26.05.2022 20:27
soundtrack
Noc padła na las, las w mroku spał.
Zasnął niemal natychmiast po zamknięciu oczu. Czy to wypicie wody, czy zanurzenie się w świętej sadzawce tak nań podziałało - nie wiadomo. Wiadomo, że Paprociowa Łapa zasnął jak kamień.
Przez pierwsze chwile nie widział nic, nie był nawet pewien, czy już śni. Dopiero po kilkunastu uderzeniach serca całkowitej ciemności ujrzał przed sobą najpierw maleńki, blady blask; światełko zamajaczyło w oddali, chociaż nie mógłby określić konkretnej odległości, która ich dzieliła. Zafalowało w mroku, zadrżało i zdawało się, że zniknęło, ale oto pojawiło się na nowo; płynęło ku niemu, widział to wyraźnie, zbliżało się, a w którejś chwili zrozumiał, że nie było to jedno źródło światła, a całe ich grono. Im bliżej był, tym więcej szczegółów nabierało otoczenie. Oto i nocne niebo, ciemne zupełnie; oto śliskie i posiniałe jakby źdźbła trawy pod łapami; oto krąg kotów otaczających przybysza. To od nich bił ten siwy blask. Otaczał ich jakiś dziwny majestat; zdawało się, że poza postaciami zatarły się w nich wszelkie ślady ich ziemskiego pochodzenia i że są już istotami w całości z innego świata, istotami, z którymi nikt żywy nie mógłby się porozumieć.
Przez długą chwilę panowała cisza. Dopiero potem naprzód wystąpiła postać kocicy oszpeconej ohydną blizną na szyi, którą tylko częściowo zasłaniało długie bure futro. Przyjrzała się przybyszowi błękitnymi oczyma; chociaż spojrzenie miało być zapewne łagodne, to w oczach łyskały czerwone i purpurowe żyłki.
- Witaj - rzekła wreszcie niegłośno, jednak w zupełnej ciszy jej słowa brzmiały wyraźnie. - To nie Klan Rzeki cię przysłał; przebacz im to, są bowiem oślepieni. Oczy Gwiazdy osłoniły chmury, chmury, które zesłali nań ci sami, którzy odpowiadają za uczynienie z Klanów tej żałosnej maskarady dawnej świetności. Przebacz im, że cię nie dostrzegli. - pochyliła głowę, nadal z spokojnym półuśmiechem, potem dopiero podjęła. - Niezależnie od tego, jak wiele ciemnych sił nie zbierałoby się nad twoją głową, teraz tu przybyłeś, by rozproszyć mrok, my za to - by udzielić ci naszych błogosławieństw. Nazywam się Jaskółczy Śpiew - racz przyjąć ode mnie dar potęgi - z tymi słowami oparła nos o czoło Paproci. Poczuł, że wzbiera w nim olbrzymia siła, olbrzymia moc; zrozumiał, że nikt nie będzie mógł mu się oprzeć, że może jednym pazurem gnieść góry. Pod łapą poczuł pękające naraz tysiące czaszek pokonanych przeciwników, ich przedśmiertne krzyki wypełniły jego uszy muzyką. Wizja trwała tylko chwilę, a przez cały jej czas Jaskółczy Śpiew szeptała: - Nie możesz stosować półśrodków, gdy dążysz do celu. W wielu przypadkach umysł jest lepszy od pazura, ale gdy przyjdzie taka konieczność - bądź bezwzględny. Bądź wodą, bądź Rzeką, która zarazem wdziera się w szczeliny, żłobi dla siebie nowe koryta, niszczy przeszkody na swojej drodze i zatapia każdego, kto waży się przekroczyć jej granicę - gdy wizja minęła, a Paprociowa Łapa spojrzał na darczyńcę, kocica już odchodziła na swoje miejsce w kręgu.
Jej miejsce zajęła koścista kocica o czekoladowym futrze i wąskich oczach. Zlustrowała go czujnym spojrzeniem, nim oparła nos o jego czoło.
- Jestem Księżycowa Mara i jako taka daruję ci dumę. Nigdy nie zapominaj, kim jesteś. Kiedy stracisz w siebie wiarę, stracisz wszystko, co masz - przez jego ciało przebiegło coś jakby elektryczny wstrząs i na ułamek sekundy ujrzał pod swoimi łapami twardy głaz. Mroźna Skała, uświadomił sobie, nie, to nie była Mroźna Skała, to była dużo wyższa skała, najwyższa skała na świecie, z której szczytu widział cały świat. U jego stóp zbierał się tłum kotów; każdy patrzył wprost na niego z boskim uwielbieniem. Z tysiąca, miliona, miliarda gardeł niosło się zgodne skandowanie: skandowali jego imię.
Jeszcze się nie otrząsnął, a podeszły do niego tym razem dwa koty; kocur i kotka. On - paskudny, ogromny, o cokolwiek tępawym wyrazie pyska. Ona - zjawiskowo śliczna, wychudzona, trzymająca się na długich łapach. Oboje pokryci masą blizn, a zarazem - wydawali się być w jakiś łobuzerski sposób naprawdę głęboko szczęśliwi, naprawdę głęboko kochający się nawzajem. Kocica spojrzała na niego i już otwierała pysk, by zacząć swoją przemowę, ale ubiegł ją jej towarzysz.
- Dar bezwzględności - rzekł z namaszczeniem tonem, który sugerował, że długo zajęło mu wymyślenie tak skomplikowanej nazwy, i bez większych ceregieli palnął nosem w czoło Paprociowej Łapy; jego serce przejął najpierw lodowaty chłód, a potem twarda, pozbawiona jakiegokolwiek bólu pewność, że jest gotów bezlitośnie zmiażdżyć każdego, kto wejdzie mu w drogę. Gdzieś w dali usłyszał znowu tysiące złączonych z sobą głosów; błagały o litość. Kakofonia urwała się wraz z chrząknięciem kocicy.
- Po pierwsze, damom się ustępuje, po drugie, warto się najpierw przedstawić - rzuciła, ale po jej tonie widać było wyraźnie, że się nic nie gniewa. - Ten pan to Trzmieli Grzbiet, a ja jestem Krucze Serce. Daję ci dar osądu. Dobrze jest mieć kogoś, komu możesz zaufać, ale tragicznym jest zaufać komuś, komu się nie powinno - dotknęła Paprocia nosem, a jemu zdało się nagle, że w gestach, postawie, ruchach każdego kota jest coś niepokojącego, złego; miał pewność, że wszyscy przeciwko niemu spiskują, każdy chciałby odebrać mu pozycję; poczuł nieodpartą potrzebę odwrócenia się do tyłu, by sprawdzić, czy nikt się za nim nie czai. Wreszcie okropne uczucie zniknęło, a gdy obrócił się do przodu, już stał przed nim kolejny kot. Biała, stara kocica poznaczona straszliwymi bliznami. Rzuciła mu ostre spojrzenie lodowatych oczu.
- Udzielam ci daru niezależności. Nie pozwól, by ktokolwiek cię ograniczał, kiedykolwiek. Zrzucaj z siebie jarzmo, gdy poczujesz, że cię uciska - powtórzyła gest poprzedników. Paprociową Łap zalała kolejna wizja; tym razem doznał wrażenia, że jest wielki. Tak wielki, że nie mieści się we własnym ciele, że jego skóra i szkielet są dla niego za ciasne, że lada chwila eksploduje, że zbyt mały jest nawet cały wszechświat, że musi obalić stary porządek i na jego miejsce wprowadzić nowy, by wreszcie móc dokądś pasować. Gdy ochłonął z wizji, podszedł do niego kolejny wysłannik.
- Od Wroniego Serca w udziale przypadnie ci pamiętliwość - zagrzmiała smolistoczarna kocica, wielokrotnie górująca nad nim wzrostem. - Zrób z niej dobry użytek. Nie każdy grzech można wybaczyć. Nie każdą bliznę można zaleczyć. Przeklęty niech będzie ten, kto zapomina zniewagi! - z tymi słowy powtórzyła gest poprzedników. Przed oczyma Paprociowej Łapy przewinęły się, niby w wartkim strumieniu, wspomnienia wszystkich, wszystkich gestów, które kiedykolwiek zapiekły go w serce. Dokładnie pamiętał wszystkie okoliczności tych zdarzeń, z których wszystkie nabrały w jego oczach znamion nieomal bluźnierstwa, straszliwego grzechu, obelgi nie do przebaczenia. Nie zdołał jeszcze wyrwać się z otchłani własnych wspomnień, gdy czysto i wyraźnie zobaczył przed sobą pole jakiejś przeraźliwej bitwy zasłane padłymi lub rannymi wojownikami; na pierwszym planie ujrzał za to szeroko rozwarte ślepia, z których umykało już życie, i usłyszał gdzieś w głębi własnej głowy charczący głos konającego kota: ... przejmie władzę. Serce rozdarła mu wściekłość, żal, bezsilność, ból, cierpienie. To nie było jego wspomnienie i to nie był jego ból. Obywa znikły równie szybko i bez śladu, co się pojawiły; zaczerpnął tchu, mógł już chcieć zapytać Wroniego Serca, czy to tylko wizja artystyczna, czy fragment jej przeszłości, ale kocica już odeń odchodziła. Na jej miejscu pojawiła się wysoka, chociaż stosunkowo młoda, kocica o ryżym futrze.
- Jestem Czarny Świt - przedstawiła się ostrym tonem. Spojrzała na niego z góry; jej oczy nic nie wyrażały. - Przygotowałam dla ciebie dar zrozumienia. I nie, nie chodzi mi o zrozumienie w sensie empatii - wymówiła to słowo jakby z pogardą - chodzi o zdolność do dostrzeżenia, gdzie tkwią problemy. W kim tkwią problemy. I gotowość do ich usuwania - to mówiąc wsparła nos o czoło Paprociowej Łapy, posyłając mu kolejną wizję. Tym razem przed oczyma pojawiły się mu wszystkie koty z Klanu Rzeki, wszystkie koty, które kiedykolwiek widział, wszystkie miejsca, w których był, wszystko, czego go uczono - i wszystko to ujrzał jako zdegenerowane, wadliwe. Widział we wszystkim problem, widział we wszystkim minus, złą stronę, i nie potrafił zrozumieć, dlaczego nikt nie zwrócił na to wcześniej uwagi. Gdy mara przeminęła, Czarny Świt stała nad nim jeszcze przez chwilę, taksując go surowym spojrzeniem. - Będziesz miał wiele roboty przy naprawianiu waszego świata - rzekła krótko, odwróciła się na pięcie i odeszła, mijając się z kolejnym duchem. Następna zjawa była gigantyczną kocicą o ciemnym futrze, która wyszczerzyła kły w nieprzyjemnym uśmiechu, gdy dotykała jego czoła swoim nosem.
- Jestem Skaza. Wraz z moim darem daję ci te słowa: powinieneś zawsze dostawać to, czego sobie życzysz. Nieważne jakimi środkami. Walcz kłami i pazurami, by dostać wszystko - zdawało się, że w jej ostatnich słowach wybrzmiała jakaś gorzka, ociekająca żółcią nuta. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo jego głowę wypełniły nowe obrazy. Teraz ogarnęła go szalona, dusząca żądza, niemożliwa do opanowania zachłanność. Straszliwe pragnienie, głód. Wody!, mogło pojawić się w jego głowie, wody! Zabiłby za kroplę napoju, za kęs pożywienia. Przed oczyma zrobiło mu się żółto z pragnienia, głowa zaciążyła, nim jednak upadł, wizja nagle zniknęła. Ciężko dyszał, wyczerpany wizją, i uniósł wzrok dopiero, gdy stanęła przed nim ostatnia z mar. Cętkowane, srebrzyste futro, smutne oczy, bielmo zamiast źrenic.
- Byłem ślepy przez całe życie - zaczął duch - ale oczy mojego umysłu były jaśniejsze, niż wielu moich pobratymców. Jestem Pustułczy Głos i daję ci dar wiary w siebie. Obyś zawsze ufał samemu sobie, inaczej koniec, obłęd, śmierć! Ufaj sobie... a może nie? - wyszeptał nagle, niby w żarcie, do ucha Paprociowej Łapy, i nim ten zareagował, pacnął go nosem w czoło. To, czego doznał Paprociowa Łapa, nie da się opisać słowami. Poczuł, że przestaje istnieć, że jego umysł rozpada się, dezintegruje; że jego własna samoświadomość nie pamięta już samej siebie; przecież ja istnieję!, krzyknęło coś w jego głębi, i uchwycił się tej myśli, lub raczej - to ta myśl osadziła go na swojej osi, i oto był już z powrotem, otoczony kręgiem dawców znaków. Wraz ze świadomością powróciły do niego zmysły.
- Dokonało się - zaszemrała Jaskółczy Śpiew, gdy tylko wrócił do siebie. - Władco, jak chcesz się zwać? - poczekała na jego wybór, by potem zawołać głosem uginającym źdźbła trawy: - Oto ja, Jaskółczy Śpiew, odbieram dawne, niegodne go imię temu kotu. Paprociowa Łapa umarł, niech żyje Spalająca Gwiazda!
Krzyk utonął w skandowaniu jego nowego imienia. Może była to wina jego zmęczonego umysłu, ale krzyki wydawały się być odrobinę fałszywe, bardziej przypominały kakofonię niż zgodny chór. Słuchał ich jednak, gdy cały świat zapadał się w ten sam mrok, z którego się wyłonił, a na chwilę przedtem, jak i on znikł, usłyszał cichutki, słodki szept Jaskółczego Śpiewu:
- Dobranoc.
I obudził się, słysząc w uszach huk własnej krwi przetaczającej się pod czaszką. Nie mając pojęcia, że dary były tylko manipulacją kilku przeżartych własną zgnilizną umysłów.
Pójdź do mnie w las, w ten głuchy las, a spiesz się, bo wołam już ostatni raz...
Noc padła na las, las w mroku spał.
Zasnął niemal natychmiast po zamknięciu oczu. Czy to wypicie wody, czy zanurzenie się w świętej sadzawce tak nań podziałało - nie wiadomo. Wiadomo, że Paprociowa Łapa zasnął jak kamień.
Przez pierwsze chwile nie widział nic, nie był nawet pewien, czy już śni. Dopiero po kilkunastu uderzeniach serca całkowitej ciemności ujrzał przed sobą najpierw maleńki, blady blask; światełko zamajaczyło w oddali, chociaż nie mógłby określić konkretnej odległości, która ich dzieliła. Zafalowało w mroku, zadrżało i zdawało się, że zniknęło, ale oto pojawiło się na nowo; płynęło ku niemu, widział to wyraźnie, zbliżało się, a w którejś chwili zrozumiał, że nie było to jedno źródło światła, a całe ich grono. Im bliżej był, tym więcej szczegółów nabierało otoczenie. Oto i nocne niebo, ciemne zupełnie; oto śliskie i posiniałe jakby źdźbła trawy pod łapami; oto krąg kotów otaczających przybysza. To od nich bił ten siwy blask. Otaczał ich jakiś dziwny majestat; zdawało się, że poza postaciami zatarły się w nich wszelkie ślady ich ziemskiego pochodzenia i że są już istotami w całości z innego świata, istotami, z którymi nikt żywy nie mógłby się porozumieć.
Przez długą chwilę panowała cisza. Dopiero potem naprzód wystąpiła postać kocicy oszpeconej ohydną blizną na szyi, którą tylko częściowo zasłaniało długie bure futro. Przyjrzała się przybyszowi błękitnymi oczyma; chociaż spojrzenie miało być zapewne łagodne, to w oczach łyskały czerwone i purpurowe żyłki.
- Witaj - rzekła wreszcie niegłośno, jednak w zupełnej ciszy jej słowa brzmiały wyraźnie. - To nie Klan Rzeki cię przysłał; przebacz im to, są bowiem oślepieni. Oczy Gwiazdy osłoniły chmury, chmury, które zesłali nań ci sami, którzy odpowiadają za uczynienie z Klanów tej żałosnej maskarady dawnej świetności. Przebacz im, że cię nie dostrzegli. - pochyliła głowę, nadal z spokojnym półuśmiechem, potem dopiero podjęła. - Niezależnie od tego, jak wiele ciemnych sił nie zbierałoby się nad twoją głową, teraz tu przybyłeś, by rozproszyć mrok, my za to - by udzielić ci naszych błogosławieństw. Nazywam się Jaskółczy Śpiew - racz przyjąć ode mnie dar potęgi - z tymi słowami oparła nos o czoło Paproci. Poczuł, że wzbiera w nim olbrzymia siła, olbrzymia moc; zrozumiał, że nikt nie będzie mógł mu się oprzeć, że może jednym pazurem gnieść góry. Pod łapą poczuł pękające naraz tysiące czaszek pokonanych przeciwników, ich przedśmiertne krzyki wypełniły jego uszy muzyką. Wizja trwała tylko chwilę, a przez cały jej czas Jaskółczy Śpiew szeptała: - Nie możesz stosować półśrodków, gdy dążysz do celu. W wielu przypadkach umysł jest lepszy od pazura, ale gdy przyjdzie taka konieczność - bądź bezwzględny. Bądź wodą, bądź Rzeką, która zarazem wdziera się w szczeliny, żłobi dla siebie nowe koryta, niszczy przeszkody na swojej drodze i zatapia każdego, kto waży się przekroczyć jej granicę - gdy wizja minęła, a Paprociowa Łapa spojrzał na darczyńcę, kocica już odchodziła na swoje miejsce w kręgu.
Jej miejsce zajęła koścista kocica o czekoladowym futrze i wąskich oczach. Zlustrowała go czujnym spojrzeniem, nim oparła nos o jego czoło.
- Jestem Księżycowa Mara i jako taka daruję ci dumę. Nigdy nie zapominaj, kim jesteś. Kiedy stracisz w siebie wiarę, stracisz wszystko, co masz - przez jego ciało przebiegło coś jakby elektryczny wstrząs i na ułamek sekundy ujrzał pod swoimi łapami twardy głaz. Mroźna Skała, uświadomił sobie, nie, to nie była Mroźna Skała, to była dużo wyższa skała, najwyższa skała na świecie, z której szczytu widział cały świat. U jego stóp zbierał się tłum kotów; każdy patrzył wprost na niego z boskim uwielbieniem. Z tysiąca, miliona, miliarda gardeł niosło się zgodne skandowanie: skandowali jego imię.
Jeszcze się nie otrząsnął, a podeszły do niego tym razem dwa koty; kocur i kotka. On - paskudny, ogromny, o cokolwiek tępawym wyrazie pyska. Ona - zjawiskowo śliczna, wychudzona, trzymająca się na długich łapach. Oboje pokryci masą blizn, a zarazem - wydawali się być w jakiś łobuzerski sposób naprawdę głęboko szczęśliwi, naprawdę głęboko kochający się nawzajem. Kocica spojrzała na niego i już otwierała pysk, by zacząć swoją przemowę, ale ubiegł ją jej towarzysz.
- Dar bezwzględności - rzekł z namaszczeniem tonem, który sugerował, że długo zajęło mu wymyślenie tak skomplikowanej nazwy, i bez większych ceregieli palnął nosem w czoło Paprociowej Łapy; jego serce przejął najpierw lodowaty chłód, a potem twarda, pozbawiona jakiegokolwiek bólu pewność, że jest gotów bezlitośnie zmiażdżyć każdego, kto wejdzie mu w drogę. Gdzieś w dali usłyszał znowu tysiące złączonych z sobą głosów; błagały o litość. Kakofonia urwała się wraz z chrząknięciem kocicy.
- Po pierwsze, damom się ustępuje, po drugie, warto się najpierw przedstawić - rzuciła, ale po jej tonie widać było wyraźnie, że się nic nie gniewa. - Ten pan to Trzmieli Grzbiet, a ja jestem Krucze Serce. Daję ci dar osądu. Dobrze jest mieć kogoś, komu możesz zaufać, ale tragicznym jest zaufać komuś, komu się nie powinno - dotknęła Paprocia nosem, a jemu zdało się nagle, że w gestach, postawie, ruchach każdego kota jest coś niepokojącego, złego; miał pewność, że wszyscy przeciwko niemu spiskują, każdy chciałby odebrać mu pozycję; poczuł nieodpartą potrzebę odwrócenia się do tyłu, by sprawdzić, czy nikt się za nim nie czai. Wreszcie okropne uczucie zniknęło, a gdy obrócił się do przodu, już stał przed nim kolejny kot. Biała, stara kocica poznaczona straszliwymi bliznami. Rzuciła mu ostre spojrzenie lodowatych oczu.
- Udzielam ci daru niezależności. Nie pozwól, by ktokolwiek cię ograniczał, kiedykolwiek. Zrzucaj z siebie jarzmo, gdy poczujesz, że cię uciska - powtórzyła gest poprzedników. Paprociową Łap zalała kolejna wizja; tym razem doznał wrażenia, że jest wielki. Tak wielki, że nie mieści się we własnym ciele, że jego skóra i szkielet są dla niego za ciasne, że lada chwila eksploduje, że zbyt mały jest nawet cały wszechświat, że musi obalić stary porządek i na jego miejsce wprowadzić nowy, by wreszcie móc dokądś pasować. Gdy ochłonął z wizji, podszedł do niego kolejny wysłannik.
- Od Wroniego Serca w udziale przypadnie ci pamiętliwość - zagrzmiała smolistoczarna kocica, wielokrotnie górująca nad nim wzrostem. - Zrób z niej dobry użytek. Nie każdy grzech można wybaczyć. Nie każdą bliznę można zaleczyć. Przeklęty niech będzie ten, kto zapomina zniewagi! - z tymi słowy powtórzyła gest poprzedników. Przed oczyma Paprociowej Łapy przewinęły się, niby w wartkim strumieniu, wspomnienia wszystkich, wszystkich gestów, które kiedykolwiek zapiekły go w serce. Dokładnie pamiętał wszystkie okoliczności tych zdarzeń, z których wszystkie nabrały w jego oczach znamion nieomal bluźnierstwa, straszliwego grzechu, obelgi nie do przebaczenia. Nie zdołał jeszcze wyrwać się z otchłani własnych wspomnień, gdy czysto i wyraźnie zobaczył przed sobą pole jakiejś przeraźliwej bitwy zasłane padłymi lub rannymi wojownikami; na pierwszym planie ujrzał za to szeroko rozwarte ślepia, z których umykało już życie, i usłyszał gdzieś w głębi własnej głowy charczący głos konającego kota: ... przejmie władzę. Serce rozdarła mu wściekłość, żal, bezsilność, ból, cierpienie. To nie było jego wspomnienie i to nie był jego ból. Obywa znikły równie szybko i bez śladu, co się pojawiły; zaczerpnął tchu, mógł już chcieć zapytać Wroniego Serca, czy to tylko wizja artystyczna, czy fragment jej przeszłości, ale kocica już odeń odchodziła. Na jej miejscu pojawiła się wysoka, chociaż stosunkowo młoda, kocica o ryżym futrze.
- Jestem Czarny Świt - przedstawiła się ostrym tonem. Spojrzała na niego z góry; jej oczy nic nie wyrażały. - Przygotowałam dla ciebie dar zrozumienia. I nie, nie chodzi mi o zrozumienie w sensie empatii - wymówiła to słowo jakby z pogardą - chodzi o zdolność do dostrzeżenia, gdzie tkwią problemy. W kim tkwią problemy. I gotowość do ich usuwania - to mówiąc wsparła nos o czoło Paprociowej Łapy, posyłając mu kolejną wizję. Tym razem przed oczyma pojawiły się mu wszystkie koty z Klanu Rzeki, wszystkie koty, które kiedykolwiek widział, wszystkie miejsca, w których był, wszystko, czego go uczono - i wszystko to ujrzał jako zdegenerowane, wadliwe. Widział we wszystkim problem, widział we wszystkim minus, złą stronę, i nie potrafił zrozumieć, dlaczego nikt nie zwrócił na to wcześniej uwagi. Gdy mara przeminęła, Czarny Świt stała nad nim jeszcze przez chwilę, taksując go surowym spojrzeniem. - Będziesz miał wiele roboty przy naprawianiu waszego świata - rzekła krótko, odwróciła się na pięcie i odeszła, mijając się z kolejnym duchem. Następna zjawa była gigantyczną kocicą o ciemnym futrze, która wyszczerzyła kły w nieprzyjemnym uśmiechu, gdy dotykała jego czoła swoim nosem.
- Jestem Skaza. Wraz z moim darem daję ci te słowa: powinieneś zawsze dostawać to, czego sobie życzysz. Nieważne jakimi środkami. Walcz kłami i pazurami, by dostać wszystko - zdawało się, że w jej ostatnich słowach wybrzmiała jakaś gorzka, ociekająca żółcią nuta. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo jego głowę wypełniły nowe obrazy. Teraz ogarnęła go szalona, dusząca żądza, niemożliwa do opanowania zachłanność. Straszliwe pragnienie, głód. Wody!, mogło pojawić się w jego głowie, wody! Zabiłby za kroplę napoju, za kęs pożywienia. Przed oczyma zrobiło mu się żółto z pragnienia, głowa zaciążyła, nim jednak upadł, wizja nagle zniknęła. Ciężko dyszał, wyczerpany wizją, i uniósł wzrok dopiero, gdy stanęła przed nim ostatnia z mar. Cętkowane, srebrzyste futro, smutne oczy, bielmo zamiast źrenic.
- Byłem ślepy przez całe życie - zaczął duch - ale oczy mojego umysłu były jaśniejsze, niż wielu moich pobratymców. Jestem Pustułczy Głos i daję ci dar wiary w siebie. Obyś zawsze ufał samemu sobie, inaczej koniec, obłęd, śmierć! Ufaj sobie... a może nie? - wyszeptał nagle, niby w żarcie, do ucha Paprociowej Łapy, i nim ten zareagował, pacnął go nosem w czoło. To, czego doznał Paprociowa Łapa, nie da się opisać słowami. Poczuł, że przestaje istnieć, że jego umysł rozpada się, dezintegruje; że jego własna samoświadomość nie pamięta już samej siebie; przecież ja istnieję!, krzyknęło coś w jego głębi, i uchwycił się tej myśli, lub raczej - to ta myśl osadziła go na swojej osi, i oto był już z powrotem, otoczony kręgiem dawców znaków. Wraz ze świadomością powróciły do niego zmysły.
- Dokonało się - zaszemrała Jaskółczy Śpiew, gdy tylko wrócił do siebie. - Władco, jak chcesz się zwać? - poczekała na jego wybór, by potem zawołać głosem uginającym źdźbła trawy: - Oto ja, Jaskółczy Śpiew, odbieram dawne, niegodne go imię temu kotu. Paprociowa Łapa umarł, niech żyje Spalająca Gwiazda!
Krzyk utonął w skandowaniu jego nowego imienia. Może była to wina jego zmęczonego umysłu, ale krzyki wydawały się być odrobinę fałszywe, bardziej przypominały kakofonię niż zgodny chór. Słuchał ich jednak, gdy cały świat zapadał się w ten sam mrok, z którego się wyłonił, a na chwilę przedtem, jak i on znikł, usłyszał cichutki, słodki szept Jaskółczego Śpiewu:
- Dobranoc.
I obudził się, słysząc w uszach huk własnej krwi przetaczającej się pod czaszką. Nie mając pojęcia, że dary były tylko manipulacją kilku przeżartych własną zgnilizną umysłów.
Pójdź do mnie w las, w ten głuchy las, a spiesz się, bo wołam już ostatni raz...
9
Siła
S
9
Zręczność
Zr
13
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
65
Punkty Życia
HP
55
Wytrzymałość
W