#13
Usnął natychmiastowo, co w jego przypadku było raczej rzadkością. Zawsze przed snem lubił sobie wyobrażać reakcję kotów, gdy w końcu okaże się wielkim przywódcą, toteż trwało to dobre uderzenia serca, by w końcu jego powieki skleiły się ze sobą. Ale teraz zasnął w mgnieniu oka i co najdziwniejsze, wiedział, że śni.

Najpierw nie działo się nic, później pojawiły się blade, oddalone blaski. Czyżby to Gwiezdni do niego schodzili? Może to był pierwszy, najwcześniejszy ze wszystkich Gwiezdnych? Należało mu się poznać tak ważną osobistość, skoro był tym, kim był. Odetchnął podekscytowany i wytężył wzrok, by lepiej móc się przyjrzeć jasnemu obiektowi. Nie miał zamiaru do nikogo iść, to do niego powinni podchodzić i przed nim padać. Zaraz, jakby na zawołanie, światło rozszczepiło się, przybrało na ostrości, ukazując pojedyncze sylwetki kotów, będące źródłem ów światła. Gwiezdni. Wyczuwał ich majestat, wyróżniający się na tle ciemnego lasu, jednak ich skromna boskość była niczym w porównaniu do jego świętości. Wiedział, że lśnią słabiej, żeby nie sprawić mu przykrości, bowiem on, jako jeszcze żyjący, musi trochę poczekać by zyskać możliwość świecenia. Doceniał to. W końcu ktoś zachowywał się wokół niego, tak, jak powinien.

Nie drżał ze strachu, ni nawet nie czuł nic negatywnego. Chwila, o której śnił przez tyle nocy, lada moment się wydarzy. Te koty, otaczające go kręgiem, lada sekunda przedstawią mu, tylko jemu, przyszłość czterech Klanów i całego lasu. Ten moment w czasie był poświęcony kompletnie jego postaci i nie miał zamiaru z tego powodu narzekać. Został do tego przecież stworzony, czuł to w swojej krwi, buzującej teraz po jego kościach, wypełniając go energią i mocą. Nigdy nie czuł się potężniejszy i lepszy niż teraz. Uniósł podbródek do góry, dumnie wypinając pierś do przodu. Niech go podziwiają. Niech go wielbią.

Koty wokół niego były brzydkie i na pewno nie ma dla takich miejsca w Klanach. Klan Rzeki, jako że jest Klanem najlepszym, powinien mieć najpiękniejszych wojowników, najcudniejszych w każdym aspekcie. Ci tutejsi pewnie byli z Gromu lub Cienia. To dobrze, niech inne Klany też wiedzą o jego potędze, niech inne Klany wysyłają swoich przedstawicieli, by przywitać przyszłą Gwiazdę. Jeszcze chwila i będzie mógł przenosić gwiazdy, zmieniać los, decydować o przyszłości kocich żyć. Jeszcze chwila i cały las będzie drżał na jego widok.

Czekał cierpliwie. Nie chciał przeszkadzać swoim fanom w podziwianiu jego skromnej persony, lubił, kiedy to robili, kiedy zjadali go spojrzeniem, jednak on nie ulegał, tylko rósł w siłę, by ich przerazić. Napawał się tą chwilą, pozwalając, by każdy widział jakim jest wielkim przywódcą. Niech się go boją. Niech błagają go o litość. On nie był ich, to oni należeli do niego.

- Witajcie - przywitał ich wszystkich, gdy tama w końcu drgnęła, burząc jego idealność momentu. Skupił się na kocicy o przekrwionych oczach, bo póki co tylko ta miała siłę przełamać strach i przemówić do swojego Pana. Była szpetna, lecz Paproć miał to gdzieś. Był od niej stokroć piękniejszy i tylko to się w tej chwili liczyło. Liczyło się, że dominował nad nią spojrzeniem i wręcz kazał jej kontynuować swój wywód.

Natychmiast rzucił się w wir słów, pojmując ich znaczenie. Huh? Gwiezdni oślepieni? Teraz to wszystko zaczynało się kleić w spójną, żałosną całość. Pewnie, Gwiezdni oślepieni swoim geniusz woleli zmarnować drzemiący w nim potencjał, żeby nikt tylko nie strącił ich z chwalebnej pozycji.

- Przebaczyć? Przebaczyć zmarnowanie mego potencjału na rzecz własnego samochwalstwa? - wtrącił się jej, odrobinę oburzony, że ta miała czelność kontynuować, choć nie padło na to zezwolenie. - Przebaczenie wymaga skruchy stronny winnej, i niech wszyscy będą mi świadkami, nie widzę między wami żadnego Gwiezdnego. Gdy w końcu nocne pyski zdecydują się schować swą dumę, przebaczę im, jednak póki co niech niosą brzemię kary i nie oglądają mojej persony - wydał gładko swój pierwszy rozkaz. Pierwszy rozkaz. Drżał z ekscytacji. To było takie... genialne. Możliwość panowania nad czyimś życiem, strach w kocich oczach i wyczekiwane na jego słowa. Ta niepewność, zmieszana z niepokojem i obezwładniającą miłością do Paprocia. Kochał tę mieszankę i mógłby zostać z nią partnerem, gdyby tylko okazała się być materialna. Póki co, karmił nią swoją duszę, dając jej jeść do syta.

- Z waszych pysków wnioskuję, że jesteście jakimś odłamem Gwiezdnych i oczekujecie przebaczenia dla waszych braci. O tym już się wypowiadałem, więc spytam się was - kimże jesteście? I cóż to za miejsce? Srebrna Skórka czy może sam księżyc? - rozejrzał się po nich wszystkich władczo, zatrzymując spojrzenie na każdym z osobna. Chciał dokładnie ich zlustrować, zapamiętać każdą przebiegający przezeń emocję. Nie był nastawiony do nich negatywnie. Był pasywny, choć wszystko mogło się zmienić. Już nie musiał kryć swojej frustracji ani złości. Nie był już zniewolonym kocurem, tylko przywódcą całego lasu, nieba i wszystkich innych przestworzy.

Oczywistym było, że przybył rozproszyć mrok i zaprowadzić światło. Wiedział to, jednak te słowa rozprowadziły po jego ciele przyjemny dreszcz. Dreszcz rządny władzy i spojrzeń setek kotów. Był widziany.

- Przyjmę wasze dary, mądre koty. W podzięce, że dojrzeliście moją potęgę i zdecydowaliście się poświęcić część własnych dusz by ją uwydatnić, składam wam przysięgę, iż wy również zostaniecie wywyższeni. Jeśli zostaliście skazani do życia w tym mrocznym lesie, niedługo będziecie żyć pośród gwiazdy i chwały - zapewnił, po czym bez zbędnych przemów pochylił czoło przed Jaskółczym Śpiewem.

Otrzymywał dary. Jak przywódca. Jak przywódca! Nie krył uśmiechu ani dumy, pysznił się przed kotką, ale nie utrudniał jej zadania. Jakie to uczucie? Cóż to będzie za dar? Czy...

Wtem, wszystko przyćmiła obezwładniająca potęga. Z początku przytłaczała go, ściskała i wykręcała, jednak gdy już nieokreślona materia wchłonęła się w niego, zaczął czuć, że jego ciało jest faktycznie jego ciałem i pokonał nawet sam instynkt, który czasem wydawał się przejmować kontrolę nad jego dotychczas słabym ciałem. Nikt nie miał nawet prawa go tknąć, bo spłonąłby od bijącego odeń żaru. Samym wręcz spojrzeniem mógł zabrać czyjeś życie, i zrobić to tak brutalnie, na ile pozwoli mu jego wyobraźnia, nie zasady natury. Był wystarczająco silny by powalić tę całą matkę naturę i jej wszystkie durnowate prawa. To on panował nad światem, nie świat nad nim. Zdeptał doszczętnie podsunięte mu pod łapy kości i delektował się nimi, zgryzając w potężnych szczękach każdą ostałą chrząstkę. Jakież to było aksamitne, kojące uczucie...

- Nie będę tylko Rzeką - upomniał ją, gdy ta zaniżyła jego możliwości. - Będę Ogniem, żarem, który wypali wszystko na swojej drodze - on był ogień. Ogniem, który da kotom ciepło i spokój, bezpieczeństwo od większych drapieżników, ale w każdej chwili może zmienić wszystko w ciemny węgiel, bez krztyny współczucia i wątpliwości. - Jestem Ogniem - poprawił się szybko, po konkluzji w swojej głowie. - I taki Klan powołam: Klan Ognia, Klan, jednoczący cztery znane dotychczas, będący pod moim przywództwem. - przysiągł uroczyście, czekając na powitalne okrzyki zebranych kotów/

Po chwili podeszła do niego kolejna kocica z kolejnym darem. Teraz wręcz on przytknął swoje czoło do jej nosa, spragniony kolejnej dawki emocji.

Duma.

Jakie to proste, piękne słowo. Ile ma mocy, ile chwały i potęgi. Wbił swoje pełne moc pazury w skałę, łamiąc ją na drobne części. Na tę skałę nie mógł wejść nikt. Tylko on miał prawo by patrzeć na wszystkich z góry, dominować nad nimi. Napawał się tymi spojrzeniami, wyłapywał każdy pysk oszalałego na jego punkcie kota. Zjadał te emocje z ich oczu, łapczywie pożerał, nie mogąc się wciąż najeść.

Nie chciał, żeby coś przerywało tę chwilę.

Niezadowolony obrzucił spojrzeniem kocura, który śmiał go zbudzić. Przyjął jego dar bez większej ochoty, mając gdzieś relacje pomiędzy tym dwojgiem. Złagodniał trochę co prawda, czując, jak chłód, jego własny chłód mierzwi mu futro, dając przyjemne ukojenie od ciepłej krwi pierwszych ofiar. Dokończył jeszcze życia ostatnich drgających istot i pełen nowej energii spojrzał głęboko w oczy kocicy.
Była ładna, to prawda, ale on miał swoją Płotkę, która, gdy tylko wróci, rzuci mu się w ramiona i zapragnie zostać jego partnerką aż po kres panowania nowej Gwiazdy.

Krucze Serce wzbudziła w nim niepewność, co mogło być wynikiem jej daru. Tak czy siak, potęga tylko się w nim rozszerzyła, bo zaczął w końcu przewiercać wszystkich spojrzeniem na wylot. Widział każdą wadę w kocie, każdy błąd i ryzyko, jaką mogą przynieść jego panowaniom. Teraz już nigdy nie popełni błędu. Najmocniej jednak w jego wizji rysował się Skra i Brudna - tak samo wyraźni, pełni wady i odrazy. Spojrzał się na nich z ogniem w oczach, a po wielu chwilach bolesnych jęków, zmienili się w popiół. Miał szczerą nadzieję, że było to realne, a jeśli nie, to że było to chociaż bliskie prawdy, która zaraz się wydarzy.

Wronie Serce zgotowała my ból. Najpierw się skulił, widząc zaginionego Żwirka, Płotkę i resztę rodzeństwa. Widział też w oddali popiół Skry i Brudnej, warty tyle, ile było warte błoto dla Gromiaków. Ale zaraz uniósł barki dumnie do góry, wyzbywając się bólu. Pamiętał tylko, że bolało, co napędzało go do działania. Nie przebaczy już Skrze. Nie przebaczy nikomu. Nikt go już nie zrani, absolutnie nikt.

- Wiem - mruknął, gdy odchodziła. - Ale taki jest marny żywot bohatera. Twój dar, wasze dary - poprawił się szybko - Przydadzą się w tym z pewnością.

Od Skazy, czego się nie spodziewał, otrzymał zatrważające suszenie w gardle. Zaczął charczeć, rozpaczliwie szukając jakiegoś żywego kota, by na nim móc wylać swoją frustrację lub nakazać mu znalezienie mokrego mchu. Nie było niczego, siła potęgi chyba zmalała, bo to wszystko zaczęło mu znacząco doskwierać. Padł na łapy, starając się podnieść, lecz nie był w stanie. To atak Gwiezdnych! Uniósł zgorzkniale łeb, chcąc dojrzeć ich żałosne pyski, jednak...

Duch. To nie był Gwiezdny.

Upadł od bólu i głośno jęknął. Wszystko zaczęło go boleć, jakby jednocześnie się skurczyło i rozciągnęło do granic możliwości, nie okazując mu żadnej litości. Wszystko stało się obce i boleśnie znajome, choć nie mógł tego wyjaśnić. Parszywa Pustułczy Głos! Na pewno była wysłannikiem Gwiezdnych, chciała go zniszczyć, ale tego nie da się zrobić! Nie mógł się poddać teraz, bo jakiś Gwiezdny uznał, że musi go zniszczyć. Odsunął na bok krwawiące od wrzasków i wysokich pisków uszy, odsunął dezorientację, skupiając się na potędze, jaka rozpaliła jego cynamonowe futro. Dźwignął barki do góry, stękając przy tym z wysiłku, strząsnął pojedyncze łzy bólu i ryknął, dodając sobie otuchy.

Wszystko ustało.

Zamarł, z trudnością łapiąc oddech.

- Spalająca Gwiazda - wydyszał bez tchu. - Ja, Spalająca Gwiazda, przywódca Klanu Ognia, przywódca nieboskłonu, nocy i dnia, wody i ziemi, chcę zwać się Spalającą Gwiazdą! Niech me imię będzie przestrogą dla wszystkich; zdolny jam do rozdawania ciepła miłości i pokoju, ale i gotowy do spalenia wszystkiego co żyje, gdy ktoś znieważy moją potęgę!

Krzyki znowu urosły, rozkwawiły mu uszy, zaczął piszczeć, starając się je uciszyć, lecz na marne - one tylko rosły i rosły... Świat wydawał się doszczętnie rozpadać, a on powoli ginął w czeluściach mroku.
- Jestem SPALAJĄCĄ GWIAZDĄ! - ryknął w furii, zrozpaczony zbliżającą się ciemnością. - ŻADEN GWIEZDNY MNIE NIE ZNISZCZY. ŻADEN....! - urwał, bo wszystko zaczęło się przyciemniać.
Nagle otworzył rozszalałe oczy i obudził się z krzykiem, na równych łapach.

- Dobranoc. - wyszeptał kąśliwe do Jaskółki, uspokajając się, że pokonał Gwiezdną i teraz już wszystko będzie dobrze. Złapanie oddechu zajęło mu chwilę, jednak co rusz przypominał sobie o darach i czuł się o wiele lepiej.

Trzeba było wracać i ratować świat.

Ociężale, ale uradowany, ruszył przez noc w drogę powrotną. Czy powrót będzie spokojny czy Gwiezdni znowu zdecydują się go torturować?

//zt.
Bóg ciężki żywot ma
Lecz gdy przez tłum się lubić da
Zbiera modły, tak jak się to zdarzyło nam (Zdarzyło nam!)
Jest on wzorem ideałów
✩ Jest legendą, zbiorem cnót ✩
Patrzy w dół i z piedestału
Widzi skarby u swych stóp
Skoro tak nas pragną traktować
Głupio tego nie skosztować (No jasne!)
Więc wejdźmy w końcu już do nieba bram

╔═════《✧》═════╗
Nieba bram!
╚══════════════╝
[Obrazek: ZzTe8Vc.png]
LVL 4 200 / 300
MedLVL 0 0 / 100
12
Siła
S
8
Zręczność
Zr
10
Szybkość
Sz
8
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
50
Wytrzymałość
W