocjami.
Najpierw kundel, jak się okazuje, będzie miał szczeniaki, co nie mogło wróżyć dobrze. Wróżyło złą przyszłość dla niego i dla całego Klanu. Potem przyszła tutaj ta szurnięta samotniczka, jej obecność i podejście doprowadziło krew Czosnkowej Łapy do punktu wrzenia - bo jak można być tak głupim, aby dobrowolnie oddać swoją wolność i samodzielność aby dołączyć do Mrocznej Puszczy na ziemi, jaką był Klan Cienia? A gdyby tego wszystkiego złego było mało - Lisia Czaszka był na niego wściekły, zwyzywał go, upokorzył... a Czosnek mu na to pozwolił i jeszcze go usprawiedliwiał.
Był zły, był wściekły, był smutny, był tak rozżalony, że nie zorientował się, że doszedł już do Księżycowego Jeziora. Wcześniejszy płacz zmienił się w nierówny oddech i łzy płynące niekontrolowanie po jego pysku, ból głowy, zaczerwienione ślepia, czkawkę. Nie krzyczał już, nie płakał na głos. I dobrze, bo dopiero teraz, przez łzy w oczach dojrzał nad jeziorem znajomą mu czarno-białą sylwetkę Rwącej Zawiei. Zamarł - na pewno go widziała, prawda? Nie, nie patrzyła w jego stronę. Czy powinien do niej podejść? Nie chciał... aby widziała go w tym stanie.
A mimo to podszedł. Usiadł obok medyczki, bez słowa, w pewnej odległości, ale w zasięgu jej wzroku, gdyby podniosła spojrzenie znad tafli jeziora... i znad czegoś, co Czosnek nie chciał uwierzyć, że jest jagodami cisu u jej łap.
i woke in the middle of the night
he spoke with his eyes half closed
can you get me something else to eat?
got a hole in my chest
i can't take it anymore
put my pillow to the desk
Zaczynając więc od samej góry - na czubku jej czarnych uszu znajdują się delikatne, subtelne, białe pędzelki. Następnie wcześniej wspomniane czarne antenki, które od środka przybrały różową barwę. Prawa część pyska pokryta jest niemalże całkowicie białą barwą. Wyjątek stanowi jedynie mała plamka, która nachodzi na różowy nos kotki. Lewą część natomiast w większości zakrywa czarna łata. Jej oczy zabarwiły się na dwa różne kolory - prawe oko na lodowobłękitną, a lewe na zieloną barwę.
Szyję kotki zdobi przepiękna, puchata, biała kryza, przez co może nieco przypominać lwa - podobnie jak Porzeczkowa Pestka. Sama kocica jest również jedną z wyższych w klanie, co umożliwiają jej długie, dobrze zbudowane łapy. Dzięki temu również jej ciało jest niezwykle proporcjonalne i jednocześnie eleganckie. Przechodząc dalej, na grzbiecie kotki można zaobserwować ciekawą, czarną plamę, która wyglądem przypomina nieco motyla. W oczy łatwo rzucić się może również ogromny, puszysty, czarny ogon, który również zawdzięcza genom matuli.
Charakterem zdecydowanie przypomina swoją prababcię, dziadka, ojca i pewnie wielu innych swoich przodków, których można znaleźć w jej drzewie genealogicznym. Egocentryczka, przekonana tylko o tym, że świat powinien kręcić się tylko i wyłącznie wokół niej. Nie potrafi również zrozumieć, że inne koty mogą mieć nieco inne poglądy niż ona i nie zgadzać się z nią dosłownie ze wszystkim. Nie zwraca uwagi po ilu trupach będzie musiała przejść, aby dojść do swojego celu. Jej cel i TYLKO jej cel jest najważniejszy. Jeśli czegoś chce to zrobi wszystko aby to zdobyć - uczciwie czy też nie, liczą się efekty, a nie to jak zostały zdobyte. Jeśli czegoś chcę, to zrobi wszystko, aby to dostać.
Pierworodna córka Tnącej Zawiei jest również straszną zazdrośnicą. Nienawidzi gdy ktoś jest od niej w czymś lepszy, bądź szybciej się czegoś nauczy. Zaczęła więc kierować się prostą zasadą - kiedy pojawi się ktoś ważniejszy to należy się go pozbyć. To, że nienawidzi być gorsza od innych już wiadomo - ale kiedy już coś robi, to musi to od razu robić perfekcyjnie. Szybko się denerwuje, gdy coś nie wychodzi bądź nie wygląda tak, jakby chciała. Nie dopuszcza do siebie myśli, że potrzeba czasu na naukę - ona MUSI być idealna JUŻ. Potrafi wtedy naprawdę dostać ataku agresji, w którym oberwać może drzewo, kamień, zwierzę bądź, co gorsza, kot.
Nie płakałam.
Nie miałam w zwyczaju płakać. Już od kociaka miałam z tym problem - nawet jeśli Porzeczkowa Pestka dawała nam na to przestrzeń, tak Tnąca Zawieja... Niekoniecznie. Płacz był dla słabych emocjonalnie kotów, a nie kogoś takiego jak ja. Byłam najwybitniejszą jednostką w Klanie Cienia. Zostałam medykiem, wyszkoliłam terminatora sama pozostając na tej samej randze. Miałam aktualnie dwie terminatorki, które kończyły już trening i lada moment mogłyśmy wyruszać do Szepczącej Sadzawki. Byłam szanowanym kotem. Zdecydowanie bardziej, niż Psia Gwiazda. Ranga, której tak strasznie nienawidziłam, dała mi to, czego potrzebowałam. Dostałam władzę, respekt. Nawet Huragan wiedział, że byłam z tych aspektów zadowolona.
Huragan. Nienawidziłam go całe życie... Być może dlatego, że byliśmy do siebie podobni. Oboje dążyliśmy do uzyskania rangi ulubionego dziecka - tą bitwę wygrał właśnie on. Ja natomiast wygrałam, jeśli chodziło o władzę. Byliśmy różni, a jednocześnie podobni. I zdawałam sobie aktualnie z tego sprawę. Gdy moja nienawiść skierowała się na Psią Gwiazdę, zaczęłam zauważać... wiele rzeczy. Z Huragan byliśmy chciwi, prymitywni. Tylko on potrafił przejrzeć pół mojego prawdziwego pyska - tylko i aż pół. Nikomu przedtem to się nie udało. Pies zyskał do tego odrobinę dostępu ale tylko i wyłącznie za moją zgodą. Za to Huragan nie. On znał mnie od urodzenia, od łona matki.
Dlaczego więc czułam się jak przegrana? Dlaczego pozwalałam traktować się Psiej Gwieździe jak popychadło? Dlaczego musiałam przyznawać przed sobą otwarcie, że lubiłam jak mnie tak traktował? Nawet jeśli się z tym nie zgadzałam. Nawet jeśli wiedziałam i widziałam jak mną manipuluję. Na Gwiezdnych, ja specjalnie mu na to pozwalałam. Mógł mną poniewierać, a nie ważne, jak bardzo tego nienawidziłam, to i tak dalej na to pozwalałam. Jesteś żałosna.
Głos w mojej głowie miał rację. Byłam żałosna, gdyż dawałam się tak traktować. Byłam żałosna, gdyż mimo szczerej nienawiści do Psiej Gwiazdy, nadal... gdzieś w środku coś czułam. Nie miłość. Uzależnienie. Potrzebowałam Psiej Gwiazdy jak powietrza. Od najmłodszych księżyców wiedziałam, że nie można się przywiązywać - przywiązanie było kolejnym powodem do słabości. Tymczasem zrobiłam to, przed czym sama się przestrzegałam. Byłam żałosna - a żałosne koty nie miały prawa do istnienia. Wiedziałam, że jest tylko jeden sposób aby się od tego uwolnić.
Wzięłam głębszy wdech, nabijając sprawnie na pazur jedną z cisowych jagód. Nagle jednak zamarłam. Czosnkowa Łapa.
Wstrzymałam oddech, strosząc się cała. Pierwszy raz nie zamierzałam panować nad swoim ciałem. Skupiłam się na sobie, nie zwróciłam nawet uwagi, gdy terminatorka do mnie podeszła i usiadła obok. Czułam się upokorzona. Widziała mnie W TAKIEJ sytuacji. Widziała mnie w czasie mojego kryzysu. Cóż za ironia, jednostka, którą uważałam za nienadającą się do życia, prawie zaobserwowała mój własny koniec.
- ... - cisza. Zwróciłam dwukolorowe ślepia na kotkę, aby zaraz potem przełknąć ślinę i ponownie wrócić spojrzeniem na Księżycowe Jezioro. Pozwoliłam truciźnie pozostać na moim pazurze, czułam sok z jagody, który wydostawał się na zewnątrz. Czosnkowa Łapa wyglądała tragicznie, chociaż nie powinno mnie to dziwić. - Co się stało.
Księżyce: 45 Mistrz: psie serce, huraganowy szept Płeć: transpłciowy kocur (intensywny zapach ziół) Matka: zwiędła łodyga Ojciec: huraganowy szept. || orli szpon (biologiczny), grad (domyślany) Partner: lisia czaszka Trwałe urazy: chimeryzm; fobia społeczna; urazem jest w ogóle to, że żyje
kościsty, o długich łapach, trochę ponad przeciętną wzrostu | krótkowłosy; z przerzedzonym futrem | chimera (niebieski z bielą x rudy z bielą) | nieregularne łaty bieli na całym ciele | heterochromia: prawe oko błękitne, lewe oko brązowe
Uciekając myślami od kłótni z Lisią Czaszką, Czosnek skupił swój wzrok na Rwącej Zawiei, a przynajmniej na tym, co znajdowało się u jej łap. Ukończywszy trening medyczny jagody cisu ciężko było pomylić z czymś innym. Patrzył, jak pazur medyczki sprawnie przebija jagodę, jedną, czerwoną jagodę, która mogłaby ją zabić. Patrzył, jak czerwony sok spływa po białej łapie kocicy i nie wiedział, co myśleć. Czy Rwąca Zawieja, którą, jak dotąd, Czosnek postrzegał jako ostoję spokoju, bastion opanowania i kota zawsze pewnego swego, pewnego siebie, zadręczały takie myśli, jak jego? O tym, jak to jest zamknąć oczy na zawsze i nigdy więcej nie otworzyć?
Jeśli tak, było to jednocześnie kojące - bo nie był sam, bo nawet koty tak szanowane i wysoko postawione, tak inteligentne i dumne jak Rwąca Zawieja spotykały gorsze momenty - i przerażające, bo jeśli medyczka, dorosła kocica która rządziła Korzenną Jamą od księżyców myślała o tym, aby połknąć cis... i prawie to zrobiła, najwyraźniej, to co z Czosnkową Łapą, który był dużo bardziej emocjonalnie niestabilny od Rwącej Zawiei? Przełknął ślinę jak na zawołanie synchronicznie z dorosłą medyczką. Na chwilę nawiązali kontakt wzrokowy, ale on zaraz spojrzeniem uciekł, przebierając łapami w miejscu, nerwowo. Nie chciał jej przeszkodzić w... czymkolwiek robiła.
Ale czy właśnie nie uratował jej życia, przechodząc tu obok, akurat w tej chwili? Czy to była interwencja ze strony Gwiezdnego Klanu, że przyszedł tu teraz, a nie później, gdyby... czy Rwąca Zawieja naprawdę planowała połknąć cis? - ... - otworzył mordkę, ale nie odpowiedział. Rwąca Zawieja nie była kotem, którego powinien - czy chciał - zamartwiać swoimi problemami i rozterkami miłosnymi. - Nieistotne. Co... tobie się stało? - spytał, cicho, niepewnie, unosząc dwubarwne spojrzenie znad własnych łap.
Och, ale... kim on był, aby pytać o takie rzeczy medyczkę starszą od niego, siostrę swojego mistrza? ... nie chciał widzieć, jak kadencja Kundla wyniszcza kolejnego kota, kota tak szanowanego, tak spełnionego - w oczach Czosnkowej Łapy - w życiu, jak Rwąca Zawieja.
i woke in the middle of the night
he spoke with his eyes half closed
can you get me something else to eat?
got a hole in my chest
i can't take it anymore
put my pillow to the desk
Zaczynając więc od samej góry - na czubku jej czarnych uszu znajdują się delikatne, subtelne, białe pędzelki. Następnie wcześniej wspomniane czarne antenki, które od środka przybrały różową barwę. Prawa część pyska pokryta jest niemalże całkowicie białą barwą. Wyjątek stanowi jedynie mała plamka, która nachodzi na różowy nos kotki. Lewą część natomiast w większości zakrywa czarna łata. Jej oczy zabarwiły się na dwa różne kolory - prawe oko na lodowobłękitną, a lewe na zieloną barwę.
Szyję kotki zdobi przepiękna, puchata, biała kryza, przez co może nieco przypominać lwa - podobnie jak Porzeczkowa Pestka. Sama kocica jest również jedną z wyższych w klanie, co umożliwiają jej długie, dobrze zbudowane łapy. Dzięki temu również jej ciało jest niezwykle proporcjonalne i jednocześnie eleganckie. Przechodząc dalej, na grzbiecie kotki można zaobserwować ciekawą, czarną plamę, która wyglądem przypomina nieco motyla. W oczy łatwo rzucić się może również ogromny, puszysty, czarny ogon, który również zawdzięcza genom matuli.
Charakterem zdecydowanie przypomina swoją prababcię, dziadka, ojca i pewnie wielu innych swoich przodków, których można znaleźć w jej drzewie genealogicznym. Egocentryczka, przekonana tylko o tym, że świat powinien kręcić się tylko i wyłącznie wokół niej. Nie potrafi również zrozumieć, że inne koty mogą mieć nieco inne poglądy niż ona i nie zgadzać się z nią dosłownie ze wszystkim. Nie zwraca uwagi po ilu trupach będzie musiała przejść, aby dojść do swojego celu. Jej cel i TYLKO jej cel jest najważniejszy. Jeśli czegoś chce to zrobi wszystko aby to zdobyć - uczciwie czy też nie, liczą się efekty, a nie to jak zostały zdobyte. Jeśli czegoś chcę, to zrobi wszystko, aby to dostać.
Pierworodna córka Tnącej Zawiei jest również straszną zazdrośnicą. Nienawidzi gdy ktoś jest od niej w czymś lepszy, bądź szybciej się czegoś nauczy. Zaczęła więc kierować się prostą zasadą - kiedy pojawi się ktoś ważniejszy to należy się go pozbyć. To, że nienawidzi być gorsza od innych już wiadomo - ale kiedy już coś robi, to musi to od razu robić perfekcyjnie. Szybko się denerwuje, gdy coś nie wychodzi bądź nie wygląda tak, jakby chciała. Nie dopuszcza do siebie myśli, że potrzeba czasu na naukę - ona MUSI być idealna JUŻ. Potrafi wtedy naprawdę dostać ataku agresji, w którym oberwać może drzewo, kamień, zwierzę bądź, co gorsza, kot.
- Nieistotne... - powtórzyłam, nie odwracając spojrzenia z Księżycowego Jeziora. Nie chciałam się tłumaczyć. Nie było nikogo przed kim powinnam się tłumaczyć ze swoich decyzji, niż ja sama. Tym bardziej nie przed Czosnkową Łapą. Komu jak komu ale ona nie musiała wiedzieć o moich problemach.
Czosnek nie była już dla mnie utrapieniem. Nie miałam chęci mordu na jej widok - całość przejął Psia Gwiazda. Dalej uważałam ją za niezdolną do życia w klanie jednostkę oraz nienadającą się jednostkę do Korzennej Jamy. Teraz nie była moim największym przekleństwem życiowym, gdyż stał się nim nie kto inny, a przywódca naszego klanu.
- Mam gorszy moment. Czasem to się zdarza, prawda? - dodałam. Nie mogłam pozostać w ciszy, ani tym bardziej pozwolić Czosnek na to, aby sobie coś dopowiadała. Zaraz po klanie zaczną krążyć plotki o tym, co zamierzałam tutaj zrobić. Wszyscy uznaliby mnie za słabą. Niegodną mojej rangi. - Mówiłam Ci o tym, gdy przyszłaś pierwszy raz do Korzennej Jamy, pamiętasz? O tym, że ta ranga nie jest taka przyjemna. - miała korzyści, których potrzebowałam. Władzę, szacunek. Jednocześnie jednak nie była czymś, czego pragnęłam, a jedynie kością do tego, czego chciałam. A chciałam władzy - bycie medykiem mi to dawało.
Długie, bure klasycznie pręgowane futro. Kanciasta budowa ciała, kwadratowa szczęka, czarne pędzelki na czubkach uszu.
Przekonany o własnej świetności, myśli że wszystko mu wolno bo jest synem Przywódcy, ego top, gbur. Nie szanuje nikogo, poza swoją rodziną, chyba że na to zasłuży.
Nocny Szkwał, Bzycząca Mucha [KRz] Pantera [KG]
***
Obowiązki wykonywał sumiennie, jak na syna Przywódcy i terminatora Grząskiego Bagna przystało, jednak nawet i on potrzebował czasem się zrelaksować. Tegoż więc dnia wybrał się w okolice Łabędzich Gniazd na spacer. O tej porze wszędzie było dość podobnie - biało, zimno. Nie było więc szczególnej różnicy gdzie dokładnie się wybierał. A że łapy przyprowadziły go akurat tu, to cóż. Może później skusi się na jakieś polowanie.
Urodziła się jako kocię dość małe i szczupłe, a wszystko wskazuje na to, by i w przyszłości miała osiągnąć rozmiary kota mniejszego niż przeciętny. Jak na razie objętości dodaje jej tylko dość puchate futerko, które jednak w przyszłości, nawet jeśli wyrośnie całkiem długie, zacznie bardziej przylegać do ciała, nie nadając już sylwetce Gąszcz dodatkowej wielkości. Za to zarówno teraz, jak i w przyszłości będzie można podziwiać na nim kilka łączących się ze sobą kolorów. Biel obecna jest na szyi, pyszczku, nad którym biegnie długim, wąskim paskiem między oczami i każdej z czterech łap – na przednich tworząc skarpetki sięgające nad stopę, z kolei na tylnych trochę dalej, obejmujące około dolną połowę każdej nogi. Drugą składową w tej mieszance jest kremowa barwa, którą można dostrzec na prawym policzku, nad lewym okiem, plamce na czole oraz rozrzuconą w niewielkich ilościach na tułowiu i kończynach. Pozostała, największa część kotki jest pokryta futerkiem w niebieskawym odcieniu, poprzecinanym również ciemniejszymi pręgami układającymi się w klasyczne wzory. Między tym wszystkim widoczne też oczy – póki co typowe dla kociąt i szaroniebieskie, a w przyszłości jasnozielone.
Pierwszym, na co można zwrócić uwagę w charakterze Gąszcz jest fakt, że jest zdecydowanie spokojniejsza od przeciętnego kociaka. Trudno zainteresować ją większością zabaw, nie mówi zbyt dużo, a gdy to robi, wydaje się uważać na swoje słowa. Można by przez to pomyśleć, że jest nieśmiała, ale to szybko okazałoby się być nieprawdą – jednocześnie bowiem sprawia wrażenie pewnej siebie, jeśli na czymś jej zależy, nie boi się bronić swojego zdania, a także jest gotowa iść w stronę niebezpieczeństw, gdy tylko widzi w tym jakiś cel. Poza tym istotną cechą jest duża ambicja, pchająca ją w stronę zastania w przyszłości najlepszą wojowniczką, a być może nawet kimś więcej. Zależy jej również na opinii innych kotów, przed którymi stara się prezentować w sposób jak najbardziej dostojny i poważny, niezależnie od rzeczywiście odczuwanych emocji. Zależy jej na trzymaniu się zasad, jednak tylko tych, w których sama widzi sens, a zanim dojdzie do wniosku, czy którąś za taką uważa – musi ją dokładnie przeanalizować. Zresztą ogólnie dużo myśli i zastanawia się nad sensem wszystkiego, co ją otacza, przy czym sceptycznie podchodzi do wszystkiego, co nieznane, w szczególności spraw nadprzyrodzonych, takich jak Gwiezdny Klan.
Gdy siedzenie w obozie nudziło się Ciernistej Łapie już zdecydowanie za bardzo, mówiła, że idzie zbierać zioła, nawet jeśli teraz zwykle niewiele dało się ich odszukać. I tak było to lepsze od bezczynnego siedzenia w jednym miejscu.
Pilnujący jej wciąż na rozkazy Psa wojownik trzymał się gdzieś w pobliżu, chociaż w tym momencie pozostawał gdzieś na granicy jej wzroku. Może wszyscy przestawali się powoli spodziewać tego, że spróbuje uciec czy zabić kogoś innego przy pierwszej możliwej okazji.
Dostrzegła za to kogoś innego. Niekoniecznie kota, którego spodziewała się tu zobaczyć, tak całkiem samotnego, idącego w jakimś niewiadomym celu. Cóż, gdyby rzeczywiście była jakimś mordercą każdego na swojej drodze, może byłby to nawet dobry moment, by pozbyć się jednego z dzieci ich przywódcy. - Zgubiłeś się? – Odezwała się zamiast tego jedynie, mijając Grzmiącą Lapę. Nie poświęciła mu uwagi zbyt długiej, zaraz po tym powróciła do rozglądania się wokół za możliwie występującymi tu roślinami, które nie zamarzły lub nie zwiędły jeszcze całkowicie.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx and does it get your blood boilin' xxxdoes it make you see red? xxxxxxdo you wanna destroy it? xxxxxxxxdoes it get in your head? 'cause it gets my blood boilin' and I’m coming unglued
it would eat you like poison if you knew what I knew you would be angry too
Długie, bure klasycznie pręgowane futro. Kanciasta budowa ciała, kwadratowa szczęka, czarne pędzelki na czubkach uszu.
Przekonany o własnej świetności, myśli że wszystko mu wolno bo jest synem Przywódcy, ego top, gbur. Nie szanuje nikogo, poza swoją rodziną, chyba że na to zasłuży.
Nocny Szkwał, Bzycząca Mucha [KRz] Pantera [KG]
Choć liczył na to, że kogoś napotka na swej drodze, to raczej miał na myśli kogoś, kto umili mu czas swoim towarzystwem. Nie kogoś, kto zacznie wzbudzać w nim strach o własne życie. Choć strach to zdecydowanie za dużo powiedziane. Grzmot nie bał się niczego, poza gniewem Ojca. Poczuł się jednak urażony obecnością Ciernistej Łapy, a w szczególności tonem, w jakim się do niego odezwała, następnie odchodząc, bez uzyskania odpowiedzi na zadane pytanie.
- A dlaczego pytasz? Czyżbyś i mnie zamierzała otruć? Wielka Stopo, coś ci uciekło! - zapytałem, od razu wołając wojownika, który rzekomo miał ją nadzorować w trakcie wycieczek poza obóz. Jak widać nie wywiązywał się z tego zadania należycie.