po jej drobnym wypadku, jej wygląd przeszedł wiele zmian. Przycięte do połowy prawe ucho, zerwane niemal całe lewe, do tego blizna przechodząca od brody aż nad prawe oko - a to tylko sam pysk. Na szyi widnieją ślady po pazurach, choć te w dużym stopniu zostały zasłonięte przez futro. Długie ślady po kocich pazurach są również przez całą długość grzbietu, do tego na prawej przedniej i lewej tylnej są ślady po ugryzieniach. Jej futro wciąż pozostaje czysto białe i długie, a ślepia mają ten sam kolor - lewe zielone i prawe niebieskie. Wciąż jest smukła i wysoka, lecz do dawnej piękności jej daleko. Na szyi ma ciemnoczerwoną obrożę z kontaktem do jej człowieka.
podobnie jak wygląd, jej charakter przeszedł zmiany. podczas dochodzenia do siebie po walce z samotnikiem miała wiele czasu na przemyślenia, co miało na nią zaskakująco dobry wpływ, być może przez towarzystwo, jakie miała. w efekcie nie tylko jej ciało, jak i jej umysł przeszły przez proces leczenia, dzięki czemu jest w pewnym sensie weselsza. nadal jest mocno wyciszonym kotem, jednak znacznie łatwiej jest się jej uśmiechać. wciąż jest bezpośrednia w swoich słowach, często nie przejmując się tym, jak może to wpłynąć na jej rozmówców, ale zaskakująco nabrała nieco charakteru, więc zdarzy jej się dogryzać innym tu i ówdzie, oczywiście oczekując tego samego w swoją stronę. są to jednak niegroźne uszczypnięcia, nie obrazy. zdecydowanie chętniej też rozmawia, a jej ciekawość została na nowo rozpalona i nie boi się pytać, jeśli coś ją zainteresuje. nadal zostało w niej jednak wiele mniejszych lub większych problemów, z którymi ciężko jej sobie poradzić, jak strach przed opuszczeniem przez bliskich czy problemy ze snem.
Znaleźli go. Właśnie te słowa dzwoniły w jej uszach, gdy dostrzegli młodego kocura, poruszającego się z dozą niepewności. Był ślepy, nie mógł ich zauważyć, gdy się pojawili, ale z pewnością mógł ich wyczuć, gdy ich grupa zaczęła się do niego zbliżać. Była na przedzie, jak przez większość czasu - śpieszyła się. Chciała zabrać kocura do klanu, gdzie byłby bezpieczny. Udało jej się dosłyszeć część wypowiedzi, co jedynie potwierdziło jej przypuszczenia. Jej zmysły były wyostrzone odkąd pamiętała, niejednokrotnie przydało się jej to w życiu. Gdy już wystarczająco się zbliżyła, zwolniła swój krok. - Gwiazdy wskażą ci drogę - rzekła spokojnym głosem, nawiązując do tego, że to właśnie przodkowie ich tu zaprowadzili. - Pochodzisz z Klanu Cienia, zgadza się? Jak się nazywasz? - dodała chwilę później, po czym zwróciła się do drugiego kocura i lekko skinęła mu łbem w ramach powitania. Ojciec nauczył ją manier i nie miała zamiaru o nich zapomnieć, po prostu cienisty był priorytetem. Z odrobiną zmartwienia oglądała cienistego rudzielca, chcąc ocenić jego stan. Nie wiedziała czy dotyk go nie wystraszy, więc na razie nie mogła sprawdzić kilku rzeczy - jak to, jak bardzo jest wychłodzony lub czy ma gorączkę. Najważniejsze, że go znaleźli, to się liczyło.
there's so much more here, a life worth living and with time you drown the FEELING out it's so n o s t a l g i c maybe all the love was worth the pain?
Księżyce: 111 Mistrz: Bobrzy Kieł Płeć: kotka Matka: Jaskółczy Głos Ojciec: Iglasty Grzbiet Trwałe urazy: ślady pazurów na prawym barku; obroża z dzwonkiem
Poniżej przeciętnego wzrostu i o zaokrąglonej budowie; ciemnobura, tygrysio pręgowana, z bielą ciągnącą się od pyska przez przednie łapy, brzuch, tylne łapy aż do bioder i zaznaczającą końcówkę ogona. Beżowa plama pokrywająca mordkę, pomarańczowe oczy, opadnięte powieki; futro krótkie, gładkie i zadbane, wąsy opadające lekko w dół.
Nie różni się zbytnio od młodszej siebie; Gronostaj to w dalszym ciągu kotka uprzejma, a także nieco naiwna. Szybko wyrabia sobie opinię o innych kotach i z trudnością przychodzi jej spojrzenie na nich w innym świetle. Mimo łagodnego usposobienia nie jest tak cierpliwa, na jaką się wydaje, i zaskakująco łatwo zaleźć jej za skórę; zazwyczaj jest jednak zbyt pasywna, by otwarcie się komuś postawić i zbyt niepewna, by mówić o swoich uczuciach wprost, nie licząc rzadkich momentów odwagi. Nie radzi sobie ze stresem, który szybko ją przytłacza; z reguły unika konfliktów, a także często zwleka z wykonywaniem swoich obowiązków, szczególnie, jeżeli sprawiają jej trudność.
Dwójka kocurów mogła usłyszeć cienisty delegat z daleka, może nawet wcześniej, niż na odwrót; przyczepiony do obroży kotki dzwonek rozbrzmiewał dźwięcznie z niemal każdym jej krokiem, gdy maszerowała u boku siwej medyczki. Cóż to była za ulga, gdy nareszcie ujrzeli cel swoich poszukiwań... i kogoś jeszcze. Dziwnooka nie zwróciła na nieznajomego pieszczocha najmniejszej uwagi, więc to na jej dawną podopieczną spadł obowiązek posłania mu nieufnego spojrzenia - wróg czy przyjaciel?
Nie zachowywał się podejrzanie i mieli nad nim zdecydowaną przewagę liczebną, więc Gronostaj pozwoliła sobie na uprzejme skinięcie mu głową i skierowanie swojej uwagi z powrotem na Padalca. Dopiero wyglądając zza ramienia Ciernistego Kwiatu zauważyła stan jego oczu i zjeżyła się ze współczuciem. Czy... czy oślepienie było odwracalne? Nigdy nie śmiałaby wątpić w kompetencje cienistej medyczki, ale...
- Jesteśmy z Klanu Cienia. Zaprowadzimy cię tam - wyjaśniła, jako że wypowiedź siwej wydała się jej niezbyt... uspokajająca. Wojowniczka powolnym krokiem wysunęła się zza pleców kocicy, zatrzymując się u prawego boku Padalca i wzrokiem szukając na jego ciele jakichkolwiek ran. Dopiero po tym ciągnęła dalej. - To Ciernisty Kwiat, a ja jestem Gronostajowy Skok. Możesz iść przy mnie - zaproponowała, demonstracyjnie potrząsając głową; dzwonek rozbrzmiał po raz kolejny. - Zawsze będziesz mógł mnie usłyszeć.
Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Znaleźli go. Nie zajeło to tak długo jak Płomyk przypuszczał. Więc ucieszyło go to, że im się udało. Jednak z drugiej strony... Zbliżali się do końca tej podróży i możliwego też, że Płomyk będzie musiał się pożegnać z Gronostaj i Cierń. Oczywiście, istniała opcja, że Płomyk wróci do klanu ale szanse na to były bardzo małe. Poza tym czy ktoś tam w ogóle na niego czekał? Gdy odchodził jego córki... No cóż... Milczały. A syn zapewne nie chciał go na oczy widzieć. Też sam nie wiedział czy był na to w pełni gotowy. Czy sobie poradzi z tym wszystkim co go czeka. Bo pewnie znów wróci do tego, że znów dostanie rangę terminatora i ktoś weźmie go na treningi czy coś. I zapewne dostanie kogoś, kto będzie go podobnie męczył jak Krogulec.
Wzdychnął a następnie spojrzał się na znajdę. Faktycznie, nie widział i kocur się zastanowił czy jest jeszcze cień szansy by znów mógł widzieć.
Następnie spojrzał się na samotnika, jednak bardziej surowszym wzrokiem by dać mu do zrozumienia, żeby nic nie kombinował.
Następnie zwrócił się do medyczki,trochę ciszej. - Resztę drogi ja poprowadzę dobrze? Jesteśmy coraz bliżej celu. - mruknął spokojnie a następnie się odsunął i oddalił się kawałek, czekając aż wszyscy się zbiorą by móc dalej ich poprowadzić. Dalej jego głową była zajęta myślami ale jakoś starał się teraz skupić na tym jak poprowadzić wszystkich w dość bezpieczny sposób.
Mistrz: Motyli Lot Płeć: kotka Matka: Żmijowy Ogon [*] Ojciec: Motyli Lot [?] (Łabędź/Zachodząca Łapa[*]) Partner: - Trwałe urazy: podłużna blizna na boku i szyi oraz przycięte, nadszarpane lewe ucho
Mistrz: Motyli Lot Płeć: kotka Matka: Żmijowy Ogon [*] Ojciec: Motyli Lot [?] (Łabędź/Zachodząca Łapa[*]) Partner: - Trwałe urazy: podłużna blizna na boku i szyi oraz przycięte, nadszarpane lewe ucho
Brązowooka kocica o trochę wyższym niż średnim wzroście, czarno-rudym futrze z tygrysimi pręgami przecinającymi te drugie, z podłużną blizną na boku i szyi oraz przyciętym i nadszarpanym lewym uchem.
Kocica jest przez większość czasu dość spokojna, opanowana, czasami zdarzało się jej podejmować impulsywne decyzje, ale zwykle ma dobrze przemyślany plan w głowie. Czego jednak nie można o niej powiedzieć, to to, że jest najwięszą optymistką. Czasem tak, pewnie, ale w ostatnim czasie tylko się zamartwiała złymi wersjami wydarzeń, jakie mogłyby się wydarzyć, gdyby chciała wrócić do Klanu po tak długiej nieobecności. Może powiedzieć, że została porwana, ale czy ktokolwiek jej w to uwierzy, czy może uzna to za wymówkę? Mimo że tak nie jest, często zwala na siebie winę, wtedy gdy jej rodzina powoli znikała, a teraz gdy została porwana przez Dwunogów. Jest jednakże dość cierpliwa, czeka na najlepszy moment zamiast biec na oślep, woli być czegoś pewna niż potem popełnić błąd. Ma swoje przekonania i jeśli ktoś ją o coś osądza, to będzie się bronić kłami i pazurami, by tylko pokazać, że mówi prawdę. Co tak na prawdę niezbyt się sprawdza...
Wydmowy Wiatr [KR], Aura [Nś]
Nie napotkali na żadne zagrożenie, co było miłym zaskoczeniem. Reszta drogi poszła jak z płatka i finalnie zbliżali się do celu podróży. Mimo, że Ważka dużo nie wiedziała, nadal chciała pomóc – no i oczywiście w końcu odnalazła jakiś powód do powrotu do Klanu, coś, czego tak bardzo jej brakowało i przez co bała się, że ktoś ją o coś osądzi, jeśli tylko powie najbardziej oklepany powód.
Znaleźli kocura stosunkowo szybko, szylkretka spodziewała się, że będą musieli się rozdzielić i przeczesywać teren wokół Siedliska Koni. Widać szczęście im sprzyjało.
Ważkowa Sadzawka milczała, nie będąc pewna co powinna powiedzieć. Chyba nigdy nie było wspomniane o drugim kocie, a więc większość grupy niezbyt zwróciła na niego uwagę. Kocica tylko zerknęła na niego przez chwilę, zachowując dość chłodne spojrzenie. Potem odwróciła się w stronę tego, którego poszukiwali. Była cicho, nie będąc w sumie pewna co mogłaby powiedzieć. Spojrzała na Gronostaj, której kiwnęła głową gdy zaproponowała dość solidny plan. – Ja pójdę z twojej drugiej strony... jeśli chcesz. – Ważka miała wrażenie, że oślepiony kocur będzie się mógł poczuć trochę bezpieczniej. Na jego miejscu by tak miała. Zerknęła na Płonący Las, który powiedział, że będzie prowadzić. Dobry pomysł, kocica mimo, że znała dobrze tereny wokół Klanu Cienia dawno ich nie widziała. Nie chciałaby przedłużać drogi. Pierwsze jednak musieli poznać odpowiedź kocura na ten niespodziewany pochód dawnych cienistych.
boję się tej melodii że przyniesie cię znowu kiedy już pamięć zapomni to co we mnie jest tobą
boję się tej melodii że zmąci tą ciszę która mi kiedyś pozwoli xxxxxxxxxxxxxxxxxxnareszcie xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxnie słyszeć
Mistrz: - Płeć: kocur Matka: Szadź Ojciec: ? Trwałe urazy: Ogon złamany w ostatnim kręgu.
Rudy, krótkowłosy, klasycznie pręgowany z białymi znaczeniami. Prawe oko niebieskie, lewe pomarańczowe.
Jest kocurem naprawdę młodym, więc tak naprawdę jego charakter nie należy do najstabilniejszych. Często zdarza mu się popadać w skrajności, albo wszystko albo nic, albo 0 albo 1, nic pomiędzy. Poza tym jest raczej ciekawy świata i zdecydowanie towarzyski - chętnie poznaje nowe koty i wysłuchuje ich historii. Nieśmiałość, wycofanie czy lękliwość to słowa, które zdecydowanie nie występują w jego słowniku.
Czy Padalec był naprawdę tak mało interesującym rozmówcą, że w ogóle nie zaciekawił swoją osobą, czy też po prostu Pstrąg postanowił zagrać kartą, o której wiedział, że na niego samego by zadziałała - ciężko stwierdzić. Na pewno nie jest to informacja, która wypłynęłaby z pyska rudasa bez powodu, więc można się tylko domyślać jak było.
Obrót wokół własnej osi wyszedł cienistemu naprawdę zgrabnie, jak na fakt całkowitej ślepoty. Gdyby kocur z muszką miał dłonie zamiast łap, mógłby mu nawet zaklaskać parę razy i krzyknąć "brawo, brawo, piękny piruet!" - nie miał jednak ludzkich kończyn, więc nic takiego nie nastąpiło. Zresztą, chwilę po tym tygrysiopręgowany obrócił się z powrotem w kierunku syna Szadzi, tym razem z mniejszą skutecznością. Uwadze Pstrąga nie umknęła skwaszona mina kocura, ale nic na to nie powiedział, ani też nie zareagował gestykulacją - bo po co, skoro rozmówca i tak by tego nie dostrzegł?
Na pytanie dotyczące klanów zmarszczył brwi i cały pysk. W normalnych okolicznościach pewnie bardziej zadbałby o to, żeby jakoś ukryć swoje zmieszanie i zdziwienie - teraz jednak nie było takiej potrzeby. Zdziwił się, że padła wzmianka o jakichkolwiek klanach. Ostatni raz słyszał o nich dłuższy czas temu, od własnej matki i to na innych terenach. Czyżby koty na różnych częściach globu tworzyły tak po prostu zgrupowania nazywane klanami? Dziwne to wszystko było. Na szczęście gorączkowe rozmyślania nad odpowiedzią przerwał mu dźwięk dzwoneczka dochodzący z oddali i zbliżający się coraz bardziej. Odwrócił łeb i instynktownie się zjeżył. Co innego wpaść sobie na innego kota jeden na jeden, a co innego mieć do czynienia z czwórką obcych. Czy przypadkiem naruszyli tereny jakiejś samotniczej bandy?
- Ktoś idzie. - wymamrotał szybko, ale był pewien, że Padalec go usłyszał. - Cztery koty, idą na wprost twojego pyska, uważaj. Przysuwam się do ciebie. - dodał jeszcze i tak jak mówił, tak zrobił. - Udawaj, że widzisz. - może się nie domyślą, rzucił jeszcze super krótko i tak naprawdę jedynym kotem, który ewentualnie mógłby to usłyszeć (chociaż prawda jest taka, że dzwoneczek ciągle wydający hałas przy jej boku powinien chyba mocno rozpraszać) była Dziwnooka.
Skinął łbem, gdy kotka z bliznami go przywitała, ale nic nie powiedział bo dotarło do niego, że jeśli Padalec nie wychwyci tego typu gestów, to będą spaleni. Starał się jakoś wygładzić swoje futro, ale nadal pozostawał wzburzony i zestresowany, więc było to raczej trudne. Klan cienia, klan cienia - prawda czy bujda? Ciernisty Kwiat, Gronostajowy Skok - ach te wymyślne imiona. Odpowiedział kolejnej postaci na skinienie głową. Trzecia z nich ani się nie przywitała ani nie odezwała bezpośrednio do nich, no ok. W ogóle to cała uwaga koncentrowała się na Padalcu i Pstrąga bardzo ciekawiło z czego to wynikało - z daleka i na pierwszy rzut oka naprawdę nie było widać, żeby kocur był ślepy. Czy oni mieli jakieś nadprzyrodzone, klanowe moce?!
- Znasz ich? - zapytał, obracając pysk w stronę swojego wcześniejszego rozmówcy - Wyglądają jak zwykłe koty domowe, tu obroża, tam dzwoneczek... - powiedział to w taki sposób, żeby nie dało się jasno wywnioskować, że Padalec faktycznie nie widzi. Nawet jeśli rzeczywiście byli kotami z klanu cienia, to czy na pewno nie kłamali? Czy to normalne, że koty klanowe miały ludzkie ozdóbki? Dotychczas wszystkie koty które spotykał na dworze nie miały żadnych dodatkowych elementów odzienia, chyba, że były właśnie kotami domowymi, wychodzącymi. Ba, on również miał coś na szyi (muszkę), ale to dlatego, że sam nie umiał jej zdjąć, ktoś musiałby mu w tym pomóc.
Proporcjonalnie zbudowany, po ojcu odziedziczył długie łapy oraz wzrost, matce natomiast ukradł część koloru futra. Padalec jest bowiem rudy i tygrysio pręgowany prawie od stóp do głów. Prawie, bowiem gdzieś po drodze zawieruszyło się trochę bieli - w postaci białych palców na lewej przedniej łapie oraz śnieżnej plamie w kształcie rombu na piersi. Jasne włosie ciągnie się też ledwo widocznie od owej plamy w dół brzucha kocura. Osadzony na trójkątnym pysku jasnoróżowy nos słabo odcina się od całości oblicza Padalca, przez co uwaga skupia się zdecydowanie na złocistych oczach kocura, często lekko przymrużonych. Wąsy kocur ma długie, białe i skierowane wyraźnie w dół.
Mały kłamczuszek. Uwielbia koloryzować opowieści, wymyślać nowe, wprowadzać innych w błąd, tylko po to, żeby patrzeć, jak się gubią. Nie stroni przy tym od towarzystwa, choć nie w jego stylu jest pchanie się tam, gdzie go wyraźnie nie chcą. Gdy już znajdzie się w grupce, lubi być w centrum uwagi, najlepiej tak, żeby wszyscy go słuchali. Pragnienie atencji popycha go czasami do czynów nie do końca rozsądnych, ale za to umiarkowanie spektakularnych. Oprócz tego mocno mu przeszkadzają wszelkie ograniczenia, zwłaszcza te narzucane przez nadopiekuńczą matkę. Indywidualista na miarę drugiego planu Klanowego życia.
Czekał na odpowiedź ze strony kocura względnie spokojnie - bo tak naprawdę to nigdzie mu się nie śpieszyło - gdy do jego uszu doleciał dziwny dźwięk. Coś jak... dzwonienie? Przypominało mu bardzo odgłosy wydawane przez niektóre pieszczoszki, którym bezwłosi założyli jakieś opaski na szyje z tymi takimi błyszczącymi głośnymi. Położył uszy po sobie, zirytowany dźwiękiem, i już miał pytać, co to wszystko ma znaczyć, gdy odpowiedź właściwie sama wpadła mu w łapy.
Cztery koty, tak nagle? Znikąd? Na samo wspomnienie o Klanach? Coś tu śmierdziało, i to mocno, bo chociaż modlił się do Gwiezdnych jeszcze kilka chwil temu, to nie sądził, aby martwe kotki miały aż taką moc sprawczą. Zwłaszcza, że po chwili wiatr przyniósł mu w nozdrza zapach samotników. Czyli musieli naruszyć czyjeś terytorium, nawet o tym nie wiedząc. Cudownie.
"Udawaj, że widzisz." Aha, jasne. Dobre sobie.
- Udawaj, że jesteśmy razem - wysyczał w odpowiedzi, mając nadzieję, że zrobił to wystarczająco szybko, zanim ci nowo przybyli zbliżyli się na tyle, by to usłyszeć. Nie czekając na reakcję rozmówcy wyprostował się na swoich długich łapach i, biorąc wcześniej głęboki wdech, otworzył oczy na tyle, by wyglądały po prostu na przymrużone. Prawie natychmiast zalała go fala bólu, ale ze wszystkich sił starał się to zamaskować - czego nie mógł zrobić ze zbierającymi się w kącikach jego oczu łzami, które za chwilę miały mu popłynąć po policzkach.
- Co komu gwiazdy zrobią niby? - parsknął w odpowiedzi na pierwsze słowa, jakie padły z pyska jednej z nieznajomych. I niby jak, skoro jest środek dnia? Co za maniery, ani "dzień dobry", ani "witaj", tylko od razu tak z grubej rury. Zjeżył się nieco na wspomnienie o Klanie Cienia, ale wcale nie dlatego, że nie było mu ono specjalnie miłe - wręcz przeciwnie, bardzo go interesowało, co ta zgraja ma z nim wspólnego i czy wiedzą, dokąd powinien pójść, ale w życiu jeszcze nikt go tak łatwo nie przejrzał. Rudy ogon obił się kilka razy o rude pięty, gdy trybiki w mózgu Padalca turkotały jak szalone.
- Nie mam pojęcia, kim oni są - odparł na słowa kocura, kręcąc przy tym głową. - A im się bezpodstawnie wydaje, że się wszyscy znamy, jakby mieli ku temu jakieś powody, bo nie ja byłem w Klanie Cienia, a jeden kot, którego spotkałem kilka zachodów słońca temu.
Zjeżył się jeszcze bardziej na samą sugestię bycia otoczonym przez tych nowych nieznajomych, bo tego starego nieznajomego już trochę znał, jakkolwiek by to nie brzmiało. Tym bardziej nie chciał iść tuż obok tej z dzwonkiem, bo chyba by zwariował od tego przeklętego hałasu. Zrobił ostrożny krok w tył.
- A kto powiedział, że ja w ogóle chcę z wami iść? Za kogo wy się macie, na osty i ciernie? - burknął, unosząc butnie podbródek. - Śmierdzicie jak banda pieszczoszków i samotników, a nie klanowe koty. - Dla podkreślenia własnych słów zmarszczył nos odrobinę za bardzo, wręcz na pokaz. - Poza tym, z tego co mi się obiło o uszy, w Klanie Cienia nie ma żadnego Ciernistego Kwiatu czy innego Gronostajowego Kroku, Skoku, czy tam Rozkroku. - Gdyby mógł, to by splunął, ale kotki akurat tego nie potrafią, więc musiał się zadowolić wydaniem z siebie głośnego prychnięcia.
- Ugryźcie się wszyscy pod ogonem i bawcie się dobrze, my wychodzimy - rzucił oschle na pożegnanie i odwrócił się - po raz kolejny już - wokół własnej osi (a za każdym razem wychodziło mu to lepiej!), przy okazji jakimś cudem zahaczając rudym ogonem pod brodą kocura stojącego u jego boku, co w sumie tylko działało na Padalcową korzyść. - Chodź, Wiewiór, zostawmy tę pomyloną bandę samą sobie.
Zrobił krok czy dwa przed siebie, po czym zatrzymał się i odwrócił głowę, aby zaczekać wyraźnie na swojego nowego najlepsiejszego kumpla.
po jej drobnym wypadku, jej wygląd przeszedł wiele zmian. Przycięte do połowy prawe ucho, zerwane niemal całe lewe, do tego blizna przechodząca od brody aż nad prawe oko - a to tylko sam pysk. Na szyi widnieją ślady po pazurach, choć te w dużym stopniu zostały zasłonięte przez futro. Długie ślady po kocich pazurach są również przez całą długość grzbietu, do tego na prawej przedniej i lewej tylnej są ślady po ugryzieniach. Jej futro wciąż pozostaje czysto białe i długie, a ślepia mają ten sam kolor - lewe zielone i prawe niebieskie. Wciąż jest smukła i wysoka, lecz do dawnej piękności jej daleko. Na szyi ma ciemnoczerwoną obrożę z kontaktem do jej człowieka.
podobnie jak wygląd, jej charakter przeszedł zmiany. podczas dochodzenia do siebie po walce z samotnikiem miała wiele czasu na przemyślenia, co miało na nią zaskakująco dobry wpływ, być może przez towarzystwo, jakie miała. w efekcie nie tylko jej ciało, jak i jej umysł przeszły przez proces leczenia, dzięki czemu jest w pewnym sensie weselsza. nadal jest mocno wyciszonym kotem, jednak znacznie łatwiej jest się jej uśmiechać. wciąż jest bezpośrednia w swoich słowach, często nie przejmując się tym, jak może to wpłynąć na jej rozmówców, ale zaskakująco nabrała nieco charakteru, więc zdarzy jej się dogryzać innym tu i ówdzie, oczywiście oczekując tego samego w swoją stronę. są to jednak niegroźne uszczypnięcia, nie obrazy. zdecydowanie chętniej też rozmawia, a jej ciekawość została na nowo rozpalona i nie boi się pytać, jeśli coś ją zainteresuje. nadal zostało w niej jednak wiele mniejszych lub większych problemów, z którymi ciężko jej sobie poradzić, jak strach przed opuszczeniem przez bliskich czy problemy ze snem.
Była zawiedziona, jeśli mogła tak to ująć. Udawanie, że widzi było nieszczególnie możliwe. Rozszerzone źrenice i ruchy pozbawione pewności widzącego kota wydawały go natychmiast, nawet jeśli chciał myśleć inaczej. Czy Ulewna Myśl wysłała ją po kota, który nie chce pomocy? Wątpiła, aby stara medyczka zrobiła coś takiego. Westchnęła cicho, spoglądając ze spokoiem raz na ślepego, raz na kocura w obroży z muszką. Rozumiała co prawda nieufność z jego strony - grupa czterech kotów niemal się przed nim zmaterializowała - lecz brak choćby przemyślenia ich słów, wypytania o informacje... na to nie było w jej oczach usprawiedliwienia. Pozwoliła rudzielcowi się wygadać, ale planowała zająć im jeszcze chwilę, z tego też powodu zagrodziła im drogę, rzucając proszące spojrzenie widzącemu kocurowi. Niech tylko da jej się wypowiedzieć, wtedy puści ich wolno, bez sprzeciwów. - Nim odejdziecie, pozwól mi skończyć i wyjaśnić sytuację - jej głos był delikatny, przepełniony zazwyczaj ukrywaną troską, co mogło zaskoczyć trójkę jej towarzyszy. - Ciernisty Kwiat to imię, które nadał mi Wężowa Gwiazda, a które zostało zaakceptowane przez Gwiezdny Klan, gdy stanęłam przed nimi, kiedy skończyłam medyczny trening. Jeśli zapytasz w Czterech Klanach jakiegokolwiek kota, który przeżył więcej, niż jeden obieg pór... powinni to imię rozpoznać - w jej tonie można było rozpoznać jakieś uczucie, choć ciężko było stwierdzić, jakie konkretnie. Tęsknotę, troskę, wstyd. - Byłam, jestem i zawsze będę medykiem Klanu Cienia. Gwiezdni skutecznie mi o tym przypomnieli, gdy wysłali mnie, abym cię odnalazła. Wiem jednak, co oznacza nie chcieć wrócić do klanu i nie zmuszę cię do tego - znała to aż nazbyt. Gdyby nie śmierć Szczypiącego Mrozu, zapewne nie pomyślałaby nawet o faktycznym powrocie. Ona była niezbędna i miała obowiązek powrotu, on nie - nie przysięgał przodkom opieki nad klanem w czasach, gdy będą tego potrzebowali. - Już drugi z moich terminatorów przedwcześnie pożegnał się z klanem, więc muszę wrócić. Ty, jeśli takie jest twoje życzenie, nie musisz. Chcę ci jedynie powiedzieć, cóż... - umilkła na jedno uderzenie serca. - Cieszę się, że dwunożni nie wyrządzili ci większej krzywdy. Jeśli wybierasz życie samotnika ze swoim znajomym... mogę jedynie życzyć wam bezpiecznej drogi - następnie zbliżyła się nieco do drugiego z kocurów i odezwała się znacznie ciszej. - Nie znamy się, jednak i tobie życzę powodzenia. Jeśli kiedyś będziesz potrzebował leczenia, to tam - skinęła łbem w kierunku, gdzie znajdował się jej klan. - Będziesz mógł mnie znaleźć - nie dyskryminowała w tym, kogo leczy. Spędziła poza klanem wiele czasu i wiedziała, że samotnicy mieli cięższe życie, niż klanowe koty. Śnieżka wiele ją nauczył i byłby z pewnością zawiedziony, gdyby nie zaproponowała pomocy. W dodatku o ile na fakt widzenia się nie nabrała, tak ich znajomości nie wątpiła. Jeśli ten drugi rudzielec pomagał byłemu cienistemu, to chociaż tyle mogła zrobić. Po tych słowach zeszła im z drogi i zbliżyła się do swoich towarzyszy. Szturchnęła lekko nosem policzek Gronostaj, nieco żartobliwy gest z jej strony, a następnie liznęła Ważkę za uchem w ramach obiecanej wcześniej czułości. Dotarli do celu i wiedzieli, że jest bezpieczny, więc mogła sobie na to pozwolić. Na sam koniec zwróciła się do Płomyka i uniosła lekko jedną z brwi, dając mu niezbyt poważną burę. - Nie krzyw się tak, bo ci tak zostanie - rzuciła uszczypliwie, komentując surowy wzrok kocura. Tych dwoje było młodymi kotami i nie było potrzeby traktować kocura w muszcze z takim brakiem uprzejmości. Kto by pomyślał, że syn jej dobrej znajomej był tak niegrzeczny. - Wybaczcie mi, że was tutaj zaciągnęłam, moi drodzy - rzekła ze spokojem na sam koniec. Co będzie dalej? Pewnie ich troje odprowadzi ją na granicę i ci, którzy chcą, wrócą z nią do klanu, a reszta się rozejdzie. Gdyby stała tutaj Ciernisty Kwiat z przed utraty pierwszej terminatorki, zapewne uniosłaby się nieco dumą - zapytała, jakim prawem mówi do niej w ten sposób, z takim brakiem szacunku. To jednak była Dziwnooka - nauczona przez życie pokory, oberwana z dumy przez własne poczucie winy i nie wiedząca czy powinna żałować podjętych przez siebie decyzji. Teraz nie miała zamiaru myśleć o swojej niestniejącej dumie - jedynie o tym, czy nie powinna być ostrzejsza lub łagodniejsza w swoich słowach. Nie chciała zawieść kolejnego kota.
there's so much more here, a life worth living and with time you drown the FEELING out it's so n o s t a l g i c maybe all the love was worth the pain?
Księżyce: 111 Mistrz: Bobrzy Kieł Płeć: kotka Matka: Jaskółczy Głos Ojciec: Iglasty Grzbiet Trwałe urazy: ślady pazurów na prawym barku; obroża z dzwonkiem
Poniżej przeciętnego wzrostu i o zaokrąglonej budowie; ciemnobura, tygrysio pręgowana, z bielą ciągnącą się od pyska przez przednie łapy, brzuch, tylne łapy aż do bioder i zaznaczającą końcówkę ogona. Beżowa plama pokrywająca mordkę, pomarańczowe oczy, opadnięte powieki; futro krótkie, gładkie i zadbane, wąsy opadające lekko w dół.
Nie różni się zbytnio od młodszej siebie; Gronostaj to w dalszym ciągu kotka uprzejma, a także nieco naiwna. Szybko wyrabia sobie opinię o innych kotach i z trudnością przychodzi jej spojrzenie na nich w innym świetle. Mimo łagodnego usposobienia nie jest tak cierpliwa, na jaką się wydaje, i zaskakująco łatwo zaleźć jej za skórę; zazwyczaj jest jednak zbyt pasywna, by otwarcie się komuś postawić i zbyt niepewna, by mówić o swoich uczuciach wprost, nie licząc rzadkich momentów odwagi. Nie radzi sobie ze stresem, który szybko ją przytłacza; z reguły unika konfliktów, a także często zwleka z wykonywaniem swoich obowiązków, szczególnie, jeżeli sprawiają jej trudność.
Ufała Dziwnookiej i jej ocenie bardziej, niż komukolwiek innemu spośród zgromadzonej na Siedlisku szóstki, ale nawet to nie powstrzymało jej przed wątpliwościami. Wskazany im przez medyczkę kocur okazał się równie czarujący, co byle samotnik. Mimo to zdawał się wpasowywać w rysopis przynajmniej częściowo - oślepiony i relatywnie młody, tak jak opisała go Ulewna Myśl, jednak zupełnie pozbawiony zapachu Cienia... nie wspominając już o tym, że sam gorąco zaprzeczył powiązania z klanem, jednocześnie przymilając się do swojego przyjaciela-pieszczocha.
Gronostaj nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Mogła spodziewać się, że zastaną Padalca martwego albo nie znajdą go wcale, lub nawet tego, że jakimś szczęśliwym trafem sam odnalazł drogę do domu - ale że odnaleziony, niemal cały i zdrowy rudzielec po prostu im odmówi? Czy w okolicy Rzędu drzew znajdowało się więcej niewidomych kotów, czy po prostu znudzona pośmiertnym życiem Ulewna Myśl napuściła ich na trop jakiegoś samotnika? A może po prostu mieli do czynienia z dwójką cienistych dezerterów, którzy mieli na siebie nawzajem wyjątkowo zły wpływ?...
- Skoku! - syknęła gniewnie, a cała jej niechęć do Ważkowej Sadzawki natychmiast się ulotniła, obierając nowy cel. Cóż, skoro potrafił stwierdzić, które imiona pojawiały się w Klanie Cienia, a które nie (nawet jeśli burej wydawało się niedorzeczne, że terminator nigdy nie słyszał o Ciernistym Kwiecie - czy Klan Cienia puścił ją w niepamięć tak szybko?), musiał mieć z nim coś wspólnego. Całkiem możliwe, że jednak był ich zgubą. Niestety.
Dociekanie tego zostawiła Dziwnookiej i reszcie ekipy ratunkowej. Sama usiadła elegancko na trawie i przygładziła nastroszone futro, nieco zażenowana własnym wybuchem.
Biała kocica znała się na słowach i zdecydowanie przemawiała tutaj jako głos rozsądku; nawet, jeżeli nie przekonało to Padalca, to przynajmniej ukoiło nerwy Gronostaj. Trzeba było podejść do tego wszystkiego z dystansu, ot. Oni byli zmęczeni i wygłodniali po całodziennym marszu, rudzielec na pewno ciężko znosił utratę wzroku - nic dziwnego, że doszło między nimi do paru zgrzytów, prawda?
- To nie twoja wina - odpowiedziała kocicy i uśmiechnęła się na jej gest, jednocześnie pozwalając sobie na rozbawione sapnięcie. Przynajmniej dotarli na Siedlisko Koni w jednym kawałku, sprawą drugorzędną było, czy stawią się na granicy w czwórkę, piątkę, czy w... w szóstkę? Spoważniała ponownie, gdy wzrokiem odnalazła dwójkę kocurów. Chwilowo znajdowali się poza zasięgiem szeptu, więc bura nachyliła się bliżej Cierń, by podzielić się z nią wcześniejszymi wątpliwościami. - Myślisz, że ten drugi... też jest z Klanu Cienia?
Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Ufał Cierń, że trafili na tego kota co trzeba. W końcu ona tutaj dowodziła i to jej oko miało stwierdzić czy ten kto to faktycznie ten, którego szukają. Ale powinien niby być skoro nie otworzył normalnie do tej pory swoich ślepi.
W głowie układał sobie plan dalszej drogi gdy nagle poszkodowany się odezwał. I w jednej chwili Płomyk poczuł mocną dawkę irytacji i gniewu. Jak taki smarkacz nawet się odważył tak kłapać paszczą do medyczki i do wszystkich tutaj zgromadzonych?! Jego pysk mocniej się zacisnął ale nic nie powiedział. Zero jakiejkolwiek wdzięczności, że ktoś chce go zaprowadzić do klanu.
Teraz to Płomyk miał kompletnie gdzieś tego niby poszkodowanego. Żył? Żył. Więc nie trzeba go ratować. Jak miał problem ze wzrokiem to niech sam sobie to załatwi by nie miał. Nie zamierzał być potulny jak baranek i grzeczny dla takiego gnojka.
Mruknął coś niewyraźnego pod nosem a następnie popatrzył się w bok, słysząc szelest gdzieś w oddali. Na całe szczęście nie było to nic specjalnego. Potem zaczął się monolog Cierń. Ale czy to coś da? Skoro tak im się spieszyło gdzie indziej i mieli w dupie wszystko to co zostało przed chwilą powiedziane to nie ma co się męczyć. Nie chce to nie. Płomyk nie będę się z nikim na siłę szarpać.
Potem, medyczka do niego podeszła i jakoś się uspokoił. Wzdychnął a następnie spojrzał sie na nią. - Wybacz. - mruknął z szacunkiem a następnie dodał. - Nie musisz nas przepraszać. - powiedział spokojnie. Było to trochę dziwne, że młody kocur nigdy nie słyszał o Ciernistym Kwiecie. W końcu jest ona prawie, że legendą. No ale cóż. Jak nie to nie. Jeżeli faktycznie nie będzie chciał wracać to Płomyk chętnie wraz z pozostałymi sobie pójdzie.
Mistrz: Motyli Lot Płeć: kotka Matka: Żmijowy Ogon [*] Ojciec: Motyli Lot [?] (Łabędź/Zachodząca Łapa[*]) Partner: - Trwałe urazy: podłużna blizna na boku i szyi oraz przycięte, nadszarpane lewe ucho
Mistrz: Motyli Lot Płeć: kotka Matka: Żmijowy Ogon [*] Ojciec: Motyli Lot [?] (Łabędź/Zachodząca Łapa[*]) Partner: - Trwałe urazy: podłużna blizna na boku i szyi oraz przycięte, nadszarpane lewe ucho
Brązowooka kocica o trochę wyższym niż średnim wzroście, czarno-rudym futrze z tygrysimi pręgami przecinającymi te drugie, z podłużną blizną na boku i szyi oraz przyciętym i nadszarpanym lewym uchem.
Kocica jest przez większość czasu dość spokojna, opanowana, czasami zdarzało się jej podejmować impulsywne decyzje, ale zwykle ma dobrze przemyślany plan w głowie. Czego jednak nie można o niej powiedzieć, to to, że jest najwięszą optymistką. Czasem tak, pewnie, ale w ostatnim czasie tylko się zamartwiała złymi wersjami wydarzeń, jakie mogłyby się wydarzyć, gdyby chciała wrócić do Klanu po tak długiej nieobecności. Może powiedzieć, że została porwana, ale czy ktokolwiek jej w to uwierzy, czy może uzna to za wymówkę? Mimo że tak nie jest, często zwala na siebie winę, wtedy gdy jej rodzina powoli znikała, a teraz gdy została porwana przez Dwunogów. Jest jednakże dość cierpliwa, czeka na najlepszy moment zamiast biec na oślep, woli być czegoś pewna niż potem popełnić błąd. Ma swoje przekonania i jeśli ktoś ją o coś osądza, to będzie się bronić kłami i pazurami, by tylko pokazać, że mówi prawdę. Co tak na prawdę niezbyt się sprawdza...
Wydmowy Wiatr [KR], Aura [Nś]
Czy jej ostatnia myśl była jakąś przepowiednią? Akurat jak pomyślała o tym, że kocur może przecież... nie chcieć, kocur wyskoczył z niezbyt miłą odzywką. Ważka trochę się poruszyła, lekko zdziwiona jego impulsywną reakcją. Miała lekką nadzieję, że nadal był w szoku i traumie po oślepieniu i to dla tego tak się na nich rzucał. Ciernisty Kwiat przyszła go znaleźć według chyba jakiegoś snu, tego Ważkowa Sadzawka w końcu nie zdążyła się dowiedzieć, ale to podejrzewała. Nieważne jaki był powód, na pewno jakiś istniał. Kocica wiedziała o istnieniu ślepego kota na Siedlisku Koni, a skądś musiała mieć tę informację. Szylkretowa kocica wewnętrznie ze sobą walczyła by nie ryknąć na młodzika za te pyskówki. Wzdrygnęła się na to, gdy nazwał ich grupę bandą pieszczochów i samotników. Nawet jeśli była to prawda, to tylko częściowa i tymczasowa. Nawet znając z trójki tylko tak na prawdę jednego kota, była pewna, że w żadnym z nich nie zginął duch Klanowego kota. Jako, że nie była tu od gadania i dopiero chwilę temu przyłączyła się do grupy poszukiwawczej, nie czuła obowiązku odezwania się i zrobienia czegokolwiek. Miała taką chęć, najchętniej walnąć w głowę ślepego kocura, któremu widocznie mrówki zjadły mózg wraz z wybuchnięciem mu petardy na łeb.
Finalnie się nie odezwała, decydując, że słowa Dziwnookiej były wystarczająco dosadne. Kiwnęła tylko głową na potwierdzenie jej wypowiedzi. Uśmiechnęła się na koniec, patrząc w bok na ciotkę, gdy ta liznęła ją w ucho. Czuła, że kocur ma jeszcze ostatnią szansę na odkupienie, ale mało ja już to obchodziło, jako że w końcu zdała sobie sprawę z faktu, iż w końcu była razem z kimś, znalazła przynajmniej jednego członka swojej rodziny i mogła być szczęśliwa. Pewnie, wykonanie polecenia Z Gwiazd było dość dobrym pomysłem... ale jeśli rudy kot nie chciał to nikt go nie mógł zbytnio zmusić. Jak umrze, to umrze, to nie będzie już ich wina.
– Prawda, to nie jest żadnym wypadku twoja wina, ciociu. – potwierdziła słowa Płomyka, czuło spoglądając na cienistą medyczkę. – Co teraz... powinniśmy zrobić? Klan Cienia? – zapytała po chwili. Misja najprawdopodobniej się nie udała, nie w stu procentach, ale nadal mieli w planach powrót do Klanu Cienia, albo przynajmniej chwilowa wizyta. Nie była jeszcze zbytnio w temacie, nie było czasu na rozmowę w trakcie, więc może za chwilę wszystko zostanie wyjaśnione córce Żmijowego Ogona.
boję się tej melodii że przyniesie cię znowu kiedy już pamięć zapomni to co we mnie jest tobą
boję się tej melodii że zmąci tą ciszę która mi kiedyś pozwoli xxxxxxxxxxxxxxxxxxnareszcie xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxnie słyszeć
Mistrz: - Płeć: kocur Matka: Szadź Ojciec: ? Trwałe urazy: Ogon złamany w ostatnim kręgu.
Rudy, krótkowłosy, klasycznie pręgowany z białymi znaczeniami. Prawe oko niebieskie, lewe pomarańczowe.
Jest kocurem naprawdę młodym, więc tak naprawdę jego charakter nie należy do najstabilniejszych. Często zdarza mu się popadać w skrajności, albo wszystko albo nic, albo 0 albo 1, nic pomiędzy. Poza tym jest raczej ciekawy świata i zdecydowanie towarzyski - chętnie poznaje nowe koty i wysłuchuje ich historii. Nieśmiałość, wycofanie czy lękliwość to słowa, które zdecydowanie nie występują w jego słowniku.
"Udawaj, że jesteśmy razem" rozbrzmiało mu w głowie bardzo głośno i nietypowo. Ale jak to razem, on z nieznajomym? Że jak... para? Dopiero kilka kolejnych uderzeń serca później dotarło do niego, jakim idiotą był. Nie, nie jak para, głupi Pstrągu. Jak współtowarzysze podróży...
Generalnie to on nie szukał problemów. I o ile sam był niechętny i ostrożny wobec obcych, tak na pewno nie planował być wobec nich skrajnie aroganckim. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu - tamta grupka pozostawała w znacznej przewadze liczebnej, a biała kotka, która zdawała sie nimi dowodzić wyglądała na kogoś naprawdę doświadczonego - wyraźnie świadczyły o tym blizny na jej pysku - więc w jego mniemaniu na pewno nie miałaby żadnych oporów żeby strzelić jednemu czy drugiemu kocurowi pazurami po mordach.
Od swojego rudego kompana wiedział, że ten szuka klanów. Tamci przedstawiali się jako koty z klanu, mimo, że ich wygląd i zapach w ogóle o tym nie świadczyły. Czy koty z klanów praktykowały coś takiego jak porwania dla okupu...? Czy istniała jakaś szansa, że ta banda tutaj faktycznie należała do klanu i chciała pojmać rudą parkę celem pozyskania jakichś korzyści? Nie wiedział, jakie zwyczaje panują wśród tych ugrupowań. Nie wiedział właściwie nic, poza dawnymi historiami matki, które pozostawały w jego pamięci lekko rozmazanymi obrazami, co do których nigdy nie dawał stu procent wierzenia.
Padalec pozostawał napięty jak struna i z każdą chwilą jeżył się coraz bardziej. To naprawdę nie rokowało dobrze, dlatego w momencie, w którym tamten kocur zrobił ostrożny krok w tył, Pstrąg zrobił dokładnie to samo. Położył uszy po sobie i przytulił ogon ciasno do własnego ciała, nawet nie siląc się na zabieranie głosu w dyskusji. Nie chciał, nie widział potrzeby, tylko niepotrzebnie by się naraził a w tym momencie chyba nie było warto. Gdy nieznajomy, ale jednak trochę-już-znajomy kocur powiedział, że wychodzą, potulnie się podporządkował i postąpił parę kroków w jego kierunku. I wtedy drogę zastąpiła im biała kotka.
Im bardziej Pstrąg się stresował, tym bardziej swędziała go łapa. Miał ochotę się podrapać, tak bardzo czuł tego konieczność, ale jednocześnie nie chciał się rozpraszać ani na moment. Skrzywił się sam do siebie i spróbował potrzeć łapą o łapę, ale musiało to wyglądać co najmniej żałośnie. Biała kotka rzuciła mu... proszące spojrzenie? Co?
Im dłużej ta cała Ciernisty Kwiat mówiła, tym większy Pstrąg miał mętlik w głowie. To zdecydowanie nie było zachowanie jakiego się spodziewał i chyba najbardziej zaskoczyła go właśnie ta troska wybrzmiewająca w głosie kotki? Chętnie zaprosiłby białą na jakąś pogawędkę, żeby lepiej zrozumieć to, co teraz próbowała im przekazać, ale okoliczności temu nie sprzyjały. Dlatego miał tylko nadzieję, że wszystkie kłębiące się w głowie pytania będzie mógł później zadać Padalcowi.
- Hmpf... - mruknął, gdy kotka się do niego przysunęła. Odruchowo spiął mięśnie. - Dziękuję...? - rzucił na tyle cicho, żeby co najwyżej usłyszała to ona i Padalec. Tamci siedzący z tyłu wcale nie musieli wiedzieć, jaka wymiana zdań teraz padła.
- Czy jej historia... trzyma się kupy? - zapytał cicho rudego, gdy Dziwnooka odsunęła się i wróciła do swojej ekipy. Byłoby głupio, gdyby na przykład wszyscy zaczęli iść w tym samym kierunku, mimo, że teoretycznie "rozeszli się w swoje strony" - Co robimy...? - Ta historia CHYBA brzmiała całkiem składnie, ale sam fakt podwójnych imion wprowadzał Pstrągowi taki chaos we łbie, że ciężko było mu przetwarzać tak wiele informacji na raz.
Usiadł. Usiadł, bo nie mógł dłużej wytrzymać od pieczenia, więc zaczął się intensywnie gryźć w tylną łapę. Dopiero po chwili, gdy poczuł minimalną ulgę, wstał, gotowy do wymarszu. Celowo i ostentacyjnie podniósł przednią łapę i szarpnął nią dwa razy o zapiętą na szyi muszkę. Nie był pewien, czy ktokolwiek z grupy obcych teraz na niego patrzył, ale jeśli tak, liczył na to, że ktoś zaproponuje mu zdjęcie tego, bez konieczności proszenia się o pomoc.
Proporcjonalnie zbudowany, po ojcu odziedziczył długie łapy oraz wzrost, matce natomiast ukradł część koloru futra. Padalec jest bowiem rudy i tygrysio pręgowany prawie od stóp do głów. Prawie, bowiem gdzieś po drodze zawieruszyło się trochę bieli - w postaci białych palców na lewej przedniej łapie oraz śnieżnej plamie w kształcie rombu na piersi. Jasne włosie ciągnie się też ledwo widocznie od owej plamy w dół brzucha kocura. Osadzony na trójkątnym pysku jasnoróżowy nos słabo odcina się od całości oblicza Padalca, przez co uwaga skupia się zdecydowanie na złocistych oczach kocura, często lekko przymrużonych. Wąsy kocur ma długie, białe i skierowane wyraźnie w dół.
Mały kłamczuszek. Uwielbia koloryzować opowieści, wymyślać nowe, wprowadzać innych w błąd, tylko po to, żeby patrzeć, jak się gubią. Nie stroni przy tym od towarzystwa, choć nie w jego stylu jest pchanie się tam, gdzie go wyraźnie nie chcą. Gdy już znajdzie się w grupce, lubi być w centrum uwagi, najlepiej tak, żeby wszyscy go słuchali. Pragnienie atencji popycha go czasami do czynów nie do końca rozsądnych, ale za to umiarkowanie spektakularnych. Oprócz tego mocno mu przeszkadzają wszelkie ograniczenia, zwłaszcza te narzucane przez nadopiekuńczą matkę. Indywidualista na miarę drugiego planu Klanowego życia.
Dla Padalca mogli udawać i parę, a nawet stare dobre małżeństwo, byleby ta cała akcja poszła po jego myśli - czego ewidentnie na ten moment nie robiła. Nie dość, że rzekoma Cienista Ekipa Ratunkowa praktycznie wcale go nie słuchała, bo puszczali większość jego słów jakby mimo uszu, to jeszcze najzwyczajniej w świecie byli zwyczajnie podejrzani. Zrobił krok czy dwa do przodu...
...i wpadł piersią prosto na Kogoś. Ów ktoś się zdążył w tym czasie odezwać, a po głosie Padalec rozpoznał, że właśnie przydzwonił prosto w całą tą Ciernisty Kwiat czy jak jej tam było. Wyrwało mu się ciche "umff", a zaraz potem pożałował, że nie mógł jej posłać chociaż trochę rozeźlonego spojrzenia, bo co to za medyk, który niby ma pomagać, a sam się podkłada pod łapy idącemu ślepcowi. Jednak było to wyjątkowo skuteczne zagranie ze strony kocicy, bo zmusiło rudzielca - jednego i drugiego - do wysłuchania jej. Skrzywił się, strzygąc przy tym uszami, ale im dłużej mówiła, tym bardziej składało się to w całość, trącając niektóre struny w pamięci Padalca. Coś tam coś tam, Wężowa Gwiazda, medyczka Ciernisty Kwiat, matka chyba mu coś o tym mówiła, ale to było tyle czasu i wydarzeń temu. Ba, gdyby nie nieustający ból oczu powiedziałby, że stali tu już prawie księżyc!
- Słyszałeś, Wiewiór? Znajomym, phi! - Gdyby mógł, to objąłby swojego nowego przyjaciela łapami za szyję, żeby udowodnić kocicy, jak bardzo "tylko znajomymi" byli. Trochę go przy tym uraziło, że to właśnie Wiewiórowi Ciernista zaproponowała leczenie, ale nie jemu, którego podobno przyszła tak chętnie ratować. Sapnął, a medyczka oddaliła się do swojej bandy przybłęd.
- Kupy się trzyma, ale jest to kupa dość aromatyczna - mruknął półgębkiem do swojego kumpla, wystarczająco cicho, aby nikt z rzekomych Cienistych go nie usłyszał. Westchnął głęboko - prawie że teatralnie, jakby chciał powiedzieć wszystkim wokół "zobaczcie, do czego mnie doprowadziliście" - i tyknął bok kolegi ogonem, kiwając przy tym głową. Zaufaj mi, stary, mam pomysł.
- Dobra - powiedział już głośniej, odwracając łeb w stronę gromadki, która ich przed chwilą praktycznie napadła - pójdziemy z wami, ale na naszych warunkach. Wy idziecie przodem, a my - tu wskazał głową na rudego kocura u jego boku - o długość dwóch ogonów za wami. I idę z Wiewiórem, a nie jakimiś tam dzwoneczkami czy innymi. - Bo głowa od nich puchnie. - Pasuje wam czy nie? - rzucił, jakby to było wyzwanie. Nawet popatrzyłby na nich w ten sposób, ale cóż. Nie miał takiej możliwości.
//jeśli nikt oprócz Cierni nie ma nikt konstruktywnego do dodania i wszyscy się zgadzają na propozycję Padalca, to możemy się już w sumie przenosić na granice, nie ma sensu tego przeciągać dłużej.
Rasowa lykoi (futerko łysiejące i pozbawione podszerstka). Biała w czarne łaty, o złotych oczach. Mała, szczupła i zwinna.
zawadiaka, bystra, przytomna, dociekliwa, odważna
Rojst
Zimny wiatr zatańczył po jej skórze, a źrenice złotych ślepi zbiegły się w wąskie szpary. Daleko, jak daleko od domu rósł ten las! Ściana zielonej gęstwiny przysłaniała horyzont niczym zwarty szereg jednolitych zabudowań - nawet ze szczytu opuszczonej chaty, na którą wdrapała się dla lepszego widoku. Prawdziwa forteca. I cel jej wyprawy! Gęsty, ciemny bór pełen niebezpieczeństw i niewyobrażalnych przeszkód. Dom wojowników.
Przymknęła rozwarty z podziwu pyszczek. Wyraz zawadiackiej pewności zastąpił obecny jeszcze przed chwilą przestrach wielkością świata - wszak im większy jest, tym więcej jest do zdobycia!
Ostrożnie wycofała się, akompaniowana przeciągłymi jękami zmarzniętego drewna, i byłaby zaskoczyła z krokwi i zeszła na ziemię... jednak nieoczekiwany ruch przykuł jej uwagę. Przez ośnieżone pole sunęło kilka niedużych, smukłych sylwetek. Czyżby... w okolicy żyła jakaś dzika kocia grupa? Zaprawdę, szczęście sprzyja odważnym! Jeśli ktoś plącze się tak po tutejszych terenach, na pewno wie, jak dotrzeć do klanowych granic.
Czym prędzej wydrapała swą drogę w dół i na wprost pognała przez pole! Nie była w żadnym razie szybka... ni wytrzymała... ni też zaznajomiona z technikami poruszania się po naturalnym podłożu, toteż pościg odbywał się wyjątkowo nieefektywnie. Z całym zasłużeniem trzeba jednak przyznać jedno - niedostatki fizycznej sprawności nadrabiała zapałem. Nieważne, jak zimny był śnieg pod łapkami i jak gryzł delikatne poduszki palców. Nieważne, ile razy po drodze miała się przewrócić lub zapaść w biel. Dzielnie parła do przodu i nie zatrzymała się, póki nie dogoniła gromady.
Zupełnie pozbawiona oddechu i rozpalona biegiem, wyhamowała. Zbyt zadowolona z siebie, by być świadomą osobliwości przedstawienia, którym uraczyła towarzystwo, z szerokim uśmiechem, milcząc i dysząc gęstą parą, przyjrzała się kolejno każdemu z obecnych kotów... I aż wysunęła łepek do przodu, z niedowierzaniem zauważając stan fizyczny uczestników spotkania.
- To wy! Jesteście wojo... - przerwała, na pobliźnionych szyjach zauważając ludzkie obroże. I odchrząknęła, zupełnie zbita z tropu.
- Ja... Szukam wojowników! - rzekła pewnie, próbując okazać hart ducha i natychmiast poważniejąc. - Nie chcę przeszkadzać, ale byłabym wdzięczna za wskazanie kierunku.
Wypięła dumnie chudą pierś, powoli odzyskując panowanie nad oddechem.
po jej drobnym wypadku, jej wygląd przeszedł wiele zmian. Przycięte do połowy prawe ucho, zerwane niemal całe lewe, do tego blizna przechodząca od brody aż nad prawe oko - a to tylko sam pysk. Na szyi widnieją ślady po pazurach, choć te w dużym stopniu zostały zasłonięte przez futro. Długie ślady po kocich pazurach są również przez całą długość grzbietu, do tego na prawej przedniej i lewej tylnej są ślady po ugryzieniach. Jej futro wciąż pozostaje czysto białe i długie, a ślepia mają ten sam kolor - lewe zielone i prawe niebieskie. Wciąż jest smukła i wysoka, lecz do dawnej piękności jej daleko. Na szyi ma ciemnoczerwoną obrożę z kontaktem do jej człowieka.
podobnie jak wygląd, jej charakter przeszedł zmiany. podczas dochodzenia do siebie po walce z samotnikiem miała wiele czasu na przemyślenia, co miało na nią zaskakująco dobry wpływ, być może przez towarzystwo, jakie miała. w efekcie nie tylko jej ciało, jak i jej umysł przeszły przez proces leczenia, dzięki czemu jest w pewnym sensie weselsza. nadal jest mocno wyciszonym kotem, jednak znacznie łatwiej jest się jej uśmiechać. wciąż jest bezpośrednia w swoich słowach, często nie przejmując się tym, jak może to wpłynąć na jej rozmówców, ale zaskakująco nabrała nieco charakteru, więc zdarzy jej się dogryzać innym tu i ówdzie, oczywiście oczekując tego samego w swoją stronę. są to jednak niegroźne uszczypnięcia, nie obrazy. zdecydowanie chętniej też rozmawia, a jej ciekawość została na nowo rozpalona i nie boi się pytać, jeśli coś ją zainteresuje. nadal zostało w niej jednak wiele mniejszych lub większych problemów, z którymi ciężko jej sobie poradzić, jak strach przed opuszczeniem przez bliskich czy problemy ze snem.
A już myśleli, że pofatygują się do klanu tylko w czwórkę, a tu proszę - ich zguba zmieniła zdanie. Wcześniej jednak odpowiedziała na słowa Gronostaj prostym "nie wiem", ponieważ taka była prawda - oboje byli młodymi kotami i mogli zwyczajnie urodzić się po jej zniknięciu, więc nie miała prawa ich znać. Już miała mówić Ważce, że pora się zbierać, kiedy do jej uszu dotarły słowa cienistego rudzielca. Wysłuchała jego propozycji i skinęła lekko łbem. Proszę bardzo, Polna Gwiazda i jakikolwiek starszy wojownik, na jakiego wpadną, potwierdzi jej historię. W pewnym sensie podobala jej się możliwość utarcia młodzikowi nosa. Zarówno on, jak i jego kolega byli dla niej jak kocięta - z tym, że ten z klanowymi korzeniami był nieco bardziej... problematyczny w jej oczach. Już miała zabrać się z Płomykiem za prowadzenie ich brygady na cienistą granicę, kiedy do jej uszu dotarło kolejny, nowy głos. Wypłosz. To było pierwsze słowo, jakie przyszło jej na myśl, gdy ujrzała młodziutką koteczkę, kompletnie przepełnioną ekscytacją. Najwyraźniej dzisisj miała szczęście do zbierania kotów, które były zainteresowane klanami. Ten malec najwyraźniej skądś o nich słyszał, ale skąd to musiała potem zapytać - tak z czystej ciekawości. - Masz szczęście - rzuciła do biało-czarnej kotki, obierając miejsce na przedzie grupy razem z Płomykiem. - Jeśli pójdziesz za nami, to dotrzesz do jednego z nich. Cienia, konkretnie. Gdzie słyszałaś o klanach? - dodała po chwili, zaraz ruszając przed siebie. Mieli jeszcze kawałek drogi do przebycia, toteż nie chciała opóźniać całej wycieczki - młoda kotka mogła do niej mówić i iść jednocześnie. W innej sytuacji pewnie miałaby z tym problem, ale przy tak dużej grupie było jej już wszystko jedno. Nie zdziwiłaby się, gdyby po drodze znalazła jeszcze swoją dawną terminatorkę czy którąś z sióstr. Wszystkiego się spodziewała, jeśli miała być szczera.
| zt za wszystkich oprócz blekot i maybe płomyk |
there's so much more here, a life worth living and with time you drown the FEELING out it's so n o s t a l g i c maybe all the love was worth the pain?
Rasowa lykoi (futerko łysiejące i pozbawione podszerstka). Biała w czarne łaty, o złotych oczach. Mała, szczupła i zwinna.
zawadiaka, bystra, przytomna, dociekliwa, odważna
Rojst
Nie można powiedzieć, że przyjmując na siebie krytyczne spojrzenia aż sześciu obcych kotów, łaciata mieszczanka czuła się w pełni komfortowo... zwłaszcza, że towarzystwo zapewne nieprzypadkowo zgromadziło się tu w takiej liczbie. Zwłaszcza, że niedoskonałości jej nieokazałego, liniejącego miejscami futra zaczynały nieprzyjemnie doskwierać. Chłód schodził jednak na drugi plan wobec dużo bardziej naglącego zagrożenia i ekscytacji, która z niego wynikała. Musiał zejść! Wszak najwyraźniej udało jej się poczynić postępy na swej misji.
- Zgadzam się, mam szczęście - odparła z półuśmiechem, od razu przystając na propozycję białej kocicy. Skłoniła się przy tym uprzejmie reszcie zgromadzenia. - Jestem Blekot, miło mi.
Była medyczka objęła prowadzenie, a Wypłosz natychmiast zajęła miejsce u jej boku, by rozpocząć objaśnianie swojej sytuacji.
- Moja mama mi o nich opowiedziała. Bo widzisz, ona kiedyś spotkała jedną wojowniczkę. Taką bardzo małą podobno, chudą i bez stopy...