03.09.2026 21:21
xxxxZrobiło się chłodniej, gdy tylko Wierzbownicowa Łapa położyła się przy sadzawce i zasnęła. Wytężyłem wszystkie zmysły kręcąc się przy niej i czujnie sprawdzając okolice. Ostatnim razem nie spotkaliśmy niebezpieczeństwa, ale to nie oznaczało, że tak miało być i tym razem. Jeśli czegoś życie w lesie, w Klanie uczyło, to tego, by nigdy, ale to przenigdy nie być zbyt pewnym na terenie, które nie było obozem. Niekiedy nawet obóz przestawał być bezpieczny, gdy wokół były koty, które nigdy nie powinny zyskać zaufania. Ale Klan Rzeki nie był tym przypadkiem. Był silny jak nigdy dotąd, spokojny, stonowany. A gdy wrócą... gdy wrócą, będzie już tylko lepiej. W końcu staną całkowicie na nogi. Będzie Nocna Gwiazda, ja i medyk, któremu możemy powierzyć życie kotów. Kotów, które przysięgali chronić nawet za cenę własnego życia, kotów, za które bez wahania oddałbym życie, gdyby była taka potrzeba. Nic nie stało wyżej od Klanu Rzeki na mojej liście priorytetów. Od zawsze był to mój dom i koty, które chciałem chronić, które były ważniejsze od wszystkiego innego, nawet ode mnie samego. Zawsze tak było. Prawie. Z drobnym wyjątkiem. Spojrzałem na sadzawkę, a potem w górę, na niebo. Dalej nie znałem odpowiedzi na pytanie, czy potrafiłbym wybrać Barwnoskrzydłą ponad moją rodzinę. Kto wtedy był ważniejszy? Czy jeśli chciałaby uciec, schować się gdzieś tylko w dwójkę, zostawiłbym Klan Rzeki i wszystko to, czym dla mnie był? Nie wiedziałem. A może wiedziałem, ale nie potrafiłem się przyznać przed samym sobą, wstyd zbyt bardzo wżerał mi się w mózg i sprawiał, że odpowiedź zwłaszcza przed samym sobą była trudna do przedstawienia? Może. Teraz to już i tak nieważne.
xxxxReagowałem na każdy szelest. Nic się jednak nie działo, nie na tyle poważnego, bym musiał interweniować. Ciekaw byłem, kogo spotkała? O czym rozmawiała? Zaakceptowali ją, jako medyczkę Klanu Rzeki? Znów wróciłem myślami do lepkiej Drogi Grzmotu, która wydawała się chcieć mnie zatrzymać, jakbym robił coś nieodpowiedniego. Jakbym prowadził do Szepczącej Sadzawki nie tego kota, którego powinienem. Ale to było złudzenie. Albo niedomówienie. Jeśli Gwiezdni uważaliby Wierzbownicową Łapę za zły wybór, odezwaliby się już wcześniej. Jaskółka odezwałaby się wcześniej.
xxxxDrgnąłem, gdy usłyszałem głos młodej kotki. Spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem - możemy wracać. A więc wszystko poszło dobrze. Całe szczęście. - Cieszę się. Jak masz na imię? - zapytałem luźno i ruszyłem powolutku w stronę domu. Jeszcze tylko trochę, a położę się w swoim legowisku i będę spać do rana. A potem obudzę się, by rozdać patrole, poprowadzić trening, zapolować... i tak każdego innego dnia. Już zawsze. Tak, jak jeszcze niedawno obowiązki zastępcy przywódcy wprawiały mnie w dyskomfort i zakłopotanie, tak... chyba zaczynałem naprawdę to lubić. Chyba faktycznie czułem się ważny, użyteczny, gdy to robiłem. Dziwne uczucie, czuć się ważnym. Czuć się jak ktoś, kto nie zabiera powietrza i ktoś, kto nie przeszkadza samą swoją obecnością. Dziwne, bo zawsze tak było. Bo gdy zostałem terminatorem, nie czułem szczęścia z powodu awansu, a stres związany z tym, że nie zasługuję, by zastępca mnie szkolił. Gdy miałem zostać wojownikiem, bardziej pozytywnie rozpatrywałem skok do na głęboką wodę, niż zjawienie się na wezwanie Łabędziej Gwiazdy. Długo po mianowaniu głupio było mi wchodzić do legowiska wojowników. Ciężko pracujący, wartościowi wojownicy... i ja. Ale od jakiegoś czasu już tak nie było. Robiłem coś i się w tym sprawdzałem, a jeśli robiłem błąd, szybko go korygowałem i... życie toczyło się dalej. Szkoda, że tak dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że błędy i lekcje z nich wyciągnięte to bardzo ważna część życia, może nawet najważniejsza. Może gdybym wiedział o tym trochę wcześniej, nie musiałbym się biczować za każdą pomyłkę, może byłoby mi trochę lżej oddychać, gdybym nie czuł, że to powietrze nie jest dla mnie. Stare, szare czasy.
xxxx Wracaliśmy dokładnie tą samą drogą, co by się nie zgubić. Zagadywałem co jakiś czas do Miodowej Łąki, choć głównie szyliśmy w ciszy. Nie mogłem się doczekać przedstawienia Nocnej Gwieździe nowej medyczki. Wiedziałem, że to przyniesie ulgę i jemu - jedna sprawa mniej, którą nie trzeba się przejmować. W oddali widziałem już Borsucze Pagórki, co oznaczało, że byliśmy coraz bliżej domu. Jeszcze tylko Grzmiąca Ścieżka, po niej to zaledwie chwila, nim zaczniemy słyszeć szum rzeki. - Ta sama zasada co wcześniej, Miodowa Łąko. Na mój znak biegniemy od razu na drugą stronę - przypomniałem jej, gdy tylko usłyszałem już pierwsze warknięcia potworów z oddali. Niby tyle razy się już tu było, a jednak - niepokój zawsze był taki sam. Wzdrygnąłem się, słysząc kolejny warkot. Im szybciej, tym lepiej.
xxxxŚcieżka była ruchliwa. Stanęliśmy oboje po jednej stronie i dłuższy czas po prostu czekałem, bo potworów wcale nie ubywało. Kiedy przejeżdżał jeden, zaraz za nim pojawiał się kolejny. Ruszałem ogonem na boki w niepokoju, ta chwila dłużyła mi się niemiłosiernie. Jeden potwór, drugi... w końcu, po paru dobrych chwilach czekania, Grzmiąca Ścieżka wydała mi się pusta. Upewniłem się, że jest bezpiecznie i krzyknąłem na znak, by ruszać. Sam jednak zawahałem się, bo dokładnie w chwili okrzyku usłyszałem warkot potwora. Czarny, ogromny potwór przemierzał drogę dużo szybciej niż my, czułem, jak nogi robią mi się miękkie, gdy tylko zrozumiałem, że kremowa kotka pobiegła zgodnie z moim znakiem. Otworzyłem szerzej oczy, wyciągnąłem się do przodu i pobiegłem tuż za nią. Potwór był coraz bliżej, słyszałem, jak w przerażającym tempie przemierza kolejne odległości. - Miodowa Łąko! - krzyknąłem w desperacji i czystej panice. Nie miałem czasu, by móc się w ogóle zastanowić co powinienem zrobić, widziałem jedynie świeżo upieczoną, młodą medyczkę, która pędziła tuż pod wielkiego i charczącego potwora. Niewiele myślałem. Byłem trochę za nią, nie dogonię jej... nie zdołam. Z łzami w oczach wybiłem się z miejsca i skoczyłem ku kotce, chciałem się na nią rzucić i wypchnąć na drugą stronę, poturlać się wraz z nią, jak najdalej od śmiertelnego niebezpieczeństwa. Dotknąłem łapami jej futra, cały naparłem na kotkę i odrzuciłem przed siebie, by mogła znaleźć się na trawie po drugiej stronie. Miałem wrażenie, że jestem tam z nią, nie do końca potrafiłem zrozumieć, czy to, co czuję pod łapami, to dalej jej futro, czy już miękka, zielona trawa. - Miodowa Łąko? Miodowa Łąko! - krzyczałem, rozglądając się dookoła, ale nie widziałem ani jej, ani potwora, ani niczego. Jedyne, co czułem, to miękkie coś pod łapami, coś co sprawiało, że czułem się, jakbym dalej tam był. Było ciemno, niczego nie widziałem, nie mogłem nawet stwierdzić, czy nam się udało. Łzy czystego strachu i szoku ciekły mi po policzkach, serce biło jak szalone. Gdzie była Miodowa Łąka?
xxxxReagowałem na każdy szelest. Nic się jednak nie działo, nie na tyle poważnego, bym musiał interweniować. Ciekaw byłem, kogo spotkała? O czym rozmawiała? Zaakceptowali ją, jako medyczkę Klanu Rzeki? Znów wróciłem myślami do lepkiej Drogi Grzmotu, która wydawała się chcieć mnie zatrzymać, jakbym robił coś nieodpowiedniego. Jakbym prowadził do Szepczącej Sadzawki nie tego kota, którego powinienem. Ale to było złudzenie. Albo niedomówienie. Jeśli Gwiezdni uważaliby Wierzbownicową Łapę za zły wybór, odezwaliby się już wcześniej. Jaskółka odezwałaby się wcześniej.
xxxxDrgnąłem, gdy usłyszałem głos młodej kotki. Spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem - możemy wracać. A więc wszystko poszło dobrze. Całe szczęście. - Cieszę się. Jak masz na imię? - zapytałem luźno i ruszyłem powolutku w stronę domu. Jeszcze tylko trochę, a położę się w swoim legowisku i będę spać do rana. A potem obudzę się, by rozdać patrole, poprowadzić trening, zapolować... i tak każdego innego dnia. Już zawsze. Tak, jak jeszcze niedawno obowiązki zastępcy przywódcy wprawiały mnie w dyskomfort i zakłopotanie, tak... chyba zaczynałem naprawdę to lubić. Chyba faktycznie czułem się ważny, użyteczny, gdy to robiłem. Dziwne uczucie, czuć się ważnym. Czuć się jak ktoś, kto nie zabiera powietrza i ktoś, kto nie przeszkadza samą swoją obecnością. Dziwne, bo zawsze tak było. Bo gdy zostałem terminatorem, nie czułem szczęścia z powodu awansu, a stres związany z tym, że nie zasługuję, by zastępca mnie szkolił. Gdy miałem zostać wojownikiem, bardziej pozytywnie rozpatrywałem skok do na głęboką wodę, niż zjawienie się na wezwanie Łabędziej Gwiazdy. Długo po mianowaniu głupio było mi wchodzić do legowiska wojowników. Ciężko pracujący, wartościowi wojownicy... i ja. Ale od jakiegoś czasu już tak nie było. Robiłem coś i się w tym sprawdzałem, a jeśli robiłem błąd, szybko go korygowałem i... życie toczyło się dalej. Szkoda, że tak dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że błędy i lekcje z nich wyciągnięte to bardzo ważna część życia, może nawet najważniejsza. Może gdybym wiedział o tym trochę wcześniej, nie musiałbym się biczować za każdą pomyłkę, może byłoby mi trochę lżej oddychać, gdybym nie czuł, że to powietrze nie jest dla mnie. Stare, szare czasy.
xxxx Wracaliśmy dokładnie tą samą drogą, co by się nie zgubić. Zagadywałem co jakiś czas do Miodowej Łąki, choć głównie szyliśmy w ciszy. Nie mogłem się doczekać przedstawienia Nocnej Gwieździe nowej medyczki. Wiedziałem, że to przyniesie ulgę i jemu - jedna sprawa mniej, którą nie trzeba się przejmować. W oddali widziałem już Borsucze Pagórki, co oznaczało, że byliśmy coraz bliżej domu. Jeszcze tylko Grzmiąca Ścieżka, po niej to zaledwie chwila, nim zaczniemy słyszeć szum rzeki. - Ta sama zasada co wcześniej, Miodowa Łąko. Na mój znak biegniemy od razu na drugą stronę - przypomniałem jej, gdy tylko usłyszałem już pierwsze warknięcia potworów z oddali. Niby tyle razy się już tu było, a jednak - niepokój zawsze był taki sam. Wzdrygnąłem się, słysząc kolejny warkot. Im szybciej, tym lepiej.
xxxxŚcieżka była ruchliwa. Stanęliśmy oboje po jednej stronie i dłuższy czas po prostu czekałem, bo potworów wcale nie ubywało. Kiedy przejeżdżał jeden, zaraz za nim pojawiał się kolejny. Ruszałem ogonem na boki w niepokoju, ta chwila dłużyła mi się niemiłosiernie. Jeden potwór, drugi... w końcu, po paru dobrych chwilach czekania, Grzmiąca Ścieżka wydała mi się pusta. Upewniłem się, że jest bezpiecznie i krzyknąłem na znak, by ruszać. Sam jednak zawahałem się, bo dokładnie w chwili okrzyku usłyszałem warkot potwora. Czarny, ogromny potwór przemierzał drogę dużo szybciej niż my, czułem, jak nogi robią mi się miękkie, gdy tylko zrozumiałem, że kremowa kotka pobiegła zgodnie z moim znakiem. Otworzyłem szerzej oczy, wyciągnąłem się do przodu i pobiegłem tuż za nią. Potwór był coraz bliżej, słyszałem, jak w przerażającym tempie przemierza kolejne odległości. - Miodowa Łąko! - krzyknąłem w desperacji i czystej panice. Nie miałem czasu, by móc się w ogóle zastanowić co powinienem zrobić, widziałem jedynie świeżo upieczoną, młodą medyczkę, która pędziła tuż pod wielkiego i charczącego potwora. Niewiele myślałem. Byłem trochę za nią, nie dogonię jej... nie zdołam. Z łzami w oczach wybiłem się z miejsca i skoczyłem ku kotce, chciałem się na nią rzucić i wypchnąć na drugą stronę, poturlać się wraz z nią, jak najdalej od śmiertelnego niebezpieczeństwa. Dotknąłem łapami jej futra, cały naparłem na kotkę i odrzuciłem przed siebie, by mogła znaleźć się na trawie po drugiej stronie. Miałem wrażenie, że jestem tam z nią, nie do końca potrafiłem zrozumieć, czy to, co czuję pod łapami, to dalej jej futro, czy już miękka, zielona trawa. - Miodowa Łąko? Miodowa Łąko! - krzyczałem, rozglądając się dookoła, ale nie widziałem ani jej, ani potwora, ani niczego. Jedyne, co czułem, to miękkie coś pod łapami, coś co sprawiało, że czułem się, jakbym dalej tam był. Było ciemno, niczego nie widziałem, nie mogłem nawet stwierdzić, czy nam się udało. Łzy czystego strachu i szoku ciekły mi po policzkach, serce biło jak szalone. Gdzie była Miodowa Łąka?
![[Obrazek: jAtNJ2o.png]](https://i.imgur.com/jAtNJ2o.png)
18
Siła
S
13
Zręczność
Zr
7
Szybkość
Sz
7
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
60
Wytrzymałość
W