Czym była ostrożność i technika Łabędzia wobec szóstego zmysłu szczura? No właśnie, niczym. Gdy już uginał łapy do skoku, ciemne oczko błysnęło w jego stronę, a jego właściciel zerwał się do ucieczki między krzewami. Nie zdążył wystartować na tyle wcześnie by mieć niezachwianą przewagę, więc wciąż istniała szansa na dorzucenie go do stosu.
Instynktownie rzucił się w pogoń, długimi susami przemierzając kolejne długości, które przed nim pokonał szczur. Biegł na złamanie karku, jakby jego życie od tego zależało, chociaż w żadnym stopniu tak nie było. Klan nie zbiednieje od braku jednego gryzonia, ale to nie oznaczało, że Łabędź zmierzał starać się mniej. No i przecież wiedział, jak to z tego typu żyjątkami było — zwykle gonitwa nie kończyła się w momencie, w którym znacznie wyprzedzało drapieżnika i znikało w trawach, tylko raczej niesprawiedliwy koniec dobiegał w chwili odnalezienia przez gryzonia dogodnej norki czy wnęki, gdzie kot wcisnąć się nie zdołał. A zatem to na prędkości musiał polegać i taki był jego zamiar — jak najprędzej dobiec do szczura, dorwać go w pazury i wreszcie uśmiercić.
Parzyste - szczur się broni, nieparzyste - nie broni > wypada 4, szczur się broni
Pościg nie trwał długo, po paru susach niebieskiemu pointowi udało się dopaść uciekiniera. Przyszpilony pazurami do gleby zdołał się wygiąć i na pożegnanie wyrwać trochę niebieskiej sierści z prawej łapy, nim Łabędź go dobił.
+ 15 exp
Rana 0. stopnia: wyrwana kępka kłaków z prawej łapy
Ugryzienie było na tyle bolesne, że po dobiciu szczura Łabędź musiał upewnić się, że nie krwawiło. Na szczęście okazało się niegroźne i gryzoń pozbawił go jedynie garstki sierści; nie było to coś, co zajęłoby młodego przywódcę na dłużej. Zabrał swoją zdobycz i starannie ukrył ją pod jednym z krzewów, nieco wiekszym od innych, dzięki czemu był w postrzeganiu błękitnych oczu wyróżniający się na tle pozostałych. Udana pogoń pozytywnie działała na taki sobie humor, ale też sprawiła, że Łabędzia Gwiazda trochę jakby zapomniał o problemach rodzinnych. Bez choćby cienia myśli o czekających go w Obozie dramatach, wyciągnął nos ku górze, zaciągając się powietrzem w nadziei na wyczucie świeżej woni zwierzyny. A później ruszył przed siebie, bo przecież nie będzie kontynuował poszukiwań stojąc w miejscu.
Dzisiejsza pogoda była całkiem sympatyczna, można by rzec. Słoneczko przygrzewało, chociaż nie tak mocno jak chociażby dwa księżyce z temu, więc z tego faktu korzystały różne zwierzątka. Jak chociażby ten zaskroniec, który leżał na płaskim kamieniu przy łysym krzewie i rozkoszował się delikatnymi promieniami. Chociaż, tak po prawdzie, jemu upały raczej nie przeszkadzały.
Rana 0. stopnia: wyrwana kępka kłaków z prawej łapy
Zaskroniec nie przykuł jego uwagi na dłużej niż dowolny z mijanych krzewów; ten typ zwierzyny nieczęsto gościł na stosie zwierzyny Rzeczniaków, a i u samego Łabędzia węże piastowały mało szczytne, bliskie ostatniemu miejsce w rankingu piszczek. Ani nie były smaczne, ani przyjemne do jedzenia, a że nie było to zwierzę powszechnie widywane w porę nagich drzew, to ciężko było być na tyle zdesperowanym, aby z braku innych opcji musieć na nie polować chociażby sporadycznie. Tym bardziej nie znajdowali się w takiej sytuacji teraz i kocur zwyczajnie ruszył dalej, rozglądając się za czymś pożywniejszym. I chyba nawet mijając go, nie zakwalifikował zaskrońca jako możliwą ofiarę.
Los najwyraźniej uśmiechnął się do zaskrońca, bo Łabędzia Gwiazda ominął jego kamień i kontynuował swoje poszukiwania. Jednakże niebieski point nie miał tyle szczęścia co odpoczywający gad, bo na swojej drodze nie napotykał póki co żadnej piszczki. Za to na jednym z krzewów pająki utkały całkiem pokaźną kolekcję pajęczyny, pytanie tylko czy zwróciłaby uwagę kota, który nigdy nie musiał zaopatrywać lecznicy.
Rana 0. stopnia: wyrwana kępka kłaków z prawej łapy
Znawcą ziół nie był, ale nawet gdyby wiedział, które do czego służyło, nie miałby chyba w sobie dość śmiałości, by zadecydować o zerwaniu któregoś i zaniesieniu do lecznicy. Chciał przydawać się Klanowi, na ile był w stanie, niestety wszechstronnego wykształcenia mu brakowało. Od spraw lecznicowych byli w Klanie medycy i ufał im w stu procentach. Wierzył, że gdyby czegoś potrzebowali, to albo znaleźliby to na własną łapę, albo dowiedziałby się o zapotrzebowaniu — wówczas pomógłby w poszukiwaniach. A tak? Ryzykował przyniesienie do składziku medykamentu, jakiego mieli aż nadto. I to samo tyczyło się pokaźnej wystawy pajęczyny, na którą natrafił mijając krzewy; trudno powiedzieć, czy w ogóle błysnęła mu w głowie myśl, że mógłby zatrzymać się na dłużej i zabezpieczyć być może cenny medykament, wszak o użyciu pajęczych nici w lecznicy wiedział każdy. Szedł dalej, niezmiennie rozglądając się za zwierzyną łowną.
Piszczek wciąż ani śladu. Za to jeśli Łabędzia Szyja był zaznajomiony z zapachem czy tropami zastawianymi przez Dwunogi miał kogo podejrzewać o przepłoszenie zwierzyny z tego obszaru. Co prawda intruz opuścił Ptasie Krzewy gdzieś rano, jednak jego zapach wciąż się unosił w zaroślach. A jakby atrakcji było mało, młody przywódca nie mógł przegapić rudego futerka pod jednym z krzewów. Puchata kulka ewidentnie była kociego kształtu, nie większa niż jednoksiężycowe kocie.
Rana 0. stopnia: wyrwana kępka kłaków z prawej łapy
Zapach dwunożnych obudził czujność w Łabędziej Gwieździe, który w nieuświadomionym odruchu nastroszył sierść i podniósł uszy. Łyse stwory znane były ze swojej nieostrożności i głośnego zachowania, a skoro nic podejrzanego nie słyszał, to raczej nie powinien nastawiać się na spotkanie z jednym z nich, niemniej... Ilu to już wojowników zostało uprowadzonych? Nawet nie terminatorów czy kociąt, a właśnie wojowników, którzy nie daliby się pojmać byle nieporadnemu zwierzęciu. Kolejne kroki stawiał ostrożnie, przybierając uprzednio pozycję łowiecką. Nadal nic, ani widu, ani słychu ze strony domniemanego zagrożenia. Co innego przykuło jego uwagę — widok leżącego przy krzewie, rudego futerka zwiniętego jak kocię. Zastygł w miejscu i zastygło też chyba jego serce. Przez dłuższą chwilę nie oddychał, jakby znikąd zmienił się w posąg. Po około trzech uderzeniach serca go odblokowało i niepewnie ruszył ku znalezisku, zawczasu zaczynając gorliwie węszyć. I gdyby nie wyczuł niczego alarmującego (jak zapach padliny chociażby) oraz nie zobaczył niczego, co kazałoby mu zachować bezpieczny dystans (może miał przed sobą kocię, a może młodego lisa?), szturchnąłby je lekko nosem. W gęstwinie rudego futerka ciężko było wyróżnić konkretne części ciała, a nie dałaby mu spać świadomość, że być może pozostawił na pastwę losu maleńkie kocię. Nie słyszał to niby historii, jak dwunodzy porzucali młode na pewną śmierć?
Żadna woń bardziej alarmująca od tej towarzyszącej Dwunogom nie unosiła się w pobliżu rudego kłaczka. Żadnych lisów czy innych drapieżników, więc koniec końców Łabędź szturchnął znalezisko nosem. Rude kłaczki połaskotały go w pysk; miękkie, chociaż brakowało w nich czegoś ciężkiego do określenia, z pewnością nie należały do kota – ale prawdopodobnie też nie pochodziły od żadnego innego zwierzęcia. Tak samo nie było od niego żadne ciepło towarzyszące żywym stworzeniom, ale także był pozbawiony typowej sztywności ostygłych zwłok.
Rudy kłaczek nie wydał z siebie żadnego dźwięku w odpowiedzi, ale szturchnięty przewrócił się lekko w bok odsłaniając mordkę i sztuczne szklane oczy, różowy nosek i trójkątne uszy. Kształt był ewidentnie koci, jednak znalezisko na sto procent kotem nigdy nie było.
Rana 0. stopnia: wyrwana kępka kłaków z prawej łapy
Łabędź był co najmniej spięty, bo okoliczności odnalezienia rudego stworzonka były niecodzienne. Na domiar wszystkiego, w samym stworzonku wyczuwał coś dziwnego, czego nie potrafił jednoznacznie określić, toteż podchodził do niego z mieszanymi uczuciami i może nieco na wyrost zaniepokojony. Jednak apogeum... skołowania? przerażenia?... nastąpiło, kiedy szturchnął chyba-kocię nosem, a ono bezwładnie przewróciło się na bok, odsłaniając szkliste oczy pozbawione życia. Cofnął się o krok z łapą zastygłą w powietrzu, momentalnie zjeżony, zanim stwierdził z całą pewnością, że miał do czynienia z wytworem dwunogów, nie czymkolwiek, co było niegdyś żywe. Wówczas odetchnął z ulgą i ostrym ruchem przylizał kłaczek na piersi. Po kolejnych uderzeniach serca spędzonych na bezczynności, wreszcie przykrył liśćmi znalezisko, by nie zaniepokoiło kolejnego wojownika do czasu, aż Łabędź nie wróci po nie i czegoś z nim nie zrobi. Następnie wrócił do przechadzki między krzewami; choć wciąż czuł się z lekka rozbity, to przecież nie mógł wrócić do Obozu z jednym, smętnym szczurem. A więc szukał dalej, a delikatny, zażenowany uśmiech wypłynął na jasną mordkę i póki co nigdzie się nie wybierał.
Już całkiem spory kawałek dalej od miejsca, gdzie Łabędź upolował szczura, niebieski point natrafił na resztę gangu. Prawdopodobnie. Dziesięć szczurzysk o niesympatycznych mordkach obsiadło jakąś padlinę i póki co zdawało się nie zauważać intruza.
Skoro nie chciał wracać z jednym smętnym szczurem, mógł wrócić z jedenastoma, najpierw jednak trzeba było je zabić, a to już mogło być lekkie wyzwanie.
Ze szczurami nie chciał mieć do czynienia, nie teraz. Ich obecność na terenach Klanu Rzeki nie oznaczała niczego dobrego i Łabędź wiedział, że będzie musiał uczulić na ich obecność patrole udające się w te strony. Miał nadzieję, że gryzonie odejdą bez pomocy, jeśli jednak to nie nastąpi, będzie trzeba się z nimi rozprawić. Nie mogły tutaj zamieszkać i stanowić zagrożenia dla żądnych przygód terminatorów czy nawet doświadczonych wojowników; cała dziesiątka szczurów to nie przeciwnik dla jednego kota.
Przybrał pozycję łowiecką i po cichutku wycofał się z zasięgu żerującego gangu. W dalszym ciągu szukał zwierzyny.
Wyminięcie stada szczurów było rozsądną decyzją. Te gryzonie wiedziały, że w kupie siła i mimo niepozornych wymiarów potrafiły stanowić wyzwanie nawet dla doświadczonych kotów. Gdy przeciwnicy zostali w tyle, nieświadomi nawet krótkiej obecności Łabędzia, okolica znowu stała się całkiem martwa. Dopiero jeszcze moment marszu później na trasie niebieskiego pointa pojawił się drozd. A dokładniej – na gałązkach jednego z krzewów. Czyścił sobie piórka.