Kilkanaście kroków przed sobą zobaczył mysz. Chwilę stał nieruchomo, przypominając sobie słowa "zając usłyszy, ptak zobaczy, a mysz wyczuje". No tak. Kocur upewnił sie, że stoi pod wiatr, po czym powoli zaczął iść przed siebie, po drodze patrząc a to pod łapy, aby na nic nie nadepnąć, a to na zwierzynę, by widzieć czy się przemieszcza. Jak na razie stała tyłem do niego i chyba nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Kiedy terminator zbliżył sie do niej wystarczająco, wybił sie z tylnym łap wysoko w powietrze, szykując sie przy okazji do zagryziebia zwierzątka. Pod warunkiem, że w ogóle wyląduje na nim.
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
Niestety, Wronia Łapa nie skupił się wystarczająco i wystarczyło jeden nieuważny ruch ogona by szeleszcząca cicho trawa zdradziła jego obecność. Mysz podniosła głowę, zastrzygła uszami w kierunku odgłosu, a na widok przyczajonego na nią łowcy - czmychnęła gdzie pieprz rośnie. I chyba trudno ją za to winić. Więcej szczęścia następnym razem!
Tymczasem - długo nie musiał czekać, bo chociaż dopiero co zaliczył fiasko, to nie przepłoszył przy tym wszystkiego dookoła. Jego czujne uszy usłyszały bowiem... trzepot skrzydeł. Niedaleko. Jakieś cztery lisie długości. Prawdopodobnie tylko wróbel, ale hej, lepszy rydz niż nic, prawda? Chyba że terminator woli poszukać czegoś większego - jego wybór.
Argh! Nie udało się. No trudno. Kocur nie zniechęcił się tym, przecież poluje dopiero pierwszy raz. Na szczęście zwierze to nie było niebezpiecznie i zamiast uciekać, pobiegło gdzieś daleko. Kocur nie widział sensu w gonieniu jej, lepiej byłoby poszukać czegoś innego. No i nawet nie musiał się długo męczyć! Tuż po chwili do jego uszu dotarł dźwięk trzepotu skrzydeł. Gdzieś w pobliżu jest ptak. A ptak zobaczy. Gdzie się schować? Dymny spostrzegł blisko siebie chaszcze, którymi mógłby zakraść się do zwierzyny. Ostrożnie i cicho podszedł do chaszczy, po czym przystanął na chwilę. Jak na razie wróbelek nie widział go. Wtedy terminator zaczął się skradać. Na ugiętych łapach, nie dotykając brzuchem podłoża, z ogonem i głową na równi z grzbietem. Ciężar ciała przechylił na tylne łapy, by stąpać cicho. Starał się iść pod wiatr. Oczywiście zwracał uwagę na to, by na nic nie nadepnąć. Chciał by tym razem mu się udało. Nie chciał by Malinowa była na niego zła za zbyt długie polowanie. Będąc blisko ptaka, wyskoczył do góry, wprost na niego, by go złapać i zabić.
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
Biedny ptaszek, chciał tylko.... znaleźć jedzenie, prawdopodobnie. Kto wie co chodzi ptaszkowi po jego ptasiej główce. Teraz z pewnością się już nigdy nie dowiemy, bo wróbelek zakończył żywot dość drastycznie, przygwożdżony do ziemi, aż nie zdążył nawet zatrzepotać skrzydłami. Gdyby Malinowa Gwiazda mogła się ujawnić - i gdyby miała kciuki - pewnie znacząco uniosłaby je w górę. Dobra robota!
A skoro już mowa o Malinowej Gwieździe - nie zamierzała się gniewać za długie polowanie. Zwłaszcza, że przedłużenie się treningu było jej winą, kh. Przeciwnie, dokładna praktyka czyni jeszcze lepszego łowcę, dlatego gdy terminator już zajął się upolowaną zwierzyną usłyszał w odpowiedzi tylko ciszę. Polujemy dalej, czy wołamy mistrzynię? Wybór należał do niego.
Hmm... Udało mu się złapać wróbelka, zabił go jeszcze zanim ptak wzbił się w górę. Zagryzł go i podniósł łeb. Co teraz? Upolował tylko jedna zwierzynę, do tego taką małą... Przez chwilę terminator chciał wołać Malinę, ale obawiał się, że mistrzyni będzie zawiedziona. Upoluje coś jeszcze i wtedy ją zawoła... Zakopać wróbelka w dosyć charakterystycznym miejscu, by nie zapomnieć gdzie i ruszył dalej. Od razu zaczął się skradać, przy okazji rozglądał się na około, bo może coś zauważy.
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
Cicho wszędzie, głucho wszędzie - a nie, bo kilka ostrożnych kroków naprzód i oczom terminatora ukazał się... kopiec. Nie byle jaki kopiec, bo świeżo rozkopana ziemia sugerowała wyraźnie, że kopczyk ma aktywnego i być może apetycznego lokatora. Krety były duże i mięsiste, idealna zwierzyna jeśli wróbelek był jego zdaniem zbyt mierny by uznać polowanie za udane. Z drugiej strony jednak - czy aby na pewno warto było kombinować? Czekać? Starać się wywabić kreta z jego dziury? Pytanie, czy Wronia Łapa zdecyduje się spróbować... i czy podejdzie do tego sprytnie.
Wrona skradał się cicho przed siebie w poszukiwaniu zwierzyny. Przez chwilę nie widział nic, ale w pewnym momencie ukazał mu się kopiec kreta. Dymek zmarszczył brwi. Kret byłby dobrą ofiarą, ale czy uda mu się na niego zapolować? Nie wiedział jak ma to zrobić. Kret to... Gryzoń? Czyli trzeba iść pod wiatr i stąpać lekko, bo to zwierzę pewnie chodzi pod ziemią. No to do akcji! Terminator niepewnie ruszył do przodu, na ugietych łapach. Ciężar ciała przeniósł na tylne łapy i szedł wyjątkowo lekko, by nie spłoszyć zwierzaka. Wiatr wiał mu w twarz. Ogon i głowę zrównał z grzbietem, a po drodze patrzył pod łapy, by na nic nie nadepnąć. Brzuchem nie szurał o ziemię, to byłby strzał w kolano. Nie wiedział, czy będzie się musiał bronić. Co mu zrobi kret? Zbliżył się do kopca i spojrzał na niego, ale nic nie zobaczył. Może zaraz wyjdzie ofiara?
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
Wrona podchodził ostrożnie do kopca i słusznie - kto wie co może z niego wyskoczyć. Prawdopodobnie kret, jak sama nazwa wskazuje. Znalazł się nad kupką ziemi, która nie stawiła oporu i nie zaczęła uciekać, zupełnie nieprzejęta czającym się na nią łowcą. Co było odświeżającą odmianą, jaka szkoda tylko, że nie byli w stanie najeść się kopcem ziemi. Wszystko byłoby z pewnością o wiele łatwiejsze! Ale wystarczy tego. Wróćmy do polowania. Wronie przyszło trochę posiedzieć nad kopcem, wpatrując się w niego jak sroka w gnat, aż nagle... ziemia poruszyła się. Trochę nieśmiało, a potem jeszcze raz, zapadając się z lekka, a oczom młodego łowcy ukazał się wąski ryjek kreta. Niedługo dane mu jednak było nacieszyć się widokiem - o ile można mówić o cieszeniu się, krety nie są szczególnie urodziwe - bo czarny kopacz wydał z siebie coś na kształt pisku i wykonał gwałtowny ruch, próbując się zakopać z powrotem. Chyba nie spodobało mu się, że ma gościa na progu. Jeśli Wronia Łapa chciał upolować większą sztukę zwierzyny - musiał się śpieszyć.
Czekał przy kopcu trochę czasu, ale nie zrażał się. Nie miał co prawa pewności, że kret wyjdzie, w ogóle nie wiedział czy dobrze robi, nie słyszał nic o polowaniu na krety. Zastanawiał się właśnie nad tym, kiedy coś zaczęło się ruszać. To była kupka ziemi. Dymek napiął mięśnie, czekając aż czarne stworzenie wyjdzie z kryjówki. Przygotował się do skoku, by nie dać mu uciec. Kiedy kret wyszedł z kopca, wydał z siebie dziwny dźwięk i od razu zaczął zakopywać się spowrotem. Terminator nie czekał. Od razu, gdy ujrzał ofiarę, skoczył w jego stronę i wysunął pazury na wszelki wypadek gdyby musiał się bronić. Był gotowy zagryźć krecika i jeżeli mu się udało na niego skoczyć, to zrobił to.
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
Kret ani myślał terminatora atakować, mimo dość pokaźnego wyposażenia własnych łap. Bardziej był chyba zajęty ratowaniem życia i próbą ucieczki gdzie pieprz rośnie. Terminator zdążył go jednak pochwycić, a raczej uczepić się czarnego cielska. Tylko że... uh. Kret zakopał się tak czy siak, a raczej starał się z całych sił. Co oznaczało dla Wroniej Łapy niemalże grzmotnięcie nosem o ziemię, gdyby nie zdążył wyhamować upadku. Pazurami jednak wciąż pozostał wszczepiony w ciało kreta, który ciągnął go do ziemi. Pora poćwiczyć mięśnie tylnych łap i wyciągnąć z nory wierzgającą zwierzynę... albo dać sobie spokój, i guess. Ale skoro już tyle czekał aż kret wystawi swój ślepy ryjek...
Nie. Tak łatwo mu nie odpuści. Kret mimo, że został chwycony przez Wronę, próbował się dalej zakopać w ziemi. W rezultacie dymny terminator dostawał po pysku ziemią, co mu w sumie aż tak nie przeszkadzało. Wiedział, że musi natychmiast działać. Zaparł się tylnymi łapami mocno i chwycił kreta także mocniej, by mu nie wypadł czy coś. Zaczął ciągnąć zwierzę, nie dając mu tym samym szansy na ucieczkę. Nie mógł teraz się poddać. Jeżeli udało mu się wyciągnąć z ziemi, to szybko wbił kły w jego szyję, aby pozbawić go życia.
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
I... zwycięstwo! Przynajmniej połowiczne, bo kret wydawał się opadać z sił wraz ze spadkiem podniesionej chwilowo adrenaliny. Silne było z niego bydlę, ale nie tak silne jak dorosły prawie-wojownik, dlatego szala zdecydowanie przechyliła się na stronę Wroniej Łapy. Jeśli tylko zignorować te prozaiczne... nieprzyjemności, jak jeżdżenie pyskiem po glebie. Nikt w końcu nie powiedział, że polowanie to tylko wąchanie kwiatków i podziwianie krajobrazu - jeśli na to liczył Malinowa Gwiazda poleciłaby zmianę ścieżki kariery. Nawet jeśli jak nikt inny była w stanie zrozumieć niechęć do niepotrzebnego brudzenia się i skrzywiła się z sympatią na widok wysiłków terminatora. Ale wracając do tematu - kret wyraźnie osłabł, ciągnąc kocura ku ziemi ze zdecydowanie mniejszą siłą, aż Wroniej Łapie udało się wyciągnąć go ku powierzchni. Trochę to potrwało, ale czy to ważne w obliczu zwycięstwa? No właśnie.
- Dał ci popalić, huh? - wybrzmiało gdzieś za nim, a gdy terminator obrócił się mógł zobaczyć stojącą nieopodal Malinową Gwiazdę, która przyglądała się truchełku kreta z subtelnym rozbawieniem. - Dzięki niech będą Przodkom za twoje ciemne futro, ja wyglądałabym o wiele gorzej. - dodała jeszcze mimochodem, obmiatając wzrokiem jego usmarowany ziemią pysk. - W porządku, mój drogi?
Ufff... Wrona myślał, że kret dostanie jakiejś turbiny i zacznie kopać jeszcze szybciej, więc trzymał go z całej siły. Trochę się męczył, ale puszczenie kręta w takiej chwili byłoby... Głupie. Był tak blisko, chwila dzieliła go od zamordowania zwierza. W końcu się udało. Terminator zdołał wyciągnąć krecika z ziemi, po czym zagryzł go. Zrobił to dokładnie, aby nic mu nie umknęło. Byłoby naprawdę śmiesznie, gdyby położył drapieżnika na ziemi, myśląc że jest zabity, a ten zacząłby uciekać. I powtórka z rozrywki! Padlinę położył pomiędzy łapami, bowiem usłyszał głos swojej mistrzyni. Obrócił się i ujrzał ja. Obserwowała go. Spytala, czy wszystko w porządku. Wrona cieszył się, że ma ciemne futro, bo przynajmniej mało widać. Z Malinową Gwiazda rzeczywiście byłoby gorzej. O wiele gorzej.
-Tak, wszystko dobrze. Trochę tylko mnie pobrudził, ale to nic- powiedział, patrząc na przywódczynię. Starał się ignorować zmęczenie i głód, no i szło mu to całkiem dobrze. Jak wróci z treningu to na pewno coś przekąsi, nic nie jadł od rana!
Nieszczęściu, imię twoje - kobieta! Nie zmieniła się zbyt wiele od swojej ceremonii na terminatora, niestety, a może i na szczęście, za wyjątkiem nabycia kilku centymetrów wzwyż. Kolokwialnie rzecz biorąc - urosła, i tyle. Teraz plasuje się gdzieś w granicach średniego wzrostu, ale wyżej niż niżej, chociaż nie można też jej nazwać gigantem. Śnieżnobiałe futerko, szczególnie gęste i nieco dłuższe na piersi i przy uszach dość gładko przylega do ciała na długich, zgrabnych łapach. Oczy duże, jadowicie zielone, pełne roztańczonych iskierek, a barwą przywodzące na myśl świeżą trawę Porą Młodych Liści. Na środku mordki intensywnie jasnoróżowy nos, od którego kocica wzięła zresztą swoje miano. Oj, wygląda jak anioł, ale nawet anioły mogą pokazać czasem zęby. W uśmiechu - słodkim jak maliny i ostrym jak ciernie. W starciu z lisem straciła ogon.
Znacie ten cichy głos, który czasem uświadamia wam, że czegoś nie jesteście w stanie zrobić, a co za tym idzie - ratuje wam skórę od kłopotów? Malinowa Łapa nie posiada takiego głosu. Ona czegoś nie zrobi? Ona? A jakże, owszem, zrobi! - i to lepiej od ciebie. Dobiegnie szybciej, uderzy mocniej, skoczy wyżej. Wszystko, żeby udowodnić swoją wartość. Zdeterminowana i zawzięta, a przy tym uparta jak diabli, zwyczajnie nie wie, kiedy przestać, nawet kiedy na szali jest jej własne dobro. Rzadko kiedy mówi co naprawdę myśli. Malinocentryzm nie wylazł z niej z wiekiem, dalej przepada za byciem w centrum uwagi, a smykałka do aktorstwa tylko głębiej zapuściła korzenie. Bystre i przebiegłe to stworzenie, nigdy nie możesz być do końca pewny, czy to co mówi i robi jest szczere... czy to tylko kolejny akt gry. Przyjmuje maski z łatwością, łże jak z nut i gra innymi jak marionetkami na sznurkach, świadomie bądź przypadkiem - niektóre nawyki wchodzą głęboko w krew. Można długo mówić o jej wadach, ale mimo monstrualnego ego... serce ma porównywalnie wielkie, jeśli nie większe, a lojalność jest u niej równie potężna co determinacja.
- Dobrze się spisałeś. Solidny kawałek zwierzyny. - pochwaliła, obrzucając kreta przelotnym spojrzeniem, by skupić się ponownie na terminatorze. - I nieźle umorusałeś przy okazji. - poruszyła z rozbawieniem wąsami. - Zakop zwierzynę, mój drogi, zrobimy jeszcze rundkę wzdłuż Granic. A ty może odświeżysz mi pamięć i przypomnisz Kodeks, hm? - bo z tego co pamiętała tylko przez niego przemknęli, a to nie będzie satysfakcjonujące dla przydzielających expy bogów, więc lepiej to odpukać i mieć spokój. - Opowiedz mi co pamiętasz, co wiesz, a ja w zamian opiszę ci poszczególne granice. I to będzie tyle na dzisiaj, na pewno jesteś zmęczony tak udanym polowaniem. - i walką z tym kreciskiem, ale o to już mniejsza. Trzeba mierzyć siły na zamiary, poza tym dzień był zaskakująco ładny, a on na pewno chętnie przełożyłby świeżo nabyte umiejętności na praktykę i pobiegł polować solo, jak to zwykła robić młodzież ostatnimi czasy. Albo chociaż pochwalić się przed znajomkami upolowanym kretem. W jego wieku ona już by stała na środku obozu i triumfalnie nim machała.
Rundka wokół granic i powtórzenie kodeksu. Dla Wrony wydawało się to w porządku po tak udanym polowaniu. Jedyne co go zmęczyło to tylko siłowanie się z kretem, resztą nie była w ogóle męcząca. Gdyby mógł, to polowałby dalej, ale przywódczyni nie chciałaby pewnie czekać wiecznie, skoro dopiero się uczy i nie od razu coś złowi. Jedna zwierzynę już przepuścił, nie może sobie pozwalać na takie błędy. Musi być idealny, najlepszy, by wszyscy wiedzieli, że się stara.
-No dobrze. Słowo przywódcy jest prawem. Nie możesz zostawić kociaka samego, nawet jeżeli jest z innego klanu. Możesz zawierać przyjaźnie poza klanem, ale twoja lojalność musi pozostać w twoim. Kociak zostaje terminatorem w wieku sześciu księżyców. Zastępca zostaje przywódcą, gdy jego poprzednik umrze. Honorowy wojownik nie musi zabijać, aby wygrywać swoje bitwy. Nie poluj i nie występuje na teren innego klanu. Nowo pasowany wojownik musi odbyć milczące czuwanie przed obozem po swojej ceremonii. - Uciął. Mógłby tak wymieniać i wymieniać, bo kodeks znał cały. W tym wieku wypadałoby... On jednak zna go od dawna, ale nie chwali się tym. Uważa to za wiedzę, która powinien mieć każdy kot żyjący w lesie. Szczególnie wojownicy i wyższe, czy ważniejsze rangi. Taki kociak to wiadomo, że nie będzie wiedział. Wrona spojrzał na Malinowa Gwiazdę, aby stwierdziła, czy powiedział dobrze. Może przy okazji zacznie mu mówić o granicach?