Księżyce: 46 Mistrz: Żurawinowy Nos [*] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [*] Ojciec: Wężowy Język [*] Partner: na pewno będzie kotką Trwałe urazy: -1 do zmysłów za brak lewego oka
Księżyce: 46 Mistrz: Żurawinowy Nos [*] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [*] Ojciec: Wężowy Język [*] Partner: na pewno będzie kotką Trwałe urazy: -1 do zmysłów za brak lewego oka
Wyrósł na naprawdę przystojnego kocura. Znaczy, sam za takiego się uważa. Zapowiadał się na kota wielkiego i masywnego, a tymczasem wystrzelił jedynie w górę, a nie wszerz. Jest naprawdę wysoki (zapewne przez nienaturalnie długie łapy), ale przy tym niezwykle szczupły, do tego stopnia, że gdyby przyszła jakaś większa wichura, mogłaby go porwać! Ma wielkie, trójkątne uszy oraz garbaty nos i długi, ogon, który można by porównać do bicza. Jego futro jest krótkie i szorstkie, ale warto wspomnieć, że zawsze czyste i ułożone, bo stara się o nie dbać. Kolor jego szaty to w głównej mierze biel. W niektórych miejscach występują czarne plamy, najwięcej na grzbiecie. Kolejne z nich znajdują się na tylnych łapach oraz na lewej przedniej, wszystkie z nich omijają stopy. Czerń również pokrywa cały ogon oraz uszy, lekko nachodzi na oczy. Nie można zapomnieć o mniejszych plamkach w okolicach pyska i nosa, który jest właśnie czarno-różowy. I o dziwo to nie jego orientalna budowa oraz łaciate umaszczenie przyciągają najwięcej uwagi, a oczy lub tak właściwie jedno, prawe. Jest duże i jasnozielone. A co z tym drugim? Nie ma go. Zostało zastąpione przez szklaną kulę, ot, nauczka za głupotę.
Złośliwy, narcystyczny, aczkolwiek ambitny kocur z lekko zawyżonym ego
/więcej w kp, charakter mi się tu nie mieści
Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego też, kiwnął krótko głową, chcąc pokazać, że przyjmuje słowa brata do wiadomości. I... Rzeczywiście będzie pamiętał. Chociaż zapewne bez jego przypomnienia również wiedziałby o tym. Ale to nic, nie widział powodu dla którego miałby powiedzieć Wężowi, że jego ostrzeżenie było oczywiste i dobrze Karaczanowi znane.
- i po co sie przejmujesz zawczasu. Może być tak, że w ogóle się na nie nie natkniemy. - z jednej strony mógłby nazwać teraz brata panikarzem, a z drugiej... Cóż, miał rację. Psy rzeczywiście mogą się kręcić gdzieś w okolicach, w których oni będą chcieli przekroczyć granicę. Byłoby naprawdę kiepsko, gdyby takie dwa, czy trzy psy natknęłyby się na nich. Bez walki pewnie by się nie obeszło, a z kolei walka spowodowałaby nieuniknione, zapewne poważne rany. W najgorszym przypadku łaciaty zostałby zabity. Czemu akurat on? Bo nie jest wystarczająco gotowy, by zmierzyć się z takim potężnym przeciwnikiem. Pomijając brak doświadczenia, jest wymęczony po tułaczce po osiedlu, w dodatku głodny i ma zły humor. W takim stanie nikt nie chciałby walczyć.
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
- Lubię być ostrożny i gotowy na wszystko - odparł luźno, z uśmiechem malującym się na pysku. Mógłby być nazwany panikarzem, strachajłem i nie wiadomo czym jeszcze - przytaknąłby temu, wzruszył ramionami i miałby to gdzieś. Przez to, że jest taki ostrożny zachwyca innych swoim refleksem i tym, że niemal nigdy nic go nie jest w stanie zaskoczyć. I kto wie, może i Karaka kiedyś to doceni! - Jak odpoczniesz, daj znać.
Rzucił do niego spokojnie, układając się wygodniej na sianie. Nie chciał go poganiać, mogli faktycznie spędzić tu moment, pogadać, pomyśleć o tym co było i będzie... robić cokolwiek, innymi słowy. Wężowi się nie spieszyło aż tak. Cyprys wiedziała, że go nie ma więc na dobrą sprawę nie musiał się martwić o to, że ktoś będzie zły na jego nieobecność. Miał na nią zgodę.
Księżyce: 46 Mistrz: Żurawinowy Nos [*] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [*] Ojciec: Wężowy Język [*] Partner: na pewno będzie kotką Trwałe urazy: -1 do zmysłów za brak lewego oka
Księżyce: 46 Mistrz: Żurawinowy Nos [*] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [*] Ojciec: Wężowy Język [*] Partner: na pewno będzie kotką Trwałe urazy: -1 do zmysłów za brak lewego oka
Wyrósł na naprawdę przystojnego kocura. Znaczy, sam za takiego się uważa. Zapowiadał się na kota wielkiego i masywnego, a tymczasem wystrzelił jedynie w górę, a nie wszerz. Jest naprawdę wysoki (zapewne przez nienaturalnie długie łapy), ale przy tym niezwykle szczupły, do tego stopnia, że gdyby przyszła jakaś większa wichura, mogłaby go porwać! Ma wielkie, trójkątne uszy oraz garbaty nos i długi, ogon, który można by porównać do bicza. Jego futro jest krótkie i szorstkie, ale warto wspomnieć, że zawsze czyste i ułożone, bo stara się o nie dbać. Kolor jego szaty to w głównej mierze biel. W niektórych miejscach występują czarne plamy, najwięcej na grzbiecie. Kolejne z nich znajdują się na tylnych łapach oraz na lewej przedniej, wszystkie z nich omijają stopy. Czerń również pokrywa cały ogon oraz uszy, lekko nachodzi na oczy. Nie można zapomnieć o mniejszych plamkach w okolicach pyska i nosa, który jest właśnie czarno-różowy. I o dziwo to nie jego orientalna budowa oraz łaciate umaszczenie przyciągają najwięcej uwagi, a oczy lub tak właściwie jedno, prawe. Jest duże i jasnozielone. A co z tym drugim? Nie ma go. Zostało zastąpione przez szklaną kulę, ot, nauczka za głupotę.
Złośliwy, narcystyczny, aczkolwiek ambitny kocur z lekko zawyżonym ego
/więcej w kp, charakter mi się tu nie mieści
Karaczan... Zdaje się, że wiedział. Być może znał na tyle brata, a może po prostu liliowy już z daleka sprawiał wrażenie ostrożnego. Sam nie potrafił stwierdzić. Ale to nic. Spojrzał jedynie na kocura, nie posyłając mu równie pogodnego uśmiechu. Wyraz jego twarzy przez cały czas był taki... Obojętny albo może lepiej, ciut wykrzywiony w grymasie, jakby ciągle był na coś wkurzony. Tym razem na szczęście nie był. Chyba. Znaczy, sytuacja z psami nieco go irytowała, ale głównie starał się nią nie przejmować. Po części to jego problem, bo w końcu jest gromiakiem, ale podejmowanie ciężkich i stresujących decyzji nie należy do niego, a do Żubrze jest Gwiazdy, która... Zapewne przejmuje się wszystkim bardziej.
- jestem wypoczęty. Myślałem, że to ty chcesz na chwilę się zatrzymać. - Odparł, przyglądając się beli siana, na której ułożył się Wężowy Błysk. Kurcze, czy ona naprawdę jest taka wygodna? Siano pewnie wbija się w dupsko tymi swoimi ostrymi źdźbłami. To... Brzmi nieco boleśnie.
- myślisz, że to oko dałoby się jakoś wyciągnąć. - zapytał nagle, przerywając dłuższy chwilę milczenia. Nie patrzył teraz na stóg siana, a na Węża. Mówiąc o oku miał na myśli to, które włożyli mu wróżbici. Z jednej strony wyglądało ono kozacko, jako... Nietypowa blizna. Z drugiej jednak, Karaczan czuł się dziwnie z faktem, że nosi to ustrojstwo. Inne koty zapewne będą z zaciekawieniem się przyglądać, a on nie był pewien, czy będzie w stanie to znieść.
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
- To się dogadaliśmy! Zaraz możemy ruszać dalej, bracie - wymruczał z uśmiechem, przymykając delikatnie oczy. Nie trzymało ich tu nic tak na dobrą sprawę, więc mogli zaraz iść dalej i... mieć podróż z głowy. Bo po co przedłużać? Zaraz klepnął lekko łapą o siano, zapraszając Karaczana do siebie. Skoro tak intensywnie się gapił to... może chciał wejść? Może chciał być u góry i Węża mieć na dole? - Och... Nie... wiem. W sensie, wyciągnąć to nawet ja ci mogę teraz, ale będzie cię boleć jak sk######n. A do tego, co ci tam by wsadzić? Nie wiemy gdzie jest twoje oko. Miałbyś otwartą ranę, dostałbyś jakiejś choroby i byś padł jak mucha, a nie jak Wojownik, jakim jesteś - skrzywił się lekko, podkreślając z całej siły rangę brata. Wolał, by umarł honorowo. W walce dla dobra Klanu, dla zdobycia władzy, do czegokolwiek, byleby tylko przynieść chwałę sobie i ich rodzinie. Nie z ranki na oku. - I... po co chcesz to wyciągać? Złe wspomnienia, rozumiem, ale nie sądzisz, że to może się przydać? Jak wypłochy ci je dały, może uda się je kiedyś znaleźć przez to oko. A wtedy można by im kazać ci oddać to twoje...
Księżyce: 46 Mistrz: Żurawinowy Nos [*] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [*] Ojciec: Wężowy Język [*] Partner: na pewno będzie kotką Trwałe urazy: -1 do zmysłów za brak lewego oka
Księżyce: 46 Mistrz: Żurawinowy Nos [*] Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [*] Ojciec: Wężowy Język [*] Partner: na pewno będzie kotką Trwałe urazy: -1 do zmysłów za brak lewego oka
Wyrósł na naprawdę przystojnego kocura. Znaczy, sam za takiego się uważa. Zapowiadał się na kota wielkiego i masywnego, a tymczasem wystrzelił jedynie w górę, a nie wszerz. Jest naprawdę wysoki (zapewne przez nienaturalnie długie łapy), ale przy tym niezwykle szczupły, do tego stopnia, że gdyby przyszła jakaś większa wichura, mogłaby go porwać! Ma wielkie, trójkątne uszy oraz garbaty nos i długi, ogon, który można by porównać do bicza. Jego futro jest krótkie i szorstkie, ale warto wspomnieć, że zawsze czyste i ułożone, bo stara się o nie dbać. Kolor jego szaty to w głównej mierze biel. W niektórych miejscach występują czarne plamy, najwięcej na grzbiecie. Kolejne z nich znajdują się na tylnych łapach oraz na lewej przedniej, wszystkie z nich omijają stopy. Czerń również pokrywa cały ogon oraz uszy, lekko nachodzi na oczy. Nie można zapomnieć o mniejszych plamkach w okolicach pyska i nosa, który jest właśnie czarno-różowy. I o dziwo to nie jego orientalna budowa oraz łaciate umaszczenie przyciągają najwięcej uwagi, a oczy lub tak właściwie jedno, prawe. Jest duże i jasnozielone. A co z tym drugim? Nie ma go. Zostało zastąpione przez szklaną kulę, ot, nauczka za głupotę.
Złośliwy, narcystyczny, aczkolwiek ambitny kocur z lekko zawyżonym ego
/więcej w kp, charakter mi się tu nie mieści
Wąż powiedział, że zaraz mogą wyruszać, a chwilę później wskazał na miejsce obok siebie, tuż na szczycie beli siana. Karaczan zmarszczył brwi, zdając sobie sprawę z faktu, że jeśli wskoczy na górę, zapewne nie będzie chciał prędko zejść i zostaną tu o wiele dłużej. To wydawało mu się nieco niebezpieczne, w końcu w każdej chwili może przyjść tutaj jeden z tych wielkich koni albo chociażby dwunożnych, którzy również potrafią być zagrożeniem, którego lepiej byłoby uniknąć.
- nie wejde tam, bo wtedy w ogóle nie pójdziemy dalej. - powiedział zgodnie z prawdą, zupełnie tak, jak chwilę temu pomyślał. Liczył, że Wąż zrozumie i nie będzie nalegać. Czy byłoby coś gorszego? Dla Karaczana nie. Nigdy zbytnio nie lubił, gdy jasno mówił komuś, że czegoś nie chce, a ta osoba jeszcze kilkakrotnie starała się go namówić. Skoro nie, to nie i nie powinno się tego kwestionować. Nic na siłę, prawda?
- dobrrra. Lepiej to zostawmy, bo będzie jeszcze gorzej. - mruknął cicho, wysłuchawszy słów brata. No cóż, liliowy miał racje i nie było potrzeby się z nim sprzeczać. - nie sądzę, by to coś miałoby mi się przydać. Na ten moment jedynie utrrrudnia mi widzenie, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia sie. Z drrrugiej strrrony, nie mam zamiarrru szukać mojego oka, nie planuje wrrracać na osiedle. - Odparł chwilę później, gdy nieco zastanowił się nad tym wszystkim. Szybko doszedł do wniosku, że... Nawet gdyby znalazł swoje prawdziwe oko, nie byłby w stanie włożyć go do oczodołu. No bo jak to tak? Jeszcze by sobie coś uszkodził i byłoby nie źle, a tragicznie. W niektórych sprawach lepiej nie eksperymentować. - w sumie. Trrrrochę to orrryginalnie wygląda. Żaden kot w całym lesie nie ma takiego oka. - chwile się zastanawiał, czy powinien o tym mówić. Szybko doszedł do wniosku, że... Czemu by nie? Chętnie pozna zdanie Węża na ten temat. Może jest podobne, a może całkowicie inne?
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Och, więc jednak nie? To nie! Co prawda, Węża trochę zdziwiło to że Karaczan jednak wejść do niego nie chciał, ale skoro by się rozleniwił i nie chciał iść dalej - lepiej żeby nie dołączał do liliowego. Potem Sztorm mówił dalej o oku. Umięśniony jedynie skinął głową, rozumiał że czarno-biały nie jest zainteresowany powrotem na osiedle. To zrozumiałe, szczególnie że jego pierwsza wizyta tam była mało przyjemna. - I to jest pozytywne myślenie! Kto wie, może wyrwiesz jeszcze jakąś ładną panienkę na to, co, bracie?! - zaśmiał się gromko, zaraz napinając mięśnie i robiąc skok do brata. Jemu się to oko podobało. Sam by się takim nie interesował, ale na kimś? Bardzo ładnie wyglądało. - I co, lecimy dalej?
Już sama Czarcia aparycja jest dowodem na chaos drzemiący w smolistym larwiątku i ... diabelski rodowód, pochodzenie. Za to imię Czart zdaje się idealnie pasować do jego posiadacza wszak, na razie, niewielkich rozmiarów kulka, pokryta jest długim, smolistym futrem, o oleistym połysku, nieco postrzępionym i odstającym we wszystkie strony świata, zupełnie tak, jak czarny pasożyt, po którym nosi miano. Po drugim z ojców - Kościstej Łapie, odziedziczył orientalną urodę, z mocno zarysowanymi kośćmi jarzmowymi, klinowatą głowę zwieńczoną szpiczastym pyskiem, ogromnymi, nietoperzymi uszami i no właśnie, kościstą, kanciastą sylwetką. Pokrzywioną, w dodatku. Nadrabia za to, trzeba przyznać, okazałym, wprost nieprzeciętnym wzrostem, co jak można się domyślić, jest zasługą genów Raniuszka. Czart osadzony jest na długich, pokracznych, tyczkowatych łapach. Grzbiet wyciągnięty i szczupły, z widocznym zarysem kręgów przykrytych warstwą czarnej sierści z odstającymi żebrami u boku. Pysk Czarta, nierzadko wykrzywiony w złośliwym uśmieszku, zdobią powykrzywiane, białe wibrysy, a także garbaty nos. Cechą wyróżniającą go na tle innych, egzotycznej urody braci i sióstr, są oczy, odziedziczone po liliowym ojcu i jego rzecznych przodkach - w kształcie migdała, skośne, jasnobłękitne, niemal przejrzyste z widoczną siecią czerwonych żyłek w okolicy tęczówki, o dziwnie zwężonej źrenicy. Doszukać się w nich można, jeśli nie obłędu, to pobudzenia i żywotności. Czart porusza się dziwnie... sprawia wrażenie, jakoby bardziej lewitował nad ziemią niżeli po niej stąpał, do tego przemieszcza się z miejsca na miejsce w takim tempie, że właściwie dostrzec go można wyłącznie kątem oka. Sam chód pozbawiony jest dostojności, a postawa - zgarbiona. Za to głos Czarta jest skrzekliwy, jednocześnie słyszalna jest w nim charakterystyczna chrypka. Ot, takie to dziecię, jakby nie z tego świata.
Niecnota i to wcale nie taka mała! A jakby tego było mało, to jeszcze niezłe ziółko. Niepokorne, niesforne i potwornie psotliwe, pakujące w kłopoty nie tylko siebie, lecz także innych. I złośliwe. Trudnym zadaniem byłoby sprawować nad nim kontrolę, wszak jest to istna czarna kula chaosu, wprowadzająca niemały zamęt i zamieszanie, wszędzie dookoła. Niezdyscyplinowany i nie do poskromienia. Pełen dziwactw, sprawiający wrażenie nieco oderwanego, żyjącego we własnym świecie i tak właściwie, to w nim żyjący. Bardzo ciekawski, ściślej mówiąc - wścibski, a na domiar złego - okropnie nachalny i nierzadko naprzykrzający się. Wszędzie go pełno - przemieszczenie się z jednego kąta do drugiego zajmuje mu kilka uderzeń serca. Mówi dużo, często bez opamiętania, kłamie dla zabawy, celowo wprowadza innych w błąd, opowiada niestworzone rzeczy, istne dziwy. Roztacza wokół siebie mistyczną aurę. Ciekawy świata i chętnie go odkrywający, zafascynowany tajemną, niedostępną wszystkim wiedzą. I żyje, tak jak chce, nie kierując się właściwie żadnymi ustalonymi, narzuconymi z góry zasadami. Ma swój pomysł i wizję życia w stadzie, a także dość... osobliwy pogląd na otaczającą rzeczywistość. Przewrotny, przebiegły i dla zasady przekorny. Ot, trickster i mały łotrzyk. Swoimi psikusami niejako testuje cierpliwość innych kotów, wydobywając z nich ich prawdziwą naturę, można rzecz - obnażający ich hipokryzję. Można by również uznać, że lawiruje na granicy tego, co uznawane jest za dobro i zło. W gruncie rzeczy jednak nie jest kotem złym, wręcz przeciwnie! Całkiem sympatyczna z niego postać, powiedzmy. Chce dobrze, ale... kłopoty przyciąga jak magnes. Zdarza się jednak i to wcale nierzadko, że wychodzi to jednak na dobre. A, jako że Czart jest istotą młodą i plastyczną, kto wie, może z czasem zadziorny, swawolny temperament zostanie stonowany lub, co również jest możliwym do spełnienia scenariuszem - wręcz przeciwnie!
Podejście... trzecie, a przynajmniej na tej liczbie, przy ostatnim odliczaniu się zatrzymał. Chaos na wolności, po raz trzeci. I nastrój, jak zawsze, iście destrukcyjny, bardziej nieco niż zwyczajny młodzieńczy wigor. Czy oznaczało to... kłopoty?
Niewykluczone, właściwie - bardzo możliwe. Co jednak było pewne, równało się to z wędrówką. Długą, całodniową, oby pełną wrażeń. Nie prowadziła do konkretnego celu, lokalizacji, lecz miała konkretny cel - Czarcią zawieruchę, podbój świata, czy też - porządku świata przewrót. Tak, że za sprawą sił Czarcich świat runąłby, jak długi na pysk. Jak na razie, na pysk padł Czart, nieskutecznie próbując wdrapać się na szczyt Paśnika. Nic nie szkodzi, zabawa była przednia.
Czegoś jednak zdawało się do pełni (nie)szczęścia brakować... towarzystwa! Bo jak obalać porządki i zdobywać świat, to we dwoje... troje, no nie samemu! Jak na razie, jedynym nieporządkiem, do jakiego mógł doprowadzić, było rozrzucone siano, chociaż... z dwojga złego, i taki nieład dobry.
Średniej wielkości kocur o długim, puszystym futrze. Białe bokobrody łączą się z jego kryzą, tworząc kręg włosów, przypominający lwią grzywę. Rysy pyska ma delikatne, niemalże okrągłe. Uszy są dosyć małe, niezakończone frędzelkami. Jego ładne, duże oczy są w wyjątkowo specyficznym kolorze. Najbliżej im do określenia mianem oliwkowych. W zależności od światła albo przyjmują barwę zieleni, albo mienią się na żółto. Może pochwalić się urodą i wrodzoną elegancją. Ostrożny krok, niepozbawiony gracji. Zadbany ogon podobny do tego pawiego trzyma przy ziemi, okazjonalnie ruszając nim na boki. Nos ma różowy, podobnie jak opuszki. Jego umaszczenie jest mieszanką rudego - z ledwie przebijającymi się ciemniejszymi tygrysimi pręgami - i czarnego; jest szylkretem. Jednak i to nie odbiera mu powabności, bo jego łaty rozłożone są wyjątkowo uporządkowanie. Tak, jakby ich mieszanka była efektem zupełnie zamierzonym. Starannym i dobrze wymierzonym. Biel zajmuje połowę jego ciała, ustępując miejsca tylko na czubku głowy, torsie i ogonie.
Jeżeli tylko szukasz dobrej zabawy, możesz mieć pewność, że Barwny zdecydowanie ci ją zapewni. Język ma miękki niczym puch, a słowa jeszcze bardziej. O co go nie zapytasz - chętnie uraczy cię anegdotką z własnego życia, przytaczając kolorowe porównania i własne przemyślenia. Wiedzę. Bardzo pewny siebie, ale na całe szczęście nie zahacza o arogancję. Wierzy we własne rację i osobę, sam też uważając swoje historyjki za źródło największej prawdy. Szkoda tylko, że znacząca część z nich jest wymyślona. Jest bardzo nieszkodliwym mitomanem. Nie kłamie dla jakiegoś określonego celu, a bardziej dla akceptacji ze strony innych. Stworzenia z siebie zupełnie innej osoby, będącej jego największym źródłem komfortu. Uprzejmy, nie denerwuje się i trudno go zmieszać. Ze wszystkiego potrafi wyjść z twarzą, często chroniąc się od wstydu spokojnym żartem. Optymista uważający, że wszystko da się osiągnąć. Tylko czasami niektóre ścieżki do celu są wyjątkowo kręte. Impulsywny, szybko myśli. Empatyczny, pozytywnie nastawiony do każdego i pełen zrozumienia. Nie naciska i często woli sam przejąć inicjatywę w dyskusji, przytaczając przyjemne tematy do rozmowy dla obydwóch stron, aby nikt nie był urażony. Inteligentny, nie potrzebuje konkretów i kieruje się swoim "widzi mi się" czy też przypuszczeniami. Pasywny, momentami nawet uchodzący za rozleniwionego. Woli rozmowę od działania i potrafi spędzić na niej nawet całe dnie, wymyślając coraz to nowsze opowieści. Czy też koty, które spotkał na swojej wyimaginowanej drodze, już jako Barwna Historia. Bo jego własna osoba właśnie taką historią jest, opowiastką. Nie przejmuje się tym, że może plątać swoje dzieje, każdemu przestawiając ich inną wersję. Nie zwraca na to żadnej uwagi, najbardziej skupiając się na tym, aby jego myśli w pełni opuściły jego pysk. Aby pełen pewności siebie mógł powiedzieć to, czego przez tyle księżyców nie mógł. Dalej kształtował siebie, nawet na niezbyt trwałej ułudzie. Bo najlepiej go ogrzewa. Obejmuje go, twardo trzymając. Nie pozwalając na to, aby w jego ciele tliła się choćby jedna mała iskiereczka wcześniejszego smutku, zmieszania. Braku tożsamości. Spokojny, ale i wyjątkowo bezwstydny robiący to, co żywnie mu się podoba. Nie bojący się mówiąc "a" powiedzieć i "b", a nawet cały alfabet. Maskuje swoje wszelkie pomyłki, sprawnie wygrzebując się nawet z najgłębszego dołu. Oczywiście po szczeblach swoich wymysłów. Odrzuca frustracje z powodu braku kontroli nad niektórymi rzeczami, przyjmując je jako coś naturalnego. Nieodwracalnego. Każdą niedoskonałość, odmienność. Nie widzi najmniejszego sensu w przejmowaniu się nimi, chwytając tym samym wszystkie kłody rzucane mu pod nogi.
Najwidoczniej jakaś siła wyższa wysłuchała próśb Czarta, zsyłając mu towarzysza do zabawy, który - podobnie do niego - bezcelowo się błąkał. Aż w końcu na coś natrafił. A bardziej na kogoś, bo na powitanie uraczył go widok kota spadającego prosto na pysk. Syknął sam do siebie, jakby w ramach współczucia. Ale nieznajomy dosyć szybko pozbierał się po swojej nieudanej próbie wspięcia na paśnik. To dobrze. Nie warto przejmować się upadkami. Brudem, związanym z przegraną. Najlepiej się otrzepać i próbować dalej, do skutku. Ale też warto mieć jakieś granice – aby czasem się nie zamęczyć. Wszystko w umiarze, zdrowych granicach. Bez przeceniania umiejętności. Czuł, że jeśli czarny jeszcze trochę popróbuje, z pewnością uda mu się wspiąć na sam szczyt paśnika. Lecz obecnie tylko się męczył. Pokręcił w milczeniu głową, swoje kroki ściszając do minimum. Niemalże się skradając, niczym do zwierzyny. Albo lepiej; jak do ptaka, którego właśnie przyszło mu obserwować. Tyle, że nie podziwiał jego mięsa, a to, co robił. Podziwiał go jako istotę, nie jako pożywienie. Bo potrafił widzieć o wiele więcej w pospolitych czynnościach. Nawet, jeżeli często je wyolbrzymiał, kręcąc nosem na faktyczny, prosty sens.
Ostatecznie zdecydował się zgadać, w głowie roztrzepując, czy powinien na start rzucić do niego jakieś zdawkowe pytanie, czy przejść do sedna. Oczywiście wybrał to drugie uznając, że z pewnością bardziej przypadnie i tak już zajętemu kotu do gustu.
— Musisz uważać — zaczął z oddali, dopiero teraz się do niego zbliżając. Zajął miejsce obok niego, posyłając mu spokojny uśmiech. — Wiesz, miałem kiedyś kolegę - Piołun się nazywał. Za najważniejszy cel swojego życia objął sobie właśnie wdrapanie się na ten paśnik. Próbował dniami, nocami... Aż w końcu życie postanowiło go boleśnie doświadczyć i spadł z takim impetem, że skręcił sobie kark. W ramach ostatecznej… Nieco zbyt surowej nauczki.
Lekko uderzył ogonem o ziemię, przytaczając śmierć swojego wyimaginowanego przyjaciela. Czy jego historia miała jakieś drugie dno? Ukryty sens? Pouczenie? Nie. Była prędzej czystą przestrogą mówiącą, aby lepiej sobie odpuścił, bo od nieszczęścia czasami dzieli jeden krok. A on oczami wyobraźni już doskonale widział, jak nieznajomy zajmuje miejsce wymyślonego kocura.
— Ale minusem Piołuna było to, że wszystko robił samotnie, bo sam był swoim najbliższym i najserdeczniejszym przyjacielem. Wskakuj, pomogę ci — rozchmurzył się momentalnie, pochylając się odrobinę, aby nieznajomy mógł się od niego odbić i wskoczyć na paśnik. Bezinteresowna pomoc. Nie musiał go znać, ani doszukiwać się celu jego poczynań, aby podać mu pomocną dłoń. Jeżeli tylko taki był jego cel, szylkret gotów był użyczyć mu swoich pleców i z ich pomocą może ubarwić jego czarny pysk uśmiechem, który zdecydowanie rozgrzałby go tą mroźną porą.
Księżyce: 98 Mistrz: Węgorzowe Gardło / Płotkowy Potok Płeć: fajna [amab nb] Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: mutyzm wybiórczy
Przeciętnego wzrostu, chude, słabo umięśnione. Futro ma długie, srebrne czarne, klasycznie pręgowane. Na lewym boku pod futrem skrywa się długa blizna. Oczy zielone, nos ceglastoczerwony.
Melancholijny włóczęga o bardzo fragmentarycznej pamięci i łagodnym usposobieniu. Pogrążone w anhedonii, niepewne tego, czego samo chce, nawiedzane mrocznymi wspomnieniami, ukojenie odnajduje w syceniu swojego stałego wanderlust.
Zguba kiedyś widziało drobne rybki o srebrnych ciałkach krążące w leniwie toczącym się strumyku. Nie pamiętało, gdzie to było, kiedy to było, ba, nie dałoby nawet głowy, że to wydarzyło się naprawdę, a nie w jakimś ich śnie. Pamiętało tylko, że gdy nachyliło się nad strumykiem, by dokładniej przyjrzeć się srebrzystym stworzonkom, te płochliwie rozpierzchły się na boki, by po chwili wrócić do spokojnego pływania bez widocznego celu.
Czasem myślało, że też jest taką rybką. Pływa bez celu i jedynie czasem wpada w popłoch, nawet mimo tego, że nikt nie próbuje zrobić im krzywdy.
Jak długo już krążyło po tych terenach - bez celu, bez kotwicy i bez portu? Wschód słońca, trzy, dziesięć? I jak długo już podróżowało - jak daleko? Być może cały czas krążyło po własnych śladach, a być może było o tyle długości drzew od Klanu Rzeki, ile było gwiazd na nocnym niebie. Być może rację miał... och, kto to mógł być? - ten, kto powiedział im kiedyś, że świat może zupełnie nie mieć końca. Prawdę mówiąc, nie myślało o tym. To nie miało znaczenia. Dla pielgrzyma najważniejszy jest cel, dla zaginionego powrót do domu, dla zbiega odległość, dla włóczęgi podróż. A Zguba samo nie wiedziało, co dla nich jest ważne.
Wiedziało za to, co lubi. Brzęczenie pszczół wokół siebie. Koiło ich niespokojną duszę, ilekroć Zguba je słyszało. Oznaczało, że wokół krąży wiele małych żyć, które zajmują się sobą i które nie żądlą, jeżeli się ich nie skrzywdzi. Tak, uwielbiało pszczoły, uwielbiało owady, więc usłyszawszy gdzieś pogłoski o tym, jakoby Dwunożni postawili w okolicy dziwne twory, w których trzymali całą masę pszczół, wybrało się na ich poszukiwanie.
Szło powoli. Czuło ciepło ziemi obok siebie. Wiatr w futrze. Nasłuchiwało czujnie.
// Zawilec!!!
somepeopleSMILE attheendoftheday 𝘀𝗼𝗺𝗲 𝗽𝗲𝗼𝗽𝗹𝗲 𝗹𝗮𝘂𝗴𝗵, 𝗶 𝘀𝘂𝗽𝗽𝗼𝘀𝗲 but to me there’s nothing
but gloom and despair that’sjusthowthestorygoes
Księżyce: 135 Mistrz: Gęsiopióry, Wiosnek Płeć: afab Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwitnący Jar Trwałe urazy: Trzy ślady na szyi po przejechaniu po okruchach skalnych.
Księżyce: 135 Mistrz: Gęsiopióry, Wiosnek Płeć: afab Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwitnący Jar Trwałe urazy: Trzy ślady na szyi po przejechaniu po okruchach skalnych.
Niebieski szynszylowy, niski i drobny kot pokryty dużą ilością bieli. Jego długie futro jest bardzo zadbane, a złociste oczy są duże i okrągłe. Na szyi widnieją trzy blizny.
fajny
Gwiezdna Łapa [KRz], Śniąca Łapa [KW]
Jeden z wielu spacerów Zawilcowego Gaju. Niby trochę minęło od jego mianowania. Ba! Zdążył on już nawet wytrenować terminatora, który sam teraz był wojownikiem. A jednak momentami, tymi krótkimi chwilami wydawało się mu, jakby jeszcze przed chwilą był Białą Łapą, przed zjawieniem się na osiedlu. Momentami. Jego poczucie czasu lubiło czasami kompletnie zawodzić.
Również i teraz poczucie czasu go zawiodło. Zaledwie dopiero co opuścił obóz, a teraz już spacerował po siedlisku koni. W sumie kompletnie bez większego celu... Jak tak właściwie zwykle. Jego jedynym celem był spacer, odetchnięcie od terenów klanu rzeki widywanych dzień w dzień. Lubił je, ich znajomość przynosiła mu komfort, ale za razem i pragnął czasami jakiejś luźnej odskoczni.
I gdy właśnie karmił swą duszę spragnioną jakiejkolwiek nowości chociaż raz na jakiś czas, tak i akurat los mu zesłał na drodze futro, które zdawało się jakby dziwnie znajome. Czarny srebrny kot szedł powoli, a on, skuszony obietnicą spotkania kogoś, kogo być może poznał przed kompletną zmianą jego życia szedł trochę szybszym krokiem. Czując w pewnym momencie zapach nieznajomego, miał coraz większe wrażenie, że kompletny nieznajomy to to nie był, a jego z początku, jak by wydawać się mogło, głupie podejrzenia mogły się jednak okazać poprawne. Trzeba się przekonać.
- Dzień dobry - powiedział, będąc ni to daleko od przeciętnego wzrostu kota, ni to zbyt blisko. Przed zniknięciem z klanu nie miał wiele interakcji z innymi kotami i rozmowa z miłym Księżycem zapadła mu bardzo w pamięć... Nawet jeśli nie pamiętał już dokładnie jej całego przebiegu. Ciekawe, czy to naprawdę zaginione starsze rodzeństwo Dębowego Boru, i jeśli tak, to czy... Pamięta jakkolwiek Zawilca. A jeśli nie, to czy okaże się to kot, z którym mógłby chociaż przeprowadzić jakąś ciekawą konwersację, może dowiedzieć się tego czy tamtego, a potem może ruszyć dalej w drogę, by wrócić później do obozu z jakimiś piszczkami w pysku.
apersonwhothinksallthetime hasnothingtothinkaboutexceptthoughts so,he losestouchwith reality and lives in aworldofillusions
Księżyce: 98 Mistrz: Węgorzowe Gardło / Płotkowy Potok Płeć: fajna [amab nb] Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: mutyzm wybiórczy
Przeciętnego wzrostu, chude, słabo umięśnione. Futro ma długie, srebrne czarne, klasycznie pręgowane. Na lewym boku pod futrem skrywa się długa blizna. Oczy zielone, nos ceglastoczerwony.
Melancholijny włóczęga o bardzo fragmentarycznej pamięci i łagodnym usposobieniu. Pogrążone w anhedonii, niepewne tego, czego samo chce, nawiedzane mrocznymi wspomnieniami, ukojenie odnajduje w syceniu swojego stałego wanderlust.
Brzęczenie, brzęczenie tak wyraźne, że gdy przymykało oczy, nadal widziało złote plamki krążące wokół ich głowy, gdy nagle w tą cudowną symfonię wdarł się głos. Otwarło gwałtownie oczy i rozejrzało się za mówiącym.
Ten pyszczek. Ta sylwetka. Jakby znajome. Jakby ktoś, kogo znało wiele, wiele księżyców temu. I te blizny. Nieistniejące Gwiazdy, te trzy blizny...
Oczywiście, nie mogło mu odpowiedzieć. Z tej odległości absurdem byłoby odczytywanie z ruchu ust. Uniosło więc łapkę, by zasygnalizować, że widzi kocura, i ruszyło ku znajomemu-nieznajomemu. Kilka kroków od niego uderzył ich zapach, od którego zakręciło się im w głowie, w gardle urosła straszna gula; ich instynkty nie myliły się. Zapragnęło odwrócić się, ruszyć w drugą stronę, uciec daleko, daleko. Ale było już za późno; musiało powitać kocura, co uczyniło ruchem warg.
- Witaj - by po chwili dodać - Znam Cię. Chyba znam.
somepeopleSMILE attheendoftheday 𝘀𝗼𝗺𝗲 𝗽𝗲𝗼𝗽𝗹𝗲 𝗹𝗮𝘂𝗴𝗵, 𝗶 𝘀𝘂𝗽𝗽𝗼𝘀𝗲 but to me there’s nothing
but gloom and despair that’sjusthowthestorygoes
Księżyce: 135 Mistrz: Gęsiopióry, Wiosnek Płeć: afab Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwitnący Jar Trwałe urazy: Trzy ślady na szyi po przejechaniu po okruchach skalnych.
Księżyce: 135 Mistrz: Gęsiopióry, Wiosnek Płeć: afab Matka: Kwiatowa Przełęcz Ojciec: Kwitnący Jar Trwałe urazy: Trzy ślady na szyi po przejechaniu po okruchach skalnych.
Niebieski szynszylowy, niski i drobny kot pokryty dużą ilością bieli. Jego długie futro jest bardzo zadbane, a złociste oczy są duże i okrągłe. Na szyi widnieją trzy blizny.
fajny
Gwiezdna Łapa [KRz], Śniąca Łapa [KW]
Zawilec obserwował ruchy warg srebrnego kota, jego uszy jednak wciąż nastawione, jakby próbował wyłapać jakikolwiek odgłos ze strony Zguby. Może cichy, ledwo słyszalny, ale jednak dalej jakkolwiek słyszalny szept. Żaden odgłos nie został wyłapany przez nastawione uszy wojownika. Musiał polegać na samym czytaniu z ruchów warg.
Pierwsze, to było chyba "witaj", jeżeli była to odpowiedź na jego przywitanie. A drugie było trudniejsze, bo tak, jak miał jakąś wskazówkę pod postacią kontekstu, tak tutaj musiał się bardziej skupić na ruchach warg i tak właściwie trochę... Zgadywać. A gdy srebrny kot przestał już bezgłośnie mówić, Zawilec przez chwilę badał ich wzrokiem, jakby poszukując powodu, dla którego nie słyszy ich głosu, aż w końcu się odezwał, ponownie skupiając swój wzrok na zielonych oczach - Dobrze zrozumiałem, że znasz mnie? - spytał, dla upewnienia. Naprawdę starał się skupić, dobrze rozczytać co było do niego powiedziane, ale musiał się upewnić, że to na pewno to. Że nie zrozumiał kompletnie źle.
Ale zanim dostał jakąkolwiek odpowiedź, odezwał się ponownie, tym razem brzmiąc pewniej - Księżyc, prawda? - wygląd i zapach zgadzały się, jeśli jego wspomnienia nie płatały mu figli. A mogły płatać.
apersonwhothinksallthetime hasnothingtothinkaboutexceptthoughts so,he losestouchwith reality and lives in aworldofillusions
Księżyce: 98 Mistrz: Węgorzowe Gardło / Płotkowy Potok Płeć: fajna [amab nb] Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: mutyzm wybiórczy
Przeciętnego wzrostu, chude, słabo umięśnione. Futro ma długie, srebrne czarne, klasycznie pręgowane. Na lewym boku pod futrem skrywa się długa blizna. Oczy zielone, nos ceglastoczerwony.
Melancholijny włóczęga o bardzo fragmentarycznej pamięci i łagodnym usposobieniu. Pogrążone w anhedonii, niepewne tego, czego samo chce, nawiedzane mrocznymi wspomnieniami, ukojenie odnajduje w syceniu swojego stałego wanderlust.
Słabo pokiwało głową na jego słowa. Skóra im cierpła, choć było zupełnie ciepło. Gdy ostatni raz było na terenach Klanu Rzeki, Pora Opadających Liści przechodziła w Porę Nagich Drzew. Pamiętało to jak przez mgłę, jak zresztą wszystko inne.
Gdy kocur wymienił ich imię, prawie odskoczyło o krok do tyłu, a po pysku przebiegł im, jak błyskawica, niekontrolowany i trudny do opisania wyraz. Przerażenie, zaskoczenie, niepewność. Zaraz się opanowało, ale niemożliwym było, żeby Zawilec nie zauważył nagłej zmiany w ich wyglądzie.
Dalsze udawanie nie wchodziło w rachubę. Westchnęło i zaczęło grzebać przednią łapką w ziemi.
- Tak. Kiedyś tak. Dawno.
somepeopleSMILE attheendoftheday 𝘀𝗼𝗺𝗲 𝗽𝗲𝗼𝗽𝗹𝗲 𝗹𝗮𝘂𝗴𝗵, 𝗶 𝘀𝘂𝗽𝗽𝗼𝘀𝗲 but to me there’s nothing
but gloom and despair that’sjusthowthestorygoes
Księżyce: 99 Mistrz: łuna Płeć: kocur Matka: łuna Trwałe urazy: blizna po uderzeniu kamieniem na czubku głowy; anizokoria (prawa źrenica zawsze nieco większa od lewej), problemy z pamięcią, bezsenność. wiele drobnych, cienkich blizn pod futrem
Księżyce: 99 Mistrz: łuna Płeć: kocur Matka: łuna Trwałe urazy: blizna po uderzeniu kamieniem na czubku głowy; anizokoria (prawa źrenica zawsze nieco większa od lewej), problemy z pamięcią, bezsenność. wiele drobnych, cienkich blizn pod futrem
wysoki, atletycznie zbudowany | krótkowłosy | czarny lynx point [tygrysie pręgi] | białe znaczenia | błękitne oczy | anizokoria: źrenice o dwóch różnych rozmiarach (prawa źrenica zawsze nieco większa od lewej)
smutny | flegmatyczny | pesymista | antyspołeczny | o dobrym sercu | ma kręćka na punkcie odnalezienia klanów, sam nie rozumie czemu | ma problemy z pamięcią
Nie znalazł odpowiedzi których szukał i na ten moment musiał się poddać. Klan Gromu krążył w jego myślach, Wężowa Gwiazda pojawiał mu się przed oczami. Głupio miał nadzieję, że się uda, ale nadzieja matką głupich a teraz znowu nie potrafił spać po nocach przez swoje niespełnione marzenie. Może znajdzie tu Pożara, porozmawia z nim?
Na ten moment jednak zatrzymał się w stajni nieopodal terenów Klanu Gromu. Nie chciał wracać nad morze bez dobrej historii do opowiedzenia. Nie chciał też iść na osiedle, ani nie chciał zostać w lesie... stogi siana w stajni wyglądały przytulnie.
Niedługo potem Wawrzynek kompletnie, jakby z dnia na dzień, nagle, jakoby ktoś mu coś przestawił w głowie, zapomniał o Klanie Gromu.
zt permanentne
znam swojemyśli – prowadzą mnie xxxxxxxxxxxxxxxxtak jak PROWADZĘ się sam wciąż jestem czysty a czuję się xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxjakbym coś brał budzą mnie nerwyxtrujące jak wilczego łykakrzew xxxxxxxxxxkwitnie mi w oczachczerwony krzak xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxPRZELEWAM KREW
Księżyce: 74 Mistrz: Szafirkowy Pyłek Płeć: kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Trwałe urazy: oderwane ¾ lewego ucha; blizna po pazurach na brzuchu
Duży, długowłosy, czarny dymny. Żółte oczy.
Jak wiele kociaków, Skała jest energiczny i chętny do zabawy, w szczególności wszelkich sparingów i przepychanek. Jest również całkiem odważny i śmiały, a nawet gdyby się czegoś przestraszył, starałby się tego, jak i każdej innej słabości, nie okazywać publicznie. Poza tym lubi też wszelkiego rodzaju rywalizację, w szczególności, jeśli to on w niej wygrywa. Zwykle działa bez zastanowienia, a mówienie zbyt długo wydaje się mu być stratą czasu, po co to robić, skoro łatwiej i szybciej można wszystko załatwić pojedynkiem? Chociaż gdyby już udało się go zmusić do pomyślenia przez chwilę, okazałoby się, że nie jest jedynie górą mięśni bez jakichkolwiek komórek mózgowych, ale póki nie jest to konieczne, woli inne rozwiązania od korzystania z nich zbyt często.
I mogłoby się wydawać, że każdemu trudno będzie utrzymać go w miejscu i przekazać jakiekolwiek nauki, to w obecności rodziców, szczególności ojca, trochę się uspokaja i chłonie każde jego słowo, żeby w przyszłości móc być dokładnie jak on. Chce przecież również w przyszłości zostać równie potężnym wojownikiem, dla całego swojego klanu, a tym bardziej rodziny.
Mijał kolejny dzień, a on czuł, że wciąż nic nie osiągnął. Nawet jeśli istniał jakiś cel, który chciał osiągnąć, to co z tego, skoro nie był w stanie go jeszcze wykonać? Miał dość życia, w którym się znalazł, a jednocześnie brak jakiekolwiek opcji, by zmienić je już w tej chwili, bo przecież do klanu wciąż nie mógł wrócić.
Co się tam teraz mogło dziać? Wolał nie wyobrażać sobie wszystkich najgorszych rzeczy, które mogły się tam już stać, kolejnych morderstw i zaginięć. A wszystko przez to, że nie umiał wykonać swojego zadania. Usiadł na moment pod jakąś dziwną, stojącą tu konstrukcją, by odpocząć na moment by odpocząć chociaż chwilę od tego bezsensownego chodzenia. Musiał coś zrobić, cokolwiek, byleby miało to jakiś sens.
when I am dead, I won't join their ranks 'cause they are both holy and free
and I'm in Ohio,satanic andchained up, and until the end, that's how it'll be