Kałuży nie do końca udało się mocno złapać kłaki mistrza. Cóż, pewnie istotną rolę odegrał tu fakt, że jego mistrz miał dość krótkie futro, do tego nieco tłustawe od rybnej diety, Kałuża jednak obficie go oślinił. Wschód jednak nie pozostał mu dłużny, i jednym, celnie wymierzonym kopniakiem zrzucił z siebie rudego kocura, który znalazł się obok mistrza.
- Czy ty jesteś poważny?! - sapnął wojownik, przewracając się na bok i czując, jak gęsta wydzielina Kałuży spływa mu powoli po sierści szyi. Zgarnął nadmiar łapą i strzepnął ją, by spadło to gdziekolwiek, byle dalej od niego. F U J. Będzie musiał po tym wziąć porządną kąpiel w chłodnawych wodach Grzmiącej Rzeki. Wstał na równe łapy, ignorując to, że właśnie przerywał trening walki, i otrzepał się mocno, by zaraz po tym z odrazą odchylić łeb. No nie ma bata, nadal był wilgotny od kałużowej śliny!
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Poleciał niezgrabnie na bok, uderzając lekko biodrem o ziemię z cichym, przeciągłym "pufff" wydobywającym się przez moment z trzewi. Będzie siniak jak nic. Kałuża przeturlał się szybko na brzuch i potrzepał intensywnie głową, bo coś mu w niej niefajnie zadzwoniło. Zmarszczył brwi, a następnie dotknął łapą czoła, jakby sprawdzał, czy jest na swoim miejscu, a potem zrobił to samo, macając się po średniej wielkości uszach. Przez cały ten jednak czas zezował przytomnie na Mistrza, nie wykluczając, że zaraz znowu do niego wyskoczy z łapami, ale ten wyglądał na z deka... zrezygnowanego. HA. Czyli pełen sukces. Dobór środków był nieco przypadkowy, ot, po prostu usiłował upozorować wgryzienie się w gardło, jednak rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania Kałużowej Łapy - Mistrz dał mu spokój. Tylko gdyby się tak nie ciskał...
Odchrząknął, usiłując zmyć z rudego pyska aż nazbyt widoczne zadowolenie.
- Nie no... No STARAM SIĘ być, tak no wiesz, ale bez przesady... Śmiech to zdrowie - zaczął nieporadnie wyjaśniać, nie bardzo wiedząc, o co Bursztyn robił aferę. Następnym razem może partnerowi Kukułki pójdzie lepiej, ale generalnie to powinien się cieszyć z postępów Kałuży, czyż nie?
Tak szczerze mówiąc to Wschód stracił ochotę na dalszą walkę. Nigdy nie byl w sumie do końca czyścioszkiem, ale nigdy nie musiał nosić na swoim miękkim futrze flegmy innego Rzeczniaka, a szczerze mówiąc trochę go to obrzydzało.
- Śmiechem to rywala nie pokonasz. - fuknął, nadal bardziej skupiony bardziej na resztkach śliny Kałuży niż na nim samym, choć zerknął na niego przelotnie. - Koniec tego dobrego, wracaj do obozu. Ja muszę iść to zmyć. - ostentacyjnie wywalił jęzor z pyska z cichym "blee". - O tym, co tu zaszło, pogadamy następnym razem. - odprowadził terminatora kawałek do obozu, po czym sam ruszył nad rzekę, by porządnie się wymoczyć mimo pory.
* * *
Tego dnia Wschód zaplanował na trening coś innego. Nadeszła Pora Młodych Liści, zwierzyny przybywało, a ciepłe wiatry owiewały pyski Rzeczniaków w takie ładne dni, jak ten. Oczywiście zjawił się na Kocim Grzbiecie niemal punktualnie i oczekiwał Kałuży. Zamierzał na dobre zamknąć sprawę walk i przejść do czegoś, co będzie mogło trzymać go na dystans od terminatora - polowania. Co prawda będą to dziś przerabiać też głównie dlatego, że to był ostatni element treningowy, zanim Kałuża będzie mógł być puszczony w świat jako wojownik, a Wschód w końcu będzie mógł od niego odpocząć.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
O tym co tu zaszło? Mrugnął niczego nie rozumiejąc z zachowania Mistrza. Przecież tylko ćwiczyli, a ten sobie tak poczynał, jakby co najmniej wytarzali się razem w trawach w miłosnym uniesieniu i Bursztyn - na wskroś homofobiczny - po wszystkim dostał mysiego rozumu z tą całą potrzebą ablucji w rzece. Kałuża zachichotał pod nosem, ale nijak nie skomentował ślinowstrętu starszego kocura, ani jego nietęgiej miny po wyrównanej walce. Zamiast tego pożegnał się krótkim "na razie!", by doskonałym humorze, wywijając zamaszyście w powietrzu ogonem, ruszyć do obozu.
***
Dzień istotnie był przyjemny. Słońce wyglądało śmiało zza jeszcze łysych koron drzew, unosząc wąsiki przechodniów pokroju Kałużowej Łapy-niedługo-oby-wojownika w górę. Najwyższy czas. A Pora Młodych Liści była wprost wymarzona na początek nowej, wspaniałej przygody w jego życiu! Będzie miał terminatorów i będzie z nimi się bawił w chowanego, ganiał w berka, będzie im opowiadał historie z Osiedla, będzie im robił zgadywanki... Och. Wartki potok myśli przerwał Bursztynowy Wschód, którego zauważył siedzącego w stałym miejscu spotkań w oczekiwaniu na niego. Podbiegł do kocura w wyładowanych dobrą energią podskokach.
- Witam, witam Mistrzuniu. To jak? Na ceremonii kociąt Błękitnego Poranka zostanę Kałużowym Liściem? - zagadnął, pokazując pomarańczowookiemu kiełki w szerokim uśmiechu. Ceremonia tuż tuż, a im chyba nie zostało dużo... W końcu tak ciężko trenowali. Tak długo... Taak. Najwyższy czas.
No tak, przyjemny dzień musiało popsuć mniej przyjemne spotkanie rudego kocura, razem z tymi odzywkami. Wschód w sumie trochę się już przyzwyczaił, a jednak teraz uniósł brewkę, słysząc ten jakże radosny ton. Ta nadzieja na zostanie wojownikiem... A już Bursztyn przypuszczał, że synowi Ognistopręgiej przypasuje ranga wiecznego terminatora.
- Zobaczymy. - odparł po prostu, hamując język. Oj, tak bardzo chciał mu powiedzieć, że zgodnie z życzeniem to nawet i imię Pustego Łba mu Wschód załatwi, ale jednak jakaś odrobina instynktu samozachowawczego dała akurat w tym momencie o sobie znać.
- Dobra, skończmy stary temat. Masz jeszcze jakieś pytania albo uwagi co do walk? Ja nie, to przechodzimy do polowania, wiesz coś na ten temat? - patrzył ciągle na niego. No Kałuża, zaskocz mnie.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
I wieczne spotkania z Bursztynem? Nie, raczej oboje chcieliby tego uniknąć, więc nie dziwota, że trenowali teraz ciężej, by wkrótce nie musieć tego robić wcale.
- EKSTRA - krzyknął na wieść o tym, że, tak jak przypuszczał, zostanie wkrótce wojownikiem, po czym wyrzucił w górę przednie łapy, stając na moment jak rozbrykany konik (bądź Kornik) na tylnych. Niby Strażnik fuknął "zobaczymy", ale dla widzącego świat we wszystkich kolorach tęczy Kałuży to znaczyło niemal tyle samo co potwierdzenie. Mając bowiem wybór, czy uprawiać czarnowidztwo, czy może dopuszczać do siebie tylko najlepsze scenariusze, zdecydowanie wolał skupiać energię wokół tego drugiego. Świat był wystarczająco smutny sam z siebie, żeby on jeszcze miał się nim przejmować. Zatopił spojrzenie w pysku Bursztynowego Wschoda, przygotowując go łagodnie na nadchodzące słowa. – Co do walki to wszystko jasne, a i… nie wiem nic o polowaniu – bąknął, uśmiechając się przepraszająco do Mistrza. Do przewidzenia, prawda?
W końcu przez lwią część życia rudzielec jadł kocią karmę, a w dodatku żaden z jego Dwunogów nie bawił się z nim nakręcanymi myszkami.
Puścił mimo uszu wrzask Kałuży, choć mógł być pewien, że w najbliższej okolicy wszystkie zwierzęta pochowały się w swoich norkach. No, niezbyt dobry początek polowania, rudzielcu. Wschód jednak uznał, że im szybciej wyprawi Kałużę w las, tym będzie lepiej, a głupie przegadywanki zostawi sobie na później.
- To słuchaj i mi nie przerywaj. - sapnął, skoro żadnych pytań co do walki nie było. - Podczas polowania idziesz pod wiatr i uważasz na to, co masz pod łapami. Musisz być cicho, inaczej zwierzyna cię usłyszy i zwieje. Nie jest tak głupia, jak myślisz. Pozycja łowiecka to taka, w której uginasz łapy ale tak, by nie szurać brzuchem po ziemi, a ogon i łeb trzymasz w jednej linii z grzbietem. - po tym zaprezentował poprawną pozycję łowiecką i przeszedł tak kilka kroków, skradając się, by Kałuża wiedział, o co chodzi, a potem stanął normalnie i zmierzył kocura wzrokiem. - Spróbuj ty, tylko porządnie.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
- Robi się - zamruczał entuzjastycznie po skończonym przez Mistrza pokazie, nie pyskując zanadto. No bo czy Kałuża kiedykolwiek mu przerywał? Nie. Mniejsza. Odskoczył kawałek od swego nieprzejednanego nauczyciela, a następnie ugiął nieco łapy i opuścił łeb, coby zgodnie z wskazówkami trzymać go oraz falujący delikatnie ogon na równej linii z grzbietem. W tej niezbyt wygodnej pozycji dla przydługich, drętwiejących kończyn i łupiącego krzyża, przeszedł się do Bursztynowego Wschoda jak najciszej, imitując skradanie. Po wszystkim wrócił sprężyście do pionu, kierując pytający wzrok na Bursztyna. Dobrze, niedobrze, fantastycznie?
Nie przerywał bo nie miał okazji, a może mógł przypuszczać, że wtedy dostanie w pysk? Nie wiadomo, i tak miał choć te dwa mysie bobki we łbie, by wpaść na to, żeby czasem trzymać buzię na kłódkę.
Widząc wysiłki terminatora parsknął pod nosem, choć przysięgam, powstrzymywał się jak mógł. Wiadomo, że każdy na początku popełnia jakieś błędy, jednak ten skoczny krok Kałuży był czymś, co nie wyszło z niego nawet podczas tak spokojnej czynności.
- Ćwicz dalej, to może na starość się uda. - zakpił po prostu, po czym przeszedł do kolejnej dawki teorii. - Najważniejsza zasada polowania - Mysz wyczuje, zając usłyszy, a ptak zobaczy. Myszy czują drżenie podłoża, więc przy podchodzeniu ich musisz przenieść ciężar ciała na tylne łapy. Zające mają długie uszy, więc doskonale słyszą, musisz więc spłycić oddech - wziął trzy oddechy właśnie takie płytkie, by pokazać o co chodzi - by móc bezszelestnie je podejść. Ptaki znowu mają najlepszy wzrok, więc musisz chować się za krzakami, drzewami, kamykami i tak dalej jak najczęściej, a jak nie masz możliwości, to często stawać w miejscu bez ruchu. Rozumiesz? To idź i poluj. - Wschód wysłał rudzielca na jego pierwsze w życiu polowanie, choć przypuszczał, że skończy się fiaskiem. - Upoluj mi dwie różne zwierzyny, ale wróć, zanim zajdzie słońce. - cel? Jest. Ograniczenie czasowe? Jest. No to można się bawić.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
l gniot bo drugi raz piszę tego posta i jestem zua
Skulił jedno z uszu na niezbyt przyjemny komentarz i wpuścił powietrze w policzki, przetrzymując je tam trochę, aż wreszcie wypuszczając ze świstem przez zęby. W chwilę później obrzucił Mistrza sztormowym spojrzeniem od góry do dołu, z wyraźnym wyrzutem.
- Daruj sobie, co? - burknął tylko. Skoro jego skromnym zdaniem Kałuży uda się dopiero NA STAROŚĆ, to może powie mu, co robi nie tak, żeby opanował sztukę łowiectwa już TERAZ? Chyba, że wcale nie popełnił błędu, tylko Bursztyn nie potrafił być dla niego neutralny, ani miły i co by się nie działo trzeszczał jak stara, zbutwiała, nadepnięta deska. Mysz, łapy, zając, oddech, ptak, maskowanie, zapisał skrótowo w pamięci, mając w duchu nadzieję, że kiedy nadejdzie odpowiedni moment będzie umiał rozwinąć nabazgrolone w umyśle notatki z teorii.
I nadeszła ta wiekopomna chwila, w której syn Ognistopręgiej wyruszy w las, by po stoczonej walce, głównie z samym sobą i Pieszczochowatymi przyzwyczajeniami, dorzucić coś od siebie na Stos Zwierzyny.
- Okej, łapię. Too... Lecę - miauknął z uśmiechem tańczącym na wargach, zapominając już pod naporem nowych wrażeń, a wśród nich dominującej ekscytacji, że troszkę się na Wschoda boczył. Ruszył biegiem długimi susami przed siebie, chcąc jak najszybciej zostawić za sobą Koci Grzbiet, marudę, a w zamian znaleźć zwierzynkę. Oddaliwszy się już nieco przyhamował, by z bijącym głośno sercem potoczyć roziskrzonym wzrokiem po wszystkim dookoła. Cudownie! Pierwsze polowanie! Zapach lasu! Wolność! Kałużowa Łapa zastrzygł ochoczo uszami i zajął odpowiednią pozycję; zniżył łapy, skoordynował położenie łba oraz wiecznie żywego ogona i tak przygotowany, najciszej jak potrafił, kroczek po kroczku przemierzał uważnie rewir.
To poleciał! Kałużowa Łapa właśnie ruszył na swoje pierwsze polowanie. I choć rozglądał się i szukał śladu zwierzyny, to przyszło mu dość kawałek przespacerować się po prostu po terenach, słuchając świstu wiatru i odległego świergotu ptaków. Jednak po dłuższej chwili jakiś świeży zapach doleciał do jego nosa gdzieś z prawej strony. Jeśli rudy kocur zdecydował się za nim podążyć, to za krzewem mógł dostrzec brunatne ciało stworzenia większego od myszy. Młody szczur buszował wśród rosnącej trawy i najwyraźniej szukał czegoś do jedzenia. Zapachy zdradzały, że był tutaj sam, przynajmniej na razie, i jeszcze nie dostrzegł ryżego drapieżnika.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Kałużowa Łapa tak średnio odróżniał mysz od szczura, zwłaszcza z odległości, więc nic dziwnego, że zawył triumfalnie w myślach na widok okazałego gryzonia, który ukazał mu się, gdy lekko odwrócił łeb na prawo. I to rudzielec rozumie! Przeniósł ciężar ciała na tyle łapy, nie zmieniając wyjściowej podkurczonej pozycji, po czym ostrożnie nieco się zbliżył do siedzącego w trawie okazu, oczywiście ustawiony pod wiatr i tak, by nie rzucać cienia. W końcu wyskoczył szybko prosto na niego, celując wysuniętymi pazurami tak, aby go od razu pozbawić życia... Liczył na dynamiczną, owocną akcję.
Cóż powiedzieć, Kałuża mimo entuzjazmu okazywanego na co dzień całym sobą, jak widać potrafił zapanować nad własnym ciałem. A może po prostu miał szczęście, bo okaz przed nim nie był tak doświadczony w wypatrywaniu niebezpieczeństw? W każdym bądź razie szczur buszował pewnie w trawie, i nie odwrócił pyszczka w stronę rudzielca, dopóki ten nie był już zbyt blisko, by jakakolwiek ucieczka cokolwiek gryzoniowi dała. Stworzenie zdążyło jedynie głośno, przeraźliwie pisnąć, zanim pazury drapieżnika go dopadły i jednym, skutecznym ciosem pozbawiły życia.
Mistrz: Bursztynowy Wschód
Płeć: kocur
Matka: Ognistopręga[*]
Ojciec: Rudzikowy Ogień[*]
Najogólniej rzecz ujmując, Kałuża sprawiedliwie upodobnił się trochę do matki, a trochę do ojca. Po Ognistopręgiej odziedziczył, a to ci dopiero, ognisty kolor futerka i ciemniejsze nań tygrysie pręgi, natomiast z Rudzikowym Ogniem łączy go krótka, gładko przylegająca do skóry sierść. Nie jest jednak idealną kopią kolorystyczną rudej kotki, bo brak mu białych znaczeń, albo chociaż jaśniejszych przebarwień, które w jakiś sposób koiłyby intensywną, płomienną barwę puchatego futra. Nos ma w typowym dla rudzielców, ciemnoróżowym odcieniu. Jedynej odskoczni od ciepłych tonów można szukać w bystrych oczach kocura, bowiem te zawsze z porównywalną dozą wesołkowatości błyszczą raz bardziej zielonkawo, raz bardziej niebiesko - w zależności od światła. Po ojcu wyrósł na wysokiego, szczupłego kocura o sprężystym kroku, lubiącego wywijać zwartym ogonem w powietrzu.
Niezwykle tolerancyjny kocur, który równie chętnie co przystaje na dziwactwa kociąt, widzi też w klanie Rzeki miejsce dla samotników i zbłąkanych pieszczochów. Jest opanowany w tym sensie, że praktycznie nie da się go wytrącić z równowagi, ani sprowokować. Kompletnie nie przejawia wobec innych agresji, ponieważ wierzy, że absolutnie z każdym da się zawsze dogadać. Z drugiej strony nie boi się zwrócić uwagi, jeżeli ktoś jego zdaniem przegina. Przy tej okazji widać, jak Kałuża jest kontaktowy, otwarty, wręcz naturalnie charyzmatyczny. A poza tym troskliwy, pomocny i odpowiedzialny wobec wszystkich! Nigdy nie ma dość towarzystwa, każdy może sobie z nim uciąć pogawędkę, gdyby tego akurat potrzebował, a i on sam chętnie inicjuje rozmowy. To również kocur, który potrzebuje dużo ruchu oraz wielu bodźców. Spontaniczny i dynamiczny wulkan emocji, które tak szybko jak przychodzą, tak i odchodzą.
Przeżyta w bardzo wczesnym wieku rozłąka z bliskimi, choć traumatyczna, jedynie wzmocniła u niego bazowe cechy. Stąd nie brak mu optymizmu i hartu ducha napędzających do żywego działania na przekór przeciwnościom losu.
Szara Kora, Goryczka, Aronia
Nie powstrzymał radosnego pomruku, gdy jakże wyrośnięta mysz zaczęła sztywnieć pod zakrwawionymi pazurami. Wskazówka udzielona przez Mistrza zagwarantowała mu pełne powodzenie, dlatego Kałuża skrupulatnie podziękował teraz Bursztynowi w myślach, zamiast - jak mu wbijano do makówki - Gwiezdnemu Klanowi. Upewniwszy się, że gryzoń jest naprawdę martwiutki ostrożnie cofnął łapy, które dotychczas przykrywały z zaangażowaniem szaroburą kulkę i trącił nosem truchełko, czy aby na pewno się więcej samo z siebie nie poruszy. Ani drgnie!
Stanął nad de facto szczurem, jednocześnie czując, jak wzdłuż grzbietu promieniuje ekscytacja zmieszana z porządną adrenaliną. Chyba polubi polowania. Stawanie naprzeciwko innego kota z wrogimi zamiarami było dla rudzielca jakieś nienaturalne, jednak zabijanie innych gatunków zaczynało się kojarzyć z całkiem dobrą, pożyteczną zabawą. Pobieżnie oblizał językiem przybrudzone pazury, namyślając się, co dalej. A. Bursztynowy Wschód powiedział dwie różne zwierzyny, czyli została mu jeszcze jedna do namierzenia. Zerknął kontrolnie na położenie słońca, żeby się upewnić, że miał dobry czas, po czym niedbale posypał myszkę kilkoma grudkami ziemi. To zaczynamy drugą rundę!
Kałuża skoczył, obracając się w locie tyłem do traw, w których leżał szczur i przyjął znowu łowiecką pozycję. Pilnował swojego oddechu oraz tego, aby na nic nie nadepnąć i nie narobić niepotrzebnego hałasu. Lekki wiaterek parł na kroczącego na zgiętych łapach terminatora, wobec czego miał nadzieję, że coś ciekawego przyfrunie wkrótce do jego nosa!
Owszem, jedna zwierzyna złapana. Kałuża jednak w całym tym triumfie nie zadbał o dobre zabezpieczenie zwierzyny i ruszył dalej. Cóż, zobaczymy co z tego wyniknie.
Szczurek przed atakiem wydał z siebie głośny dźwięk, wobec czego nic dziwnego, że dookoła zaległa cisza. Kałuża w pewnym momencie złapał trop wiewiórki, mógł jednak dostrzec jej rudawą kitkę wysoko w koronie jednego z drzew, niedostępną dla jego kłów i pazurów. Cóż, mówi się trudno, terminator jednak szedł dalej przez dłuższą chwilę. W końcu jednak się mógł doczekać kolejnej okazji. Może Gwiezdni nad nimi czuwali, a może po prostu miał tego dnia szczęście? W pewnym momencie usłyszał nad swoją głową trzepot skrzydełek, i jeśli go to zainteresowało, to dostrzegł wróbla przysiadającego na gałązce krzewu jakieś trzy długości ogona dalej. Ptak rozejrzał się czujnie dookoła, jednak nie dostrzegł jeszcze nic podejrzanego i zajął się oglądaniem krzewu. Szukał owoców, a może gałązek do zbudowania gniazdka?