#37
Gdy Malinowa Gwiazda się odezwała, Twardy Głaz pokiwał lekko głową. Owszem, wiedzieli, ale przodkom i tak należało się wyjaśnienie, bo mimo wszystko nie była to sytuacja codzienna. Żadną tajemnicą nie było, że rangę przywódcy sprawowało się zazwyczaj aż do śmierci, a jednak stali tu teraz i prosili o coś, co najpewniej w ogóle nie powinno mieć miejsca. I chociaż wśród niektórych Gwiezdnych trudno było szukać aprobaty, przywódczyni miała rację, że z tą dwójką pójdzie im łatwiej.
– Nie mogę powiedzieć, że wszyscy przodkowie popierają twoją rezygnację, Malinowa Gwiazdo – powiedział, posyłając jej długie i dość trudne do odczytania spojrzenie, jakby chciał jej przekazać, że sam należy do grona tych nieszczególnie przekonanych. Kodeks mówił wszak, że zastępca zostawał przywódcą dopiero po śmierci swojego poprzednika. Klanem powinno się przewodzić aż do śmierci, ale… – Jednak szanujemy twoją decyzję. Powrócisz do klanu jako Malinowy Nos, a ciebie – przeniósł spojrzenie na Porywisty Wiatr – czeka ceremonia – dokończył wreszcie i uśmiechnął się łagodnie do syna kocicy. To był jego czas. Nadszedł szybko, niespodziewanie i w dość niezwykłych okolicznościach, ale jego czas.
– Porywisty Wietrze, wystąp – wtrącił się nagle żartobliwie Kusowąsy, który chyba już nie wytrzymał siedzenia grzecznie i cicho z tyłu. Dumnie uniósł głowę w górę i imitował ton, jakim przywódcy wywoływali na ceremoniach terminatorów, którzy mieli zostać wojownikami. W końcu to była ceremonia, prawda? Widać było jednak rozbawiony błysk w jego oku, a kąciki pyska kocura uniesione były w delikatnym uśmiechu. Zdawało się nawet, że ukradkiem posłał synowi Malinowej jeszcze-Gwiazdy oczko, kiedy Twardy Głaz skinął do Porywistego Wiatru głową, potwierdzając, że już nadeszła jego pora. Spomiędzy drzew zagajnika na polanę wyszło siedem innych kotów, których futra również iskrzyły się niczym gwiazdy. Wszystkie usiadły w półkolu nieopodal, wpatrując się w zastępcę. Niektóre z nich Porywisty Wiatr rozpoznawał, innych nie. Niektóre były młodsze, inne starsze. Wszystkie przyszły tu jednak we wspólnym celu. Aby powitać nową Gwiazdę klanu Wichru. Jako pierwszy do kocura podszedł Twardy Głaz, patrząc na niego łagodnie, lecz wciąż poważnie.
– Wraz z pierwszym życiem daję ci dar poświęcenia, żebyś zawsze wiernie i lojalnie działał dla dobra klanu Wichru i nigdy nie zapominał, że cały klan to twoje siostry i twoi bracia – powiedział, a następnie dotknął nosem nosa Porywistego Wiatru, który po raz pierwszy mógł poczuć to dziwne uczucie, jakie towarzyszyło przyznawanym darom. Nagły, ogromny przypływ siły i motywacji, którego nie mógł zdusić nawet ciężar bycia przywódcą, wszystkich wyzwań i obowiązków. Przede wszystkim poczuł jednak przyjemne, rodzinne ciepło, jakby wszystko, co robił, robił w imię czegoś ważnego; dla innych, nie tylko dla samego siebie. To właśnie wiązało się z poświęceniem, które przekazał mu dawny przywódca. Wrażenie to trwało tylko chwilę i opuściło go niemal tak szybko, jak się pojawiło, ale pozostawiło go z poczuciem, że był na swój sposób silniejszy. Czy było tak naprawdę, czy było to jedynie złudzenie – trudno było mu stwierdzić. Ale skoro wraz z przyznanym mu życiem on czuł się silniej, co działo się z Malinową Gwiazdą, której dary i życia były równocześnie odbierane? Kocica doświadczyła podobnych sensacji, choć znacznie mniej nasilonych, a kiedy tylko przeminęły, kocica poczuła, jak ubywa jej jakaś drobna część jej sił. Jakby faktycznie mogła odczuć brak tego, co kiedyś zostało jej ofiarowane. Nie było to silne uczucie i w żaden sposób jej nie przytłaczało, jednak wciąż mogło być dotkliwe po tylu księżycach z całymi dziewięcioma życiami. Tymczasem Twardy Głaz wycofał się, aby dołączyć do reszty Gwiezdnych stojących naokoło polany, zostawiając Porywisty Wiatr z Kusowąsym, który już uśmiechał się do niego szeroko.
– No proszę, jeszcze niedawno byłeś taki – uniósł lekko jedną łapę i zrobił nią taki ruch w powietrzu, jakby chciał lekko poklepać jakiegoś kociaka po głowie – mały, a teraz stoisz tutaj. Nieźle. Darem, jaki dostaniesz ode mnie, będzie pogoda ducha. Bycie przywódcą to dużo roboty i nowe obowiązki, ale nigdy nie zapominaj o tym, że życie to przygoda. – Gdyby nie to, że mówił to Kusowąsy, być może zabrzmiałoby to nawet sentymentalnie, ale wypowiadał te słowa w tak samo beztroski i psotny sposób jak zwykle. Po chwili nachylił się w stronę Porywistego Wiatru i dotknął jego nosa swoim nosem. Po ciele rudego kocura natychmiast rozeszło się przyjemne uczucie, porównywalne do zrzucenia z siebie jakiegoś ogromnego ciężaru. Poczuł się niezwykle lekko i przyjemnie, trochę tak, jakby był w biegu, ale nie odczuwał żadnego zmęczenia, jedynie pęd, wolność i nieistniejący wiatr, rozwiewający mu futro. Wszystkie problemy były gdzieś daleko poza jego zasięgiem i nie musiał się nimi przejmować. Kiedy to wrażenie powoli go opuszczało, zorientował się, że Kusowąsy również się wycofał, a w jego stronę zmierzał już kolejny kot, tym razem trochę niepewnie i nieśmiało. Był to Borsucze Futro, który wyglądał… cóż, nie oszukujmy się, znacznie lepiej – zdrowiej – niż przed śmiercią.
– Dzień do-dobry, Porywisty Wietrze – przywitał się, stając przed nim. – Ode mnie dostaniesz… czu-czułość – powiedział po chwili. Być może wydawał się tym wszystkim trochę zawstydzony. Bardzo szybko dotknął nosa syna Malinowej Gwiazdy swoim nosem, po czym spojrzał w bok. Za to Porywisty Wiatr po raz kolejny poczuł ogarniające go przyjemne ciepło, trochę podobne do tego, jakie czuł na początku, przy darze od Twardego Głazu, lecz tym razem było ono jeszcze silniejsze. Poczuł świadomość tego, jak wiele jest bliskich dla niego kotów i dla jak wielu on sam jest bliski. Czuł się kochany, akceptowany, jakby miał wrażenie, że gdzieś należał, miał swoje miejsce. Być może miało to być przesłanie, żeby z tą samą akceptacją i ciepłem traktował swój własny klan, jednak nim zdążył się nad tym długo zastanowić, uczucie przeminęło, a przed nim pojawił się następny kot. Krzykliwa Mewa, która patrzyła na niego radośnie, uśmiechając się od ucha do ucha.
– Miło cię znowu widzieć, Porywisty Wietrze – zaczęła, ze szczęściem i spokojem wyraźnie wymalowanymi na mordce. – Mój dar dla ciebie to radość i uśmiech, żeby twoje serce zawsze było ciepłe i radosne, a wraz z twoim serca całego klanu Wichru – powiedziała, cała wręcz promieniejąc tym ciepłem i radością, które właśnie chciała mu ofiarować. Kiedy i ona dotknęła nosa przyszłego przywódcy, kocur natychmiast poczuł się zwyczajnie… szczęśliwy. Wracały do niego najszczęśliwsze wspomnienia z jego całego życia, czuł się radosny, bezpieczny i pewny siebie. Choć znów trwało to tylko moment, miał wrażenie, że ta chwila bardzo się dłużyła, jakby miało tak już zostać na zawsze, bo właśnie tego przecież mu życzyła. W końcu jednak nawet to uczucie musiało przeminąć, bo nadeszła pora na kolejne życie i kolejny dar. Tym razem Porywisty Wiatr nie znał kocicy, która przed nim stanęła, ale niewątpliwie o niej słyszał, ba, nawet jeszcze tego samego dnia. Była niewysoka, ale prezentowała się dumnie i pewnie. Jej futro było długie, puszyste i srebrzysto-białe, a na zastępcę patrzyła zielonymi, jadowitymi oczami. Była to oczywiście Poranna Rosa. Ta sama, która dała ostatnie życie jego matce.
– Przywódcą powinno się być na całe życie – stwierdziła, na krótką chwilę przenosząc dezaprobujący wzrok na Malinową Gwiazdę gdzieś z tyłu. – A do tego będziesz potrzebował zdecydowania. Bądź kimś, za kim klan będzie podążał. Sprawuj się dobrze, bo jak nie... – urwała. Porywisty Wiatr powinien być autorytetem, kimś rządzącym umiejętnie i potrafiącym zdobyć posłuch. Nie musiała podawać mu przykładów na to, co się stanie, jeżeli taki nie będzie. Najlepszym przykładem byli jego poprzednicy, zarówno jeśli chodziło o zastępców, jak i przywódców, Gradowy Podmuch i Kruczy Ogon. Po chwili kocica wyciągnęła się lekko, żeby sięgnąć do nosa Porywistego Wiatru. Był to pierwszy dar, przy którego otrzymaniu kocur wcale nie poczuł się od razu przyjemnie. Z początku ogarnęły go wątpliwości, niepewność i wszystkie lęki związane z zadaniem, które go czekało. A jednak nagle ta gwałtowna fala ustąpiła. Zastąpiła ją pewność siebie. Syn Malinowej Gwiazdy miał wrażenie, że zna odpowiedzi na każde pytanie i potrafi osądzić każdą sprawę, że cała jego droga jest jasna, a on sam pewnie stąpa przez życie i z tak samo wielką pewnością prowadzi klan. Gdy tylko to uczucie ustąpiło, znalazł się przed nim kolejny kot. Tym razem był to wysoki i dostojny kocur o szaro-białym futrze, upstrzonym cętkami. Po drodze posłał spojrzenie Malinowej Gwieździe i poruszył wąsami na powitanie, zaraz jednak jego uwaga przeniosła się na jej syna.
– Ja, Cedrowy Kolec, daję ci wytrwałość. Musisz wiedzieć, czego chcesz i dążyć do tego mimo wszystkich przeciwieństw losu – powiedział poważnie. Był to na swój sposób podobny dar do tego, który ofiarował wiele księżyców temu jego matce. Gdy kocur dotknął nosa Porywistego Wiatru swoim własnym, syn Malinowej Gwiazdy z początku poczuł się zablokowany. Był sparaliżowany, nie mógł się ruszyć i nawet jego myśli zdawały się zwolnić. Minęło trochę czasu, nim wszystko jakby magicznie się odblokowało, a wraz z tym poczuł siłę, żeby brnąć do przodu niezależnie od tego, jak wiele problemów na niego czekało. Cedrowy Kolec po chwili wycofał się, a na Porywisty Wiatr czekał już kolejny z przodków. I kolejny, którego nie rozpoznawał. Mogła go za to rozpoznać Malinowa Gwiazda – wysoki kocur, którego długie futro miało dość charakterystyczną barwę, połączenie ciemnego brązu oraz bieli. Był to syn Kusowąsego, Niedźwiedzia Łapa. Stanął przed przyszłym przywódcą i bez żadnych ceregieli skinął mu głową w ramach przywitania.
– Siła. Będzie ci potrzebna – oświadczył bezceremonialnie, patrząc na niego wzrokiem, który miał mu jasno mówić, że bez niej zostanie zgnieciony. I rzeczywiście, kiedy i on zetknął się nosem z Porywistym Wiatrem, kocur poczuł się niesamowicie przytłoczony, jak gdyby na jego barkach, zarówno metaforycznie, jak i dosłownie, spoczywał olbrzymi ciężar, który musiał teraz udźwignąć, nawet jeśli ten prawie wbijał go w ziemię. W pewnym momencie znienacka stał się on jednak znacznie lżejszy, a syn Malinowej Gwiazdy mógł się poczuć pewny, że da radę unieść każdy ciężar, przedrzeć się przez wszystkie ciernie. Był silny, wielki i niezwyciężony, a jego wsparciem był cały klan Wichru. Nim jeszcze to uczucie zdążyło przeminąć, Niedźwiedzia Łapa odszedł, a na jego miejscu stanęła niska, rudo-biała kocica… Jedna z ofiar walącego się obozu na starych terenach, matka Fiołkowego Świtu.
– Nazywam się Stokrotkowa Łąka – powiedziała i uśmiechnęła się lekko. Była jego babcią i choć nigdy nie mieli okazji się poznać, bo umarła już dawno temu, wiele księżyców przed tym, nim jeszcze cały miot Kijanki przyszedł na świat, cieszyła się, że może go widzieć. – Jako przywódca będziesz musiał rozwiązywać wiele problemów i być głosem rozsądku. Z tym życiem chcę ci podarować rozwagę, żebyś mógł sądzić mądrze i sprawiedliwie, i żebyś zawsze szukał najlepszych rozwiązań. – Wyciągnęła się do góry, aby móc zetknąć się z nim nosami, co zresztą zrobiła bardzo delikatnie, a Porywisty Wiatr tym razem poczuł się wyjątkowo spokojnie. Wszystko wydawało mu się proste i przejrzyste, widział rozwiązania każdej sytuacji i miał wrażenie, że do wszystkiego mógł podejść z opanowaniem i jasnością umysłu. Wrażenie przeszło, Stokrotkowa Łąka dołączyła do pozostałych przodków, a do kocura podeszła kocica, która miała mu dać ostatnie życie i ostatni dar. Kolorowe futro i zielone, błyszczące oczy. Rozpoznał ją natychmiast. Sadzowa Łapa, która umarła jeszcze tak niedawno na Grzmiącej Ścieżce. Patrzyła na kocura z uśmiechem i wesołymi iskierkami w spojrzeniu. Po raz kolejny wydawała się szczęśliwa i pełna energii.
– Dzień dobry, Porywisty Wietrze! Mam dla ciebie ostatni dar: wyrozumiałość. Czasem koty popełniają błędy, a czasem bardzo duże błędy, ale pamiętaj o tym, żeby nigdy nie patrzeć na nie jednostronnie – rzuciła lekko i już jako ostatnia dotknęła nosa kocura swoim własnym, a ten mógł poczuć… ból. Nie taki silny, który kazałby mu się wręcz zwinąć. Wręcz przeciwnie, był raczej lekki, a jednak wyczuwalny. Czuł go gdzieś w głębi, jak doskwierał mu i po prostu trwał przez długą chwilę. Nic poza tym. Pojawił się i zniknął, być może po to, żeby Porywisty Wiatr mógł go zrozumieć. Kiedy w końcu przeminął, Sadzowa Łapa wciąż stała blisko, żeby dodać coś jeszcze głosem tak cichym, aby mógł go usłyszeć tylko kocur. – Dbaj o Słonecznikową Pestkę, dobrze? *mg dying sounds* to nie był mój pomysł, kazano mi – I jak gdyby nigdy nic dołączyła do reszty przodków. Dokonało się. Syn Malinowej Gwiazdy – a raczej Malinowego Nosa – otrzymał wszystkie swoje życia i dary, i nie był już zastępcą, a przywódcą klanu Wichru.
– Porywista Gwiazda! Porywista Gwiazda! – rozległo się skandowanie Gwiezdnych dookoła. Porywista Gwiazda czuł nową siłę, a koty wokół nawoływały jego imię. Natomiast Malinowy Nos, której dary dopiero co zostały odebrane, po raz pierwszy tak naprawdę odczuwała swój faktyczny wiek, słabość związaną ze starością. Jednak w końcu tak musiało się stać – nastał czas na nowe, wiosenne zmiany, a nad klanem Wichru miała wznieść się kolejna, młoda Gwiazda. Okrzyki trwały jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu wszystkie sylwetki Gwiezdnych przed nimi zaczęły się rozmywać. Nie minęło długo, nim ich oczy same się zamknęły, a kiedy je otworzyli, ponownie znajdowali się nad brzegiem Szepczącej Sadzawki, w okolicy czekały zaś na nich Lawendowy Kwiat z Gwieździstą Łapą. Jedyną różnicą było to, że teraz nie byli już Malinową Gwiazdą i Porywistym Wiatrem, a Porywistą Gwiazdą i Malinowym Nosem.
<table><td><br>if every night I go to sleep knowing<br>that . I . gave . everything . that . I<br><br>.............「 HAD TO GIVE 」<br><br>≡ then it's all I could've asked for ≡<br>I've . been . standing . u p . beside <br>e v e r y t h i n g I've ever said, but<br><br>OH, IT'S SATURDAY NIGHT, YEAH
</td>
<td><img src='https://i.imgur.com/GtMW6L7.png' height='169px'><br></td></table>
LVL 6 170 / 500
MedLVL 0 0 / 100
20
Siła
S
15
Zręczność
Zr
9
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
85
Punkty Życia
HP
65
Wytrzymałość
W