nie wierzy w jedną prawdę; spontaniczna; eksploratorka; obserwatorka; zbyt empatyczna (czująca innych bardziej niż siebie); kreatywna; potrafi przyznać się do niewiedzy, woli ją od zgubnej pewności; bywa wścibska; indywidualistka, ale rozmowna, interesuje ją życie Klanu jako wspólnoty; żyje teraźniejszością, lubi być na bieżąco; uczy się elastyczności; uznaje, że światem rządzi ciągła zmiana i nic nie jest pewne.
Mała Łapa vel Huba [kw], Okopcona Gałązka [gk]
Stawiając łapę za łapą w kierunku Karasiowej Ości, z każdym uderzeniem serca uświadamiała sobie coraz wyraźniej, że kompletnie nie wie jak zachować się w takiej sytuacji. W sumie, do wszystkiego w życiu podchodziła na gorąco. Tutaj chyba przydałaby się jakaś... dyplomacja? Z tym, że o co w ogóle pyta się Rzeczniaka, który postanowił lub, któremu udało się wrócić? Przypomniało się jej zaginione rodzeństwo Płotkowego Potoku. Czy buro-ruda kotka poszła szukać braci w okolicach Osiedla? Pomyślała o Wieczorze, bracie Trzech Rzecznych Muszkieterów, który postanowił rozpocząć samotnicze życie, ku oburzeniu Czereśniowej Gałązki. Gdzie podziewała się teraz kolorowa kotka, która zawsze wydawała się bardzo lojalna i rodzinna? Mętna Łapa była zdania, że absolutnie każdy ma prawo wybierać, musi tylko zdawać sobie sprawę (czy też myśleć, że zdaje sobie sprawę, bo niektórych spraw nie da się przewidzieć) z konsekwencji wyborów, tego jak mogą one oddziaływać na innych. Każdy powrót do Klanu (zanim znalazła się w dzisiejszym położeniu) zawsze traktowała jak wyraz lojalności. Obojętnie czego by ona nie oznaczała dla konkretnego kota: czy napędzana była lękiem i pragnieniem życia we wspólnocie, które dawało poczucie bezpieczeństwa, być może częściowo złudne, ale na pewno bardziej namacalne niż poza granicami; czy równała się determinacji, tęsknocie i jednoznacznemu pragnieniu dalszego działania na rzecz Klanu. Wątpiła w powroty nieegoistyczne i wcale tego nie oceniała, nie miała do tego prawa. Ma to teraz wykładać siostrze Szerszenia? Właśnie. Stracił Agrest, wydawało się, że bezpowrotnie; stracili Drobną Łapę. Chyba myślał, że stracił ją, na każdym poziomie. Teraz czarny kocur miał kogoś odzyskać. To nie zdarzało się znowu tak często, choć do Klanu Rzeki powróciła już jakiś czas temu Kosowa Pieśń, Węgorzowe Gardło i Sroczy Ogon. Ten ostatni przepadł pewnie z księżyc temu, znów. Więcej powrotów... chyba nie pamiętała. W głowie pulsowały jej zapachy, których mogła już nigdy nie poczuć. Było ich dużo, ostatnio zatrważająco. Z lecznicy wyszły dwa koty. W tym chyba ktoś z dalszej rodziny niebiesko-białej. Może to nie była wiadomość na teraz. Zresztą Karasiowa Ość, jakkolwiek ruda miała nosa do emocji, to równocześnie spodziewała się, że niczego by od niej nie poczuła. Chyba nie była impulsywna, chyba nie była pełna ekspresji. Chyba hasło mętny dobrze pasowało do jej wiecznie zmęczonych ślepi. Może w tym wypadku zamiana imion, miałaby jakiś sens.
Dobrze, że Brązowy Pysk nie prężył muskułów i zachował milczenie. Komunikat, który padł był jasny i ruda uznała, że to, że padł bez pytania, to dobry znak, jakkolwiek nie lubiła słowa znak. Mętlik nie chciała wyrażać postawą ciała, że oni znajdują się po dobrej stronie granicy, a najszczuplejsza z towarzystwa, po tej złej, więc uznała, że najlepiej będzie wygładzić nieco napuszone ze względu na pogodę, futro. Sierść na końcach była widocznie zawilgocona. Poza tym usiadła. Spojrzenie miała spokojne, raczej niespięte, choć nadal czujne. Gdzieś z tyłu słyszała kroki Kwiatowej Przełęczy.
– Zniknęłaś mniej więcej wtedy, gdy zniknął Popiół. Jeśli nie tego samego dnia. Mieliśmy z Łabędziem nadzieję, że... zgubiliście się? Odeszliście? Razem. – odezwała się po chwili milczenia, chcąc wybadać sytuację, ale starała się nie brzmieć napastliwie. – Moja matka pobiegła do Obozu, pewnie niedługo zjawi się Ćmia Gwiazda albo Kosowa Pieśń. Dobrze widzieć znajomy pyszczek. Ostatnio naprawdę wiele zniknęło.
Bladozielone oczy wciąż czujnie obserwowały Rzeczniaczkę, nie umknęło im przygładzenie nastroszonych kłaczków, w ciszy patrzyły jak ta spokojnie siadała. Jasny komunikat - nie zamierzała atakować. Ale jak się szybko okazało, w tym komunikacie krył się pewien kruczek. Mętna Łapa nie zamierzała atakować fizycznie, nie dążyła do rozlewu krwi, przynajmniej nie teraz, ale nie zawahała się nawet przed atakiem słownym. I wtedy stało się jasne, że ostatni gest wcale nie był pokojowy, jak naiwnie Ość założyła, a ruda swoją postawą podkreślała, że nie obawia się agresji ze strony niebieskiej samotniczki. Pewnie słusznie; wątła sylwetka nigdy nie wzbudzała postrachu w przeciwnikach, nie było więc nic nadzwyczajnego w tym, że Mętna Łapa nie obawiała się potencjalnego ataku, szczególnie gdy miała za plecami obstawę, która zdjęłaby Karaś z tego świata jednym uderzeniem. No, może dwoma; karaluchy były wytrzymalsze niż rozsądek wskazywał.
Milczała. Z zaciśniętymi szczękami przyjmowała zarzuty na klatę, tłumiąc w sobie chęć zdzielenia rudej mordki. Zamiast zatopić pazury przednich łap w puchaty policzek, zatopiła je w rozmokły grunt pod nimi. Wiedziała, że zostanie spytana o burego kocurka. Przecież specjalnie powtarzała sobie w myślach przebieg wydarzeń, żeby nie palnąć nic głupiego, gdy dojdzie do nieuniknionego przesłuchania. A jednak, te słowa z rudego pyszczka... irytowały? Mieliśmy z Łabędziem nadzieję. To. Nie. Był. Problem. Ości. Nie była im winna żadnych wyjaśnień, nie musiała się z niczego tłumaczyć. To była sprawa między nią, a Gwiezdnymi. No i przywódczynią jeśli wyrazi zainteresowanie tą kwestią. To było do przewidzenia, że nikogo nie ucieszy jej widok, ale natychmiastowe sprowadzanie jej powrotu do gdzie jest Popiół? było grubą przesadą. Potężny Strumień, jej ojciec, z całą pewnością również wpisałby się w ten schemat. Nie zainteresowałby się córką marnotrawną, a jedynie tym czemu zgubiła jego syna z tego lepszego miotu. Jasne, nim zniknęła, ojciec był w porządku, nie trzeba było jednak być wprawnym obserwatorem by zauważyć, że nowa rodzinka wciągnęła go dużo bardziej niż te dwa niedobitki z poprzedniego związku.
- Hm? Dużo zniknęło? To... niefortunne. - odezwała się wreszcie, krzywiąc pysk na swój ograniczony zasób słów (albo niewielkie umiejętności społeczne) nim wymusiła zainteresowanie. - Kto zniknął? - spytała, bo nawet jeśli nie było to pytanie na liście priorytetów popielatej, pewnie dobrze by było się zorientować w temacie, gdyby akurat jakimś cudem chodziło o kota, którego i ona znała. Koniec ogona wciąż wybijał swój rytm na rozmokłym podłożu, aż do momentu, gdy jego właścicielka zdecydowała się wrócić do poprzedniego tematu. Doszła do wniosku, że totalne zignorowanie tej kwestii mogłoby być podejrzane. Ewentualnie odebrane jako jasny sygnał, że w żadnym stopniu nie interesują jej losy brata. A to nie tak. Popiół akurat był dla niej niezwykle istotny.
- Trzymaliśmy się razem aż do momentu, gdy nasze drogi się rozdzieliły. Został u Dwunogów, ja wróciłam. - wyjaśniła wreszcie, z lekkim ociąganiem. Nie zamierzała jednak już nic więcej dodawać. Nie będzie tłumaczyć wyborów burego, nie będzie też wyjaśniać dlaczego uszanowała jego decyzję, zamiast przytargać go za kłaki do Klanu Rzeki.
nie wierzy w jedną prawdę; spontaniczna; eksploratorka; obserwatorka; zbyt empatyczna (czująca innych bardziej niż siebie); kreatywna; potrafi przyznać się do niewiedzy, woli ją od zgubnej pewności; bywa wścibska; indywidualistka, ale rozmowna, interesuje ją życie Klanu jako wspólnoty; żyje teraźniejszością, lubi być na bieżąco; uczy się elastyczności; uznaje, że światem rządzi ciągła zmiana i nic nie jest pewne.
Mała Łapa vel Huba [kw], Okopcona Gałązka [gk]
Hm, chyba nie zabrzmiało to najlepiej. Może nie nadawała się do politycznych misji. Mogła ugryźć się w język, nie musiała podkreślać od razu, że poruszała temat z Łabędziem (chociaż czy to nie było akurat oczywiste? w końcu przepadł jego siostrzeniec i świeżomianowana wojowniczka, której ukończył trening). Po co było to sugerowanie odejścia? I podkreślanie, że zniknęła para, a w zamian wraca pół z pary, czyli być może, w uszach Karasiowej Ości, jedynie połówka? Czemu się nie uśmiechnęła i czemu mogła wydawać się taka... pobłażliwa? Czy oceniała, że nic jej nie grozi ze strony siostry Szerszenia i miało być to dla tej drugiej jakoś uwłaczające?
W zamyśle, ani świadomie nie chciała na nią napadać, ale wyszło jak wyszło. Przestrzeń między jej oczami, a łukami brwiowymi, wyglądającymi jak włochate gąsienice, wyraźnie złagodniała, gdy dostrzegła szczękościsk niebiesko-białej. Miała ogromną ochotę zrobić pięć kroków w tył, a przodem puścić Kwiatową Przełęcz, by to ona zabawiała towarzystwo podczas oczekiwania na posiłki. Była terminatorem, u boku miała bardziej doświadczonych Rzeczniaków. Gdyby ich tu nie było, okoliczności byłyby zupełnie inne. Nieformalne. A tak musiała szyć, nitka po nitce pajęczynę, niczym pająk, który nie lubił jadać much. Musiała?
Najchętniej zabrałaby, gdyby były same, Karasiową Ość ze sobą do Obozu bez zbędnych ceregieli. Ale żyła, żyli w Klanie, który funkcjonował na określonych zasadach, lepszych i gorszych. Jedna z nich, niepisana, choć może wpisująca się w zasady o granicach, nakazywała taki ceremoniał przy ponownym przeprowadzaniu swojaka przez granicę. Nie czuła się wrogiem Karasiowej Ości, a ta patrzyła na nią tak... jakby nim była. Fakt, interesował ją los Popiołu, ale może gdyby zostawiła to pytanie na później, na rozmowę w cztery oczy, poszłoby z górki? Nie chciała bawić się w przywódczynię, ani kontynuować przesłuchania.
Rzuciła kotce przepraszające, nieco nerwowe spojrzenie. Wyglądało na to, że Popiół był bezpieczny, tyle jej wystarczało. O wytrenowaną wojowniczkę, pod tym kątem, faktycznie się nie martwiła. Akceptowała decyzje innych, ale, choć może nie było tego widać po zwykle ekspresyjnym pyszczku rudej, faktycznie cieszyła się z powrotu Karasiowej Ości. Cieszyłaby się z powrotu każdego Rzeczniaka, który tego chciał. Powrotu. Chociaż, cały czas, musiała to przyznać, lekko uwierało ją, że nie wie, co tak naprawdę rozegrało się między córką Zroszonego Listka a jej aktualnym partnerem.
Czy Rzeczne dowództwo lub nawet obecni przy niej wojownicy nie mieliby Mętnej Łapie za złe, gdyby nagle rozpoczęła wyliczanie zaginionych?
– Płotkowy Potok, Zbożowa Łapa, niedługo po Was... Żar, później Kwaśna Łapa, Oleandrowa Łapa, kolejne dzieci Gęsiopiórego, moja siostra. Między innymi. – miauknęła w końcu. – Nie pamiętam czy byłaś jeszcze w Klanie, gdy zmarła Cisowa Jagoda. Niedługo po niej zmarł Bukowa Kora, a później Kukułczy Puch.
W odpowiedzi na przepraszające spojrzenie, jedynie nieznacznie uniosła nos. Gest na tyle subtelny, że równie dobrze mógł zostać odebrany jako brak reakcji. Nie przeszkadzało jej to. Nie czuła żadnego przymusu okazania, że dostrzegła i doceniła intencje drugiej kotki. Bo w zasadzie nic takiego nie miało miejsca. Można by pomyśleć, że kot pokroju Karasiowej Ości, kot często odczuwający potrzebę przepraszania za swoje istnienie, przychylniej spojrzy teraz na Mętną Łapę. Bo przecież rozumiała jak to jest się pomylić, powiedzieć o trzy słowa za dużo i chwilę później tego żałować. A jednak doszukiwała się pewnej nieszczerości w czynach płomiennofutrej, jakiegoś podstępu. W jej mniemaniu spojrzenie to równie dobrze mogło ociekać kpiną i nieczystymi intecjami, skrzętnie schowanymi za ładnymi przeprosinami. Mogło być pułapką zastawioną specjalnie na Ość. Mogło być tą pajęczą siecią. Wszak pajęczyny również potrafiły być ładne, szczególnie te ozdobione rosą mieniły się ślicznie w porannym słońcu, a jednak dla takich muszek jak popielata były zagrożeniem. Podchodziła więc do tematu z wyuczoną nieufnością.
- Rzeczywiście sporo kotów. - przytaknęła, chociaż nadmiar imion, które niczego jej nie mówiły, sprawiły, że obecny temat zaczął jej ciążyć. Już wolałaby przejść przez łąkę, która zamiast trawy miała igły jeży, niż zastanawiać się w jaki sposób powinna okazać jak bardzo jej smutno z powodu tej straty, żeby zabrzmiało to wiarygodnie. Żar i Kwaśna Łapa zaliczali się do rodziny szarej, ale w ogólnym rozrachunku informacja ta przejęła ją równie mocno co pozostałe zaginięcia. Nie zamieniła z tym rodzeństwem ani jednego słowa, za czym by miała tęsknić? Sprawa skomplikowała się chwilę później, bo Mętlik wspomniała o zaginięciu siostry. Ość mogłaby to zignorować, bo nie było nic zaskakującego w tym, że szylkretka nie zagościła tu zbyt długo, ale to nie ten fragment historii wzbudził jej zdziwienie. - Chwila, to Piryt wróciła do klanu? - pytanie wyrwało jej się szybciej niż mogła się należycie zastanowić nad tym czy rzeczywiście chce to wiedzieć. Ale szczerze? Była ciekawa co za niefortunny zbieg wydarzeń sprawił, że ta irytująca kotka doznała duchowej przemiany i postanowiła wrócić do tak ograniczających struktur.
Jednak nim usłyszała odpowiedź na pytanie, inna myśl osiadła wreszcie w szarej głowie. Kolejne imię z wyliczanki rudej. W zasadzie ostatnie. W rubryczce śmierci. - Kukułczy Puch? Co się stało? - nie rozumiała tego. Zapomniała na moment o rozciągającej się pajęczynie, a zdziwienie złagodziło zacięte rysy mordki. Tak jak przy poprzednim pytaniu powstała rysa, tak teraz przerodziła się w pęknięcie, które Karasiowa Ość świadomie zignorowała. No, prawie świadomie. Jedynie podjęła decyzję by nie spinać aż tak mięśni, bo istniała cienka nić szansy, że żaden atak nie nastąpi w ciągu najbliższych uderzeń serca. I że dostanie normalną odpowiedź, a nie taką wymagającą mentalnej defensywy.
nie wierzy w jedną prawdę; spontaniczna; eksploratorka; obserwatorka; zbyt empatyczna (czująca innych bardziej niż siebie); kreatywna; potrafi przyznać się do niewiedzy, woli ją od zgubnej pewności; bywa wścibska; indywidualistka, ale rozmowna, interesuje ją życie Klanu jako wspólnoty; żyje teraźniejszością, lubi być na bieżąco; uczy się elastyczności; uznaje, że światem rządzi ciągła zmiana i nic nie jest pewne.
Mała Łapa vel Huba [kw], Okopcona Gałązka [gk]
Nie ufam Ci i nie chcę się z Tobą bratać. Zdawał się szeptać wzrok Karasiowej Ości. W porządku, Mętna Łapa była w stanie z tym żyć. Zastanawiało ją tylko... czy naprawdę zrobiła tak złe pierwsze wrażenie po jej powrocie? W końcu wcześniej też nie były ze sobą blisko, zdarzyło się im raz porozmawiać, ale krótko. Okoliczności nie były sprzyjające, bo minęło wtedy niewiele czasu od śmierci Drobnej Łapy, a w okolicy kręcił się Potężny Strumień, który chyba już wtedy doczekał się kociąt z drugiego miotu. Ruda miała wtedy plan, by zasłonić niebiesko-białą swoim krępym ciałem przed jej własnym ojcem, bo wyczuwała, że atmosfera gęstniała i członkowie rodziny niekoniecznie chcieli się ze sobą konfrontować. Ość nie chciała.
Teraz wspomnienie tego spotkania tak rozmyło się w pamięci Mętnej Łapy, że gdyby nie ceremonia mianowania na wojownika, której chyba nikt się nie spodziewał, łącznie z główną zainteresowaną, to włochata... zaraz.
Nie, chyba Łabędź je nawet sobie przestawił. Jak to możliwe, że Mętlik kompletnie nie pamiętała pierwszego wrażenia, jakie zrobiła na niej ta kotka? Chyba córka wyklętego Zroszonego Listka sprawiała wtedy wrażenie zaskoczonej i nerwowej, ale nie... nieufnej? Czyżby nabrała rezerwy poza granicami Klanu? Albo po prostu coś nie pasowało jej w pręgowanej.
– Piryt? – kotka patrzyła na rozmówczynię tak zmieszanym i zdumionym wzrokiem, jakby ta przed chwilą zabiła jej na czole muchę. Nie miała pojęcia co znaczy to słowo i co wspólnego ma z... Koperek. Zaraz... wróciła? Może kosmata była zmieszana, ale na pewno potrafiła szybko się otrząsać i była nie w ciemię bita.
– Moja siostra Koperek jednoznacznie zaginęła, choć wcześniej powracała, by znów rozpływać się w powietrzu. Teraz zniknęła na dobre. Piryt za to nie wróciła. Kto to? Spotkałaś Mrówkę? Albo Szarotkę? – mówiła trzeźwo, choć bardzo wolno, drogą dedukcji rozkładając sprawę na czynniki pierwsze. W jej oczach odbijała się rewelacja, o której właśnie usłyszała. Karasiowa Ość nie mogła natknąć się na Koperek, zaginęła niedawno, a poza tym chyba nawet jej nie przyszłoby do głowy nazywać niebieskiej dziwnym hasłem piryt, nawet jeśli niebieska kotka porzuciła po drodze swoją tożsamość. Bo imię Koperek się z nią zżyło przez dłuższy czas. Jeśli któraś z jej sióstr nazywała się teraz inaczej, to na pewno z jedna z tych, które ruda ledwie pamiętała.
Coś zadziało się na mordce powracającej do Klanu, gdy usłyszała o śmierci Kukułczego Puchu. Hm. Mętlik nie miała pojęcia czemu akurat to ruszyło siostrę Szerszenia. Jasne, była młodsza od pozostałej dwójki i nie powinna była umierać, ale śmierć nie zna tego słowa. Pewnie wojowniczka podejrzewała, że rozegrała się jakaś tragedia.
– Zmarła w samotności z... samotności? Zaginęła Kacza Łapa i Bursztynowy Wschód, niedługo później Kosowa Pieśń odnalazła ją martwą w legowisku. – nie miała pojęcia czy w grę wchodziła jakaś choroba i czy jakaś koresponduje z... tęsknotą? Aktualnie prześwietlała rozmówczynię bystrymi oczami, poszukując odpowiedzi na zadane wcześniej pytania.
Reakcja Mętnej Łapy była jednoznaczna, a wniosek prosty - Ość popełniła błąd. Nie dlatego, że przypadkiem uraziła rozmówcę, a dlatego że nie była wystarczająco ostrożna. Trzeba było dopytać którą siostrę kotka miała na myśli, a nie od razu wyskakiwać z pytaniem o jedynego dzieciaka Barwnego Nieba, którego kojarzyła. Poza tym stojącym aktualnie naprzeciw niej, oczywiście. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się usprawiedliwiająca myśl, że przecież nie była tak oczywista, ale sądząc po tym całym dochodzeniu na głos, którego szara była świadkiem, Mętna Łapa szybko rozpracowała, że to musi chodzić o jej rodzinę. Mniejsza z tym, efekt był taki, że Karaś miała ochotę podejść na Grzmiącą Ścieżkę i rzucić pod potwora. Nie miała najmniejszej chęci opowiadać o swoim spotkaniu z Piryt. Co to zmieni? Szylkretki już nie było (i dobrze, była irytująca, szczególnie gdy miała rację), po co rozgrzebywać stare dzieje? Szczególnie jeśli Mętlik zrobi te swoje wygibasy mentalne, poskłada fakty i dojdzie do wniosku, że jeśli popielata by się pośpieszyła ze wspomnieniem o tej rewelacji to być może doszłoby do spotkania sióstr. Gdyby tylko wyjrzała wcześniej poza czubek własnego nosa i uznała, że to może być coś ważnego.
Skinęła tylko łbem. No tak, Bursztynowy Wschód. Ostatecznie Ość nigdy nie miała okazji z nim porozmawiać, mimo że tyle razy się do tego zbierała. Nawet Kukułczy Puch została zaangażowana w tę próbę dotarcia do starszego brata, chociaż jak zwykle było coś po drodze. Cóż, teraz już na pewno nic z tego nie wyniknie. Nie zamierzała komentować tematu, chociaż, tak po prawdzie, była jakaś ulga w tym, że pręgowana wojowniczka nie zmarła z pazurów borsuka. Nim jednak zdążyła odetchnąć uspokojona, umysł skojarzył sytuację ze śmiercią Drobnej Łapy. Potrząsnęła łbem by rozgonić gęstniejącą mgłę, nie potrzebowała teraz tego.
Jednak bycie przytomną w obecnej sytuacji wcale lepsze nie było. Czuła na sobie spojrzenie zielonych oczu, równie żywych co płomienne futerko, a brak jakiegokolwiek ruchu na horyzoncie (jak długo można sprowadzać jednego przywódcę?) mocno utrudniał udawanie, że jest pochłonięta czymś innym i tego nie dostrzega. Końcówka szarego ogona drgnęła nerwowo, a w myśli Karaś wkradły się wątpliwości. Czy rzeczywiście uparte zaciskanie pyska było słusznym rozwiązaniem? Czy sama nie wolałaby otrzymać jakichkolwiek informacji o Agreścik, mimo że nie były ze sobą blisko?
Odrażający przebłysk moralności. Odrażający, bo fałszywy. Prawdziwa Ość była zwykłym pasożytem, który nigdy nie patrzył na dobro swojego gospodarza, a co dopiero pozostałych kotów. Więc co to za szopka przed chwilą? Nie chciała przecież o tym rozmawiać, koniec tematu, wszelkie wątpliwości były na pokaz (na pokaz przed kim niby?).
Miała tego serdecznie dość.
- Szarotkę. - odparła wreszcie, wciąż nie do końca uporawszy się z wewnętrznym konfliktem. Nie chciała tej rozmowy, bo była skazana na niezręczność, ale skoro Mętna Łapa chciała prawdy (chyba? Po to dociekała?) to proszę. - Ale odrzuciła to imię, bo kojarzyło jej się z waszą matką. Nie mogła tego znieść. Stąd moje zdziwienie, że mogłaby chociaż na moment wrócić do klanu, w którym ona wciąż jest. - Piryt twierdziła, że obie miały wyrodne matki, ale Karaś nie poświęcała tej myśli wiele czasu, zbyt zgorszona pomysłem, że mogło je cokolwiek ze sobą łączyć. Chociaż teraz, skrawkiem świadomości, dostrzegała pewne podobieństwo między sposobem wysławiania szylkretki, a swoim. Nie podobało jej się to.
nie wierzy w jedną prawdę; spontaniczna; eksploratorka; obserwatorka; zbyt empatyczna (czująca innych bardziej niż siebie); kreatywna; potrafi przyznać się do niewiedzy, woli ją od zgubnej pewności; bywa wścibska; indywidualistka, ale rozmowna, interesuje ją życie Klanu jako wspólnoty; żyje teraźniejszością, lubi być na bieżąco; uczy się elastyczności; uznaje, że światem rządzi ciągła zmiana i nic nie jest pewne.
Mała Łapa vel Huba [kw], Okopcona Gałązka [gk]
Podczas gdy Karasiowa Ość zastanawiała się jak długo można sprowadzać jednego przywódcę czy też przywódczynię, Mętna Łapa zachodziła w głowę co też porabiała jej matka w drodze do Obozu, że jeszcze nie wróciła z decyzyjną kocicą, którąkolwiek. Wypuściła powietrze nosem, które od razu przemieniło się w siwobiałe kłębki pary wodnej. Robiło się coraz chłodniej, w końcu gdy patrol dotarł do granicy już było późno. Naprawdę kończyły się jej pomysły na formę egzystowania naprzeciwko kotki, która przypominała barwą i stanem skupienia parę, która właśnie opuściła okolice jej pyska. Mordka po drugiej stronie granicy nad czymś długo rozmyślała, tak długo, że Mętlik była w zasadzie w stanie uznać, że przeciąga milczenie specjalnie; może ta cisza i nieodpowiadanie sprawiało jej satysfakcję? Chociaż z drugiej strony w ogóle nie triumfowała. Nie świadczyły o tym spięte mięśnie, drgająca nerwowo końcówka ogona. Chyba też miała dość, ale ruda nie potrafiła nawiązać z niebiesko-białą łączności na żadnym polu, nawet na tym.
– Szarotkę. – powtórzyła, tonem głosu świadczącym o tym, że była to ta siostra, której imię spodziewała się usłyszeć. Istnienie Mrówki, na aktualnym etapie życia, było dla niej wręcz czymś w rodzaju... istnienia ducha. Nie pamiętała jej, może nawet miałaby kłopoty z rozpoznaniem, jeśli kotka w ogóle żyła. Nie było żadnego dowodu na istnienie, którego mogłaby się uczepić pazurem, nawet we wspomnieniach. Zero.
Szarotka miała formę, potrafiła ją sobie zobrazować. Zaginęła później, była żywsza, większe były też jej szanse na przeżycie. Jeśli chodzi o siostry z jej miotu i w ogóle rodzeństwo z jej miotu, to w oczach Szarotki dostrzegała coś z gruntu bliskiego. Widząc ją teraz, była niemal pewna, rozpoznałaby członka rodziny. Uśmiechnęła się gorzko pod nosem, wykrzywiając wargi w grymas, który naprawdę rzadko gościł na jej pysku. Był bezpośrednią reakcją na wyjaśnienie dotyczące imienia. Nie, nie wynikał z krytycyzmu, który zrodził się w niej względem siostry. Wynikał z krytycyzmu względem matki.
– To brzmi jak ona. Wcześniej ode mnie zaczęła nazywać pewne rzeczy po imieniu. Cóż, mam nadzieję, że lepiej jej tam, gdzie jest. – skomentowała, zatrzymując wzrok na pobliskich krzewach. – Piryt brzmi zagadkowo, ale ma charakter. Jak moja siostra. Zastanawia mnie... znałaś ją lepiej niż Koperek? Twoje myśli od razu powędrowały do niej na hasło siostra.
A skoro Karasiową Ość coś mogło łączyć z Piryt, to może... to samo coś łączyło też Karasiową Ość z nią?
Na szarzejącym się horyzoncie rzeczywistość stopniowo zanikała. To co w ciągu dnia było drzewem, teraz zmieniało się w nieokreślony kształt. A one wciąż tu siedziały, czekając na pojawienie się Rzecznej władzy. Tak samo jak reszta patrolu, chociaż o pozostałej dwójce Ość z łatwością zapominała, gdy tylko nie wiercili się w miejscu.
Nie odezwała się, gdy kotka powtórzyła imię siostry. Już przez to przechodziły. Ustaliły, że Szarotka już nie istnieje, że teraz już jest tylko Piryt. No, chyba że jakiś lis jej wreszcie kark przetrącił, w takim przypadku nie było już ani Szarotki, ani Piryt. Jednak, jeśli dotychczasowe doświadczenia życiowe szarej nie kłamały, to takich przypadków jak szylkretka ciężko było się pozbyć z tego świata, chyba że akurat same zdecydowałyby, że nadeszła ich pora.
- Z pewnością jest. Bardzo chwaliła sobie swój wybór, więc myślę, że jest zadowolona z tego jak jej życie teraz wygląda. - odparła. Nie pamiętała czy Piryt rzeczywiście aż tak zachwalała życie poza Klanem Rzeki, ale niewątpliwie pluła wtedy na swoje dawne życie. Lekkie naciągnięcie prawdy nikomu nie szkodziło. Darowała sobie tłumaczenie imienia, które same uzyskała księżyce temu, bo jeszcze straciłoby na zagadkowości w zielonych oczach i byłoby na Karaś. Na kolejne słowa Mętnej Łapy nie wiedziała co powiedzieć. A raczej - domyślała się co ta by mogła chcieć usłyszeć, ale uparcie zamierzała balansować na granicy braku współpracy.
- Prawdopodobnie. - potwierdziła, chociaż, żeby ruda nie wysnuła błędnych wniosków, dodała zaraz. - Ale to dlatego, że Koperek potrafiła pilnować swojego nosa. Nie przyjaźniłam się z Piryt, po prostu znałam.
nie wierzy w jedną prawdę; spontaniczna; eksploratorka; obserwatorka; zbyt empatyczna (czująca innych bardziej niż siebie); kreatywna; potrafi przyznać się do niewiedzy, woli ją od zgubnej pewności; bywa wścibska; indywidualistka, ale rozmowna, interesuje ją życie Klanu jako wspólnoty; żyje teraźniejszością, lubi być na bieżąco; uczy się elastyczności; uznaje, że światem rządzi ciągła zmiana i nic nie jest pewne.
Mała Łapa vel Huba [kw], Okopcona Gałązka [gk]
– Mówisz, że... Piryt wtykała nos w nieswoje, Twoje sprawy? – spytała, niewiele myśląc i uniosła w górę jedną z kosmatych brwi, która wyglądała teraz jak pomarańczowa gąsienica po wydostaniu się z niedalekiej kałuży. – Łaziła Ci po piętach? Wydawała mi się wtedy kotem, który nie miał autorytetu, podczas gdy ja myślałam jeszcze, że matka to cała moja wiedza, głębia bez dna, z której będę czerpać po kres.
W ton jej głosu wdarła się ironia, ale szybko odpuściła, ucinając zdanie, by nie rozsiewać goryczy wśród patrolujących wojowników aktualnie w fazie spoczynku i w zasadzie, w obcej kotce, której prawdopodobnie nic a nic nie obchodziło jej życie. To jednak nie powstrzymało rudej przed kontynuacją innego wątku.
– Wiesz, może uznasz, że przypominam w tej chwili Piryt, ale... mam dziwne wrażenie, że znałam znaczy więcej gdy pada z Twoich warg, niż z jakichkolwiek innych. Przynajmniej jeśli wezmę pod uwagę koty, które z kolei ja zdążyłam poznać. Inaczej: nie szastasz słowami. A Koperek to w ogóle trudno było znać, choć pewna wścibskość to chyba cecha rodzinna córek Barwnego Nieba. Jestem tego jak najbardziej świadoma. – zakomunikowała, podejrzewając, że nie rozluźniła właśnie atmosfery, która za chwilę mogła zgęstnieć, niczym sine powietrze między nimi. – Teraz rozważam jak się sprawy mają w kwestii kazania na siebie czekać.
Rzuciła w tym momencie okiem za siebie, mając na myśli oczywiście przeciągającą się nieobecność matki. Wydawało się jej nieprawdopodobne, by cały czas szukała kogoś będącego u władzy. Więc co robiła?
Skinęła jedynie łbem, nie siląc się na bardziej rozbudowany komentarz. Piryt wtykała nos wszędzie tam gdzie nie trzeba, przed zaginięciem była prawdziwym utrapieniem w młodym, terminatorskim życiu Ości. Nie robiła tego specjalnie, nie śledziła przecież szarej świadomie. To po prostu obóz był zbyt mały dla nich dwóch, nie ofiarował wystarczająco wielu ustronnych kryjówek, by nie wchodziły sobie w drogę. Ale zupełnie nie przeszkadzało to w obwinianiu jednookiej.
- Matki lubią rozczarowywać. - rzuciła krótko. Z wątłym, krzywym i (przede wszystkim) gorzkim uśmiechem. Czasem tęskniła za swoją kocięcą naiwnością, za przeświadczeniem, że Zroszony Listek ich kocha, że są normalną rodziną. Ale tylko czasem, bo co jej po życiu w kłamstwie skoro wszyscy dookoła widzieli prawdę?
Zmarszczyła brwi próbując zrozumieć do czego zmierzała Mętna Łapa. I ostatecznie, nim bruzda na czole zdążyła zadomowić się na dwukolorowej mordce, doszła do wniosku, że jednak miało to więcej sensu, gdy pominąć wtrącenie o Piryt. Bo siostry nie przypominały w tym siebie, intencji rudej Ość nie potrafiła rozgryźć, szylkretka za to była przejrzysta jak górski strumyk. Wciąż niezwykle irytująca, głównie przez swoją postawę, ale za jej słowami nie kryło się nic ponad to co przekazywały.
Spojrzeniem również powiodła na tereny klanowe. Na horyzoncie ani jednej żywej duszy, a z każdym uderzeniem serca stawało się coraz bardziej jasne, że prędko się stąd nie ruszą.
- Znałam znaczy dokładnie tyle ile powinno. Nie można powiedzieć, że się zna kota jeśli kojarzy się jedynie imię z wyglądem. Bo no właśnie, wtedy się go kojarzy. - wyjaśniła ogólną sytuację, bo nie zamierzała się spowiadać z tego ile w tym przypadku miało oznaczać znanie Piryt. Po prostu jako jedna z niewielu bardziej zapadła w pamięć Karaś, która nigdy nie trudziła się nadmiernie poznawaniem nowych kotów. Przy kolejnym chłodnym podmuchu, przytuliła szczelniej gąsienicowaty ogon do łap. Szkoda, że nie stanowił żadnej izolacji od zimna. Jeszcze raz rzuciła okiem na tereny za rudą. Ani śladu nadciągającej odsieczy. Westchnęła ciężko i przeniosła spojrzenie na mordkę przed nią. - Dobra, słuchaj, jest zimno, jestem zmęczona, rozumiem, że ty też nie wiesz dlaczego to zajmuje tyle czasu, ale skoro najwyraźniej jest jakiś problem, mogę sobie pójść. Nie wiem, przyjść innym razem... - ... a raczej nigdy, bo drugi raz do granic się nie zbliży.
nie wierzy w jedną prawdę; spontaniczna; eksploratorka; obserwatorka; zbyt empatyczna (czująca innych bardziej niż siebie); kreatywna; potrafi przyznać się do niewiedzy, woli ją od zgubnej pewności; bywa wścibska; indywidualistka, ale rozmowna, interesuje ją życie Klanu jako wspólnoty; żyje teraźniejszością, lubi być na bieżąco; uczy się elastyczności; uznaje, że światem rządzi ciągła zmiana i nic nie jest pewne.
Mała Łapa vel Huba [kw], Okopcona Gałązka [gk]
Biła się z myślami, bo nie wiedziała jaką podjąć decyzję. Dziwnie się z tym czuła, bo zwykle podejmowała je instynktownie, a im dłużej się nad czymś zastanawiała, tym więcej miała wątpliwości, więc w kwestiach przyziemnych, bardzo codziennych, w kwestiach rutyny reagowała odruchowo. Tym razem zatrzymała się na chwilę, bo nie była pewna czy nie wstępuje teraz na grunt, od którego powinna trzymać się z dala, i co gorsza, przy którym już dziś się kręciła.
Nie była osobnikiem decyzyjnym. Paprociowa Łapa się wychylił, co prawda bez porównania bardziej idiotycznie, ale dostał, słusznie zresztą, po uszach. Mętlik nigdy nie wchodziła w bliższe interakcje z Ćmią Gwiazdą i chociaż z oddali obserwowała jej poczynania, zastanawiała się nad czym co różni ją, a co łączy z Pajęczą Nogą; rozmyślała nad jej sposobem sprawowania kontroli nad tłumem, a nie tak dawno temu zazdrościła, że była w stanie kontrolować siebie i swoje reakcje, gdy miał miejsce wypadek Maczka. Choć przez moment na jej mordkę wdarło się wtedy coś, czego ruda kotka nie widziała tam nigdy wcześniej. Niepewność? Trudność w podjęciu decyzji, której przez ułamek chwili, krótszy od uderzenia serca, nie potrafiła ukryć?
Trudno, najwyżej pozna czarną kocicę lepiej i usłyszy parę gorzkich słów. Może Kosowa Pieśń uzna, że jej decyzja wcale nie była nadużyciem, skoro sterczały tu już tak długo. Spojrzała na Brązowy Pysk i Kwiatową Przełęcz.
– Nie wiem co się stało, ale Barwne Niebo ewidentnie nie wraca. To trwa zbyt długo, może coś się stało. Myślę, że najlepiej będzie ruszać w kierunku Obozu. Jest już w zasadzie ciemno. Ruszamy. – ostatnie słowo skierowała ku Karasiowej Ości. Nie wracała już do wcześniejszych odpowiedzi i wątków, aktualnie uznała rozmowy za zbędne i miała podejrzenie, że nie tylko w niej wykiełkowała taka refleksja. Brązowy Pysk wyglądał ugodowo, poza tym uznał, że będzie towarzyszył Mętnej Łapie podczas ewentualnych rozmów z władzą, podobnie jak reszta patrolu, jeśli tylko Barwne Niebo się zmaterializuje.
– Nie mam pojęcia co to za problem, ale niedługo może się przekonamy. – dorzuciła, wstając i przeciągając się szybko. Zamierzała zamykać szeregi tej umęczonej brygady.
Nie została zatrzymana żadnym tekstem pokroju ktoś z pewnością zaraz zjawi, poczekajmy jeszcze i pomyślała, że może nierozsądnie było wyciągać kartę o odejściu, skoro Klan Rzeki niczego by nie stracił, gdyby Ość jednak nie wróciła. Mętna Łapa skierowała swoje słowa do reszty ekipy, a szara już powoli zaczęła układać sobie w głowie alternatywny plan na dzisiejszy wieczór. Ruszamy. O? To było również skierowane do niej? Ewidentnie, skoro ruda na nią patrzyła. Nie takiej decyzji Ość się spodziewała, ale nie zamierzała w żaden sposób jej podważać, szczególnie że dużo bardziej pasowało jej iść z taką eskortą do obozu niż zamarzać w rowie przy Grzmiącej Ścieżce. Nie odzywała się już, podniosła skostniałe ciało i ruszyła powoli z resztą towarzystwa do obozu. Lekki niepokój wzbudzało, że miała się znaleźć w środku tego pochodu - jak więzień, ale była zbyt zmęczona i zbyt zmarznięta by z tego powodu uznać, że ona jednak za to podziękuje i dobrze jej z życiem samotnika.
Trudno oczekiwać po wysokich rodzicach niskiego kociaka, zatem Kapustka, zgodnie ze wszystkimi zasadami taki nie jest. Wysoki, przeciętnej budowy, wychudzony. Pokryty jest białym, krótkim futerkiem (które po pobycie u dwunogów znacznie zmatowiało) z nielicznymi plamami czerni, z czego najbardziej w oczy rzuca się ta największa, ciągnąca się od nasady do samego czubka ogona. Następnie kleksy na obu piętach tylnych nóg i ten na prawym nadgarstku. Potem prawe ucho i pyszczek, zwieńczony mniejszymi łatkami na brwiach, sprawiając, że Sroczka wygląda na wiecznie zmartwionego bądź zdziwionego, oraz pod osmolonym nosem, dając mu mało eleganckiego, nierównego wąsa z bródką. Całość dopełniają złote, okrągłe oczy, obojętnie patrzące na otaczający zmęczonego wojownika świat.
Minęło JESZCZE więcej czasu, od kiedy Sroczy Ogon był terminatorem i spokojnie żył w Klanie Rzeki, tak odległego dla łaciatego łba. Porwania skutecznie utemperowały kocura, spychając w kąt jego żywiołowość i życzliwość. Wprawdzie nie zmienił się w zgorzkniałego starca, jednak widać znaczącą różnicę. Nieco mniej się udziela, nieco mniej pierwszy wyciąga pierwszy łapę do pomocy, nieco mniej chce zmieniać świat na lepsze. W końcu ile można poświęcać czasu na innych, kiedy samemu ma się na karku strach przed kolejną tragedią? Oczywiście, jeśli ktoś poprosi, to z mniejszym lub większym entuzjazmem pomoże, nie można się jednak spodziewać, że zrobi to z szerokim uśmiechem na pysku. Zwyczajnie wypustoszał, czując skrawki radości jedynie na myśl o Barwnej Wodzie i rodzicach.
I znowu siedział na granicy z Klanem Rzeki, nie mając zbytnio prawa wejść na jego teren. Jakże gorzkie to było uczucie - być ograniczonym przez prawa grupy, do której się już nie przynależało. Tym razem nie targały nim emocje. Po prostu siedział, ochraniając się przed mżawiącym deszczem, czekał na patrol, żeby zawołał po Ćmią Gwiazdę. Może mała przywódczyni wykaże mu trochę zrozumienia, pozwoli mu wrócić i znowu... zobaczyć się z Barwinkiem i rodzicami. Miał nadzieję, że jeszcze żyją. Westchnął ciężko przez nos, kucając w widocznym miejscu.
/Barwinek
Zobaczyć się z Barwinkiem mógł już teraz, nie przekraczając nawet granicy.
Wszystko co wydarzyło się na ceremonii go przytłoczyło. Jego terminatorzy i to, jak ważne koty stracili, oboje - Ćmią Gwiazdę i w wypadku Rybołów także Czarnowrona... był przygnębiony. Bardziej, niż ostatnio.
Dlatego wyszedł. Aby zaczerpnąć świeżego powietrza, pozbierać zioła, szybko wrócić z powrotem do obozu. Przejście się wzdłuż granicy na pewno dobrze mu zrobi, prawda?
Nie spodziewał się, że zobaczy ducha. Najprawdziwszą zjawę, bo właśnie tym był dla niego Sroczy Ogon już od księżyców. Barwna Woda wierzył, chciał wierzyć, że kocur żyje, ale bał się o to spytać Księżycowy Pył, gdy nadarzyła się okazja i żył w niepewności. A teraz wypatrzył pomiędzy mgłą, błotem i suchymi krzewami łaciatą, wychudłą sylwetkę i korzeń który trzymał w pysku głucho upadł na ziemię.
Śnił na jawie, prawda? Znowu widział kątem oka duchy. Barwinek postąpił krok do przodu, z sercem pod gardłem i nie oddychając, wpatrzony w kota którego widział. Krok za krokiem, coraz bliżej, stopniowo coraz pewniej i szybciej.
To on. Wrócił. Przyleciał. Wychudzony, zmarniały, ale był tu, żył. Wrócił do niego.
- KAPUSTKA - zawołał głosem spuchniętym od emocji; najczystszej euforii, gdy pędem rzucił się ku kocurowi, poślizgając prawie o błoto i własne łapy. Ledwo widział otoczenie przez łzy, ale wiedział, że chciał uwiesić się Sroczemu Ogonowi na szyi. Poczuł, że znów żyje.
po tylu latach wiem już na pewno
że kiedy przyjdzie jasne będzie jedno
złe myśli nie były tego warte
Trudno oczekiwać po wysokich rodzicach niskiego kociaka, zatem Kapustka, zgodnie ze wszystkimi zasadami taki nie jest. Wysoki, przeciętnej budowy, wychudzony. Pokryty jest białym, krótkim futerkiem (które po pobycie u dwunogów znacznie zmatowiało) z nielicznymi plamami czerni, z czego najbardziej w oczy rzuca się ta największa, ciągnąca się od nasady do samego czubka ogona. Następnie kleksy na obu piętach tylnych nóg i ten na prawym nadgarstku. Potem prawe ucho i pyszczek, zwieńczony mniejszymi łatkami na brwiach, sprawiając, że Sroczka wygląda na wiecznie zmartwionego bądź zdziwionego, oraz pod osmolonym nosem, dając mu mało eleganckiego, nierównego wąsa z bródką. Całość dopełniają złote, okrągłe oczy, obojętnie patrzące na otaczający zmęczonego wojownika świat.
Minęło JESZCZE więcej czasu, od kiedy Sroczy Ogon był terminatorem i spokojnie żył w Klanie Rzeki, tak odległego dla łaciatego łba. Porwania skutecznie utemperowały kocura, spychając w kąt jego żywiołowość i życzliwość. Wprawdzie nie zmienił się w zgorzkniałego starca, jednak widać znaczącą różnicę. Nieco mniej się udziela, nieco mniej pierwszy wyciąga pierwszy łapę do pomocy, nieco mniej chce zmieniać świat na lepsze. W końcu ile można poświęcać czasu na innych, kiedy samemu ma się na karku strach przed kolejną tragedią? Oczywiście, jeśli ktoś poprosi, to z mniejszym lub większym entuzjazmem pomoże, nie można się jednak spodziewać, że zrobi to z szerokim uśmiechem na pysku. Zwyczajnie wypustoszał, czując skrawki radości jedynie na myśl o Barwnej Wodzie i rodzicach.
Ciernista gałązka wbijała mu się w bok, jednak skutecznie ją ignorował. Nastroszył futro, żeby ochronić się przed chłodem i przymknął ze zmęczeniem oczy. Nie martwił się o to, co mu się stanie. Siedział tuż przy granicy, jeśli napotka go jakiś patrol, najpewniej najpierw zaczną na niego krzyczeć. Obudzą go. Nie martwił się. Może któryś z nich będzie na tyle stary, że go rozpozna - może to będzie Lisi Ogon. Może Barwinek. Mało skutecznie próbował zdławić tęsknotę do kocura, wiedział jednak, ze spotkanie go nie było aż tak prawdopodobne. W końcu jakie zioła mogą rosnąć TUTAJ o TEJ porze roku?
Coś zbliżało się w jego stronę. Żaden drapieżnik, a zdecydowanie kot. Ktoś chciał zapolować? Zadrżał z nerwów, czując rozpływający się po ciele stres. Mimo braku siły nie potrafił przecież kontrolować odruchów! Wypuścił nosem powietrze, gdy kroki brzmiały coraz bliżej, a uścisk gardła narastał. Ktoś coś krzyknął, starał się podbiec... oh.
— Cześć, Barwinku.