Czarna srebrna szylkretka z bielą z prawą łapą białą, a lewą rudą, z białymi skarpetkami. Futro krótkie, karbowane. Bardzo wątła, chuda i mizerna, o płaskiej głowie i miodowo-złotych oczach
w trakcie aktualizacji!
Krucza Łapa [Cień], Paszcza [Samotnicy]
Zwinna trochę zmniejszyła się, kiedy usłyszała, że ma do czynienia z Łabędzią GWIAZDĄ. Serio, ze wszystkich kotów choćby z klanu Rzeki musieli trafić akurat na przywódcę? Serio, przodkowie aż tak bardzo ich nie cierpieli?
- A po cholerę nam twoja pomoc, z żarciem se poradzim sami! - uniosła się dumą Zwinna z brodą uniesioną lekko do góry. Uniosła się jednak tylko trochę, wciąż była… trochę bliżej ziemi, niż zazwyczaj, a jej uszy trochę bardziej skierowane w stronę ogona, nie bezpośrednio do Łabędziej Gwiazdy.
Instrukcji wysłuchała uważnie i z wdzięcznością, chociaż tej akurat nie dało się w wyrazie jej pyska odnaleźć. Kiwnęła na koniec głową. Zapamiętała. Doprowadzi ich do Wichru. Kiedy tylko uda im się wyjść z tej sytuacji cało.
- Znasz go? Przywódcę Rzeki? - oczy Zwinnej otworzyły się jeszcze szerzej, kiedy patrzyła zaskoczona od jednego do drugiego. Tak zrozumiała, to, że Szczurza Łapa przedstawiał się kocurowi. Milczała już od tamtego momentu, licząc na szybkie wyjaśnienie tego, co właśnie usłyszała.
Dynamika tej dwójki przynosiła mu skojarzenie z rodzeństwem; dość różnym z charakteru, ale kochającym się bezgranicznie i stającym za sobą murem pomimo wszystko. Nie żeby ten obraz wziął mu się z osobistych przeżyć, raczej brał się długiej obserwacji własnego Klanu, która sprawiała, że reakcja kocurka wydawała mu się niemalże znajoma... mimo że jak dotąd raczej nikt nie próbował odwieść go od pomysłu zjedzenia drugiego kota gorącymi zapewnieniami o możliwości zarażenia go nieokreśloną chorobą.
— Och, oczywiście, w to nie wątpię — odparł ugodowo na uniesienie się temperamentnej Zwinnej. Nie obawiał się agresji z jej strony ani nic z tych rzeczy — sprawiała wrażenie broniącej się, a nie atakującej — jednak nie chciał dokładać jej poczucia, że miała się przed czym bronić. Chciał dobrze... tylko może nie najlepiej do tego podszedł. — Proszę o wybaczenie. W Klanie zwykliśmy pomagać sobie nawzajem. Tak po prostu, żeby drugiemu było prościej. — A oni wyglądali na zmęczonych. — Nie miałem nic złego na myśli.
Przynajmniej wskazówki odnośnie drogi do Wichru zdawały się nieco rozluźnić atmosferę; może dzięki nim kotka puści w niepamięć jego wcześniejszy brak delikatności i jeszcze rozejdą się w dobrej komitywie? Tyle że zanim zdążył w ogóle pomyśleć o zaprzestaniu zakłócania ich spokoju i powrocie na własne ziemie, odezwał się Szczur.
Szczur, który wcześniej wyglądał, jakby mu ulżyło na wieść, że ma do czynienia z Łabędzią Gwiazdą z Klanu Rzeki, co Rzeczniak przypisał swojemu tytułowi — gdy w Klanie ma się tak dobrego przywódcę jak Roziskrzona Gwiazda, naturalnie chce się rozciągnąć to poczucie bezpieczeństwa na pozostałych liderów, prawda? Jednak teraz nie był aż tak przekonany do tej teorii. Ze słów i tonu wypowiedzi wywnioskował, że powinien Wichrzaka znać... A gorączkowe próby przypomnienia sobie ich potencjalnego wcześniejszego spotkania na nic się nie zdały. Kompletna pustka.
— Miło mi cię widzieć, Szczurku — powiedział z uprzejmym, acz zakłopotanym uśmiechem na pysku i lekko niepewnym spojrzeniem pozbawionym rozpoznania.
Spojrzał to na Zwinną, gdy się odezwała, to z powrotem na Szczura. Cóż, on również był ciekaw odpowiedzi.
Księżyce: 50 Płeć: kocur Matka: mama Świt! (biol. Owca) Ojciec: Kura (biol. Kordian)
malutki || biało-niebieskie krótkie i kręcone futro || niebieski płaszcz pokrywający grzbiet, boki, łapy i ogon || niebieskie plamki na brodzie i kilka nad nosem || niebieskie lewe ucho || biało-niebieskie prawe ucho || okrągłe, żółte oczy || czarny nos
delikatny kwiatuszek || rozmarzony i łatwowierny || esteta, dla którego piękno jest istotnym elementem życia || rodzinny
Kurza Łapa (W), Kłopotliwa Łapa (W)
- Ależ Ps... Znaczy Zwinna! To nierozważne! - Zaprotestował emocjonalnie, słysząc uparte słowa siostry. Za to w odpowiedzi na te Łabędzia pokiwał energicznie łebkiem, z wyraźną ulgą.
Pomoc nie była przecież niczym złym. Może kiedy jeszcze myśleli, że to jakiś obcy kocur, to jakieś tam obawy co do złych intencji i ewentualnego pożarcia były zrozumiałe, ale teraz? Teraz już wszystko było jasne! A przynajmniej tak się Szczurkowi wydawało. Pytanie Zwinnej było pierwszą rysą na tym obrazie szczęścia, jaki właśnie sobie namalował. Ale zaraz przypomniał sobie, że ona przecież nie pamiętała zbyt wiele z swojego pobytu w Wichrze. Może zapomniała, że tata mamy Świt, to właśnie Łabędź? Chociaż… im dłużej o tym myślał, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że i mama czasem wyglądała, jakby sama o tym zapominała.
- ... - Otworzył szczerzący się jak mysz do sera pyszczek, gotów wszystko jej wyjaśnić, wszystko połączyć w jedną piękną historię, ale wtedy dotarła do niego odpowiedź kocura.
Miła. Uprzejma. Grzeczna. I jednocześnie… obca. Zdystansowana. Jakby mówił do nieznajomego, którego imienia nie dosłyszał. Złote ślepka spojrzały uważnie na jego pysk. A kiedy nie znalazły tam żadnego poruszenia, żadnej iskierki zaskoczenia czy wzruszenia, coś w Szczurku pękło. Cała radość uleciała z niego jak z przekłutego balonika. - Och... - wymamrotał, przygryzając dolną wargę, a duże uszy znowu przylgnęły do czaszki. Gdyby nie to, że był tak zajęty emocjami, pewnie zażartowałby, że będzie miał od tego zakwasy. Ale teraz… nie było mu do śmiechu. Bo czy mama Świt nigdy mu nie powiedziała, że Szczurek jest jego wnukiem? A babcia Iskierka? Albo któreś z jego licznego wujostwa? A może mówili, ale Łabędzia Gwiazda po prostu zapomniał? Może nie było to dla niego zbyt istotne, w końcu dzieliły ich klany. Tak czy siak - bolało. - To... to mój dziadek - wydusił w końcu do siostry, głosem cichym, trzęsącym się niebezpiecznie. Bo nawet jeśli bardzo się starał, żeby nie było mu przykro… to nie potrafił tego powstrzymać.
xxx
xxx xxx xxx xxx xxx xxx xxx I'd like tomake myselfbelieve That planet Earth turns s l o w l y It's hard to say that I′d ratherstay awakewhen I′m asleep 'Causeeverythingis never as it seems
′CauseI'd get a thousand hugs From ten thousand lightning bugs As they try to teach me how to dance
Czarna srebrna szylkretka z bielą z prawą łapą białą, a lewą rudą, z białymi skarpetkami. Futro krótkie, karbowane. Bardzo wątła, chuda i mizerna, o płaskiej głowie i miodowo-złotych oczach
w trakcie aktualizacji!
Krucza Łapa [Cień], Paszcza [Samotnicy]
Gdyby Zwinna znała słowo “cringe”, na pewno powiedziałaby w tamtej chwili, że właśnie wykręciła się od niego na drugą stronę. Przeszły ją dreszcze, tak bardzo była zażenowana.
- Jasny gwint, ty zdajesz sobie sprawę, że on nie ma prawa wiedzieć, kim jesteś? To że Zaranny Blask cię “adoptowała” nie znaczy że znają cię magicznie wszyscy członkowie jej rodziny. - fuknęła na niego, czując jak wypełniają ją gniew i frustracja. Dlaczego jej brat musiał być aż tak głupi? I jak to możliwe, że ta jego głupota przychodziła tak jakoś… falami, raz miała wrażenie, że jest zupełnie normalny, a w innej opowiada o wróżkach i mówi do przywódcy klanu Rzeki, który swojej córki Wichrzaczki nie widział pewnie nigdy “dziadku”, jak do dawno niewidzianego krewniaka. A jednocześnie było jej tak ogromnie żal tej żałosnej istoty, która wyglądała, jakby miała za chwilę się rozpłakać…
Przeniosła wściekłe spojrzenie na Łabędzią Gwiazdę, szukając winy za zasmucenie brata w jego osobie.
- Moim nie jesteś, tak dla informacji. - dodała, nie wiedzieć czemu, a kolorowy ogonek świsnął w powietrzu. Nie przyszło jej do głowy, że ich rozmówca może nie mieć pojęcia, że dwójka indywiduów, którą spotkał jest w istocie rodzonymi bratem i siostrą. Tej refleksji zabrakło. - Mnie nikt nie adoptował. - dodała gorzko, wciąż bez świadomości, że wypowiada się o tej adopcji Szczurzej Łapy z taką ironią i rozbawieniem głównie dlatego, że gdzieś w głębi zazdrościła bratu, że ktoś się swojego czasu nim zajął. Że odczuł odrobinę tej rodzicielskiej miłości, o której sama Zwinna już prawie zapomniała, tak długo minęło od śmierci ich matki.
Był skołowany i średnio wiedział, co o tym wszystkim myśleć, jednak nawet bez pełnego zrozumienia sytuacji nie mógł pozostać obojętny na szybko zmieniającą się mimikę Szczurka, który z radosnego, w mgnieniu oka stał się cieniem siebie. I to ewidentnie za sprawą reakcji Łabędzia, co zainteresowanego bynajmniej nie podnosiło na duchu. Nie chciał sprawić nikomu przykrości, a już w szczególności temu sympatycznemu kocurkowi.
Nieco więcej wyjaśniły mu dopiero słowa Zwinnej. Gdy padło znajome imię, coś zaczęło świtać mu w głowie. Nie tyle zakurzona wiedza, wszak tej nigdy nie posiadł, co wyrysował mu się potencjalny scenariusz tego, o co mogło tutaj chodzić. I... Gwiezdny Klanie, Świt miała dzieci? Czy to była prawda? Był dziadkiem? I naprawdę miał przed sobą teraz swoje wnuki... swojego wnuka? Jak wiele musiało go omijać, skoro dowiadywał się przy okazji powrotu tej dwójki?
Te rewelacje były ciężkie do poukładania na poczekaniu, dlatego zanim Łabędź doszedł do konkretniejszych wniosków czy przemyśleń, zareagował instynktownie — podszedł do zmarkotniałego Szczura i stuknął go czołem w czoło. Na chwilę odwrócił się do Zwinnej i posłał jej szeroki uśmiech, po czym łagodnie zajrzał w żółte oczy łaciatego.
— Bardzo dawno nie widziałem się ze Świt, musiała ominąć mnie wesoła nowina — wytłumaczył. Na Przodków, potrzebował wreszcie złapać gdzieś tego wolnego ducha; nie mógł dostać wyraźniejszego sygnału, że był karygodnie do tyłu z wydarzeniami rodzinnymi. I gdyby nie radość z jej powiększenia się, byłby to niezwykle bolesny cios. — Ale nic straconego, prawda? Z wielką przyjemnością poznam swojego wnuka... swoje wnuki...? — Skierował pytające spojrzenie na kotkę. Wyraźnie zaprzeczyła, jakoby była adoptowana i Rzeczniak nie wiedział, jaka kryła się za tym historia. Wiedział jednak, że jego córka nie należała do kotów, które kogokolwiek by odrzuciły. — Rodzina Świt to moja rodzina, a każdy przyjaciel rodziny to jak rodzina. Niezależnie od więzów krwi czy... innych okoliczności. Kiedy już zadomowicie się z powrotem w Klanie Wichru, byłbym przeszczęśliwy mogąc się z wami spotkać, na spokojnie. Mielibyście ochotę? Moglibyście opowiedzieć coś więcej o waszych przygodach poza Klanem, a ja mógłbym powiedzieć co nieco o rzecznych korzeniach Świt, gdybyście byli zainteresowani. Nie naciskam — zaznaczył prędko, głównie ze względu na nieprzystępną postawę Zwinnej. — Ale zachęcam. I zapraszam. Och, chyba sami Gwiezdni zaprowadzili mnie dziś tutaj. Kto by pomyślał?
Księżyce: 50 Płeć: kocur Matka: mama Świt! (biol. Owca) Ojciec: Kura (biol. Kordian)
malutki || biało-niebieskie krótkie i kręcone futro || niebieski płaszcz pokrywający grzbiet, boki, łapy i ogon || niebieskie plamki na brodzie i kilka nad nosem || niebieskie lewe ucho || biało-niebieskie prawe ucho || okrągłe, żółte oczy || czarny nos
delikatny kwiatuszek || rozmarzony i łatwowierny || esteta, dla którego piękno jest istotnym elementem życia || rodzinny
Kurza Łapa (W), Kłopotliwa Łapa (W)
Szczurek szukał w obecności pstrokatej siostry choć odrobiny pocieszenia. Nie liczył co prawda na to, że będzie takie jak od mamy Świt, ale nie spodziewał się też, że Pstra... fuknie na niego! Zaskoczony zamarł. Niedowierzanie jednak szybko ustąpiło miejsca innemu uczuciu. Takiemu co zdawało się wibrować w piersi, jak pszczoła uwięziona w szklance. I Szczurek, zmęczony wszystkim co się tego dnia wydarzyło, nie widział innego wyjścia jak natychmiast ją wypuścić. - Przepraszam, że się ucieszyłem! - Zawołał głośno. - Że pomyślałem, że to może być... że to może coś znaczy! Przepraszam, że chciałem, żeby mój dziadek mnie poznał! I-i że liczyłem na to, że wie, że istnieje! To głupie, tak? Głupi Szczurek! Śmieszny Szczurek! Zawsze robi z siebie głupka! - I choć mówił to wszystko fukając zasmarkanym nosem, jego oczy szkliły się z mieszaniny smutku i złości. Zupełnie zapomniał, że do takiej irytacji potrafiło doprowadzić go tylko rodzeństwo. Może dlatego, że Świerk... po prostu nie była taką paskudą jak Pstra? Na pewno dlatego! Jeszcze tupnął łapką, po czym odwrócił się bokiem do siostry, z pyskiem uniesionym wyżej niż zwykle, żeby na pewno zauważyła, że jest obrażony.
Kolejne jej słowa sprawiły, że coś w nim zmiękło. Zrobiło mu się jej żal. Nie wiedział, dlaczego mama Świt nie zaadoptowała również jej, albo dlaczego nie chciała, żeby tata był jej tatą, ale choć wciąż się na nią gniewał, miał ochotę wyciągnąć łapkę, przytulić ją do siebie i powiedzieć, że to nic. Że on jest. Ale tak szybko nie mógł jej wybaczyć! - Nie rozmawiam z tobą, bo jesteś niemiła - oznajmił w głowie dodając: "przez pięć mrugnięć oka!". I zaczął mrugać. Raz. Dwa. Trzy...
Nie doliczył do końca, bo właśnie wtedy czoło Łabędzia spoczęło na jego własnym. Zszokowany uniósł żółte ślepka i spojrzał wprost w błękitne oczy kocura. Wysłuchał go w ciszy. Nawet gdyby Łabędź nie był taki miły i kochany i nie uśmiechał się tak łagodnie Szczurek i tak by mu wybaczył. W końcu był przyzwyczajony do tego, że w jego rodzinie niektóre koty kochały... po swojemu. Pociągnął jedynie nosem i skinął głową z ledwie widocznym uśmiechem, czując jednocześnie, że nie jest już smutny. W końcu to nie była wina dziadka. Ani mamy Świt, która nie widziała go długi, długi czas. Ani babci, która przecież miała tyle na głowie. Nie odpowiedział jednak słowami. Zamiast tego zbliżył pysk i wtulił się w miękką pierś starszego kocura. I może nawet pobrudził ją trochę błotkiem, ale nie zwrócił na to uwagi.
- Czyli możemy przyjść razem? - Zapytał cicho, raz jeszcze pociągając nieco zasmarkanym nosem i odsunął się nieco. To by było dobre dla Pstrej. Zerknął przez ramię na siostrę i w cichym pojednaniu następne pytanie dodał już głośniej. - Trochę już odpoczęliśmy tak rozmawiając... To może pójdziesz z nami razem na granice Wichru? Bo to nie tak daleko... Prawda? - Chyba tak kocur mówił, ale Szczurek już sam nie wiedział. Tak samo jak nie wiedział, czy faktycznie łapki przestały go boleć a policzek piec od zadrapania, czy po prostu chciał już wrócić do domu i jedocześnie nie żegnać się tak szybko z dziadkiem. - Babcia Iskierka na pewno się ucieszy, że znowu cię zobaczy i mógłbyś poznać się trochę ze Zwinną. Może też się polubicie jak wnuczka z dziadkiem - bo w wyobraźni Szczurka oni z Łabędziem to już się zdążyli polubić. Tak było.
xxx
xxx xxx xxx xxx xxx xxx xxx I'd like tomake myselfbelieve That planet Earth turns s l o w l y It's hard to say that I′d ratherstay awakewhen I′m asleep 'Causeeverythingis never as it seems
′CauseI'd get a thousand hugs From ten thousand lightning bugs As they try to teach me how to dance
Czarna srebrna szylkretka z bielą z prawą łapą białą, a lewą rudą, z białymi skarpetkami. Futro krótkie, karbowane. Bardzo wątła, chuda i mizerna, o płaskiej głowie i miodowo-złotych oczach
w trakcie aktualizacji!
Krucza Łapa [Cień], Paszcza [Samotnicy]
Był głupi, to była prawda. Głupio-mądry, jak zwykła go nazywać, ale nie zmieniało to faktu, że w istocie chociaż trochę głupi. Nie rozumiała jego gniewu, jego żalu, nie powiedziała niczego niezgodnego z prawdą. Łabędzia Gwiazda nie był częścią życia swoich dzieci w klanie Wichru, z tego co wiedziała Zwinna, nie kontaktował się z nimi. W jaki sposób miał wobec tego wiedzieć, że jego córka miała własne kocię, i to nie biologiczne, bo adoptowane w wieku kilku księżyców? Jej zdaniem było to pozbawione jakiejkolwiek logiki i nie potrafiła pojąć gniewu Szczura. Po kilku uderzeniach serca zrozumiała, że może upokorzyła go tymi słowy przed kotem, którego uznawał za swojego dziadka i dlatego tak się wściekł. Samego wielbienia i kochania kota, który był tym dziadkiem tylko przypadkiem, tylko dlatego że akurat był ojcem kotki, która zajęła się Szczurem po jego przybyciu do Wichru, zupełnie nie mogła tego pojąć. Może dlatego, że ta figura była dla niej prawie zupełnie nie istniała w życiu, była zaledwie słowem, którego znaczenie Zwinna rozumiała.
Cichym “ta, czemu nie” zgodziła się na zaproponowane przez Łabędzią Gwiazdę spotkanie w przyszłości. Nie jednak dlatego, żeby czuła wobec niego jakieś specjalne uczucia, po prostu poznanie bliżej kogoś takiego jak przywódca klanu, było dla samotniczki wyjątkowo atrakcyjne.
Kiedy już dołączą do Wichru, będą mogli myśleć o odwiedzinach. Zwinnej trudno było wyglądać tak daleko w przyszłość, w tamtej chwili chciała przede wszystkim ruszyć już do Wichru, by trudne dołączanie mieć wreszcie z głowy.
Skrzywiła się lekko, kiedy Szczur przytulił się do Łabędziej Gwiazdy. Dała im chwilę, zrobiła krok do tyłu.
- Mamy dobre instrukcje, Szczur - powiedziała, kiedy jej brat skończył namawiać przywódcę Rzeki do wybrania się w podróż do granic klanu Wichru. Jej głos zabrzmiał naprawdę łagodnie, czego zupełnie się po sobie samej nie spodziewała. - Damy radę sami, twój dziadek jest przywódcą, ma wiele rzeczy do roboty - dodała, mając wrażenie, że od pragnienia ruszenia przed siebie aż mrowią ją łapy.
O Gwiezdni. Kiedy rodzeństwo kłóciło się z jego powodu (czy też raczej, Szczurek mówił, co mu serce na pysk przyniosło, a Zwinna milczała), Łabędź stał z boku z uszami skierowanymi do tyłu, skonfliktowany wewnętrznie. Równocześnie chciał spróbować załagodzić sytuację, pocieszyć nieszczęśliwego kocura, oraz dać im przestrzeń — przecież znał ich tak krótko, nic o nich nie wiedział, nie powinien mieszać się w ich relacje.
Okazało się, że brak interwencji to była dobra decyzja... czy też brak decyzji, jako że wulkan emocji zaczął się uspokajać, nim Łabędź tak naprawdę cokolwiek postanowił. A potem... cóż, jakoś to poszło, i chyba udało mu się nieco ostudzić rozczarowanie Szczura. Choć odrobinę. Nawet Zwinna przystała na spotkanie w przyszłości, a Rzeczniak wątpił, by odpowiedziałaby w ten sposób z grzeczności.
Brudna mordka wylądowała w jego futrze i po Łabędziej Gwieździe spłynęło rozczulenie. Przygarnął łapą... syna Świt, och, jak to brzmiało, swojego wnuka... bliżej siebie i przytulił go mocno. No już. Już wszystko dobrze. Poukłada się, w ten czy inny sposób.
— Oczywiście, że z wami pójdę. Z moim zastępcą na straży, Klan nawet nie zauważy mojej chwilowej nieobecności, a ja bardzo chętnie dotrzymam wam towarzystwa — powiedział, wzruszony prośbą Szczura. Spojrzał na kotkę i uśmiechnął się do niej. — To naprawdę żaden problem. Sama przyjemność.
Aczkolwiek nie zdziwiłby się, gdyby jego towarzystwo było problemem dla niej. I dlatego też nie zamierzał naciskać, jeśliby miało się okazać, że Wichrzaczka wyraźnie nie życzyła sobie asysty. W przeciwnym razie niespiesznie poprowadził ich w kierunku granicy z Wichrem, zamierzając jak najlepiej wykorzystać okazję, by nieco lepiej ich poznać. Oboje.
wysoki kocur orientalnej budowy | długie liliowe futro w tygrysie pręgi | białe futerko od brody aż po brzuch | białe skarpetki na palcach łap | poziomo rozcięty zębami bok lewego ucha | wielkie, zielone oczy | długi pysk i uszy
miły i troskliwy dla gangu, gadatliwy, cierpliwy do pewnego momentu, pomocny (dopóki sam na tym zyska)
Pyra nie był głupi. Nie zamierzał brać dla siebie ziarenka pokrzywy, by uleczyć swój ból brzucha i wymioty. Wolał się pofatygować na klanowe granice. Może mu się powiedzie i go nie przegonią? Może. Niósł ze sobą trzy siateczki, które znalazł gdzieś na śmietniku. Oczywiście uprzednio je dokładnie wymył! W jednej siateczce były dwa plastry miodu, w drugiej zaś miał pęczek różnych zebranych przez siebie ziół, a w trzeciej... Trzecia była ciemna, nie była przezroczysta, więc nikt nie mógł zauważyć, co tam było.
Orientalowi udało się dojść do rzecznej granicy, gdzie schował w krzakach za sobą swoje torebki, a sam poszedł czekać na patrol. Gdy w końcu rzeczniaki się pojawili, poprosił o medyka, konając i prosząc w niebogłosy "Ratunku, pomocy!". Oczywiście chcąc czy nie chcąc, zwymiotował. Rzeczny patrol wiedział przynajmniej, że dziwnemu kocurowi coś dolega i ruszyli powiadomić klanowego medyka.
//Poeta
˚❀.˚✦✿.˚.˚✿.˚❀
drivefasttothefrontline! on a☆starless☆night,wesimplytake off headinge a s t,wedon'tevenknow «what'll happen» thirteensecondsinthe future
but i'llliveas「 myself」tothe bestofmyability i've gotnoregrets.face forward! we'ren o tgonnastop,sincethe light isdefinitely ➵awaitingusinthatdirection
Wschodzące słońce.
Poeta był poważne zirytowany. Robił jakieś ważne rzeczy. Cokolwiek robił, musiało być wazne, był przecież jedynym medykiem w Klanie Rzeki. Możliwe, że spał. Albo robił obchód w środku dnia. Albo układał rzeczy w składziku. Nieważne. Nie lubił jednak, gdy mu się przeszkadzało i zawracało głowę błahostkami. Kocurowi przekazano szereg informacji i dopiero, gdy usłyszał w potoku patrolu słowo "samotnik", zdecydował się uśmiechnąć. Jako że dostał rysopis i objaw, że zwymiotował, wyruszył na granicę z paroma najpotrzebniejszymi ziołami.
Gdy znalazł wskazanego, lekko pochylił przed nim głowę. - Witaj. Nazywam się Poeta i jestem medykiem Klanu Rzeki. Doniesiono mi, że potrzebujesz pomocy oraz że zwymiotowałeś. Jeśli twoje objawy to tylko ból brzucha i wymioty, weź to - wskazał przyniesione na lilii wodnej parę ziarenek pokrzywy. - Jednak jeśli objawy są poważniejsze, daj znać, podam ci inną kombinację ziół.
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek
wysoki kocur orientalnej budowy | długie liliowe futro w tygrysie pręgi | białe futerko od brody aż po brzuch | białe skarpetki na palcach łap | poziomo rozcięty zębami bok lewego ucha | wielkie, zielone oczy | długi pysk i uszy
miły i troskliwy dla gangu, gadatliwy, cierpliwy do pewnego momentu, pomocny (dopóki sam na tym zyska)
Pyra wytarł się jakimś liściem i na nowo czekał. I czekał... Aż w końcu się doczekał. Kiwnął głową na powitanie rzecznego medyka i posłuchał się, biorąc od niego zioło. Trudno, najwyżej zdechnie.
- Jam Pyra - przedstawił się, łapą wskazując na siebie. (Jestem Pyra.) Już raz to przerabiał z jedną kotką na spontanicznej rozmowie. Ta rozmowa... Nie była tak spontaniczna, zaplanował ją. - Tylko to mi dolegało - mówił powoli, wyraźnie, tak by dało się go zrozumieć. - Żem zjodł coś i wyszło. Mom też sprawę, takom, że małą. Uno momento, proszę ja ciebie. - rzekł. (Zjadłem coś i zwymiotowałem. Mam też sprawę, taką małą. Poczekaj chwilę.) Poszedł do wcześniejszego krzaka, gdzie schował torebki i wziął je wszystkie. Podszedł do Poety powoli, tak by każda z nich z raz się zakręciła przy jego pysku, by kocur mógł widzieć, jakie cudowne rzeczy przyniósł. Ponownie usiadł, trochę z bólu brzucha, a trochę tak po prostu. Czarną torebkę dał między swoje łapy, dwie pozostałe dał bliżej rzeczniaka. - Mom kilka ziół. Ni wiem cu robiom. Mógłbyś? - spytał. (Mam kilka ziół. Nie wiem co robią.) W jednej z torebek były dwa plastry miodu, których Pyra nie zamierzał tykać, widać było je gołym okiem. Z drugiej delikatnie wyjął wszystkie zioła i położył je obok siebie. Kolejno od lewej strony Pyry, Poeta mógł zauważyć: jeden liść krwiściąga, jedną korę wiązu, jeden liść gwiazdnicy, trzy (praktycznie już uschnięte) liście gwiazdnicy oraz jej korzeń i na końcu był jeden liść wierzby.
˚❀.˚✦✿.˚.˚✿.˚❀
drivefasttothefrontline! on a☆starless☆night,wesimplytake off headinge a s t,wedon'tevenknow «what'll happen» thirteensecondsinthe future
but i'llliveas「 myself」tothe bestofmyability i've gotnoregrets.face forward! we'ren o tgonnastop,sincethe light isdefinitely ➵awaitingusinthatdirection
Ach. Pan też z innego stada, jak mniemam?
Poetę oczywiście uderzył inny rodzaj mowy i słów, jednak mimo wszystko - może dlatego że znał co-nie-co z ludzkiego - był go w stanie zrozumieć. Nawet gdyby nie umiał go w stanie zrozumieć, kocur z wyjątkową chęcią by mu pomógł. Dla przechodniów z odległych dróg, którzy nie mieli połączenia z Klanami, kocur zawsze miał miejsce w sercu.
- To częsty przypadek, szczególnie ostatnimi czasy. Temperatura szybko zatruwa zwierzęta. Uważaj na przyszłość - poinstruował go krótko.
Niejaki Pyra później poprosił go grzecznie o naukę ziołolecznictwa. Kocur nieśpiesznie zaczął wykładać przed nim kolejne kawałki roślin, a medyk odgadywał je dość dobrze, albo po samym zapachu, albo po wyglądzie. Medyk na ułamek sekundy spiął się. Ostatni raz przyjął naukę od Cisa i wtedy nie czuł się gotowy, żeby kogokolwiek nauczać. Teraz... Miał to zrobić. Nawet jeśli było to niezobowiązujące, Poeta czuł się dziwnie, musząc mu to wszystko tłumaczyć.
Zaraz jednak przybrał pogodny wyraz pyska i zajął się nauczaniem. Przyjrzał się pierwszej rzeczy wyjętej z tajemniczego worka. - To jest miód. Zdobywasz go w ulach pszczelich, zazwyczaj wiszą na drzewie. Można go strącić i stamtąd zebrać miód, jednak wtedy ryzykujesz dużą ilością użądleń. Lepiej jest wsadzić do środka łapę bezpośrednio z drzewa. Wtedy najczęściej żądlą mniej. Jeśli już cię użądlą, wystarczy na nie nałożyć maść z przerzuty liści jeżyny. To taka roślina z dużymi liśćmi i czarnymi owocami, przypominającymi trochę maliny. - Zrobił krótką przerwę. - To jest krwiściąg. Zjedzone liście mają działanie przeciwkrwotoczne i przeciwgorączkowe. Używa się go do leczenia dwóch zasadniczych chorób. Jeśli połączysz pastę z liści z czymś na ból brzucha, wyleczysz gangrenę, a jeśli z czymś na stany zapalne, wyleczysz zapalenie żołądka. Nie za szybko? Masz jakieś pytania?
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek
wysoki kocur orientalnej budowy | długie liliowe futro w tygrysie pręgi | białe futerko od brody aż po brzuch | białe skarpetki na palcach łap | poziomo rozcięty zębami bok lewego ucha | wielkie, zielone oczy | długi pysk i uszy
miły i troskliwy dla gangu, gadatliwy, cierpliwy do pewnego momentu, pomocny (dopóki sam na tym zyska)
Oh i to bardzo z innego stada. Nawet Maniek by to powiedział. Ale… Kim jest Maniek? Kij wie, chyba że nie wie.
Pokiwał głową na instrukcję rzecznego medyka. Ha, wiedział to aż za dobrze. Ugh, głupia zwierzyna! Gdyby mieli więcej nasion pokrzywy w piaskownicy to na pewno nie musiałby tu przylażić. Ale! Przynajmniej dowie się nowych informacji, a co tam. Zaczął słuchać. Miód, Pyra wiedział co to, było takie lepkie i nawet dobre. Wejść na drzewo i łapą ze środka wybrać miód. Łatwizna, chyba. I tak użądlą, więc jeżyna, papka z jej liści jest na użądlenia… Hmm… Będzie musiał poszukać. Nie wiedział, jak wyglądają liście, ale wygląd owoców musi wystarczyć. Liść, który mu przyniósł, był liściem krwiściągu. Pyra zauważył, że mają działanie podobne do wrotyczu… No cóż, lepiej znać kilka medykamentów na to samo.
Kiwnął kolejny raz łbem.
- Y… Miód do jedzynia tylko, tok? Lepszygo smaku, chybo? - spytał. (Miód tylko do jedzenia? By był lepszy smak podanego medykamentu.) Skoro mógł pytać, to nie miał zamiaru milczeć. - Ból brzucha i ston zapolny, co na przykłod? - zmrużył oczy. (Ból brzucha i stan zapalny, co na przykład?) Zauważył, że jego umiejętności były bliskie zera w porównaniu z takim medykiem z prawdziwego zdarzenia.
˚❀.˚✦✿.˚.˚✿.˚❀
drivefasttothefrontline! on a☆starless☆night,wesimplytake off headinge a s t,wedon'tevenknow «what'll happen» thirteensecondsinthe future
but i'llliveas「 myself」tothe bestofmyability i've gotnoregrets.face forward! we'ren o tgonnastop,sincethe light isdefinitely ➵awaitingusinthatdirection
- Przeważnie tak - zgodził się. - Czasami podaję miód kociętom, by lepiej smakowały im zioła. Mimo to, jeśli podczas go z czymś na przeziębienie, wyleczy kocięcy i biały kaszel. - Na przeziębienie najlepszy jest ślaz. To charakterystyczna roślina. Ma pięć fioletowych kwiatków i dość długą, owłosioną łodygę. - Wyjaśnił pokrótce.
- Na ból brzucha najlepiej sprawdzą się liście mięty lub maliny, zadziała także ślaz. Na zapalenie, z tego co wiem, działają jedynie liście maliny - uznał, że dwie rośliny są dość znane wśród ludzi i nie miał potrzeby ich opisywać. Podążył więc dalej, przytłaczając go kolejną porcją wiedzy. Wybrał wiąz, bo tak mu akurat pasowało.
- To jest kora wiązu. Jeśli połączysz ją z liśćmi wierzby - masz je tutaj - uda ci się wyleczyć ostrzejsze zatrucie pokarmowe. Gdybyś przyszedł do mnie później, właśnie na to byś chorował. - No i kolejne dwa zioła z głowy.
HEJTER, HEJTER, KOGO MY TU MAMY?
jestem niewielki, ale ty jesteś mały ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek a ty gadasz co powie ci Śnieżny Płatek szczerzetomałomnietobawi ktosięśmiejetensięśmiejeostatni w plotkach mnie obrażasz dla zabawy
a w realnym świecie są inne zasady.
mogą mówić co chcą ty weź się nie przejmuj dalej swoje rób, Hejter to atencjusz zawszebędągadać,toniemaznaczenia wierzmi,mamsezondoświadczenia. hejter,hejter,kogomytumamy? jestemniewielki,aletyjesteśmały. ja w lecznicy znam każdy ważny kwiatek
wysoki kocur orientalnej budowy | długie liliowe futro w tygrysie pręgi | białe futerko od brody aż po brzuch | białe skarpetki na palcach łap | poziomo rozcięty zębami bok lewego ucha | wielkie, zielone oczy | długi pysk i uszy
miły i troskliwy dla gangu, gadatliwy, cierpliwy do pewnego momentu, pomocny (dopóki sam na tym zyska)
Nie spodziewał się tylu nowych informacji. Szczególnie tych, o które nie pytał. Ale nono, mógł przyleźć tu wcześniej! A nie wymiotować po kartonach. Trudno, co się stało, to będzie. Teraz ma więcej informacji o ziołach. Dobrze dla niego i gangu. Przyjął do siebie wszystkie informacje, które teraz zaserwował mu Poeta i kiwnął łbem.
- Oh! To żem przyszedł w porę - zaśmiał się gardłowo. (To przyszedłem w porę. Zapamiętam na pewno.) - Zapamiętam, na pywno. - To nie był koniec, jak dobrze liczył, to została jeszcze ta jedna roślinka z ususzonymi białymi płatkami, jej korzeń i liście. A zaraz potem czarna siatka, tak.
˚❀.˚✦✿.˚.˚✿.˚❀
drivefasttothefrontline! on a☆starless☆night,wesimplytake off headinge a s t,wedon'tevenknow «what'll happen» thirteensecondsinthe future
but i'llliveas「 myself」tothe bestofmyability i've gotnoregrets.face forward! we'ren o tgonnastop,sincethe light isdefinitely ➵awaitingusinthatdirection