Jest starsza. Grubsza, z burym futerkiem z rozmazaną plamą na plecach, pręgami, które im wyżej się pięły, tym były mniej widoczne oraz pręgami na pysku oraz ogonie w kolorze bliskim czerni. Pręgi na czole kotki układają się w literkę "M" oraz wyżej twoją pasy. Pomiędzy oczami oprócz wcześniej wymienionych pręg znajdują się także po trzy dłuższe pasy, jedne usadowione najwyżej dotykają dolnych powiek, zaś tamte dwie pną się aby złapać się nosa, jednak bez powodzenia. Uszy dość trójkątne, ogon długi i puszysty. Dodatkowo na pysku znajduje się jaśniejsza plama. Jej oczy są szaro-niebieskie, chociaż o wyraźniejszej barwie niż te kocięce. Nos, małżowina uszna oraz jej poduszki łap są w kolorze różowo-szarym. Chód kotki trochę się ustabilizował, jednak nadal trochę zbyt łagodnie chodzi. Ciągle źle na nich stawała, przez co mogą sprawiać wrażenie, jakby były trochę wykręcone.
Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że ukazało się że jej się nie da nic nauczyć. Coś może jej wyparować z głowy do końca dnia, jak czasem mogło się zdarzyć po treningach z Ciemniejącym Niebem. Bujająca w obłokach, choć coraz to mniej, miła, rozważna, jednak trudno jej się skupić i kogoś wysłuchać, przyjacielska, optymistka. Pełna wyobraźni oraz dziecinności, która często się zdarza, że staje ponad jej rozwagą. Teraz jednak jest samotna... i zatraca w sobie tą dziecinność. Ale może jeszcze kogoś tu spotka.
Po tym gdy córka Ciemniejącego Nieba spotkała rodzącą Perłową Muszlę i zaproponowała pomoc musiała się przesiedlić i znaleźć swój zakątek. W trakcie wykopywania nory przez chwilę mieszkała u byłej wojowniczki, ale teraz już pora na własne miejsce. Tak więc, podobnie jak w wypadku pierwszej nory, stworzyła dwa pomieszczenia. Jedno duże, rozszerzające się w lewo, gdzie wykopała małą dziurę, w której może kiedyś pojawi się zwierzyna oraz drugie, schowane w cieniu za cienkim korytarzem. W drugiej komorze spała. W pierwszym pomieszczeniu znajduje się też dziura z wąskim korytarzem, przez którą może przejść do nory Perłowej Muszli, jeśli coś by się stało. Tak na wszelki wypadek. Co do wejścia, podobnie jak to starszej kotki, ukryte między krzakami. Może nie ostrężyn, ale normalnych.
Wczoraj próbowała polować. Nie wyszło jej i do nory wróciła tylko z myszą. Którą dziś zjadła na śniadanie. Chyba będzie musiała zacząć robić jak w Klanach się robiło. Czyli pierwsze polowanie potem jedzonko. Ale tym się zajmie później. Bo teraz się bawiła w dokańczanie drugiej komory legowiska.
/Żywica
<table><td></td>
<td><p align="center">I leftthe...,countryforthe.,..c i t y thought IwassmartbutIwassilly I should'veknownI'd getintroublebeingso green I've..lived..my..life..and..I'm..only,..eighteen</p></td></table>
Nabita, krępa, bardzo brzydka kocica o czarnej, szylkretowej sierści z bielą i wyłupiastych, pomarańczowych oczach.
Cicha, ponura, zamknięta w sobie kotka, której jedyną radością jest doskonalenie siebie i gapienie się na innych z ukrycia.
Dzwonek, Szuwar, Sianko, Niebo (nieaktywni)
Domek Ostrężyny znajdował się bardzo blisko domku Żywicy i jej rodzeństwa. Na tyle blisko, by Żywica nie bała się do niego przebiec bez opieki dorosłego. W trakcie swojego króciutkiego, ale energicznego życia przebiegała z nory do nory wiele razy by poatencjować się do dorosłych kotek, które akurat były w pobliżu. Samą Ostrężynę Żywica w swojej małej okrągłej główce określała jako taką mamę dwa. Ufała jej niemal tak samo, w końcu była z nią od pierwszych chwil tak samo, jak Perłowa Muszla. Wybiegła z ciernistej norki, przebiegła przez zaspy, potykają się przy tym dwa czy trzy razy, aż stanęła u wejścia do nory mamy dwa. Dostrzegła długowłosą burą kotkę robiącą coś przy ścianie.
- Osz...oszzz..stszzzszyyna!!! - wykrzyknęła przez swój króciuteńki pyszczek. O-s-t-r-ę-ż-y-n-a. To słowo zdecydowanie było zbyt skomplikowane dla takiego małego kociaka, jakim była Żywica... no nie takiego małego, już niedługo miała dumnie obchodzić drugi księżyc swojego życia! Czas wyciągnąć baloniki i tort. Szylkretka podbiegła do długowłosej i otarła się o jej bok, wtulając się w to mięciutkie brązowe pręgowane futerko. Mimo tego, że jej własna mamusia miała śliczniusie szare futro, Ostrężyna wygrywała tym, że jej futro było długie. Długie futro to najlepsze futro!
- Czooo, czooo lobis? - spytała zaitrygowana.
- Pomooooge! - okrzyknęła, podchodząc do ściany. Podniosła się na dwie tylne łapki, podpierając się przednimi o ścianę norki. Ochoczo zaczęła przednimi łapami ubijać ścianę. Dawało to... wielkie nic, ale po pyszczku Żywicy widać było, iż sprawia to jej wiele przyjemności i radości.
Jest starsza. Grubsza, z burym futerkiem z rozmazaną plamą na plecach, pręgami, które im wyżej się pięły, tym były mniej widoczne oraz pręgami na pysku oraz ogonie w kolorze bliskim czerni. Pręgi na czole kotki układają się w literkę "M" oraz wyżej twoją pasy. Pomiędzy oczami oprócz wcześniej wymienionych pręg znajdują się także po trzy dłuższe pasy, jedne usadowione najwyżej dotykają dolnych powiek, zaś tamte dwie pną się aby złapać się nosa, jednak bez powodzenia. Uszy dość trójkątne, ogon długi i puszysty. Dodatkowo na pysku znajduje się jaśniejsza plama. Jej oczy są szaro-niebieskie, chociaż o wyraźniejszej barwie niż te kocięce. Nos, małżowina uszna oraz jej poduszki łap są w kolorze różowo-szarym. Chód kotki trochę się ustabilizował, jednak nadal trochę zbyt łagodnie chodzi. Ciągle źle na nich stawała, przez co mogą sprawiać wrażenie, jakby były trochę wykręcone.
Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że ukazało się że jej się nie da nic nauczyć. Coś może jej wyparować z głowy do końca dnia, jak czasem mogło się zdarzyć po treningach z Ciemniejącym Niebem. Bujająca w obłokach, choć coraz to mniej, miła, rozważna, jednak trudno jej się skupić i kogoś wysłuchać, przyjacielska, optymistka. Pełna wyobraźni oraz dziecinności, która często się zdarza, że staje ponad jej rozwagą. Teraz jednak jest samotna... i zatraca w sobie tą dziecinność. Ale może jeszcze kogoś tu spotka.
Szylkretowa płaska mordka wleciała do jej nory, przed tym jednak wydała okrzyk na który była terminatorka Klanu Rzeki odpowiedziała odwróceniem się od ziemistej ściany i spojrzeniem na córkę Perłowej Muszli. Była dla niej taką mamą dwa, zgadza się. Szkoda, że tak się nie czuła. Że nadal się czuła bezużyteczną kluską. Z dnia na dzień co raz chudszą. Już w sumie nie można jej było nazwać kluską. Więc jej przydomek niestety musi zostać zmieniony.
Posłała uśmiech kociakowi o bursztynowych (?) oczach zmieszanych z niebieskim, kocięcym kolorem. Niestety jej imię było dość trudne do wypowiedzenia, ale co by powiedziała na to, jakby była jakąś Ostrężynową Łapą czy jeszcze gorzej brzmiącym imieniem wojowniczym
Gdy Żywica wtuliła się w jej futro, tak przygarnęła ją ogonem, aby od drugiej strony też miała cieplutko.
- Poszerzam trochę norkę i wyrównuję ściany. - odpowiedziała z uśmiechem. Gdy usłyszała okrzyk szylkretki, nie powstrzymywała jej. A niech się bawi. Nawet jeśli jej nie pomoże. Grzebała w ziemi, a Ostrężyna kopała dalej. - Jak u ciebie? Jak zgaduję wychodziłaś trochę z norek? Tylko nie oddalaj się wtedy za bardzo. - ostrzegła, nie spuszczając wzroku z ziemi.
<table><td></td>
<td><p align="center">I leftthe...,countryforthe.,..c i t y thought IwassmartbutIwassilly I should'veknownI'd getintroublebeingso green I've..lived..my..life..and..I'm..only,..eighteen</p></td></table>
Nabita, krępa, bardzo brzydka kocica o czarnej, szylkretowej sierści z bielą i wyłupiastych, pomarańczowych oczach.
Cicha, ponura, zamknięta w sobie kotka, której jedyną radością jest doskonalenie siebie i gapienie się na innych z ukrycia.
Dzwonek, Szuwar, Sianko, Niebo (nieaktywni)
Skoro kluska już nie pasuje dla Ostrężyny to spokojnie, Żywica z łatwością wymyśli dla niej coś nowego. Coś, co najbardziej wyróżnia ją na tle całej reszty gromadki, jaką zna Żywica, czyli jej mamy i sióstr. Mamę dwa wyróżniało ciemne, wyraźnie pręgowane futro i dłuuuugie futro. Dłuuuugie futro! Tak! Z tego na pewno zrobi się najlepszą ksywę. Niech to będzie... Pu-cha-ta! Tak! Proszę bardzo, zamiast Kluski mamy teraz Puchata. Żaden problem.
- Po..posezas nolke? Po co?! - wydukała zdziwiona. Przestała ugniatać ścianę, bo straciło to dla niej sens. Obróciła się wokół własnej osi dwa razy, przez co zakręciło jej się w głowie. Usiadła na swoim niebieskim zadku, kręcąc zdezorientowanym łebkiem.
- U mnie nuuuuuuuuuuuda. Ziodelko i Lulawina nie chco sie ze mnom bafić. Mosze nie chcom, bo mam głupiom tfasz? - wymruczała. Zdecydowanie jej pyszczek wyróżniał się. Może nigdy nie miała za bardzo okazji przyglądać się samej sobie, jednak szybko zauważyła, że nie ma takiego ładnego, wystającego pyszczka jak jej rodzeństwo, mama czy nawet Ostrężyna. Jak liże sobie łapkę, to ta zatrzymuje się praktycznie pod oczami, nie tak jak innym gdzieś, tak.. No dalej. To była bardzo skomplikowane!
- No.. no flaścifie to nie wychodze z nolek, ale.. - kotka właściwie nie wiedziała, co konkretnie chciała powiedzieć, więc po prostu przerwała swoją myśl.
Jest starsza. Grubsza, z burym futerkiem z rozmazaną plamą na plecach, pręgami, które im wyżej się pięły, tym były mniej widoczne oraz pręgami na pysku oraz ogonie w kolorze bliskim czerni. Pręgi na czole kotki układają się w literkę "M" oraz wyżej twoją pasy. Pomiędzy oczami oprócz wcześniej wymienionych pręg znajdują się także po trzy dłuższe pasy, jedne usadowione najwyżej dotykają dolnych powiek, zaś tamte dwie pną się aby złapać się nosa, jednak bez powodzenia. Uszy dość trójkątne, ogon długi i puszysty. Dodatkowo na pysku znajduje się jaśniejsza plama. Jej oczy są szaro-niebieskie, chociaż o wyraźniejszej barwie niż te kocięce. Nos, małżowina uszna oraz jej poduszki łap są w kolorze różowo-szarym. Chód kotki trochę się ustabilizował, jednak nadal trochę zbyt łagodnie chodzi. Ciągle źle na nich stawała, przez co mogą sprawiać wrażenie, jakby były trochę wykręcone.
Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że ukazało się że jej się nie da nic nauczyć. Coś może jej wyparować z głowy do końca dnia, jak czasem mogło się zdarzyć po treningach z Ciemniejącym Niebem. Bujająca w obłokach, choć coraz to mniej, miła, rozważna, jednak trudno jej się skupić i kogoś wysłuchać, przyjacielska, optymistka. Pełna wyobraźni oraz dziecinności, która często się zdarza, że staje ponad jej rozwagą. Teraz jednak jest samotna... i zatraca w sobie tą dziecinność. Ale może jeszcze kogoś tu spotka.
Wymyślaj, wymyślaj, Żywico. Puchata? No, dobra ksywka. Chyba nawet pasuje. Może pasowałaby bardziej parę księżyców temu, ale nie ma krótszego futra niż wcześniej. Po prostu teraz lśni mniej niż wcześniej.
- Trochę tu ciasno, dlatego. - odpowiedziała zdezorientowanej kotce. Bo w sumie po co innego miałaby to robić? Miała może coś w rodzaju ludzkiej klaustrofobii, więc musi mieszkać w dużych pomieszczeniach. One były dobre, jednak jeszcze korytarz domagał się poprawki. Gdy córka Perłowej Muszli przestała kopać, Ostrężyna jeszcze chwilę miała łapy na ścianie swojej norki, dopiero potem opadła na dół i skinęła kotce o krótkim pyszczku, aby za nią podążyła. Zmierzała do swojego legowiska. Usiadła na nim, czekając, aż kocię dojdzie do niej. Niech się położy, będzie wygodniej.
- Na pewno nie! Masz bardzo ładny pyszczek, Żywico! Może po prostu nie chciały w tym momencie? Spytaj się je później. - zaproponowała. Po chwili szylkretka znowu się odezwała.
- Co to tam porabiałaś na górze? - spytała. - Po prostu bądź uważna, dobra? Nie przebolałabym straty takiego miłego kotka jak ty!
<table><td></td>
<td><p align="center">I leftthe...,countryforthe.,..c i t y thought IwassmartbutIwassilly I should'veknownI'd getintroublebeingso green I've..lived..my..life..and..I'm..only,..eighteen</p></td></table>
Mistrz: who dis Płeć: kotka Matka: Łania Ojciec: chaos
Drobnej budowy, buro-biała koteczka. Jej jasne, krótkowłose ciało pokrywa mozaika łat: większe obejmują oczy, uszy i tył głowy oraz cały grzbiet od łopatek do ogona. Mniejsze występują na tylnych łapach, palcach, biodrach i ramieniu. Wszystkie są delikatnie pręgowane w typie broken mackerel. Zawsze roześmianą mordkę wieńczy pomarańczowy, perkaty nos na tle białego trójkąta oraz duże, owalne oczy z figlarnym połyskiem w kolorze mosiądzowym (lśniącym żółtobrązowym).
Pozbawiona empatii socjopatka, która nie wybacza. Pamiętliwa, pyskata, zawistna, zarazem posiadająca dar do tworzenia chaosu, który jest dla niej niczym pożywienie. Uwielbia prowokować i nie ma hamulców przed wyrażeniem własnego, zwykle kontrowersyjnego zdania. Gardzi słabością oraz tchórzostwem. Nie potrafiąc wykrzesać z siebie naturalnych uczuć, zdecydowała zabawiać się cudzymi. Dopiero po bliższym poznaniu ukazuje swoje drugie oblicze - dużego, rozpieszczonego, pokrętnie uroczego kociaka, z którego nigdy nie zdołała wyrosnąć.
Wapienna Łapa
Ulewa rozpętała się jeszcze przed zmierzchem, czego zwiastunem były opasłe, ciemnoszare obłoki mroczące zarys słońca. Sasanka zaklęła pod nosem, po raz pierwszy czując na własnej skórze dotyk nadchodzącej Pory Opadającej Liści oraz konieczność odnalezienia lepszego schronienia niż byle kępa przybrzeżnych trzcin.
Początkowo planując przeczekać wszystko zwinięta w kłębek pod gęstymi zaroślami, wściubiła nos między gałęzie... z zaskoczonym westchnięciem odkrywając skrytą pod nimi, starannie wykopaną norę. Przy czym nie wyczuła żadnego niepokojącego zapachu ani świeżego tropu lokatora, którym z pewnością nie był ani borsuk, ani lis. Perlące srebrzystymi kroplami deszczówki pajęczyny spowijające wejście niemo poświadczały, iż legowisko musiało zostać porzucone kilka długich księżyców temu.
Bez namysłu wtargnęła do środka, z cichą aprobatą oceniając wystój wnętrza. Robota wyglądała na kocią, ale stabilną, w dwóch komorach tkwiły stare gniazda uwite z ususzonego na wiór mchu oraz kilka małych kości, będących pamiątką po posiłku... lub czyjąś zabawką, dawno temu. Wiedząc, że nie znajdzie lepszego legowiska, zwłaszcza teraz, ułożyła się w jednej z komór, oplatając ciało pręgowanym ogonem. Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo brakowało jej prawdziwego posłania oraz dachu nad głową... Finalnie do snu utuliło ją stłumione echo sieczenia kropel, gdzieś ponad głową, oraz wywołująca dyskomfort, ziemista woń stęchłego powietrza. Dopóki nikt jej nie przegna, będzie musiała tutaj zostać. Tak właśnie wyglądało teraz jej życie: ciemna, pozbawiona życia samotnia, desperackie poszukiwanie okazji oraz... koszmary. Każdej nocy.
Mógł być to szaleńczy rechot Łaniego Kroku. Mogła to być obojętność własnego Klanu, który obrócił się przeciwko niej bez względu na wydarzenia, prawdę, fakty oraz winę. Zapłakane oblicze siostry, której łzy ciekły bezustannym ciurkiem, niepowstrzymane ani słowem, ani nienawistnym cięciem pazurów. Tej nocy nie mogło być inaczej, lecz zamiast rodziny, która ją porzuciła, znowu ujrzała pogrzeb, poranione ciało, rząd żałobników, a tuż przed nią Ognisty Żal.
Ciskane słowa niczym nie różniły się od rzeczywistości. Przeżywała własne emocje po raz setny - złość, zakotwiczona nienawiść, kąśliwość, satysfakcja. Uderzała bezwzględnie, bez pudła, ujawniając szczegóły, dla których ujrzenia postronny Gromiak byłby zbyt głupi.
Wszystko zdawało się być lustrzanym odbiciem rzeczywistości... kiedy niespodziewanie szylkretowa Medyczka zgięła się w pół spazmatycznym wstrząsem, obrzygując ją bryzgiem czerwonej, krwistej cieczy. Sasanka pisnęła z odrazą, odskakując od konającej w nagłym szoku, czując, jak trucizna, którą została naznaczona, wypala jej skórę i futro aż do kości. Zawyła pół w gniewie, pół w obezwładniającym bólu, widząc, jak wywłoka upada na Iglastą Ziemię. Ty. Płonąc żywcem, obserwowała ostatni oddech ulatujący zza parszywych warg. Ostatnie zdradzieckie uderzenie serca. Ty. To twoja odpowiedź? Zaciągasz mnie ze sobą do piachu?
Ocknęła się gwałtownie, uchylając powieki naprzeciwko pustce i ciemności. Pod ziemią dominował chłód, a mimo wszystko czuła pot klejący się na opuszkach łap. Zaciskając zęby, natychmiast opuściła norę, wychodząc przed zarośla i siadając ciężko na mokrej trawie. Był środek nocy, zaś deszcz został jedynie lekką, osiadającą bezszelestnie mżawką. Nie mając widoku na gwiazdy ani księżyc, popatrzyła we własne łapy, próbując otrząsnąć się z chaosu sennych myśli. Czy to prawda? Naprawdę ją zabiła? A może to wszystko wyważony, mściwy cios ze strony Medyczki, która po prostu nie mogła jej pokonać. Zamiast uznać porażkę, targnęła na własne życie, aby zniszczyć jej. Nie miała nikogo poza Klanem Gromu oraz rangą, a skoro obchodzili ją tyle, ile udowodniła... prawdopodobnie byłaby do tego zdolna.
Można byłoby to nazwać top 10 anime crossovers, bowiem zapewne absolutnie nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw i spotkania tych dwóch konkretnych jednostek w takich okolicznościach.
Wichura była przyzwyczajona do deszczu, do ciężkich warunków ogółem mówiąc. Nie miała grubego futra, jej ruda sierść już dawno się nieco przerzedziła a sama kocica w niczym nie przypominała siebie z czasów gdy żyła w Klanie Gromu, albo nawet na osiedlu przez te kilkanaście księżyców; nie pochłaniała wody lejącej się z nieba jak gąbka, bo nie miała czym, więc na dobrą sprawę sam deszcz jej nie przeszkadzał. Zimno było już bardziej doskwierające. Wyglądała pewnie jak psu z gardła wyciągnięta, krążąc jak zjawa bez celu w ulewie, sama nie wiedząc, dokąd się kieruje. Przed siebie. Po prostu, może przy okazji znajdzie jakieś schronienie przed deszczem, chociaż w momencie w którym ten powoli się uspokajał nie było w tym żadnego sensu. Trochę zmokła, trochę zmarzła, no dobra, trudno...ale może chociaż powinna się jakoś ogrzać i wysuszyć. W najgorszym wypadku się zaziębi. Ruda westchnęła głęboko, kierując się na zmęczonych łapach dalej, między trzcinami, wrzosami zroszonymi kroplami deszczu, zagubiona we własnych myślach. Z deszczu została mżawka i dopiero wtedy kocica w ogóle pofatygowała się o otrzepanie z wody.
Gdy dotarła w okolice opuszczonej nory wszystko było do reszty przesiąknięte zapachem deszczu, który początkowo nieco stłumił wszelkie inne wonie które w danej chwili mogły unosić się w powietrzu. Nie wyczuła obecności innego kota - zobaczyła. Przyszła akurat, gdy buro-biała torpeda wystrzeliła spomiędzy krzaków; i to był wystarczająco głośny dźwięk aby zawiadomić Wichurę o obecności kogoś niedaleko. Z odległości w której się znajdowała od Sasanki nie widziała, czy kojarzy kota, najpewniej lokatora nory. Zrobiła kilka kroków bliżej. Może jej nie znała, wtedy po prostu się stąd ulotni, ale jeśli był to ktoś znajomy...hah, warto zobaczyć.
Bursztynowe ślepia rudej kocicy rozszerzyły się, gdy rozpoznała sylwetkę, która rozsiadła się na mokrej trawie przed opuszczoną norą. I szczerze, Sasanka była ostatnim kotem, którego spodziewała się zobaczyć w tej okolicy. Bo nie było dla wnuczki Trzmiela powodu, aby znalazła się tak daleko od Klanu Gromu...chyba, że kocur odwrócił się przeciw własnym bliskim. Nie zdziwiłoby to jej nawet.
Postanowiła zaryzykować i podejść bliżej, jednak dalej zachowywała odległość bo nie była pewna, jak Sasanka zareaguje na jej obecność. Nie wątpiła, że doskonale kojarzyła ex-wojowniczkę.
- Więc Trzmieli Pył zupełnie stracił resztki zwierzęcości i zdrowego rozsądku - spytała; a bardziej stwierdziła, zachrypniętym głosem. Nie miała nic do stracenia, a buro-biała córa Łani wyglądała na nieco...roztrzęsioną. Zdezorientowaną.
Skrzywdzoną przez Klan Gromu, to też, i to mogło być dla Wichury wystarczającym czynnikiem, aby zaryzykować podejściem do burego chochlika.
l a s t thingi remember....-..,..i wasrunning.,.forthe door i had tof i n d thepassagebackto theplace..i was before relax - saidthenight man,we areprogrammedto receive you cancheck outanytime youlike
Mistrz: who dis Płeć: kotka Matka: Łania Ojciec: chaos
Drobnej budowy, buro-biała koteczka. Jej jasne, krótkowłose ciało pokrywa mozaika łat: większe obejmują oczy, uszy i tył głowy oraz cały grzbiet od łopatek do ogona. Mniejsze występują na tylnych łapach, palcach, biodrach i ramieniu. Wszystkie są delikatnie pręgowane w typie broken mackerel. Zawsze roześmianą mordkę wieńczy pomarańczowy, perkaty nos na tle białego trójkąta oraz duże, owalne oczy z figlarnym połyskiem w kolorze mosiądzowym (lśniącym żółtobrązowym).
Pozbawiona empatii socjopatka, która nie wybacza. Pamiętliwa, pyskata, zawistna, zarazem posiadająca dar do tworzenia chaosu, który jest dla niej niczym pożywienie. Uwielbia prowokować i nie ma hamulców przed wyrażeniem własnego, zwykle kontrowersyjnego zdania. Gardzi słabością oraz tchórzostwem. Nie potrafiąc wykrzesać z siebie naturalnych uczuć, zdecydowała zabawiać się cudzymi. Dopiero po bliższym poznaniu ukazuje swoje drugie oblicze - dużego, rozpieszczonego, pokrętnie uroczego kociaka, z którego nigdy nie zdołała wyrosnąć.
Wapienna Łapa
Przygnieciona ciężarem mętliku myśli, nie poświęcała najbliższemu otoczeniu wystarczająco uwagi, by dostrzec intruza, co równie dobrze mogło okazać się śmiertelnym błędem. Teraz nie miało to najmniejszego znaczenia. Siedząc spięta, ze spuszczoną głową, o sierści połyskującej mgiełką wilgoci, nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia dla trapiących ją bezustannie koszmarów. Czy były to wyrzuty sumienia? Nie. Sasance nigdy nie było przykro. Od początku do końca wierzyła, że postępuje słusznie, pozbywając się pasożyta po cichu mordującego własnych Klanowiczów. Ale... czy naprawdę ją zabiła? Czy obnażając prawdę i nie zostawiając zhańbionej Medyczce żadnej wybrukowanej kłamstwami drogi ucieczki rzeczywiście pozbawiła ją życia? Przecież nie wepchnęła czerwonych jagód śmierci do niczyjego gardła. Nie użyła pazurów, nie sprawiła, by cierpiała tak, jak liczne ofiary jej błędów - chorzy, ranni oraz obserwujący to wszystko żałobnicy o zakneblowanych strachem ustach. Trzmiel najwidoczniej ustanowił własny Kodeks, bowiem jego wnuczka nie złamała także żadnej z reguł ustalonych pod opactwem gwiazd albo słów niezłożonej nigdy przysięgi.
Lecz gdyby skala nieistniejącego przewinienia pokryła się z konsekwencjami... czy na pewno chciałaby tam dalej zostać? Wśród tchórzy, biernych milczków, dupolizów oraz zakłamanej rodziny, mogącej wydać ją pastwie losu w zamian za zachowanie szczątków skrzywionej reputacji? To jeden z niewielu przypadków, gdy pomyliła się. Zaufała niewłaściwym kotom. Nie przewidziała oglądania odwróconych do siebie grzbietów, licznych absencji oraz ostrza zdrady tnącego znieczulone nienawiścią serce. Bo nawet ona, we własnym okrucieństwie, nie posunęłaby się do czegoś takiego. Nie wobec... nich.
Tu nie było mowy o sumieniu. Nie było tęsknoty, nostalgii, żalu. Pozostało wyłącznie niedowierzanie, wypełniające popękane dziury tożsamości, które ongiś skrywała iluzja Klanu. Może była wygnaną morderczynią. Może bohaterką, która poświęciła się dla bandy niegodziwców. A może skrzywdzonym bachorem, którego wygodnie jest się pozbyć pod żerującym na tragedii pretekstem.
Jej reakcja była gwałtowna, lecz niewystarczająco szybka. Dając się podejść obcej postaci, poderwała głowę, impulsywnie jeżąc mokre futerko wzdłuż kręgosłupa oraz prężąc mięśnie dolnych partii ciała, by z pozycji siedzącej móc wybić się i jak najszybciej zaatakować intruza. Zdążyła też wysunąć pazury, wlepiając nieprzyzwyczajone do mroku, taksujące wściekle źrenice między zarośla... by zaraz wsunąć je z powrotem, gdy padło znajome imię.
- Nie tylko on. - odpowiedziała mechanicznie, chociaż emocje nadal nie opadły. Wciąż nie wiedziała nawet, z kim ma do czynienia, odkąd znajoma woń rudej kocicy zmieszała się z zapachem dzikości terenów niczyich. Potrzebowała kilku dodatkowych uderzeń serca, aby wyraźnie dostrzec zmarniałą sylwetkę, rozpoznając w niej swój dawny obiekt pogardy... którego dolę przyszło jej dzielić. Nocna Wichura.
- Ty żyjesz. - miauknęła nieufnym, pytająco-niedowierzającym stwierdzeniem faktu. Dla pewności rozejrzała się jeszcze po bokach, zastając jedynie ciemność prześwitującą między kępami trzcin. - ...ale tylko ty.
Nie miała przy sobie towarzystwa, wówczas wedle słów Kozicy, Niedźwiedź miał wyzionąć ducha z racji otrzymanych w Obozie obrażeń. Obrażeń, których ktoś nie próbował nawet opatrzyć. Zmrużyła powieki, nerwowo przesuwając ogonem, by oddać otoczeniu trochę napięcia, jakie wywołało niefortunne spotkanie po długich księżycach. Topiołki rzeczywiście gościły wielu wygnańców.
- Przyszłaś wreszcie powyrywać mi łapy z tyłka? - wycedziła z żartobliwym przekąsem, cytując otrzymaną dawno temu groźbę, chociaż w niczym nie przypominała już tamtego krnąbrnego, nadpobudliwie wesołego kocięcia, które podpadło Wojowniczce podczas pierwszego pogrzebu w swoim życiu. Ale, jak się okazało... nie ostatniego.
Trafiła przysłowiowa kosa na kamień. Kto by się spodziewał, że Sasankowa Łapa z Nocną Wichurą jeszcze się spotkają, w dodatku w tak ironicznych okolicznościach, potraktowane przez los w dokładnie taki sam sposób, tak na dobrą sprawę? Ha, na pewno nie Wichura, bo w jej pamięci istnienie niektórych z Klanowych kotów powoli zaczynało się zacierać. Musiała mieć osobnika przed sobą aby sobie coś przypomnieć, a w przypadku Sasanki wystarczyło jedno spojrzenie w jej kierunku aby na kilka uderzeń serca wizję rudej weteranki zalał tamten pamiętny dzień, gdzie przyszło jej chować swoją młodszą siostrę. To były czasy, może nawet nieco prostsze czasy, jakby tak teraz o tym pomyśleć. Przynajmniej było gdzie spać. O ile w przypadku kocicy jaką była córka Gorejącego Krzewu w ogóle była mowa o śnie; nie tylko wnuczka Trzmielego Pyłu miała z tym problemy. Od niezliczonych księżyców bezsenność i koszmary męczyły umysł Wichury, niszcząc go kawałek po kawałku i jednocześnie wyniszczając też to, co pozostało z jej ziemskiej, fizycznej skorupy.
Wichurze jednak w przeciwieństwie do Sasanki zawsze było przykro. I zawsze żałowała tak wielu rzeczy, nawet tych, którym wcale nie była winna, które nie zależały od niej. Od kocięcia była gotowa służyć Klanowi Gromu ale jednocześnie robiła to, co uważała za słuszne i to doprowadziło do jej banicji. Ironia losu, przeciwniczka samotników została jednym z nich! Poczucie winy pożerało ją od środka od niepamiętnych księżyców, od momentu w którym znalazła zimne truchło swojego brata sponiewierane przez rysia, od momentu w którym Klan Gromu który przysięgła bronić zaczął się sypać od wewnątrz, od momentu w którym z jej winy, z jej niemożności kontrolowania własnych emocji Klan Gromu stracił medyka i kolejne koty umierały. A nagła śmierć Bursztynowookiej i niesprawiedliwe odejście Niedźwiedzia? Roztrzaskały jej umysł do reszty. Już nic jej w życiu nie zostało, żałowała tak wiele i brzemię które dźwigała na barkach przygniatało ją, traciła dech na samą myśl o tym...a jednak dalej szła przed siebie. I po co? Łudząc się, że jeszcze kiedyś będzie dobrze. Ta. Nadzieja matką głupich.
A teraz stała przed kotką którą spotkał podobny los, przed kotką której za kocięcia przysięgła wyrwać łapska z tyłka, bo ta nie potrafiła się zachować na pogrzebie Wierzbowej Łapy. Niezbadane są wyroki Gwiezdnego Klanu który, jak widać, śmiał się Wichurze prosto w pysk i wysyłał jej pod łapy same niespodzianki. Choćby taką w postaci krnąbrnej Sasanki, Gromowego chochlika.
- Niestety - parsknęła gorzko, szczerząc kły w smutnym, równie gorzkim uśmiechu. Żyła. Tylko ona. Niestety. Och, ile byłaby gotowa poświęcić, aby znaleźć się wtedy na miejscu Niedźwiedzia. Nie potrafiła go uratować, nieważne jak próbowała zasłonić go przed ciosami od Trzmielego Pyłu. - I jeszcze nigdzie się nie wybieram - nie, dopóki się nie dowiem, co wyprawia Trzmieli Pył i czy faktycznie jest w stanie spać spokojnie.
Pozwoliła przysiąść się obok Sasanki na mokrej od deszczu - teraz już jedynie lekkiej mżawki - trawie. To było...ciekawe spotkanie, jednak Wichura nie była w żadnym calu zdenerwowana. Jedynie zaintrygowana, z jakiego powodu bura córa Łaniego Kroku znajdowała się tutaj, a nie w ciepłym obozie Klanu Gromu.
- Kusząca propozycja - wycharczała równie żartobliwie, wbijając ciemne ślepia w pysk Sasanki. - I pewnie lepszej okazji już nie będzie, bo patrz, bez świadków, na odludziu z daleka od Klanu Gromu...ale chyba sobie dziś daruję.
l a s t thingi remember....-..,..i wasrunning.,.forthe door i had tof i n d thepassagebackto theplace..i was before relax - saidthenight man,we areprogrammedto receive you cancheck outanytime youlike
Mistrz: who dis Płeć: kotka Matka: Łania Ojciec: chaos
Drobnej budowy, buro-biała koteczka. Jej jasne, krótkowłose ciało pokrywa mozaika łat: większe obejmują oczy, uszy i tył głowy oraz cały grzbiet od łopatek do ogona. Mniejsze występują na tylnych łapach, palcach, biodrach i ramieniu. Wszystkie są delikatnie pręgowane w typie broken mackerel. Zawsze roześmianą mordkę wieńczy pomarańczowy, perkaty nos na tle białego trójkąta oraz duże, owalne oczy z figlarnym połyskiem w kolorze mosiądzowym (lśniącym żółtobrązowym).
Pozbawiona empatii socjopatka, która nie wybacza. Pamiętliwa, pyskata, zawistna, zarazem posiadająca dar do tworzenia chaosu, który jest dla niej niczym pożywienie. Uwielbia prowokować i nie ma hamulców przed wyrażeniem własnego, zwykle kontrowersyjnego zdania. Gardzi słabością oraz tchórzostwem. Nie potrafiąc wykrzesać z siebie naturalnych uczuć, zdecydowała zabawiać się cudzymi. Dopiero po bliższym poznaniu ukazuje swoje drugie oblicze - dużego, rozpieszczonego, pokrętnie uroczego kociaka, z którego nigdy nie zdołała wyrosnąć.
Wapienna Łapa
Czego właściwie się wtedy spodziewała? Że potraktują ją inaczej? Bardziej ulgowo, rozsądniej, z większym zaparciem broniąc zabitej dawno temu sprawiedliwości? Wciąż posiadała w Klanie żyjącą rodzinę, nie zawiodła nikogo jako Mistrzyni, nie obarczyła się ciężarem żadnej przysięgi ani zawyżonej chorobliwie ambicji. Zrobiła to, co uważała za słuszne, nawet nie spodziewając się tak pięknego końca. Zresztą, kto ośmieliłby się ją wtedy zatrzymać? Mrukliwe gdybanie pod nosem? Świecące gały tchórzy? Autorytet władzy? Nikt. Ale kto mógł za nią poświadczyć na Ceremonii, gotów podzielić los niesłusznie wygnanej Wichury? Kto ryzykowałby utratę wygodnych przywilejów w zamian za zachowanie twarzy? Komu jednostki tworzące fundamenty Klanu robiły w Gromie jakąś różnicę? Nikomu. Liczyła się suma: zbitek nieregularnej, dziurawej, mocno niespójnej masy kotów, która nawet nie kryła się ze swoim egoizmem. Ich zachowanie przeczyło definicji tworzonego społeczeństwa, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Nikogo nie obchodziły detale, szczegóły, pojedyncze koty, nie ważne jak istotne, silne, pracowite czy mądre. Dopóki pojawi się pięciu innych, mniej wartościowych, gotów zapełnić puste miejsce w legowisku... wszystko wydaje się w porządku. Nikt nie zapłacze nad kolejnym wygnańcem na kartach historii. Nikomu Srebrna Skórka nie zawali się na głowę, w której próżni brzęczy tylko i wyłącznie ślepe posłuszeństwo. Ich flegmatyczna egzystencja będzie włóczyć się dalej, dopóki bagno nie uschnie raz na zawsze, czego serdecznie sobie życzyła.
- Nie sądzę, by ktoś pytał cię o zdanie. - wytknęła bezceremonialnie, uznając, że stawianie podobnych oświadczeń z pyska wygnańca nie miało żadnego pokrycia. Zwłaszcza, że Grom lubił mamić swoich dzielnych Wojowników obietnicami krucjat, masowych nagonek czy innych fantazji, aby utwierdzić ich w fałszywym przekonaniu siły. Na całe szczęście Nocna Wichura opuściła ich przybytek na tyle dawno, by ominąć znaczny fragment sparszywienia. Ciekawe, jak zareagowałaby na ostatnie wydarzenia? Czym dzisiaj stałby się dla niej niejaki Trzmiela Gwiazda?
- Bo ja... pomściłam twoją matkę. Dwie siostry. I brata. - dodała wreszcie lekko spiętym, lecz twardym głosem, wcale nie protestując, kiedy ruda kocica usiadła tuż obok. Mimo że ich dawne spory nadal wisiały w powietrzu, zaś przytyki Sasanki potrafiły głęboko ranić, były sobie równe. Ostatecznie obie skończyły dokładnie tak samo. Z łap tego samego kota. Na oczach tego samego Klanu.
- Myślałem też, że ciebie, jeśli to jakiekolwiek pocieszenie. - dodała tajemniczo, póki co nie wyciągając na wierzch żadnych pikantnych szczegółów. Odkąd dwóch wygnańców opuściło granicę, słuch o nich zaginął. Obrażenia Niedźwiedzia wielu świadkom nasuwały podejrzenia domniemanej śmierci, natomiast Wichury nikt nie chciał wspominać głośno. Bo po co? Gdzie leżała jakaś szokująca wina? Huczna kontrowersja? Przed czym mieli ostrzegać inne Klany? Jaką dewiacją ją obarczyć, z jakim błotem zmieszać? Doprawdy, ciężki orzech do zgryzienia dla gromowej ostoi sprawiedliwości.
Rzekoma zbrodnia Sasankowej Łapy przynajmniej brzmiała dumnie. A także, zupełnie niezamierzenie, pomściła ciąg śmierci, który w szczególności dotknął zdruzgotaną rozpaczą Wichurę. Nie ma za co.
- Ależ będzie. Bo już nigdy nie zamierzam wrócić do Klanu Gromu. - wypaliła żarliwie, odpowiadając na otrzymaną zaczepkę, jak to miała w zwyczaju, wyzywająco. Nawet jeśli była mokrym od mżawki, zranionym kociakiem w ciele niezbyt rosłej kocicy, zachowała swój temperament w stanie nietkniętym. I dalej się nie bała, niczego. Nawet prawdy. O tym, kim teraz jest.
- I, przy okazji, chyba właśnie wprowadziłam się do twojej nory, a po dobroci nigdzie się stąd nie wybieram. - przelotne drgnięcie w ciemności zdradziło blady uśmiech kwitnący powoli na zasępionym pyszczku.
Czy to tutaj zamieszkała Ruda Wichura? Dotąd wtedy uciekła? Co robiła przez cały ten czas? Czy odnalazła swoje ukojenie? Czy rozpoczęła nowe życie? A może wieści, które miała jej wówczas do przekazania, cokolwiek zmienią?
Księżyce: 43 Mistrz: Szyszkowy Ogon [*] Płeć: kotka Matka: Szyszkowy Ogon [*] Ojciec: ? Partner: Byłoby super, kiedyś coś może Trwałe urazy: długa blizna przecinająca grzbiet, blizna ciągnąca się od prawego ucha do nosa
Niewielka i drobna, aczkolwiek szczupła czarno-ruda szylkretka o niecodziennym, egzotycznym wyglądzie; rex kornwalijski. Lewa strona twarzy ruda, natomiast prawa w całości czarna. Lewe oko niebieskie, a prawe zielone. Wibrysy dość krótkie i sterczące na wszystkie strony. Na szyi i brodzie ma białą łatę.
Pobyt na osiedlu wpłynął również na jej charakter, ale… Nie przesadnie. Bo wciąż jest miłą, wrażliwą koteczką, którą nie tylko łatwo zawstydzić, ale również w sobie rozkochać. Stała się nieco twardsza i nauczyła się, że w życiu można liczyć tylko na siebie, ale… Tak właściwie od zawsze była samodzielna, więc niewiele się pod tym względem zmieniło. Podobnie z jej cierpliwością. Niełatwo ją zdenerwować, bo granice jej cierpliwości są naprawdę duże, jednak gdy zostaną przekroczone, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Szylkretka bowiem nigdy nie skłania się do przemocy i obrażania innych. Negatywne emocje po prostu chowa w sobie. Zdecydowanie mniej chętnie pomaga innym, szczególnie obcym, bo stała się ciut bardziej podejrzliwa. Mimo to, ciągle jest podatna na manipulacje, bo nie zawsze potrafi się zorientować, że jest wykorzystywana. Na szczęście zrobiła się asertywna, a nawet i odważna, więc potrafi powiedzieć stanowcze “nie”, gdy coś jej się nie spodoba. A zasady? Przestrzega je, chyba, że są skrajnie niezgodne z jej poglądami. W przeciwnym wypadku robi to, co jej każą, bo nie uważa się za odpowiednią do podejmowania ważnych decyzji. Chociaż… Będąc samotniczką tylko ona jest kowalem własnego losu. A właśnie, samotność. Nauczyła się z nią żyć, ale wcale tego nie lubi. To raczej przyzwyczajenie, do którego była zmuszona. I ceną tego jest fakt, że wyciszyła i “wycofała” się. Z jednej strony nie jest taka rozmowna i towarzyska jak dawniej. Gdy nie ma powodu, zazwyczaj nie rozpoczyna rozmowy z drugim kotem. Z drugiej strony jednak chciałaby mieć wokół siebie grupkę przyjaciół, których… Znalezienie przychodzi jej z trudnością. Ale to nie żadna nowość, bo przecież nawet będąc w klanie miała z tym problemy. Różnicą jest to, że wtedy wynikało to raczej z nieśmiałości, której pozbyła się całkowicie.
Przestała chodzić z głową w chmurach i z marzycielki stała się zorganizowaną, lubiącą porządek realistką. Wrażliwość na naturę i otaczający ją świat zniknęła. Rzadko się zamyśla, nie jest ciekawa świata, ani przesadnie kreatywna. Ale na jej twarzy wciąż gości wesoły uśmiech, a w głowie pojawiają się radosne myśli. I zawsze jest pełna energii oraz zmotywowana do działania. Lubi wyzwania, ale nie rywalizację. Dużo oczekuje od siebie, a od innych, wręcz przeciwnie.
Na pewno na dobre wyszło jej to, że nauczyła się unikać, albo rzadziej, radzić sobie ze stresem, który… Na osiedlu był codziennością. Język jej się nie plącze, łapy nie drżą, a ciało nie spina. Podniosła swoją samoocenę, a pomogły jej w tym koty oraz dwunożni, których spotykała na swojej drodze. Zrozumiała, że jej kręcone futro i niecodzienna twarz nie są przekleństwem, a darem, który… Można sprytnie wykorzystać. Ale nie uważa się za lepszą od innych. Opinia innych, ale tylko nieznajomych, zdaje się spływać po niej jak po kaczce. Dlaczego tylko zdaje? Ano, bo sama mówi sobie, że się nią nie przejmuje, jednak… Wiadomo jak to jest. Tak naprawdę ta jej przemiana może być twardą skorupą albo maską, którą stworzyło osiedle. Bo czy koty mogą się zmienić?
Karaczan [KG], Cytrynka [KC] i reszta bandy
*****
Miała w swojej norze kilka listków pokrzywy, które zdążyła w wolnej chwili zebrać, jednak doszła do wniosku, że mogłaby poszukać jeszcze więcej. W dodatku może udałoby jej się natrafić również na pajęczynę, która też jest potrzebna przy wszelkiego rodzaju skaleczeniach albo głębszych ranach. Od różnych bójek raczej stroni, ale niemożliwe jest całkowite ich unikanie. Nawet podczas zwykłego spaceru można zostać zaatakowanym przez groźnego drapieżnika, nawet jeśli nie ma się złych zamiarów! Wiedziała to po sobie, bo przecież wcale nie prowokowała psa, który zaatakował ją tamtego dnia na osiedlu. To było okropne! Ciężko jednak, by pamiętała cokolwiek z tego wydarzenia, skoro zemdlała zaraz po tym, gdy szczęki psa spotkały się z jej kruchym, drobnym ciałkiem. Nieźle, co nie? Historia zapierająca dech w piersiach, ale szczerze mówiąc, Izka nie miała ochoty o tym myśleć. Podczas gdy szukała znanej sobie rośliny, starała się zapełnić głowę innymi myślami i rzeczywiście się to udało, jednak temat był tylko trochę przyjemniejszy od poprzedniego. Zaczęła myśleć o obecnej sytuacji w Klanie Wichru, a raczej o tym, że kompletnie nie ma pojęcia co i czy cokolwiek się tam zmieniło. Nie spotkała jeszcze żadnego wichrzaka, ale... Może to dobrze? Zapewne wieść o jej pojawieniu się rozeszłaby się szybko. Nie minęło wystarczająco dużo czasu, by wszyscy mogli o niej zapomnieć. I dobrze, była z tego powodu zadowolona.
Przystanęła na chwilę, by zrobić sobie moment przerwy. Negatywnie zareagowała, widząc drobne płatki śniegu, które to z coraz większą częstotliwością poczęły spadać na ziemię. Nie lubiła przemieszczać się w śniegu, bo zawsze kończyła wtedy przemoczona i zmarznięta. W dodatku suszenie jej szalika, który zawsze ze sobą nosi, jest procesem niezwykle długim. Sama jest wtedy uziemiona w swojej norze, bo bez niego nigdzie się nie rusza! Jest... Częścią jej, a w dodatku świetnie chroni przed zimnem, na które ktoś z takim futerkiem jest bardzo narażony. Z tego powodu zadecydowała, że poszuka jeszcze chwilę, a później szybciutko wróci do swojej kryjówki, by przeczekać opady. Oby tylko nie wzmogły się nazbyt!
xxPóki nie padał śnieg, Rosa polowała w okolicy Topiołek, wykorzystując dobrą pogodę. W momencie, gdy pierwszy płatek śniegu spadł jej na nos, wiedziała już, że pora zakończyć polowanie. Nie trwało ono długo i udało jej się schwytać jedynie jedną sikorkę. Nie było to wiele, ale lepsze to niż nic. Miała nadzieję, że opad śniegu nie będzie trwał długo, bo taka sikorka nie zaspokoi jej głodu na długo. Z ptakiem w zębach zaczęła szukać jakiegoś schronienia. O ile dobrze pamiętała, gdzieś niedaleko powinna być nora, w której spędziła kilka nocy jakiś czas temu. Udała się więc w jej kierunku, mając nadzieję, że ją znajdzie. Śnieg padał coraz mocniej, powoli pokrywając grube futro samotniczki białą warstwą puchu. To i dodatkowo brak wiatru nie pozwalał przemieszczać się zapachom, dlatego Rosa nie dostrzegła zawczasu obcej woni. Dopiero będąc kilka lisich długości od nieznajomej kotki, kremowofutra ją dostrzegła, przechodzącą niedaleko wcześniej wspomnianej nory. Rosa zatrzymała się, nieco zaskoczona, próbując zbadać sytuację. Nie chciała potencjalnie wrogiej konfrontacji, wolała być ostrożna. Być może norę zajął już ktoś inny? Przez padający śnieg sylwetka obcej kotki była niewyraźna i Rosa nie była w stanie stwierdzić, czy została dostrzeżona, czy nie. Podeszła jeszcze kilka kroków, uważniej badając powietrze, upewniając się, czy to nie jest nikt z kotów, które samotniczka już zna. Nie, ktoś zupełnie obcy. Czy powinna podejść? A może się wycofać i poszukać innego schronienia?
Księżyce: 43 Mistrz: Szyszkowy Ogon [*] Płeć: kotka Matka: Szyszkowy Ogon [*] Ojciec: ? Partner: Byłoby super, kiedyś coś może Trwałe urazy: długa blizna przecinająca grzbiet, blizna ciągnąca się od prawego ucha do nosa
Niewielka i drobna, aczkolwiek szczupła czarno-ruda szylkretka o niecodziennym, egzotycznym wyglądzie; rex kornwalijski. Lewa strona twarzy ruda, natomiast prawa w całości czarna. Lewe oko niebieskie, a prawe zielone. Wibrysy dość krótkie i sterczące na wszystkie strony. Na szyi i brodzie ma białą łatę.
Pobyt na osiedlu wpłynął również na jej charakter, ale… Nie przesadnie. Bo wciąż jest miłą, wrażliwą koteczką, którą nie tylko łatwo zawstydzić, ale również w sobie rozkochać. Stała się nieco twardsza i nauczyła się, że w życiu można liczyć tylko na siebie, ale… Tak właściwie od zawsze była samodzielna, więc niewiele się pod tym względem zmieniło. Podobnie z jej cierpliwością. Niełatwo ją zdenerwować, bo granice jej cierpliwości są naprawdę duże, jednak gdy zostaną przekroczone, nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Szylkretka bowiem nigdy nie skłania się do przemocy i obrażania innych. Negatywne emocje po prostu chowa w sobie. Zdecydowanie mniej chętnie pomaga innym, szczególnie obcym, bo stała się ciut bardziej podejrzliwa. Mimo to, ciągle jest podatna na manipulacje, bo nie zawsze potrafi się zorientować, że jest wykorzystywana. Na szczęście zrobiła się asertywna, a nawet i odważna, więc potrafi powiedzieć stanowcze “nie”, gdy coś jej się nie spodoba. A zasady? Przestrzega je, chyba, że są skrajnie niezgodne z jej poglądami. W przeciwnym wypadku robi to, co jej każą, bo nie uważa się za odpowiednią do podejmowania ważnych decyzji. Chociaż… Będąc samotniczką tylko ona jest kowalem własnego losu. A właśnie, samotność. Nauczyła się z nią żyć, ale wcale tego nie lubi. To raczej przyzwyczajenie, do którego była zmuszona. I ceną tego jest fakt, że wyciszyła i “wycofała” się. Z jednej strony nie jest taka rozmowna i towarzyska jak dawniej. Gdy nie ma powodu, zazwyczaj nie rozpoczyna rozmowy z drugim kotem. Z drugiej strony jednak chciałaby mieć wokół siebie grupkę przyjaciół, których… Znalezienie przychodzi jej z trudnością. Ale to nie żadna nowość, bo przecież nawet będąc w klanie miała z tym problemy. Różnicą jest to, że wtedy wynikało to raczej z nieśmiałości, której pozbyła się całkowicie.
Przestała chodzić z głową w chmurach i z marzycielki stała się zorganizowaną, lubiącą porządek realistką. Wrażliwość na naturę i otaczający ją świat zniknęła. Rzadko się zamyśla, nie jest ciekawa świata, ani przesadnie kreatywna. Ale na jej twarzy wciąż gości wesoły uśmiech, a w głowie pojawiają się radosne myśli. I zawsze jest pełna energii oraz zmotywowana do działania. Lubi wyzwania, ale nie rywalizację. Dużo oczekuje od siebie, a od innych, wręcz przeciwnie.
Na pewno na dobre wyszło jej to, że nauczyła się unikać, albo rzadziej, radzić sobie ze stresem, który… Na osiedlu był codziennością. Język jej się nie plącze, łapy nie drżą, a ciało nie spina. Podniosła swoją samoocenę, a pomogły jej w tym koty oraz dwunożni, których spotykała na swojej drodze. Zrozumiała, że jej kręcone futro i niecodzienna twarz nie są przekleństwem, a darem, który… Można sprytnie wykorzystać. Ale nie uważa się za lepszą od innych. Opinia innych, ale tylko nieznajomych, zdaje się spływać po niej jak po kaczce. Dlaczego tylko zdaje? Ano, bo sama mówi sobie, że się nią nie przejmuje, jednak… Wiadomo jak to jest. Tak naprawdę ta jej przemiana może być twardą skorupą albo maską, którą stworzyło osiedle. Bo czy koty mogą się zmienić?
Karaczan [KG], Cytrynka [KC] i reszta bandy
Izabela, pochłonięta poszukiwaniami znanych sobie medykamentów, kompletnie nie zdawała sobie sprawy z obecności innego kota. Wzrokiem badała teren z innej strony, starając się skupić na swoim zajęciu. Coraz to silniejsze opady śniegu trochę jej to uniemożliwiały, ale starała się jak tylko może! Zapewne w którymś momencie wyczuła silniejszy zapach kota nienależącego do klanu, ale nawet jeśli, to zapewne totalnie go zignorowała. Ruszyła tylko dalej, by zebrać jeden, malutki liść pokrzywy, który akurat spostrzegła. Pozostała część rośliny do niczego się nie nadawała. Była zmarznięta i uszkodzona, a więc zapewne nie pomogłaby przy ewentualnych ranach. Ale ten jeden listek może na coś się przydać! Izabela chwyciła go, a później odwróciła się, dochodząc do wniosku, że to odpowiedni moment na powrót do swojej kryjówki. Od razu spostrzegła, że pada jeszcze mocniej, niż poprzednio. Nie była to oczywiście wiadomość pozytywna! Zrobiła zaledwie dwa kroki, by całkowicie wychylić się z nory, a wtedy... Ah! Dopiero teraz zauważyła, że rzeczywiście ktoś tutaj jest. Duży, jasno ubarwiony kot stał niedaleko niej, obserwując ją. Nie mogła ukrywać, że... Trochę się tym zaniepokoiła. Czmychnęła z powrotem do nory (upuszczając przy tym zebrane zioło), jakby mając nadzieję, że nie została jeszcze zauważona. Ha! Zapewne znalazła się w gorszej sytuacji, bo gdyby okazało się, że kot jest wrogo nastawiony, nie miałaby żadnej drogi ucieczki. Czyżby kolejne kłopoty?
xxRosa obserwowała, jak nieznajoma postać szybko chowa się do nory, znikając jej z oczu. Czyżby obca kotka spostrzegła, że jest obserwowana i wystraszyła się? Kremowofutra stała tak jeszcze przez chwilę, zastanawiając się co teraz i po części chcąc sprawdzić, czy może nieznajoma znów się wychyli. Tak jednak się nie stało. No cóż, wyglądało na to, że ta nora była już zajęta i Rosa musiała poszukać sobie innego schronienia. Padało coraz mocniej i dobrze by było, gdyby znalazła jakieś jak najszybciej. Rozejrzała się myśląc, w którym kierunku się udać i wtedy właśnie dostrzegła w oddali jakąś sylwetkę. Chude łapy, długi pysk i duży ogon. Znała tą sylwetkę i nie wróżyła ona nic dobrego. Nieopodal przechodził lis i Rosa powinna szybko wymyśleć, co ze sobą zrobić. Nie chciała ryzykować i zostawać tak na widoku, licząc na to, że z powodu opadu śniegu wzrok będzie jedynym zmysłem, dzięki któremu lis mógłby być w stanie ją dostrzec. Prędko opadła na ośnieżoną ziemię, mając nadzieję, że trawy częściowo ją zakryją. To jednak było za mało. Nie mając dużo czasu na namysł, na ugiętych łapach potruchtała do norki, w której przed chwilą zniknęła nieznajoma kotka. Czy robiła mądrą rzecz? Zależy, jak na to spojrzeć. Czy bała się, że za to jej się oberwie? Owszem. xxStanęła na ugiętych łapach u wejścia do nory, gdzie nieumyślnie nadepnęła na upuszczony przez nieznajomą listek pokrzywy. Zawahała się, jednak ostatecznie weszła głębiej, ale nie daleko. Kilka kroków od wejścia. Wypuściła z pyska sikorkę, by móc się odezwać. Zamrugała oczami, czekając, aż przyzwyczają się do panującej tu ciemności. xx— Przepraszam za najście... na zewątrz jest lis. — odezwała się cicho, nie będąc pewna, czy obca kotka jest zaraz przed nią czy ukrywa się gdzieś dalej w ciemnościach. Cało ciało Rosy było spięte zarówno od strachu przed lisem jak i przed konfrontacją z obcym kotem. Czy wpakowała się w kłopoty?