W pierwszej sekundzie Orion dostrzegł ruch rudej kity. Długi włos przeciął powietrze (z cichym świstem, mógłby przysiąc, chociaż z tej odległości były to jedynie jego wyobrażenia). Ten widok starczył by momentalnie wywołać falę cieplejszych uczuć u orientala. Falujące nad zielenią rdzawe kłaczki sprawiły, że w ułamku sekundy zapragnął by jego fantazje ożyły. Żeby mógł zwyczajnie zobaczyć jego chociaż na krótką chwilę. Chciał znowu poczuć tę iskrę poruszenia w swoich trzewiach, której zdarzało się rozbłyskać, ilekroć przed oczami stawała mu personifikacja najpotężniejszego, najniebezpieczniejszego, a zarazem najbardziej pociągającego żywiołu, który trawił jego serce. Czysty ogień; ten sam, który tańczył w rdzawej szacie, ilekroć spadały na nią promienie słoneczne. Z biegiem czasu zaczynał rozumieć ćmy, chociaż musiał im przyznać nieco więcej rozsądku. Zgubne źródło światła zakrzywiało ich tor lotu, sprawiało że po zacieśniającej się spirali z każdą chwilą znajdowały się coraz bliżej niebezpieczeństwa, a podlatując zbyt blisko zbyt blisko – oslepione jego blaskiem – nie były już w stanie się uratować przed śmiertelnym zakończeniem. Tymczasem Orion, w przeciwieństwie do nocnych motyli, był gotów pójść prosto w objęcia płomieni. Potrzebował tylko jednego przychylniejszego spojrzenia czy słowa, by całkowicie odrzucić rozsądek, który nakazywał spiralny taniec wokół źródła problemów. Chociaż ostatnio zaczynał podejrzewać, że był gotów podjąć to ryzyko i bez jakiegokolwiek sygnału.
Równie szybko, co obrazy ożywające w jego głowie, myśli zostały zatrute dwoma niepasującymi elementami.
Błysk białych włosów na końcu puchatej kity podziałał jak nieplanowana kąpiel w mroźnej toni skutego lodem jeziora. Przypomniał orientalowi o jego kruchej śmiertelności, sprawił, że łapy ugięły się pod nim, narzucając mu przyjęcie pozycji zbliżonej łowieckiej. Drugim elementem był paskudny odór, którego nie dało się pomylić z zapachem traw targanych wiatrem. I gdy już jego własna emocjonalność nie przesłaniała mu spojrzenia, widział wyraźnie jak potargany był ten ogon, jak nie mógł się nawet w najmniejszym stopniu równać ze starannie ułożonym, aksamitnym włosem rdzawej kity. Poczuł się zgorszony, że tak przyziemny widok był w stanie przywołać w czujnej pamięci obrazy zjawiskowej piękności. Efemeryczny zachwyt ustąpił więc miejsca przytomnej logice.
Skryty między odbijającymi po zimie trawami, odczekał krótki moment potrzebny na określenie kierunku wiatru. Następnie, na ugiętych łapach, możliwie cicho i niezauważalnie, wycofał się. Nie pragnął śmierci, ale jeśli miałby wybierać to po stokroć wolałby śmierć z łap rdzawego wojownika niż przypadkowego rudzielca. Śmierdzącego i potarganego. Gdy uznał, że oddalił się już wystarczająco, wrócił do wypatrywania tropów. Wciąż musiał upolować sobie coś zjadliwego przecież. Tylko przyduże uszka ciągle kierował do tyłu, chcąc zawczasu wychwycić odgłosy nadciągającego lisa.
[Obrazek: onyo.gif]
LVL 18 60 / 500
MedLVL 0 0 / 100
37
Siła
S
46
Zręczność
Zr
20
Szybkość
Sz
20
Zmysły
Zm
140
Punkty Życia
HP
130
Wytrzymałość
W