Cenił sobie Ptasie Krzewy za to, że były... cóż, krzewami, i owszem, okazjonalnie ptaki znajdowały miejscówkę poza zasięgiem kota, ale wtedy można było przejść obok delikwenta obojętnie, bo i tak nie istniała możliwość wspięcia się na delikatny krzew. A Łabędź nie lubił wspinaczek, przyziemne piszczki o wiele bardziej przypadły mu do gustu. Przypadł mu do gustu również zajęty pielęgnacją drozd, wobec czego ponownie zniżył się do pozycji łowieckiej i zaczął się skradać, w najlepsze korzystając z gęstwiny, jaka dominowała w tych rejonach i używając jej jako osłony przed wzrokiem celu. Zamierzał rzucić się na ptaka, gdy tylko znajdzie się dostatecznie blisko do wykonania skoku, chcąc objąć go obiema przednimi łapami i pozbawić życia.
Ptaszyna nawet nie spodziewała się nadciągającego zagrożenia. Gdy dostrzegła ruch było już za późno – rozłożyła skrzydła i krzyknęła ostrzegawczo do reszty towarzystwa, jednak nie zdążyła wzbić się w powietrze nim pochwyciły ją niebieskie łapy.
Po chwilowej złej passie, dorwał w swe łapy nagrodę pocieszenia. Po zabiciu złapał ją w pysk i podobnie jak wcześniej szczura, ukrył pod krzewem, a na koniec przysypał ziemią. Wprawdzie na pysku nadal wyglądał jak pognieciony, z nieświadomie ściśniętymi brwiami i nietęgim wyrazem mordki, ale spadło mu z serca nieco z tego ciężaru, który zdążył nagromadzić się w czasie poszukiwań. A jak już o nich mowa, Łabędź, po zdeponowaniu drozda, rzecz jasna wrócił do rozglądania się za zwierzyną, licząc w duchu na to, że nie czekają go już żadne niespodzianki.
Ruszając dalej Łabędź mógł w pewnym momencie zauważyć czarną plamę na niebie, która upuściła coś okrągłego (prawdopodobnie orzecha, bo co innego) i zaraz poszybowała w dół za tym przedmiotem. Mógł się zorientować gdzie mniej więcej gawron wylądował w zaroślach i ruszyć jego tropem.
Śledził spojrzeniem najpierw domniemanego orzecha, a później ciemną sylwetkę, która za nim podążyła. Wyłapał w lądowaniu ptaka okazję dla siebie i przyczaił się, zachowując wszelkie zasady pozycji łowieckiej, podczas gdy podążał za tropem. Dostrzegłszy gawrona w zaroślach, przystanął w miejscu, za krzakiem; spomiędzy gałązek wyglądały błękitne oczy, uważnie wypatrując dogodnego momentu do podjęcia skradania. Wreszcie ruszył, przystając co jakiś czas albo ukrywając się w trawie, by w pewnym momencie, z odległości nie większej od lisiej długości, wyskoczyć na ptaka z zamiarem dorwania go w łapy i wgryzienia się w kruchy kręgosłup.
Zajęty swoim orzechem gawron nie zwrócił zupełnie uwagi na manewry Łabędziej Gwiazdy. Dopiero w ostatnim momencie, gdy przywódca szykował się do skoku, tknięte intuicją ptaszysko odwróciło się w stronę zagrożenia. Za późno by uciec, w porę by wyrwać kocurowi dwa wąsy przed śmiercią.
Nawet gdyby wytężać wzrok i szukać między wierszami, Łabędzia w liście top 10 optymistów się nie znajdzie. Udane dopadnięcie do gawrona, pomimo że podszedł go stosując się grzecznie do wszystkich zasad, było dla niego zaskoczeniem — jego poprzednia analiza wskazywała raczej wysokie szanse na czujność ptaka i prędką ucieczkę z miejsca akcji. A tu proszę, jednak sukces. Opłacony ceną dwóch wąsów, na co kocur boleśnie pokręcił mordką, ale generalnie było warto. Wąsy odrosną, oko albo oderwany kawałek nosa uznałyby to za zadanie co najmniej kłopotliwe.
Zakopał piszczkę na uboczu i po raz kolejny zatopił się w gąszcz. Jasna sierść nie była jego sprzymierzeńcem, co innego miejsce, które wybrał sobie do polowania. Miał nadzieję, że odpowiednie schronienie, ciche kroki oraz okruch szczęścia pomogą mu znaleźć zwierzynę.
Ptasie Krzewy rzeczywiście na każdym kroku udowadniały, że zasługują na swoją nazwę. Okruchem szczęścia na drodze młodego przywódcy okazał się być okrągły wróbelek, który czyścił sobie piórka na jednym z łysiejących krzewów.
Czy było już wspomniane, że Łabędź lubił Ptasie Krzewy? Na pewno, bowiem była to najczystsza prawda — uwielbiał je zwłaszcza w chwilach takich jak ta, gdzie ptaki były praktycznie na wyciągnięcie łapy, dostanie się do nich nie wymagało nie wiadomo jakiej wspinaczki... ani jakiejkolwiek. Ledwie ujrzał wróbla, kocur przygarbił się do pozycji łowieckiej i zaczął podchodzenie do niego, kroczek za kroczkiem, kryjąc się w pobliskich krzewach, od czasu do czasu przystając w miejscu w myśl, że nie zaszkodzi zastosować dodatkowe środki ostrożności. Jeżeli udało mu się podejść na odległość krótszą od lisiej, wyskoczył na ptaka z wyciągniętymi łapami w zamiarze bezsprzecznie morderczym.
I czyszczenie piórek okazało się być zgubą dla wróbelka, bo nim się zdążył zorientować, że ktoś tu się czai na jego życie i podjąć jakąś próbę ucieczki, już niebieskie łapy były zbyt blisko. Co prawda Łabędzia Gwiazda coś zbyt entuzjastycznie skoczył, bo skończył nie tylko z piszczką w łapach, ale też z ułamanymi gałązkami w puchatej kryzie.
Akurat gałązek upolować nie chciał i kiedy już jego zęby złapały pewny chwyt na martwym ptaku i Łabędź wycofał się z gąszczu, poczuł się znów jak nierozgarnięty Łabędzia Łapa z pierwszych dni treningu. Chociaż wyjątkowo nie było wokoło nikogo, kto bacznie by mu się przyglądał i mógł go oceniać, chyba że jakaś roześmiana myszka wyglądająca zza krzaka. Odłożył zdobycz na bok na rzecz doprowadzenia kryzy do porządku i dopiero gdy ostatni zalegający w jasnym puchu patyczek został odrzucony na bok, zabrał się za ukrywanie wróbla pod osłoną liści oraz grudek ziemi. Tym oto sposobem jego lista zadań zmniejszyła się o dwie pozycje i została ta ostatnia, pierwotna i jak najbardziej aktualna — polowanie. Ruszył zatem, tak jak za poprzednimi razami rozglądając się za śladem życia.
Drozd, gawron, wróbel, a teraz wrona. Nazwa nie kłamała, nie to co Borowikowa Polana na terenach Gromu. Ptaszysko o popielatym brzuchu wylądowało między krzewami o długość drzewa dalej i w sumie... ciężko było ocenić czym się zajmowało ze względu na barierę roślinności, jednak nic nie wskazywało na to by odleciała po kryjomu.
Kolejny ptak. Łabędź, można by rzec, był przyzwyczajony i niemal z automatu wszedł w pozycję łowiecką, usuwając się z relatywnie otwartej ścieżki na bok, gdzie krzewy chroniły go przed spojrzeniem postronnych. Zbliżał się do wrony w nieregularnym rytmie, to przystając, to odrobinę zmieniając kurs, by wtopić się w gęstwinę. A pod koniec przypuścił się próby ataku, odbiwszy się mocno od ziemi prosto na ptaka.
Niestety tym razem piszczka była bardziej spostrzegawcza niż Łabędź przypuszczał. Przedwcześnie dostrzegła ruch jasnego futerka między krzewami i zerwała się do lotu nim w ogóle kocur przymierzył się do skoku.
Wrona odleciała, a z kocura wyrwało się głuche westchnienie. Wyprostował się i przylizał kłaczek na piersi, niespokojnie kołysząc ogonem. Niepowodzenie dotknęło go bardziej niż powinno, z nagła nadało ciężkości jego wnętrzu. A może to nie o Gwiezdnym ducha winnego ptaka tu chodziło i ten był tylko kamyczkiem na pokaźnych rozmiarów stosie głazów ciągnących go w dół. Bez znaczenia, bo bez względu na powody, Łabędź zdecydował się na tym skończyć swoje dzisiejsze polowanie i jak najszybciej wracać do Obozu, po drodze zgarniając łupy.