po jej drobnym wypadku, jej wygląd przeszedł wiele zmian. Przycięte do połowy prawe ucho, zerwane niemal całe lewe, do tego blizna przechodząca od brody aż nad prawe oko - a to tylko sam pysk. Na szyi widnieją ślady po pazurach, choć te w dużym stopniu zostały zasłonięte przez futro. Długie ślady po kocich pazurach są również przez całą długość grzbietu, do tego na prawej przedniej i lewej tylnej są ślady po ugryzieniach. Jej futro wciąż pozostaje czysto białe i długie, a ślepia mają ten sam kolor - lewe zielone i prawe niebieskie. Wciąż jest smukła i wysoka, lecz do dawnej piękności jej daleko. Na szyi ma ciemnoczerwoną obrożę z kontaktem do jej człowieka.
podobnie jak wygląd, jej charakter przeszedł zmiany. podczas dochodzenia do siebie po walce z samotnikiem miała wiele czasu na przemyślenia, co miało na nią zaskakująco dobry wpływ, być może przez towarzystwo, jakie miała. w efekcie nie tylko jej ciało, jak i jej umysł przeszły przez proces leczenia, dzięki czemu jest w pewnym sensie weselsza. nadal jest mocno wyciszonym kotem, jednak znacznie łatwiej jest się jej uśmiechać. wciąż jest bezpośrednia w swoich słowach, często nie przejmując się tym, jak może to wpłynąć na jej rozmówców, ale zaskakująco nabrała nieco charakteru, więc zdarzy jej się dogryzać innym tu i ówdzie, oczywiście oczekując tego samego w swoją stronę. są to jednak niegroźne uszczypnięcia, nie obrazy. zdecydowanie chętniej też rozmawia, a jej ciekawość została na nowo rozpalona i nie boi się pytać, jeśli coś ją zainteresuje. nadal zostało w niej jednak wiele mniejszych lub większych problemów, z którymi ciężko jej sobie poradzić, jak strach przed opuszczeniem przez bliskich czy problemy ze snem.
Jak jej obiecali - obudzili ją, gdy tylko słońce zaczęło wschodzić. Jej sen był ciężki, trudny - nie raz budziła się tej nocy i miała problemy z ponownym zaśnięciem. Gdzieś tam był ktoś, kto jej potrzebował. Klnęła na samą siebie i na jej własny instynkt - czy naprawdę tak niewiele wystarczyło, aby znów była gotowa poświęcić życie dla swojego klanu, mimo znalezienia szczęścia gdzieś indziej? Najwyraźniej tak było.
Na szczęście dwunożni Gronostaj nie wrócili jeszcze do domu, więc mogły spokojnie wyjść na zewnątrz. Pogoda jak na razie zdawała się z nimi współpracować - śnieg przestał padać, a słońce wyglądało zza chmur. Gdyby nie sytuacja, Dziwnooka z pewnością znalazłaby moment na docenienie tak pięknego dnia. Teraz nie był na to jednak czas. Spojrzała na swoich towarzyszy, upewniając się, że nie zmienili zdania w sprawie. Potrzebowała ich. - Idziemy? - zapytała, przechylając lekko łeb. Chłód obecnej pory po raz kolejny dodał jej energii, zamiast ją odbierać. Była gotowa na wszystko, aby znaleźć cienistego. Nie zapominała też o odłamku szkła, który udało jej się umieścić w obroży, aby go nie zgubić - upewniła się jednak, że nadal tam jest. W Cieniu był ktoś, komu miała go dać.
| gronostaj, płomyk oraz jakiś miły mg |
there's so much more here, a life worth living and with time you drown the FEELING out it's so n o s t a l g i c maybe all the love was worth the pain?
Księżyce: 151
Mistrz: Grzybowa Polana
Płeć: kocur
Matka: Trzcinowa Sadzawka
Ojciec: Miękki Obłok
Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Na całe szczęście dwunodzy Gronostaj a raczej większość z nich nie wróciła jeszcze do gniazda a jeden z nich, który jeszcze tam był nadal smacznie sobie spał. To była idealna okazja by wyruszyć. Tak więc zdegradowany wraz z pozostałymi wyszedł z gniazda dwunogów jeszcze przed wschodem słońca. Oczko pierwsza która wstała była Cierń gdyż najwidoczniejsze to ona nie mogła się doczekać dzisiejszego poranka.
Gdy jego wszysykie cztery łapy, stanęły na zimnym śniegu, kocur od razu sie ożywił i szybkim krokiem podszedł do medyczki i delikatnie się uśmiechnął. - Pewnie. Szkoda marnować już czasu. - kto by pomyślał, że Płomyk weźmie kiedyś udział w takich poszukiwaniach i to teraz gdy normalnie mógłby mieć te poszukiwania gdzieś gdyż nie należał już do klanu cienia. Jednak tak nie zrobił. Nadal miał swoj klan w sercu i nic na to nie mógł poradzić. Poza tym jego matka wychowałam go na porządnego kocura a nie jakiegoś egoiste i gbura!
Księżyce: 111
Mistrz: Bobrzy Kieł
Płeć: kotka
Matka: Jaskółczy Głos
Ojciec: Iglasty Grzbiet
Trwałe urazy: ślady pazurów na prawym barku; obroża z dzwonkiem
Poniżej przeciętnego wzrostu i o zaokrąglonej budowie; ciemnobura, tygrysio pręgowana, z bielą ciągnącą się od pyska przez przednie łapy, brzuch, tylne łapy aż do bioder i zaznaczającą końcówkę ogona. Beżowa plama pokrywająca mordkę, pomarańczowe oczy, opadnięte powieki; futro krótkie, gładkie i zadbane, wąsy opadające lekko w dół.
Nie różni się zbytnio od młodszej siebie; Gronostaj to w dalszym ciągu kotka uprzejma, a także nieco naiwna. Szybko wyrabia sobie opinię o innych kotach i z trudnością przychodzi jej spojrzenie na nich w innym świetle. Mimo łagodnego usposobienia nie jest tak cierpliwa, na jaką się wydaje, i zaskakująco łatwo zaleźć jej za skórę; zazwyczaj jest jednak zbyt pasywna, by otwarcie się komuś postawić i zbyt niepewna, by mówić o swoich uczuciach wprost, nie licząc rzadkich momentów odwagi. Nie radzi sobie ze stresem, który szybko ją przytłacza; z reguły unika konfliktów, a także często zwleka z wykonywaniem swoich obowiązków, szczególnie, jeżeli sprawiają jej trudność.
Opuściła domostwo jako ostatnia, chociaż z całej trójki to właśnie ona spała najkrócej. Miała nadzieję, że odpoczynek pozwoli jej poukładać sobie to wszystko w głowie, i po części miała rację - wiedziała już, że musi wesprzeć cienistą medyczkę, bez względu na wszystko inne. Klan Cienia potrzebował ich jak nigdy wcześniej... a przynajmniej potrzebował Dziwnookiej, zaś Dziwnooka potrzebowała ich dwojga.
Mimo to Gronostaj zatrzymała się w połowie drogi przez ogród, pozwalając swoim towarzyszom ruszyć przodem. Przez moment wpatrywała się w ściany budynku, żegnając się w myślach z nim i swoimi dwunogami, tak samo jak i z życiem, które zostawiała za sobą - prawdopodobnie na zawsze, chociaż nie chciała świadomie przyjąć do siebie tej myśli. O wiele przyjemniej było żyć w przekonaniu, że gdyby coś poszło nie tak... że gdy życie w klanie okaże się zbyt trudne, zawsze będzie mieć alternatywę. Z westchnieniem odwróciła się i, zbierając się na dziarskość, potruchtała w stronę dwójki kotów.
- Kogo tak właściwie szukamy? - zagadnęła, wyrównując krok z resztą eskapady. Dziwnooka nakreśliła im obraz oślepionego, młodego cienistego, ale młodych cienistych były całe krocie; nie wliczając w to faktu, że gdy wojowniczka opuszczała klan, wielu z nich nie było nawet na świecie. Po części miała nadzieję, że ich zguba jest jednym z takich kotów, jakkolwiek samolubne by to nie było. Nikomu nie życzyła tak okrutnego losu, ale gdyby mogła wybrać pomiędzy swoim bliskim, a kimś, kogo nigdy nie znała...
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Poranek był piękny i mroźny. Śnieg przestał padać, słońce wyglądało zza chmur rozlewając złociste światło po okolicy. Wszystko zdawało się obiecywać dobry dzień, dobrą porę, udane poszukiwania. Koty nie znały Padalca, jednak mogły poczuć nadzieję, wręcz pewność, że ich poszukiwania będą udane. W końcu dlaczego miałyby nie być? Wiedzieli gdzie mają iść, a droga nie była aż tak daleka, ani aż tak trudna.
Koty szybko opuściły najbardziej znane sobie miejsce, wychodząc poza ogród należący do dwunogów. Znajdowały się na ulicy pomiędzy różnymi domami, mogły więc pójść trzymając się tej ulicy, lub mogły spróbować przemieścić szybciej, przemykając przez różne ogrody. Ryzykowaliby jednak wtedy spotkanie z psami, lub może nawet innymi dziwami. Póki co nigdzie im się jednak nie śpieszyło, prawda? Jedno było pewne - nieważne jaką drogę wybiorą, kiedyś w końcu dotrą na siedlisko koni.
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
po jej drobnym wypadku, jej wygląd przeszedł wiele zmian. Przycięte do połowy prawe ucho, zerwane niemal całe lewe, do tego blizna przechodząca od brody aż nad prawe oko - a to tylko sam pysk. Na szyi widnieją ślady po pazurach, choć te w dużym stopniu zostały zasłonięte przez futro. Długie ślady po kocich pazurach są również przez całą długość grzbietu, do tego na prawej przedniej i lewej tylnej są ślady po ugryzieniach. Jej futro wciąż pozostaje czysto białe i długie, a ślepia mają ten sam kolor - lewe zielone i prawe niebieskie. Wciąż jest smukła i wysoka, lecz do dawnej piękności jej daleko. Na szyi ma ciemnoczerwoną obrożę z kontaktem do jej człowieka.
podobnie jak wygląd, jej charakter przeszedł zmiany. podczas dochodzenia do siebie po walce z samotnikiem miała wiele czasu na przemyślenia, co miało na nią zaskakująco dobry wpływ, być może przez towarzystwo, jakie miała. w efekcie nie tylko jej ciało, jak i jej umysł przeszły przez proces leczenia, dzięki czemu jest w pewnym sensie weselsza. nadal jest mocno wyciszonym kotem, jednak znacznie łatwiej jest się jej uśmiechać. wciąż jest bezpośrednia w swoich słowach, często nie przejmując się tym, jak może to wpłynąć na jej rozmówców, ale zaskakująco nabrała nieco charakteru, więc zdarzy jej się dogryzać innym tu i ówdzie, oczywiście oczekując tego samego w swoją stronę. są to jednak niegroźne uszczypnięcia, nie obrazy. zdecydowanie chętniej też rozmawia, a jej ciekawość została na nowo rozpalona i nie boi się pytać, jeśli coś ją zainteresuje. nadal zostało w niej jednak wiele mniejszych lub większych problemów, z którymi ciężko jej sobie poradzić, jak strach przed opuszczeniem przez bliskich czy problemy ze snem.
Dziwnooka ruszyła przodem - wiedziała, którędy iść do Siedliska Koni, a droga była w miarę prosta. Chciała dotrzeć do zagubionego szybko, lecz nie miała zamiaru ryzykować zdrowiem swoich towarzyszy, by tego dokonać - nie planowała wskakiwać do ogródków dwunożnych ani nic podobnego. Trzepnęła ogonem o ziemię, słysząc pytanie Gronostaj, ale nie zwolniła nawet na moment. Westchnęła do siebie cicho, nim odpowiedziała. - Gwiezdni nie zawsze dają dokładne odpowiedzi, więc sama nie wiem. Wiem tylko, że mamy go szukać tam, gdzie spodziewalibyśmy się spotkać dwunożnych i że to okolice Rzędu Drzew - i na tym się jej wiedza kończyła. Czy powinna była zapytać Ulewnej Myśli o imię? Oczywiście, że tak. Czy o tym pomyślała? Oczywiście, że nie. - Wiem jedynie, że to ktoś młody, cokolwiek to znaczy - w oczach białej kocicy mógłby to być ktokolwiek, kto jest od niej młodszy o co najmniej półtora do dwóch obiegów pór. Mogło to też oznaczać kota urodzonego po jej odejściu albo takiego, który wrócił do klanu, gdy już jej w nim nie było, a następnie znów zniknął. Możliwości było wiele. Chyba jednak nie biega po siedlisku wiele ślepych kotów, racja? Nie jest to coś, co spotyka się niezwykle często. Sama wiedziała o trzech. Śnieżka, który żył jako pieszczoch; zagubiony cienisty, który został oślepiony przez wymysł dwunożnych; do tego Jasny Poranek, który nie był w pełni ślepy. Był jeszcze Szepczący Pył, jednak on nie widział tylko na jedno oko.
there's so much more here, a life worth living and with time you drown the FEELING out it's so n o s t a l g i c maybe all the love was worth the pain?
Księżyce: 151
Mistrz: Grzybowa Polana
Płeć: kocur
Matka: Trzcinowa Sadzawka
Ojciec: Miękki Obłok
Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Płomyk ucieszył się, że medyczka wybrała dość bezpieczniejszą dla nich drogę. Płomyk nie miał za bardzo chęci spotkać się z jakimś psem bądź mało przyjaznym dwunogiem lub czymś jeszcze gorszym. Tak więc ruszył za Cierń i popatrzył się na Gronostaj, która zadała pytanie. W sumie to dobrze by było jakby kocur się dowiedział jak zaginiony wygląda. Na pewno stały by się poszukiwania łatwiejsze. Tak więc zaczął uważnie słuchać tego co miała białą kotka do powiedzenia. I no cóż… Za dużo się nie dowiedzieli. Najwidoczniej Gwiezdni nie chcieli za bardzo ułatwić im sprawy. Trochę to dziwne bo to w sumie oni chcieli zapewne by ta cała drużyna go znalazła. No ale z Gwiezdnymi nie ma co się kłócić. Płomyk doskonale wie, że istnieli gdyż jego ukochana raz mu się objawiła. Tak więc jedynie pokiwał głową. – W takim razie musimy się porządnie skupić by go znaleźć. Jedno jest pewne. Nie widzi i możliwe, że nadal jest przestraszony po tym przeżyciu. Przypuszczam, że jest w wieku terminatorskim. Sporo ostatnio terminatorów zniknęło z klanu. A przynajmniej za czasów jak byłem jeszcze w klanie. – rzucił swoje dwa grosze do wypowiedzi starszej kotki.
Rozejrzał się i na razie nie widział żadnego zagrożenia ani żadnej poszlaki, która mogłaby im jakoś pomóc. No cóż… Może potem na coś trafią.
Księżyce: 111
Mistrz: Bobrzy Kieł
Płeć: kotka
Matka: Jaskółczy Głos
Ojciec: Iglasty Grzbiet
Trwałe urazy: ślady pazurów na prawym barku; obroża z dzwonkiem
Poniżej przeciętnego wzrostu i o zaokrąglonej budowie; ciemnobura, tygrysio pręgowana, z bielą ciągnącą się od pyska przez przednie łapy, brzuch, tylne łapy aż do bioder i zaznaczającą końcówkę ogona. Beżowa plama pokrywająca mordkę, pomarańczowe oczy, opadnięte powieki; futro krótkie, gładkie i zadbane, wąsy opadające lekko w dół.
Nie różni się zbytnio od młodszej siebie; Gronostaj to w dalszym ciągu kotka uprzejma, a także nieco naiwna. Szybko wyrabia sobie opinię o innych kotach i z trudnością przychodzi jej spojrzenie na nich w innym świetle. Mimo łagodnego usposobienia nie jest tak cierpliwa, na jaką się wydaje, i zaskakująco łatwo zaleźć jej za skórę; zazwyczaj jest jednak zbyt pasywna, by otwarcie się komuś postawić i zbyt niepewna, by mówić o swoich uczuciach wprost, nie licząc rzadkich momentów odwagi. Nie radzi sobie ze stresem, który szybko ją przytłacza; z reguły unika konfliktów, a także często zwleka z wykonywaniem swoich obowiązków, szczególnie, jeżeli sprawiają jej trudność.
Wojowniczka pokiwała głową, chociaż odpowiedź medyczki zupełnie jej nie usatysfakcjonowała. Udzielone im wskazówki były skromne. Szukali młodego, oślepionego kota, porzuconego gdzieś w okolicy Rzędu Drzew - nie mieli pojęcia, gdzie dokładnie, jak wygląda ich zguba, ani nawet jakim imieniem go nawoływać. Dlaczego gwiezdni nie mogli być bardziej pomocni?...
Posłusznie podążała za Dziwnooką po brukowym chodniku, dopiero po paru chwilach milczenia kierując spojrzenie na jeden z mijanych przez nich płotów. Naszła ją podobna myśl, co jej towarzyszy chwilę temu, chociaż miała odmiennie zdanie co do jej słuszności.
- Możemy też przejść po ogrodzeniach... - mruknęła, zdając się mówić bardziej do siebie, niż swoich kompanów. Mimo to medyczka z pewnością ją usłyszała. - Zaoszczędzimy wtedy wiele czasu.
A czas nie stał po ich stronie, szczególnie po tym, jak kazali cienistemu młodzikowi czekać na ratunek całą noc. Maszerując po ulicy jak pozbawieni potwora dwunodzy mogli równie dobrze nie iść po niego wcale. Gronostaj nigdy nie ciągnęło do niebezpieczeństw, ale nie uznawała przechadzki po płotach za jedno z nich - wielokrotnie przecież używała podobnej drogi, by dostać się do odległych punktów osiedla; jak dotąd najgorsze, co ją spotkało, to pies jednego z sąsiadów usiłujący przegonić ją z ogrodzenia głośnym szczekaniem. Ani psy, ani potwory, ani dwunodzy nie potrafili się przecież wspinać. Czy nie było to najlepsze wyjście?
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Właściwie w momencie gdy Carmen przestała mówić do płotu dopadł olbrzymi owczarek i zaczął ujadać w stronę kotów. Był wielki, masywny, dość młody ale już w pełni rozwinięty. Szczerzył kły i biegał wzdłuż ogrodzenia, wyglądając wygłodniale, jak gdyby tylko mógł wbiłby swoje wielkie kły w drobne mijające go koty.
Za ujadaniem jednego psa podniosły się ujadania kolejnych psów. Po chwili z kilku różnych miejsc na osiedlu roznosiło się szczekanie, chociaż większość z tych psów nie mogła widzieć samotników przemykających się po ulicy.
Jednak ogród owczarka wcale nie był aż tak duży, nie mógł szczekać na koty zbyt długo. Nie zmniejszając tępa minie zaledwie kilka uderzeń serca, zanim grupa wyjdzie z jego pola widzenia. Oczywiście nie powstrzyma go to przed dalszym ujadaniem przez chociaż kilka chwil, ale pozwoli na wymknięcie się uczuciu niebezpieczeństwa.
Do końca ulicy i miejsca w którym będzie można skręcić w odpowiednią stronę było jeszcze kawałek drogi, a życie powoli wstawało na osiedlu dwunogów. Koty mogły zauważyć, że gdzie nie gdzie ludzie się już krzątają, ogarniając podwórza czy udając się gdzieś. Wciąż istniała opcja przejścia po płotach - szybsza, ryzykowniejsza - ale mogli też kontynuować bezpieczniejszą, ale dłuższą drogą.
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
po jej drobnym wypadku, jej wygląd przeszedł wiele zmian. Przycięte do połowy prawe ucho, zerwane niemal całe lewe, do tego blizna przechodząca od brody aż nad prawe oko - a to tylko sam pysk. Na szyi widnieją ślady po pazurach, choć te w dużym stopniu zostały zasłonięte przez futro. Długie ślady po kocich pazurach są również przez całą długość grzbietu, do tego na prawej przedniej i lewej tylnej są ślady po ugryzieniach. Jej futro wciąż pozostaje czysto białe i długie, a ślepia mają ten sam kolor - lewe zielone i prawe niebieskie. Wciąż jest smukła i wysoka, lecz do dawnej piękności jej daleko. Na szyi ma ciemnoczerwoną obrożę z kontaktem do jej człowieka.
podobnie jak wygląd, jej charakter przeszedł zmiany. podczas dochodzenia do siebie po walce z samotnikiem miała wiele czasu na przemyślenia, co miało na nią zaskakująco dobry wpływ, być może przez towarzystwo, jakie miała. w efekcie nie tylko jej ciało, jak i jej umysł przeszły przez proces leczenia, dzięki czemu jest w pewnym sensie weselsza. nadal jest mocno wyciszonym kotem, jednak znacznie łatwiej jest się jej uśmiechać. wciąż jest bezpośrednia w swoich słowach, często nie przejmując się tym, jak może to wpłynąć na jej rozmówców, ale zaskakująco nabrała nieco charakteru, więc zdarzy jej się dogryzać innym tu i ówdzie, oczywiście oczekując tego samego w swoją stronę. są to jednak niegroźne uszczypnięcia, nie obrazy. zdecydowanie chętniej też rozmawia, a jej ciekawość została na nowo rozpalona i nie boi się pytać, jeśli coś ją zainteresuje. nadal zostało w niej jednak wiele mniejszych lub większych problemów, z którymi ciężko jej sobie poradzić, jak strach przed opuszczeniem przez bliskich czy problemy ze snem.
Skinęła łbem do Płomyka. Zapewne miał rację - w końcu został wyrzucony po jej zniknięciu, gdy Krogulec została przywódczynią. Chciała odpowiedzieć Gronostaj, ale nie miała na to szansy - jakiś pies zdążył ją wyprzedzić. Dziwnooka przycisnęła uszy do czaszki i lekko zjeżyła futro na grzbiecie, a następnie przyspieszyła kroku. - To zbyt duże ryzyko - rzuciła w stronę kocicy. Jeszcze bardziej przyspieszyła. Jak na kogoś w jej wieku była zaskakująco szybka - dzięki temu poprzedniego dnia dotarła do domu biało-burej znacznie wcześniej, niż powinna. - Im szybciej opuścimy osiedle, tym lepiej - dodała, widząc powoli wychodzących z domów dwunożnych. Próby ich złapania były mało prawdopodobne, ale wciąż istniały. Niestety o ile wolała nie ryzykować życiem i zdrowiem swoich towarzyszy, tak nadal się śpieszyła. Jak długo ten cienisty tam leżał? Z doświadczenia wiedziała, że przeżycie kilku dni bez pożywienia było możliwe, choć było też utrapieniem. Prędzej czy później jednak robiło się coraz gorzej, od utraty przytomności zaczynając. A nieprzytomny kot w takim śniegu nie był dobrym pomysłem.
there's so much more here, a life worth living and with time you drown the FEELING out it's so n o s t a l g i c maybe all the love was worth the pain?
Mistrz: Motyli Lot
Płeć: kotka
Matka: Żmijowy Ogon [*]
Ojciec: Motyli Lot [?] (Łabędź/Zachodząca Łapa[*])
Partner: -
Trwałe urazy: podłużna blizna na boku i szyi oraz przycięte, nadszarpane lewe ucho
Mistrz: Motyli Lot
Płeć: kotka
Matka: Żmijowy Ogon [*]
Ojciec: Motyli Lot [?] (Łabędź/Zachodząca Łapa[*])
Partner: -
Trwałe urazy: podłużna blizna na boku i szyi oraz przycięte, nadszarpane lewe ucho
Brązowooka kocica o trochę wyższym niż średnim wzroście, czarno-rudym futrze z tygrysimi pręgami przecinającymi te drugie, z podłużną blizną na boku i szyi oraz przyciętym i nadszarpanym lewym uchem.
Kocica jest przez większość czasu dość spokojna, opanowana, czasami zdarzało się jej podejmować impulsywne decyzje, ale zwykle ma dobrze przemyślany plan w głowie. Czego jednak nie można o niej powiedzieć, to to, że jest najwięszą optymistką. Czasem tak, pewnie, ale w ostatnim czasie tylko się zamartwiała złymi wersjami wydarzeń, jakie mogłyby się wydarzyć, gdyby chciała wrócić do Klanu po tak długiej nieobecności. Może powiedzieć, że została porwana, ale czy ktokolwiek jej w to uwierzy, czy może uzna to za wymówkę? Mimo że tak nie jest, często zwala na siebie winę, wtedy gdy jej rodzina powoli znikała, a teraz gdy została porwana przez Dwunogów. Jest jednakże dość cierpliwa, czeka na najlepszy moment zamiast biec na oślep, woli być czegoś pewna niż potem popełnić błąd. Ma swoje przekonania i jeśli ktoś ją o coś osądza, to będzie się bronić kłami i pazurami, by tylko pokazać, że mówi prawdę. Co tak na prawdę niezbyt się sprawdza...
Wydmowy Wiatr [KR], Aura [Nś]
Tak na prawdę nie przebywała długo na Osiedlu. Wydawało jej się, jakby minęły księżyce, a jednak nie włóczyła się po "mieście" nawet księżyc czasu. Przez większość czasu skakała z płotu na płot, nie będąc pewna, co zrobić. Nie była pewna, czy jest gotowa na powrót do Klanu Cienia po tak długim czasie. Co jeśli coś się stało? W końcu słyszała, że Ciernisty Kwiat (czy jak tam ją nazywały pieszczochy...?) teraz tu... mieszka? Biała kocica była medyczką, przecież gdyby mogła, to by wróciła.
Ale szylkretka na własne oczy chciała się przekonać, że dziwnooka jest na Osiedlu. Nie widziała jej ani razu, mimo tego, że się starała. Rozmawiała z dużą ilością włóczęg i pieszczoszków, pytając czy może jej w ostatnim czasie nie widziały. Akurat rozmawiała z sympatyczną łaciatą kotką, wypytując ją o białofutrą wojowniczkę, gdy usłyszała szybko nabierające na głośności skowyty psów. Nauczyła się w tym czasie, że jeśli jeden pies zacznie szczekać, to sąsiedzi również się do tego przyłączą i tak w kółko i w kółko. Coś musiało się stać i Ważka chciała się dowiedzieć co.
Wspięła się na płot, żegnając się z kotką, dając wymówkę, że zapomniała o spotkaniu z kimś innym. Przeskoczyła po chwili na ogrodzenie sąsiadujące z tym, na którym teraz balansowała i dostrzegła dość nietypowy widok. Trzy koty zebrane obok siebie. Znaczy, czy w sumie aż tak było to dziwne? Na Osiedlu był przecież cały gang, może to jego cz...nie.
– Ciernisty Kwiat! Ciociu! – zeskoczyła z płotu na ulicę, gdy zobaczyła niebiesko-zielone oczy i znajomy pyszczek siostry Motylego Lotu, nawet nie zastanawiała się nad miauknięciem, zrobiła to dosłownie odruchowo. Zdarzyło jej się już raz czy dwa razy pomylić białofutrego kota z ciocią, ale teraz była już pewna. Mimo blizn na jej pysku i grzbiecie, nadal rozpoznała dawną medyczkę Klanu Cienia. Szylkretka też zdobyła parę zadraśnięć, mimo to była chyba nadal dość rozpoznawalna? Tak jej się przynajmniej wydawało.
Dopiero po chwili przypomniała sobie o tym, że Ciernisty Kwiat miała towarzyszy. Wydawali jej się znajomi, ale nie była tego pewna. Tamta pieszczoszka zdecydowanie wyglądem przypominała jednego z wojowników Klanu Cienia... ale to mogła być już chora imaginacja Ważkowej Sadzawki, która tak bardzo próbowała odnaleźć swoją rodzinę i z uśmiechem wrócić do Klanu, czując się dumną i spełnioną. Tak nie było... ale w tym momencie zapaliła się jej lampka w głowie... no i nie przywitała się z pozostałą dwójką! Niezbyt miło.
– Dzień dobry, ja um... Jestem Ważkowa Sadzawka, albo krótko Ważka. A wy...? Co porabiacie tak wczesnym rankiem na dworze? Szczególnie ty, pieszczoszko? – zapytała więc, wcześniej się przedstawiając. Dziwne spotkanie, ale cieszyła się z tego, że odnalazła w końcu ciotkę! Tak, to musiała być ona, nawet jeśli nie pachniała już ziołami. – Ciernisty Kwiecie...? – podeszła do kotki, aby tylko szepnąć jej na ucho jej własne imię. Spojrzała na kocicę wzrokiem pełnym wyrzutów sumienia i zagubienia. I tak czekała na odpowiedzi.
boję się tej melodii że przyniesie cię znowu kiedy już pamięć zapomni to co we mnie jest tobą
boję się tej melodii że zmąci tą ciszę która mi kiedyś pozwoli xxxxxxxxxxxxxxxxxxnareszcie xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxnie słyszeć
Księżyce: 151
Mistrz: Grzybowa Polana
Płeć: kocur
Matka: Trzcinowa Sadzawka
Ojciec: Miękki Obłok
Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Słysząc propozycje Gronostaj, kocur miał już coś mówić gdy nagle przerwał mu pies, który szczekał zza płotu. Wygnaniec najeżył sie i przez to, że się przestraszył to się również wzdrygnął. Ugh... Psy. Jakie one były głupie i wkurzające. Tylko by szczekały i szukały jakiejś nowej zabawki do gryzienia. Do tego cuchnęły. W skrócie, Płomyk bardzo nie przepadał za tymi bestiami. Tak więc gdy wokoło cała psiarnia zaczęła wyć, kocur zerknął na Gronostaj i posłał jej subiektywne spojrzenie.
Ruszył dalej za pozostałych, chcąc bardzo stąd już się ulotnić.
Ale nagle znikąd pojawiła się jakaś kotka. Nie wiedział kto to. Tak więc mechaniczne się jakoś przygotował na wszelki wypadek. Ale widząc jak radośnie, podchodzi do Cierń, kocur się rozluźnił. Wysłuchał kotki a następnie się zdziwił. Ciociu? To był ktoś z rodziny medyczki? Czyli też była z klanu Cienia? - Nazywam się Płonący Las. - przedstawił się ale poczuł się dziwne, nazywając się starym imieniem, które no cóż... stracił. Jednak teraz nie za bardzo miał ochotę na pogaduchy. W sumie pewnie nie tylko on. Cała ich drużyna trochę się spieszyła. - Wybacz Ważkowa Sadzawko ale teraz nam się wszystkim spieszy. Jest ktoś kto potrzebuję naszej pomocy. - mruknął po krótce. Czuł, że coś się szykuję. Jakiś niepokój ogarniał jego ciało. Wolał jak najszybciej stąd iść wraz z pozostałymi. Widok psów i dwunożnych nie napalał go optymizmem.
Księżyce: 111
Mistrz: Bobrzy Kieł
Płeć: kotka
Matka: Jaskółczy Głos
Ojciec: Iglasty Grzbiet
Trwałe urazy: ślady pazurów na prawym barku; obroża z dzwonkiem
Poniżej przeciętnego wzrostu i o zaokrąglonej budowie; ciemnobura, tygrysio pręgowana, z bielą ciągnącą się od pyska przez przednie łapy, brzuch, tylne łapy aż do bioder i zaznaczającą końcówkę ogona. Beżowa plama pokrywająca mordkę, pomarańczowe oczy, opadnięte powieki; futro krótkie, gładkie i zadbane, wąsy opadające lekko w dół.
Nie różni się zbytnio od młodszej siebie; Gronostaj to w dalszym ciągu kotka uprzejma, a także nieco naiwna. Szybko wyrabia sobie opinię o innych kotach i z trudnością przychodzi jej spojrzenie na nich w innym świetle. Mimo łagodnego usposobienia nie jest tak cierpliwa, na jaką się wydaje, i zaskakująco łatwo zaleźć jej za skórę; zazwyczaj jest jednak zbyt pasywna, by otwarcie się komuś postawić i zbyt niepewna, by mówić o swoich uczuciach wprost, nie licząc rzadkich momentów odwagi. Nie radzi sobie ze stresem, który szybko ją przytłacza; z reguły unika konfliktów, a także często zwleka z wykonywaniem swoich obowiązków, szczególnie, jeżeli sprawiają jej trudność.
Ostatnie z jej słów przekształciło się w okrzyk zaskoczenia, gdy do mijanego płotu dopadł olbrzymi, wściekły pies. Odskoczyła od niego jak oparzona, wyginając grzbiet i jeżąc bure futro. Do ujadania ich niedoszłego napastnika dołączył się kolejny głos, potem kolejny, aż w końcu całe osiedle zdawało się śpiewać na jedną, fałszywą nutę. Jeżeli trójka cienistych chciała przemknąć niepostrzeżenie, zaprzepaścili tą szansę bezpowrotnie.
Gronostaj pognała za towarzyszami, nie życząc sobie pozostawać w towarzystwie owczarka ani chwili dłużej, czy też - brońcie gwiezdni - prowokować go do dalszej akcji. Decyzja Cierń była słuszna, co wojowniczka przyznała jej w duchu z lekką zgryzotą. Musieli się jednak pospieszyć - dla dobra Padalca, rzecz jasna, tak jak i własnego.
Dlatego też zjeżyła się po raz kolejny, gdy drogę zagrodziła im nieznajoma, szylkretowa kotka. Przedstawiła się medyczce dość poufale - pomimo powszechnego hałasu bura bez trudu wyłapała z jej pyska słowo ciociu, co sugerowało że pochodziła z Klanu Cienia, a więc przez moment znalazła się na liście kotów podejrzanych o bycie ich zgubą. Nie była jednak ani widocznie pozbawiona wzroku, ani tym bardziej młoda. Gronostaj skrzywiła się nieznacznie, gdy zwrócono się bezpośrednio do niej.
- Nie jestem... - urwała, orientując się, czemu próbuje zaprzeczyć. Ważka nie była w błędzie... a mimo to jej sugestia zdawała się urazić byłą wojowniczkę. Wyprostowała się, cynicznie spoglądając na nieznajomą, by następnie ją wyminąć. Ruszyła przed siebie marszem, rzucając swoje słowa na odchodne. - Nazywam się Gronostajowy Skok. Jeśli pozwolisz... musimy ruszać dalej.
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Psy w okolicy wciąż ujadały, ale coraz mniej, skupiając się na innych rzeczach, znajdując inne zajęcie. Nawet nieszczęsnego owczarka przestało być słychać. Za to pojawiało się coraz więcej dwunogów. Część wyszła by zobaczyć dlaczego ich pies ujada i szybko wracali do domów, inna część wierciła się po ogrodach, jeden wyszedł przez bramę z torbą na ramieniu, która później zapełni się pewnie dobrze pachnącym jedzeniem.
Koty całą grupą, nawet jeśli Ważka trochę ich spowolniła, zbliżały się do miejsca, gdzie mogły w końcu skręcić w odpowiednią stronę. Szczegół polegał na tym, że jeśli skręcą w tę uliczkę będą musieli kluczyć po osiedlu, szukając przejścia między domami. Mogli się też trochę wydłużyć swoją drogę i pójść prosto aż do głównej drogi, która zaprowadzi ich prosto w okolicę stadniny. Ryzykowaliby jednak wtedy spotkanie z kotami należącymi do gangu, których tereny zahaczały właśnie o główną drogę.
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
po jej drobnym wypadku, jej wygląd przeszedł wiele zmian. Przycięte do połowy prawe ucho, zerwane niemal całe lewe, do tego blizna przechodząca od brody aż nad prawe oko - a to tylko sam pysk. Na szyi widnieją ślady po pazurach, choć te w dużym stopniu zostały zasłonięte przez futro. Długie ślady po kocich pazurach są również przez całą długość grzbietu, do tego na prawej przedniej i lewej tylnej są ślady po ugryzieniach. Jej futro wciąż pozostaje czysto białe i długie, a ślepia mają ten sam kolor - lewe zielone i prawe niebieskie. Wciąż jest smukła i wysoka, lecz do dawnej piękności jej daleko. Na szyi ma ciemnoczerwoną obrożę z kontaktem do jej człowieka.
podobnie jak wygląd, jej charakter przeszedł zmiany. podczas dochodzenia do siebie po walce z samotnikiem miała wiele czasu na przemyślenia, co miało na nią zaskakująco dobry wpływ, być może przez towarzystwo, jakie miała. w efekcie nie tylko jej ciało, jak i jej umysł przeszły przez proces leczenia, dzięki czemu jest w pewnym sensie weselsza. nadal jest mocno wyciszonym kotem, jednak znacznie łatwiej jest się jej uśmiechać. wciąż jest bezpośrednia w swoich słowach, często nie przejmując się tym, jak może to wpłynąć na jej rozmówców, ale zaskakująco nabrała nieco charakteru, więc zdarzy jej się dogryzać innym tu i ówdzie, oczywiście oczekując tego samego w swoją stronę. są to jednak niegroźne uszczypnięcia, nie obrazy. zdecydowanie chętniej też rozmawia, a jej ciekawość została na nowo rozpalona i nie boi się pytać, jeśli coś ją zainteresuje. nadal zostało w niej jednak wiele mniejszych lub większych problemów, z którymi ciężko jej sobie poradzić, jak strach przed opuszczeniem przez bliskich czy problemy ze snem.
Rozpoznała głos wołający jej imię natychmiast, stawiając na sztorc uszy. Błyskawicznie wręcz odwróciła się w kierunku, z którego doszedł głos i otworzyła szerzej ślepia, na moment stając jak wryta w miejscu. Nie sądziła, że kiedykolwiek znowu się spotkają - straciła tę nadzieję już dawno temu, a mimo to... Szylkretka stała teraz przed nią. - Ważka - powiedziała spokojnie, delikatnie wręcz, gdy kotka się do niej zbliżyła. Jeden z kącików jej pyska drgnął, momentalnie zostawiając na jej pysku uśmiech, nawet jeśli tylko na chwilę. Skinęła łbem na odpowiedź Płomyka, a następnie wskazała dalszą trasę - chciała przejść prosto do głównej drogi, nawet jeśli było to nieco ryzykowne. Jeśli im się poszczęści, obejdzie się bez kontaktu z gangiem lub będzie on pozbawiony agresji. - Sporo się wydarzyło - rzuciła do swojej bratanicy, szybko dotykając nosem jej czoła. Czas na czułości będą mieć po znalezieniu ich celu. - Płonący Las i Gronostajowy Skok mają rację. Gdzieś na siedlisku koni jest młody, oślepiony przez twór dwunożnych cienisty. Jeśli jednak chcesz... Chodź z nami - co prawda w tym momencie zapewne już za nimi szła, lecz warto było dopytać. Mimo wszystko chciała, aby szylkretka poszła z nimi - z pewnością mają sobie wiele do opowiedzenia. W końcu od bardzo dawna się nie widziały. Jedynym z młodych jej brata pozostałym w klanie, z którym miała bliższy kontakt, była Modliszka. Co prawda nie powie tego jeszcze na głos, ale za nimi tęskniła - za Ważką, Pszczołą, Pchełką... Za Ćmą również.
there's so much more here, a life worth living and with time you drown the FEELING out it's so n o s t a l g i c maybe all the love was worth the pain?
Księżyce: 151
Mistrz: Grzybowa Polana
Płeć: kocur
Matka: Trzcinowa Sadzawka
Ojciec: Miękki Obłok
Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Kiedy wreszcie Ważka i Cierń wymieniły się chwilowymi czułościami, kocur ruszył za medyczką ale nie był pewny czy ta droga, która została wybrana należała do najbezpieczniejszych. Jeszcze nie miał okazji spotkać się z gangami ale wiedział, że nie są to za przyjemne koty, które wręcz gardzą innymi. Tak przynajmniej słyszał a raczej to nie było kłamstwo bądź mało ważna plotka. Obrócił delikatnie ucho w kierunku Gronostaj, która wydawała się być zła? Czyżby nazwanie ją pieszczoszką ją uraziło? Płomyk głupio się uśmiechnął do samego siebie. Dobrze, że nadal uważała się za klanową kotkę. Może dobrze, że Ważka ją tak nazwała bo teraz Gronostaj dostała więcej motywacji do tego by wrócić do starego domu. Ale czy on też wróci? Nigdy nawet nie myślał, że będzie miał taką szanse. Ale Płomyk nadal żył w świadomości, że i tak nawet jakby wszyscy tu zebrani się za nim wstawili to nic to nie da. Był wygnańcem, nikt nie chciał go w klanie, nawet jego własna siostra. Nikt raczej za nim nie tęsknił ani nie pragnął by wrócił. Jego uszy delikatnie się obniżyły a Płomyk pogrążył się w myślach. Mało co zwrócił uwagę na dwunożnych, którzy żyli swoim życiem. Tak więc płomienny jedynie co robił, to szedł dalej, nie protestując. Czasem trzeba zaryzykować by zyskać trochę na czasie. Miał jednak nadzieje, że jego rodakom nic się poważnego nie stanie. Byłoby głupio jakby ich przyprowadził do klanu w słabym stanie.