Po odprowadzeniu Cykuty pod Chruśniak, Łabędziowi wreszcie udało się zmrużyć oko i trochę się przespać, nim nad ranem przecknął się na dźwięki krzątających się po Obozie wojowników i uderzyła go paniczna myśl, że przespał ustalanie pierwszych patroli. Następne w kolejce było wspomnienie poprzedniej nocy; Szalejącej Łapy przykucniętej wśród traw, spłakanej i wymiotującej. Naturalnie — po upewnieniu się, czy aby na pewno nie jest nikomu niezbędny i może zniknąć na jakiś czas — pierwsze co zrobił, to zaszedł do kociarni, po drodze chwytając jeszcze badylarkę ze stosu zwierzyny.
— Cykuto? — rzucił w wejściu, a przywitanie zostało zniekształcone przez trzymanego w pysku gryzonia. Chciał zawczasu uprzedzić o swojej obecności; plączące się po Chruśniaku kocięta raczej nie ułatwiały nasłuchiwania kroków.
Bez trudu odnalazł postać terminatorki. Wyglądała tak, jakby leżała tam niezmiennie od ich ostatniej rozmowy i Łabędź aż na moment zwątpił, czy nocne poszukiwania łaciatej zwyczajnie mu się nie przyśniły. Zajął to samo miejsce co poprzednio, i tak samo jak wtedy, delikatnie podsunął jej zwierzynę. Potrafiła wyjść poza Obóz, więc może nie doceniał możliwości kotki do przejścia się w tak bliskie miejsce jak stos, ale... Ale nie miał pewności, czy mimo wszystko nie wybrałaby głodu, byle uniknąć interakcji z Klanem.
— Bardzo się o ciebie martwiłem — powiedział, ciasno opatulając swój bok puchatym ogonem. W jego głosie pobrzmiewała pewna niezręczność, nutka przepraszającego tonu. Bo czuł się winny, że znów ją nachodził, ale też nie był w stanie postąpić inaczej. — Odeszłaś naprawdę daleko... Z każdą kolejną lisią długością coraz silniej docierało do mnie, że mogę cię nie doścignąć. Że może nawet nie ma cię już na terenach. Jesteś cała, prawda? Nie spotkało cię nic złego?
Panicznie bała się tej rozmowy i miała nadzieję, że to wszystko to jednak był tylko sen, tak, jak przez chwilę sądziła. Że Pajęcza Łapa jej się przyśnił, był wizją pozostałą po Mroźnym Nosie na tamtej feralnej ceremonii, że Łabędź wcale jej tam nie znalazł, że po prostu przyśniło jej się, że wyszła tak daleko. Ale po jakimś czasie, mimo jazgotu w Chruśniaku zdołała wyłapać głos gwiazdy. I zjeżyła się cała na samą myśl o tym, o czym chciał z nią pomówić. Stresowała ją ta wizja. Bo co jeśli był zły i dopiero teraz faktycznie to pokaże, nakrzyczy na nią, cokolwiek?
Unikała kontaktu wzrokowego tak, jak to z reguły robiła w jakichkolwiek interakcjach z kotami w Klanie. Ugniatała własny ogon coraz intensywniej, coraz bardziej zestresowana gdy dotarło do niej, że Łabędzia Gwiazda jest już tak blisko, że faktycznie przyszedł. Przełknęła ślinę, kątem oka zerkając tylko na jego pysk i na badylarkę którą trzymał. Nie była głodna, zrobiło jej się słabo na samą myśl o jedzeniu.
- Chciałam tylko zobaczyć gwiazdy - wymamrotała niewyraźnie, chowając mordkę w sierści swojego czarnego ogona. Zupełnie zignorowała zmartwienie i pytanie mentora.
Dzisiaj jedzenie nie zostało przyjęte. To nic, może nawet dobrze. Może to znaczyło, że niedawno jadła... albo jadła nie aż tak dawno, żeby zignorować własne zdenerwowanie i rzucić się na pożywienie jak wygłodniały lis. Bo że Cykuta była zdenerwowana, Łabędź widział na pierwszy rzut oka. Nie wiedział tylko, czy miało to związek z towarzystwem jako takim, czy chodziło konkretnie o niego (nieźle dał jej popalić ich pierwszego dnia treningu, wciąż bił się w pierś), czy przeżywała wycieczkę poza Obóz, czy... Tych "czy" potrafił mnożyć i mnożyć w nieskończoność i pewnie nijak nie zbliżał się do prawdy. Niedobrze. Nie wiedział, jak z nią rozmawiać. Jak złagodzić stres.
— Mm, gwiazdy? — mruknął w zamyśleniu. Ruszyła w tym celu na naprawdę długą wycieczkę, musiał przyznać. Coś ją przepłoszyło po drodze? Coś poszło nie tak? Zrezygnował z dociekliwych pytań, nie były potrzebne. Nie przyniosłyby nic dobrego. On, zauważywszy nieobecność terminatorki, bał się przeraźliwie. Co musiała czuć ona, daleko poza bezpieczeństwem Chruśniaka? Nie chciał zmuszać Cykuty do przeżywania poprzedniej nocy na nowo, ze wszystkimi trudnymi szczegółami. — Są piękne, prawda? Z Obozu nie widać ich zbyt dobrze, nie w tę porę. Mamy opowiadały ci o Srebrnej Skórce?
Z pochyloną głową, niby skazaniec czekający na gilotynę, wyczekiwała jakiegoś wyroku ze strony Łabędzia. Teraz, gdy dała mu wyjaśnienie czemu w ogóle wyszła, czekała aż ją skarci, aż podniesie głos i powie, jak bardzo się nią zawiódł, jak jest bezużyteczna i głupia i jak złamała kodeks wojownika, bo na pewno tak było. A zamiast tego... nic. Nie podniósł głosu. Nie był zły. Jakby w ogóle zapomniał o tym, co miało miejsce.
Na słowa Łabędzia Cykuta uniosła głowę tak, aby w końcu faktycznie na niego spojrzeć, zawiesić na nim spojrzenie dłużej niż na krótkie uderzenie serca. Była zaskoczona tym, jak szybko zapomniał i zmienił temat, ale właściwie - ulżyło jej. Bo sama nie chciała tego tematu ciągnąć. Znowu przełknęła ślinę a uniesiona czarno-biała sierść opadła lekko, znowu przylegając do wychudzonego ciałka kotki.
Kiwnęła głową, twierdząco. - ... Srebrna Skórka to tam gdzie mieszka Gwiezdny Klan. Dobrze ją widać nocą...
— I ma wielką moc — podchwycił. — Jedna z dawnych wojowniczek, Cisowa Jagoda, zniknęła kiedyś z Klanu... nie pamiętam dlaczego, może za sprawką dwunożnych, bez znaczenia. W każdym razie, ponoć to właśnie gwiazdy wskazały jej drogę do domu; tak długo na nie patrzyła w młodości, że poznała ich układ i w chwili zagubienia to właśnie nocne niebo było jej wskazówką.
Po tej krótkiej dygresji umilkł, jakby zawstydzony zbaczaniem z tematu i mówieniem Cykucie o rzeczach, o których prawdopodobnie wcale nie chciała słuchać. W równym stopniu pewnie nie życzyła sobie jego obecności, jednak póki nie mówiła o tym otwarcie, czuł się dostatecznie ośmielony do drobnego narzucania się.
— Jak podobało ci się poza Obozem? Zupełnie inne odczucia, prawda? — Mniej kotów, mniej dźwięków... Ale też większa przestrzeń. Młoda Tojad nie mogła się doczekać wyjścia z zatłoczonej wówczas kociarni, odetchnięcia pustym, cichszym powietrzem. Łabędź zastanawiał się jednak, czy w przypadku jej córki efekt nie był zgoła odwrotny, a wyjście bardziej przytłaczające od pozostania na miejscu. Kiedy ją znalazł, była okropnie wystraszona. Czy tak skończy się jej oglądanie gwiazd nocą...?
To prawda. Wcale nie chciała słuchać o jakichś martwych wojownikach. Tak naprawdę nie była pewna, czy chciała słuchać czegokolwiek o czymkolwiek kiedykolwiek przez następne kilka wschodów słońca. Albo księżyców. Cykuta skuliła się jeszcze bardziej, podwijając łapy pod brzuch, przyjmując pozycję niezwykle roztrzęsionego kociego bochenka.
- ... jest - zaczęła niepewnie, po dłuższej chwili namysłu, wpatrzona dalej uparcie we własne łapy a nie w Łabędzią Gwiazdę. Niby tutaj był, ale równie dobrze mogłoby go nie być. Słuchała go, okazjonalnie słyszała ale czy na pewno chciała z nim rozmawiać? Nie wiedziała już sama. - ... ładnie. Jest ładnie - tylko tyle finalnie z siebie wydusiła.
Och, jak bardzo chciałby usłyszeć myśli Szalejącej Łapy, przynajmniej od czasu do czasu. Mówiła niewiele, a on traktował każde słowo jak drogocenny skarb, jednak czuł, że nie jest na tyle domyślny, empatyczny, ewentualnie najzwyczajniej w świecie inteligentny, by na bazie strzępków zrozumieć, co się tam we wnętrzu koteczki działo. Na pewno było tego wiele, miał wątpliwości, czy byłby to w stanie pojąć nawet obdarowany szerokimi opisami. Wiedział nieco więcej niż na samym początku ich wspólnej przygody, ale niewiele rozjaśniło mu to w głowie. Cokolwiek robił, Cykuta zdawała się od niego oddalać... Nie lada osiągnięcie, patrząc na całokształt ich relacji, od startu przesycony nerwowością koteczki. Akurat do takich osiągnięć nie dążył.
— Chciałabyś znów udać się poza Obóz... za jakiś czas? — spytał niepewnie.
Pytanie Łabędziej Gwiazdy nie spotkało się z natychmiastowym sprzeciwem, odmową i stwierdzeniem ze strony Cykuty, że nigdy więcej nie chciała już wyściubić nosa poza Chruśniak, co dopiero poza obóz. Dotarły do niej jego słowa, dotarło do niej to pytanie i przez dłuższą chwilę je analizowała. Myślała, zastanawiała się, jak na to odpowiedzieć. Nie chciała od razu z tego rezygnować, bo chociaż pierwsza wycieczka poza obóz była straszna, była też... fascynująca.
I chyba nie chciała z tego rezygnować już zupełnie, na amen, na wieki wieków. Chyba chciała być w stanie kiedyś zobaczyć resztę terenów Klanu Rzeki. Tak sądziła, przynajmniej w tej chwili, w odpowiedzi na pytanie Łabędzia.
- Chyba tak - stwierdziła Cykuta, w takim razie, po namyśle. Nie brzmiała już na tak znerwicowaną, jakby faktycznie wizja wyjścia z obozu znowu, za jakiś czas, bez zagrożenia, że jakiś Pajęcza Łapa albo Gwiezdny Klan wie kto inny na nią naskoczy, sprawiła jej swego rodzaju radość. Napawała ekscytacją. Może tylko troszkę.
Zmarszczył brwi w oczekiwaniu na odpowiedź, co do której nawet nie miał pewności, czy nadejdzie. Cykuta nie zawsze odpowiadała, nie zawsze dawała mu odczuć, że w ogóle usłyszała jego słowa i w takich chwilach nie pozostawało nic innego, jak czekać oraz szukać drobnych wskazówek w jej mowie ciała. Obecnie mówiła ona niewiele, ale przynajmniej nie wskazywała, by kotka denerwowała się bardziej niż zwykle.
Chyba po spotkaniu przy Szarych Brzozach i ujrzeniu terminatorki w takim a nie innym stanie, nie przewidywał braku zaprzeczania; że nie będzie się zapierać wszystkimi czterema łapami przed ponownym opuszczeniem (też ograniczenie bezpiecznego) Obozu. A jednak.
— Miałabyś coś przeciwko, bym dotrzymał ci towarzystwa? — pociągnął dalej, delikatnie poruszając uszami. Nie miał pojęcia, jak powinien przyjąć odmowę, ani trochę nie podobała mu się wizja wycieczek w pojedynkę, Cykuta nie potrafiła przecież ani polować, ani walczyć. Nie znała życia poza Chruśniakiem, tak na dobrą sprawę. Ale był gotów coś wymyślić, w ostateczności — on mógł być umiarkowanie zadowalającym towarzystwem, niemniej obecność Tojad bądź Zbożowego Kłosa miała szansę spotkać się z większym entuzjazmem. Najważniejsze, by zaczęła oswajać się ze światem.
Gdy dotarła do niej propozycja Łabędziej Gwiazdy, Cykuta zaczęła nad tym myśleć. Jeszcze wcale nie tak dawno ten kocur był dla niej zupełnie obcy, jego obecność ją stresowała, nie chciała w ogóle mieć z nim nic wspólnego. Na początku czuła się tak, jakby ją oceniał, nic nie rozumiał, czuła, że będzie chciał na siłę wyciągnąć ją z jej strefy komfortu, ale przez cały ten czas treningu... kocur ani razu się tak nie zachował. Nic w jego słowach, gestach nie wskazywało nawet na to, aby choćby mu takie coś przez głowę przeszło. Był tak akceptujący jak rodzice.
To napawało Cykutę chociaż odrobiną pewności siebie i komfortu w obecności Łabędziej Gwiazdy. Gdy znalazł ją przy Szarych Brzozach cieszyła się, że był to on; coś w obecności Łabędzia sprawiało, że czuła się chociaż trochę lepiej i bezpieczniej. Może gdyby wyszła z obozu razem z nim to nie byłoby tak strasznie? Albo razem ze Zbożem. Lub Tojad...
Nie odpowiedziała mu słownie, ale kiwnęła głową, twierdząco. Nawet podniosła wzrok aby zawiesić go na jego mordce, żeby wiedział, że się zgadza.
Uśmiechnął się do niej, szczerze ucieszony takim obrotem spraw. Niechby nawet rozmawiali o dalekiej przyszłości, niechby potrzebowała czasu na nabranie odwagi po poprzednim wyjściu, w porządku. Jemu to odpowiadało. Najważniejsze, że się zgodziła.
— Daj tylko znać, gdy będziesz gotowa — poprosił. Jego planująca natura już chciała zasypać Cykutę kwestiami organizacyjnymi, dopytać, czy wolała udać się na tereny w ciemną noc, czy raczej wręcz przeciwnie, oglądanie Srebrnej Skórki przestało jej się podobać, ale uciął te chęci w zarodku. Kiedy przyjdzie czas, wszystkiego się dowie. Albo dowiedzą; sama łaciata mogła jeszcze nie wiedzieć, w jakich warunkach będzie czuła się najlepiej.
A skoro to jedno jako tako załatwione i Łabędź mógł przynajmniej mieć nadzieję, że Cykuta przypadkiem nie wpakuje się w kłopoty opuszczając Obóz samotnie, podniósł się na cztery łapy. Nie chciał nadwyrężać swojego szczęścia i naprzykrzać się kotce.
— No, to nie będę ci dłużej truł nad głową. Zajrzę do ciebie niedługo, dobrze? — rzucił na pożegnanie, po którym zamierzał zostawić ją z nieruszoną badylarką i błogą ciszą w tym jednym zakątku Chruśniaka.
Cykuta gapiła się dłuższą chwilę na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Łabędzia Gwiazda. Czyli... nie musiała nic robić teraz. Nic nie musiała robić od razu, mogła sobie odpocząć, dać samej sobie czas. Nie umiała tego przyznać na głos, ale była wdzięczna mistrzowi za to, jak wyrozumiały był w tym wszystkim. Faktycznie, w tej chwili, poczuła się zaakceptowana i bezpieczna. Ulżyło jej.
Zaraz wbiła wzrok w pozostawioną przez kocura badylarkę i dopiero gdy ten odszedł, przysunęła ją bliżej siebie i zaczęła jeść. Nieco wolniej, niż zazwyczaj. Pierwszy raz od dawna jadła normalnie, a nie tak, jakby zależało od tego jej życie.
***
Przyszła do Słonej Groty w nocy.
W nocy, albo było już rano, ale wciąż było ciemno, tego Cykuta już nie mogła być pewna. Nie miała wbudowanego zegara biologicznego, jej rutyna snu była zrujnowana od księżyców, pory się zmieniały... nie wiedziała, czy jest noc, czy wieczór, czy rano. Ale było ciemno. I większość obozu jeszcze spała. A Łabędzia Gwiazda mówił, że mogła przyjść, gdy czuła się gotowa.
Chyba była gotowa. Tej nocy nie było widać tylu gwiazd, co ostatnim razem, ale wciąż - były, i to przynosiło kotce jakieś poczucie bezpieczeństwa.
Wdrapała się do legowiska śpiącego kocura nieśmiało, powoli, bardzo niepewna, czy naprawdę powinna to robić. Czy powinna go budzić. Nie chciała tam wchodzić przez dłuższą chwilę, ale wreszcie zdołała się przemóc; weszła do jego groty, szturchając delikatnie jego bark łapą.
- ... Łabędź - miauknęła cichutko, żeby go obudzić.
Z reguły nie miewał snów i spał otulony pozbawioną wyrazu czernią. Tej nocy było inaczej. Jego śpiący umysł prowadził go przez las i choć nie widział go nigdy na jawie, to wiedział, że znajdował się daleko od domu. Szedł wydeptaną przez sarny ścieżką, mijając młodziutkie drzewa, których korony nie przysłaniały upstrzonego gwiazdami nieba. Nie widział księżyca, drobne punkciki zmarłych przodków miernie oświetlały mu drogę i z każdym kolejnym krokiem coraz mniej widział... przynajmniej do czasu, aż na horyzoncie zaczęło widnieć. Naprzeciw niego wyłaniało się rozżarzone słońce, rzucające w jego kierunku coraz odważniejsze, ciepłe promienie, jakby chciało zaproponować swoje przewodnictwo. Nie zmieniał kursu, szedł ufnie w stronę światła, mimo oślepiającej jasności nie spuszczając z niego spojrzenia. Im dalej szedł, im dokładniej się przypatrywał, tym wyraźniej pomarańczowa kula przybierała koci kształt. W pewnym momencie mógł powiedzieć na pewno — jego promienie były w istocie powiewającymi na wietrze, ognistorudymi kosmykami futra. Koci kształt, mimo że wciąż o niekonkretnie zdefiniowanych rysach, patrzył na niego czule oczami, swymi zielono-brązową barwą przypominającymi liść z pogranicza pór zielonych i opadających liści. Przyspieszył kroku, wkrótce zaczął biec i wraz z nim galopowało serce, jeszcze chwilę temu będące jak zmrożone, teraz z nagła pobudzone do życia. Łabędź.
Gwałtownie otworzył oczy, a cały krajobraz snu zniknął bezpowrotnie. Wokół nie było ani śladu słońca, ani najmniejszego śladu po płomiennej barwie znajomego futra. Tylko on, zimne ściany Słonej Groty i...
— Cykuta...? — wymamrotał sennie, mało inteligentnie przyglądając się łaciatej mordce. — Coś się stało?
Widząc, jak jej mistrz się przebudza, wyrwany ze snu, Cykuta poczuła wyrzuty sumienia. W tamtej chwili chciała cofnąć się i wyjść, udawać, że w ogóle jej tu nie było, ale on już zorientował się o jej obecności. Musiała się jakoś przemóc, chciała z nim wyjść, z nim czułaby się bezpieczniej, chciała zobaczyć kawałek świata...
Przełknęła ślinę, nerwowo przebierając łapami w miejscu. Chwilę patrzyła się wielkimi, piwnymi ślepiami w Łabędzia i zastanawiała się, co właściwie mu powiedzieć, ale finalnie zdecydowała się, że powie prawdę, bardzo wprost.
- Mówiłeś, że mam przyjść jak... będę gotowa. I chyba jestem - wymruczała niemrawo, cichutko, słabym głosem; wręcz półszeptem, nie chcąc obudzić nikogo poza nim, i jakby wystraszona. Na pewno dobrze robiła? - ... przepraszam.
Mozolnie, bo mozolnie, ale jego szare komórki zaczynały łączyć fakty, a jak już połączyły kilka niecodziennych elementów — "spotkanie" z Cykutą, którego wyjątkowo nie wymusił, sam widok łaciatej gdzie indziej niż w Chruśniaku, wspomnienie ich umowy — włączyły syrenę alarmową w głowie Łabędzia, która szybko postawiła go w stan gotowości. I mimo późnej pory i ociężałego od snu ciała, poczuł w sobie iskierkę radości. Przyszła, była gotowa, naprawdę chciała z nim wyjść poza Obóz. Na wielki przełom po spacerze nie liczył, ale za przełom uważał już samo to, że mieli się udać na przechadzkę, niechby jedynie kilka długości w głąb rzecznych ziem.
— Och, nie, nie przepraszaj, to ja przepraszam — powiedział rozbudzony i z roztrzepanym, gdzieniegdzie przeplatanym mchem futrem podniósł się z legowiska. — Trochę mnie zaskoczyłaś, to wszystko. Pozytywnie zaskoczyłaś. — Odetchnął i spojrzał na wyjście ze Słonej Groty. Co teraz? — To dokąd chciałabyś się udać? Jest coś, co chciałabyś zobaczyć? Czy może dajemy się ponieść naszym łapom, gdzie tylko zechcą pójść?
Słyszała o Srebrnej Skórce, chciała zobaczyć ją na własne oczy... Czy było więcej takich rzeczy? Miejsc, które budziły jej wyobraźnię i ciekawość?