Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Zadowolony z tego, co udało mu się uzyskać, zakopał jagody w płytkim dołku przy jeżynowym, charakterystycznym krzewie, po czym ruszył dalej szukać tego, co teraz było mu najbardziej potrzebne: pajęczyny. A jeżeli nie te cienkie niteczki, to chociaż miód. Cokolwiek.
Niespodzianka, dar od Gwiezdnych, wybitne szczęście – jak zwał tak zwał. Na jednym z łysych krzewów było biało od pajęczyny. Co prawda większość z nich więziła różne owady czy przesiadywały na niej pająki, ale na pewno dało się znaleźć też nici spełniające standardy medyczne.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Jego oczy zalśniły, kiedy faktycznie w jego oczy rzuciła się pajęczyna. Nie myślał długo, podszedł do krzaków i najdelikatniej jak tylko się dało zaczął zbierać pajęczynę, tak, by jej przypadkiem nie zniszczyć. Potrzebował jej, nie zamierzał niczego marnować.
Czasami jak najdelikatniej nie było wystarczające – tak było chociażby tym razem, gdzie orientalnemu medykowi udało się zebrać jedynie cztery zdatne do użytku motki pajęczyny.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Cis był niezdarny zawsze, dlatego w momencie, gdy niektóre się porwały wcale nie był zaskoczony. Westchnął tylko z nieskrywaną irytując, uznając, że cztery to i tak lepiej niż nic. Wieczny optymista. Podreptał dalej, szukając czegokolwiek, co można było zebrac. Wszystko im się przyda, więc mało było ziół, którymi by pogardził.
Malutka, prawie cała pokryta białą sierścią kotka. Rude, klasycznie pręgowane plamki pojawiają się na ogonie, dwie na grzbiecie i na twarzy. Pyszczek kotki ma delikatne rysy z wybijającym się różowym noskiem i szaro-niebieskimi oczkami.
Nieśmiała, lecz rozbrykana i pełna zabawy kotka. Przy pierwszym poznaniu atakuje obcego barierą nieśmiałości, lecz podczas przyjemnej rozmowy można się łatwo przez nią przebić. Chciałaby sprawić jak najlepsze wrażenie i jeżeli ktoś nie polubi kotki lub ją skrytykuje, to szuka winy tylko i wyłącznie u siebie. Choć czasem to również jej wina. Często się zamyśli, przejęzyczy, czy wywoła niezręczną ciszę, nie wiedząc jak kontynuować rozmowę. Mimo to stara się nie zamknąć i poznać kogoś innego niż tylko rodzinę!
Medyk ruszył dalej, jednak żadnych konkretnych medykamentów nie było ani w zasięgu wzroku, ani węchu. Była natomiast jaskółka, która czillując sobie na jednej z niższych gałęzi czyściła lśniące piórka. Nie ziółko, ale możliwe pożywienie dla klanu, czy kocur się na nią skusi?
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Pokręcił nosem, widząc ptaszysko na gałęzi. Nie miała ani ładnych piórek, ani motek pajęczyny w dziubku, właśnie dlatego była w tym momencie dla niego zupełnie bezużyteczna. Machnął biczowatym ogonem z irytacja i uznał, że to musiał być zwiastun złej passy na kolejne łowy. Z tej okazji zebrał się i wrócił do siebie.
Łania zdecydowanie nie cechuje się sylwetką istoty, po której otrzymała imię. Zamiast smukłej, zwinnej figury, kotka jest raczej okrągła z krótkimi łapkami, które są źródłem jej kompleksów. Dodatkowej objętości nadaje jej puchate, długie futerko, przez co mała wygląda na grubszą niż jest w rzeczywistości. Jej głowa jest mała, okrągła z krótkim pyszczkiem zakończonym brązowym noskiem. Jej oczęta, choć za młodości niebieskie, po wybarwieniu osiągną intensywnie żółty kolor. Futerko jest barwy czekoladowej, ze srebrzystymi oraz rudymi prześwitami tu i ówdzie. Na piersi dostrzec można białą plamkę.
Łania jest kotką bardzo cichą i nieśmiałą. Boi się, że może być wyśmiewana ze względu na swoją masę, dlatego rzadko kiedy zdarza się, że do kogoś podejdzie pierwsza. Nie pomaga jej również fakt, że cierpi na daltonizm, tritanopię, przez co postrzega otaczający ją świat zdecydowanie inaczej niż wszyscy wokół. Wstyd jest jej o tym mówić i często przy nieznajomych tylko przytakuje, gdy ci zachwycają się jakimiś kolorami. Kiedy jednak uda jej się nawiązać z kimś bliższą relację, jest najlepszą przyjaciółką jaką można sobie wymarzyć. Jest bardzo wrażliwa i empatyczna, a gdyby tylko mogła, ściągnęłaby z cudzych barków wszystkie problemy i przyjęła je na siebie. Nie lubi kiedy inni są smutni i gdyby tylko mogła, zbawiłaby cały las kosztem samej siebie. Niestety, jest przy tym również dość naiwna i bardzo łatwo jest z nią manipulować. Jest ona bowiem przekonana, że każdy ma dobre intencje i nie ma w niej krzty podejrzliwości.
Skrzące Słowo, Nocny Szkwał [KRz]
Łania była najmniejsza i najdelikatniejsza spośród aż całej dwójki kociąt Zawilcowego Gaju. Była tylko ona, tata i Kawka, których starała się nie odstępować na krok (ku wielkiemu niezadowoleniu brata), jeśli nie było takiej potrzeby. Oczywiście, czasem była zmuszana do samodzielnej zabawy, bo poznawanie kotów ją przerażało, ale zawsze gdzieś byli. A od jakiegoś czasu... nie potrafiła ich znaleźć. Założyła, że robią to dla jej dobra, żeby stała się samodzielna i na pewno w nocy spali obok niej, ale kiedy się budziło po prostu ich nie było. Do czasu. Tej nocy miała straszny koszmar. Obudziła się przerażona i zalana potem, a w zaspanych błękitnych oczkach gromadziły się łzy. Chciała się przytulić do taty, poczuć bezpiecznie i poczuć jego język między uszkami, ale nigdzie go nie było. W panice zaczęła biegać po całym Chruśniaku, mimo wszystko starając się nikogo nie obudzić, ale ich nie było. Ani taty, ani Kawki. Małe serduszko biło jak oszalałe, a łzy zaczęły cieknąć po brązowo-rudych policzkach. Musieli gdzieś być, prawda?
Była przerażona i wystraszona, ale nie mogła powiedzieć o tym któremukolwiek starszemu rezydentowi Chruśniaku, bo się bała. Nie potrafiła nikogo obudzić, zgłosić się o pomoc. Nie chciała być problemem.
Niepewnym krokiem opuściła legowisko, by następnie sprintem tak szybkim, jak tylko przy jej krótkich łapkach było to możliwe wybiec z obozu. Bo skoro nie było ich przy niej, to na pewno byli gdzieś na terenach, prawda? Z racji tego że był środek nocy, wszyscy praktycznie spali.
- Tato!!!! Kawka!!! - krzyczała łamiącym się głosem, tak głośno jak tylko potrafiła, a słychać w obozie było ją na pewno. Potykała się o własne łapy, przewracała. Wpadła w błoto, w krzaki, kałuże, ale ciągle biegła przed siebie, licząc na to że znajdzie najbliższych.
Prowadzona przez adrenalinę dotarła aż do centrum lasu w zachodniej części łęg. Tutaj zaczęła tracić siły i zatrzymała się, zdając sobie sprawę z tego, że się zgubiła. Wiatr kołysał gałęzie drzew, których to liście szeleściły tak głośno, że mała Łania była przekonana, iż lada moment dorwie ją jakiś drapieżnik. Dopiero teraz dotarło do niej co zrobiła, co się stało. Zaczęła bać się jeszcze bardziej, łzy zaczynały ją dusić, a każdy kolejny oddech był coraz cięższy do wzięcia. Oddychała tak głośno, jakby próbowała złapać powietrze na zapas.
Nie było tu taty. Nie było tu brata. Nie było tu nikogo. Tylko ona sama w ciemnym, przerażającym lesie.
Brudna, przemoczona, przerażona, zwinęła się w kłębek i szlochała, drżąc z zimna i emocji. Modliła się o to, by był to jedynie zły sen. Zaraz się obudzi obok srebrnego futerka tatusia i wszystko będzie dobrze.
Krótkowłosy, czarno-biały kocurek z przewagą bieli. Znajduje się przy dolnej granicy średniego wzrostu, jednak nadrabia dość pulchnymi kształtami. Małe oliwkowe oczka i różowy nosek z czarną kropką wybijają się na prawie całkowicie białej mordce.
Na pierwszy rzut oka - nieśmiały, mało rzucający się w oczy. Po krótkim poznaniu jednak na wierzch wychodzi przyjazny, gadatliwy i pełen energii kocur, choć wciąż bardzo niezręczny. Chce się pokazać od jak najlepszej, najprzyjaźniejszej strony. Uwielbia obwiniać siebie za różne przewinienia, rzadko znajdując winę u innych.
A Jaśminek co robił? Cóż, spał oczywiście. Nie był typem kota, który lubił nocne spacery, ani ogólnie nocną porę. Wszystko pięknie ładne, tylko... Zapomniał, że zasnął w swojej kryjówce. Dopiero chłodny powiew wiatru, zbudził go z przyjemnego snu. Noce robiły się coraz chłodniejsze, więc nie mógł już tu spać... Z jednej strony dobrze, znaczyło to, że upały się kończyły, a z drugiej no. Szkoda... Nie chciał zmarznąć, więc jeszcze pół śpiąc, wstał, rozciągnął się i zaczął powolutku iść. Usłyszał jakiś szelest, choć bardziej tupot? Jednak był zbyt zaspany, by go zarejestrować, a co dopiero przeanalizować w swojej główce, ale... krzyk. Krzyk zdecydowanie usłyszał i wyrwał ze śpiącego transu. Łaciaty poczuł, jak serce mu na sekundę staje. Nie był to wrzask wojownika ani terminatora, tylko najgorsze, kocięcia. W obozie nikogo nie było na nogach, więc nie myśląc zbyt wiele, natychmiast wybiegł z obozu, sam.
Łapy ruszały jakby same z siebie, a trybiki w głowie kocura powoli zaczynały działać. Kociak za obozem. W nocy. Krzyczący. Nie... brzmiało to dobrze. Jaśminek biegł za tropem, najszybciej jak się da, a gdy dotarł do miejsca, z którego mógłby przysiąc, że wrzask dobiegł, nie było niczego. Całe szczęście, żadnej krwi, ale z drugiej strony kociaka też nie. Pozostało lecieć dalej za tropem i cóż... To zrobił. Dopiero po chwili przypominając sobie, że powinien chyba zacząć nawoływać za uciekinierem. - Gdzie jesteś!?! Wszystko dobrze!?! - zawołał, ale zero odpowiedzi, więc przyspieszył tempa, wbiegając w te same kałuże, krzaki i błoto co koteczka.
Chwila biegu i do uszu kocurka nareszcie coś dotarło... Szloch. Jaśminek natychmiastowo skręcił w jego kierunku i gdy tylko dostrzegł czekoladowe futerko, zwolnił. Jest! Cała, chyba, bez żadnego drapieżnika na karku, całe szczęście! Choć nie wyglądało, że u niej wszystko w porządku. Koteczka była skulona i trzęsła się z przerażenia. Oraz jej futerko... Ojć... Jaśminek wziął większy dech uspokajając chcące wyskoczyć z piersi serce i zbliżył się do maleńkiej - Hej hej, nie płacz już, jestem tu, jesteś bezpieczna... - wyrzucił i zasiadł obok kruszynki, boczkiem przylegając do tego jej. Czarny ogonek owinął drżące ciałko z drugiej strony, a łaciata główka czule otarła się o tę czekoladową, finalnie delikatnie opierając na niej policzek. - Ciii, spokojnie... - spróbował jeszcze cicho wyrzucić. O Gwiezdni, oby nic poważnego się nie stało... I oby na serio koteczka była cała... Zaraz ją zabierze do obozu i medyka, ale ta musi się najpierw, choć troszeczkę uspokoić...
‧₊˚❀༉‧₊˚. howlonghave Ibeenout oftown? 'causesometimesI wonderif I hadkissedher howdifferentlifewould beright now IsmilewhenI cryto hidewhat I felt xxx "I'mdoin'fine" speakforyourself xxx I should'vejustaskedfor help xxx
Pora nagich drzew nikogo nie oszczędza, nie oszczędzała też ich. Stos zwierzyny, dzięki Gwiezdnym, nie świecił pustkami, więc zważywszy na porę roku, można chyba mówić o dobrobycie w Klanie Rzeki. Niemniej, na skalę całego roku, ich sytuacja przedstawiała się gorzej niż lepiej, a każda sztuka dorzucona na stos robiła różnicę.
Łabędź był zdeterminowany, by wrócić do Obozu o pełnym pysku, a żeby tego dokonać, należało najpierw przejść się po terenach z uszami do góry, wzrokiem wytężonym i nosem czułym na najdrobniejszy ślad zapachowy. Pogoda nie ułatwiała zdania, ale to nie był pierwszy sezon syna Płonącego Świtu. Miał doświadczenie i miał nadzieję, że poszukiwania zwierzyny przy odrobinie uporu nie zakończą się fiaskiem.
Malutka, prawie cała pokryta białą sierścią kotka. Rude, klasycznie pręgowane plamki pojawiają się na ogonie, dwie na grzbiecie i na twarzy. Pyszczek kotki ma delikatne rysy z wybijającym się różowym noskiem i szaro-niebieskimi oczkami.
Nieśmiała, lecz rozbrykana i pełna zabawy kotka. Przy pierwszym poznaniu atakuje obcego barierą nieśmiałości, lecz podczas przyjemnej rozmowy można się łatwo przez nią przebić. Chciałaby sprawić jak najlepsze wrażenie i jeżeli ktoś nie polubi kotki lub ją skrytykuje, to szuka winy tylko i wyłącznie u siebie. Choć czasem to również jej wina. Często się zamyśli, przejęzyczy, czy wywoła niezręczną ciszę, nie wiedząc jak kontynuować rozmowę. Mimo to stara się nie zamknąć i poznać kogoś innego niż tylko rodzinę!
Może i stos zmalał, a o zwierzynę było trudniej, ale wciąż lepsze to niż letnie upały... Nie? Tak czy siak, miło, że Łabędź wziął sprawy w swoje łapy i wyruszył na polowanie z dość ambitnym celem. Upolować tyle, by wypełnić pysk.
Tylko... No jak na razie pora nagich drzew dawała się we znaki. Dookoła świeciła pusta, a czuły nos nie mógł niczego ciekawego wyłapać oprócz charakterystyczne zapachu zimowego powietrza. Ale mógł się napawać widokiem, bo w łęgach było całkiem ładnie, jeśli tylko no, długowłosy lubił śnieg.
Najwierniejszymi towarzyszami okazały się cisza i spokój... oraz rozciągająca się aż po horyzont biel, pochłaniająca rzeczne tereny. Zwierzyny brak, ale jako że wiązało się to z jednoczesnym brakiem drapieżników, Łabędź nie czuł zniecierpliwienia, a wdzięczność. Niespiesznie przemierzał Łęgi, głęboko wierząc, że prędzej czy później natrafi na jakiś trop. W porę nagich drzew pustki były częstym zjawiskiem, nie powinny tak zaraz zniechęcać. Aczkolwiek, nie ma co ukrywać, nadzieję miał raczej na krótsze niż dłuższe poszukiwania.
Malutka, prawie cała pokryta białą sierścią kotka. Rude, klasycznie pręgowane plamki pojawiają się na ogonie, dwie na grzbiecie i na twarzy. Pyszczek kotki ma delikatne rysy z wybijającym się różowym noskiem i szaro-niebieskimi oczkami.
Nieśmiała, lecz rozbrykana i pełna zabawy kotka. Przy pierwszym poznaniu atakuje obcego barierą nieśmiałości, lecz podczas przyjemnej rozmowy można się łatwo przez nią przebić. Chciałaby sprawić jak najlepsze wrażenie i jeżeli ktoś nie polubi kotki lub ją skrytykuje, to szuka winy tylko i wyłącznie u siebie. Choć czasem to również jej wina. Często się zamyśli, przejęzyczy, czy wywoła niezręczną ciszę, nie wiedząc jak kontynuować rozmowę. Mimo to stara się nie zamknąć i poznać kogoś innego niż tylko rodzinę!
No i jego nadzieje popłaciły, bo kawałek dalej Łabędź mógł wyczuć delikatną woń gryzonia. Dochodziła ona gdzieś od strony rzeki, ale hm. Na tak białym tle maluch powinien się całkiem nieźle wybijać... Dopiero gdy Łabędź podszedł bliżej, mógł usłyszeć również cichutki szelest dochodzący jakby spod cienkiej warstwy śniegu obok jednego z drzew. Czyli tu się skubany chował...
Gryzoń. Nie miał konkretnej nazwy w głowie, ale co do jednego był stuprocentowo pewien — nadawał się na stos zwierzyny. Upewniwszy się w położeniu malucha, przybrał pozycję łowiecką i zaczął skradać się w jego stronę, pamiętając o zachowaniu podstawowej zasady, to jest skoncentrowaniu ciężaru ciała na tylnych łapach. Zakradał się powoli, krok po kroku, dopiero znalazłszy się na sus od drzewa decydując się na skok. Rzucił się w miejsce, z którego wydawało mu się, że dochodził stłumiony szelest, z wysuniętymi pazurami w gotowości na atak. Liczył, że w międzyczasie zauważy stworzonko i nie będzie musiał robić tego na ślepo, niemniej brał pod uwagę i taką opcję.