Zapewniał, że nie miała za co przepraszać a mimo to Cykutę gdzieś głęboko ukuło to poczucie wyrzutów sumienia. To uczucie, że niepotrzebnie go pobudziła i powinna poczekać do rana. Ale rano było więcej kotów, więcej dźwięków... w nocy było cicho i spokojnie i czuła się wtedy znacznie lepiej i bezpieczniej. Zresztą, Łabędź był zadowolony. Może nie powinna czuć się źle?
Przełknęła ślinę, uspokajając nerwy chociaż odrobinę i kiwnęła głową, bardziej w geście uspokojenia samej siebie niż na jakiekolwiek słowa kocura. Zastanowiła się chwilę, wpatrzona w swoje łapy.
- ... słyszałam o... Kocim Grzbiecie? Tam chyba... terminatorzy chodzą na treningi - tak słyszała w Chruśniaku. Więc chyba tam powinni pójść, tak?
— Wiesz, to bardzo dobry pomysł — powiedział tłumiąc ziewnięcie. Poczynił kilka kroków w przód, ku wyjściu ze Słonej Groty, oglądając się na terminatorkę. Była gotowa tak już-natychmiast? Wolała oswoić się z myślą o wyjściu przez krótką rozmowę przed? Podążał za tym, co mówiła mu jej mowa ciała, bojąc się uczynić fałszywy, zbyt nagły ruch i wszystko zrujnować. — To jeden z wyższych... o ile nie najwyższy punkt naszych ziem. I bardzo dużo stamtąd widać, więc nawet nie będziemy musieli iść bardzo daleko, aby poobserwować.
Wychynął z legowiska na rześkie, nocne powietrze. Robiło się coraz chłodniej, oby Cykuta mu się nie przeziębiła... Nie była przyzwyczajona do przechadzek przy niskiej temperaturze, w zasadzie nie była przyzwyczajona do żadnych przechadzek.
— O widzisz? Widać go nawet stąd. — Wskazał nosem na wybijający się na horyzoncie pagórek, jedyny taki w okolicy, przypominający śpiącego kota. — To co, komu w drogę, temu czas?
Nie sądziła, że kocur faktycznie uzna to za dobry pomysł, ale takie stwierdzenie z jego strony sprawiło, że poczuła się z tym wszystkim nieco lepiej. Niechętnie, powoli uniosła wzrok sponad własnych łap, aby zawiesić spojrzenie na swoim mistrzu. Z dnia na dzień, stopniowo, coraz bardziej oswajała się z tym... wszystkim. Z treningiem. Czy z myślą o zostaniu wojownikiem też? Nie, z tym nie. Dalej nie chciała być wojownikiem.
Ale jeśli nie wojownikiem to kim?
W milczeniu, ale Cykuta odpowiedziała. Kiwnięciem głowy. Zaraz ruszyła obok Łabędziej Gwiazdy, gotowa iść za nim gdziekolwiek by jej nie wyprowadził. Czuła, że przy nim nic jej się nie stanie.
Uśmiechnął się do niej i bez słowa poprowadził ich dwuosobową wycieczkę w stronę dzisiejszego celu. To prawie jakby mieli przed sobą perspektywę odbycia klasycznego treningu, z tą różnicą, że panowała ciemna noc, większość Obozu pogrążona była we śnie, a ich nauka miała najprawdopodobniej ograniczyć się do zwiedzania niewielkiego obszaru rzecznych ziem. Nie narzekał, bynajmniej. Czuł dumę, że koteczka przełamała lęk i chciała zasmakować życia poza widzianymi z Chruśniaka krzewami i drzewami.
Nie narzucał szybkiego tempa, dając Szalejącej Łapie czas na spokojnie oswoić się z widzianym krajobrazem, ale nie mieli daleko, więc po niedługim czasie chcąc nie chcąc wyłonili się spośród drzew, a ich łapy wstąpiły na podnóże Kociego Grzbietu. Wprowadził ich wyżej, skąd mogli rzucić okiem na otaczający ich świat. Zadanie mieli utrudnioną przez porę dnia oraz pogodę, choć ta druga, jak na standardy pory opadających liści, nawet ich rozpieszczała — chmury na przemian pożerały i oddawały księżyc, przynajmniej na jakiś czas rozjaśniając okolicę.
— To tutaj — oznajmił. Przystanął w miejscu, spojrzał na terminatorkę, zarówno zaciekawiony jak i z obawą, nie wiedząc jaką otrzyma reakcję. Czuła się bezpiecznie? Wolała wracać? Przypomniała jej się poprzednia, samotna wycieczka...? Oby nie. — Właśnie na tym skrawku ziemi od niezliczonych księżyców powtarzany jest Kodeks, omawiana teoria, ćwiczone różne umiejętności. Gdybyśmy z Obozu ruszyli w przeciwną stronę, dotarlibyśmy do rzeki. O tam, widzisz, jak połyskuje? Za to z drugiej strony mamy granicę. Chcesz przejść się dalej?
Przez cały ten czas, idąc tuż obok Łabędziej Gwiazdy, może ledwie kilka długości za nim, Cykuta niemal się skradała. Każdy krok wykonywała powoli, ostrożnie, niepewnie. Poruszała uszami, rozglądała się. Teraz szła poza obóz w pełni świadomie, ale... nie sama. To nie znaczy, że czuła się w pełni pewnie i bezpiecznie. Pozostawała czujna.
Świat nocą, faktycznie, był cichy i spokojny. Słyszała tylko świerszcze i rechotanie żab, okazjonalnie, poza tym... może świst gałęzi targanych wiatrem. I to tyle. To było lepsze niż zgiełk obozu. Może powinna wychodzić tylko nocą?
Gdy znaleźli się na szczycie Kociego Grzbietu, Cykuta usiadła obok Łabędzia, oglądając panoramę terenów Klanu Rzeki z góry. Klanu Rzeki i pewnie nie tylko. Było... ładnie. Wszystkiego było więcej niż w obozie. Wszystko wyglądało tak samo, a jednak tak obco.
Kiwnęła głową, bez słowa. Mogli iść dalej, zaufa Łabędziowi, gdzie ją poprowadzi.
Za jej zgodą kontynuowali ich nocną wycieczkę. Niespiesznym krokiem przeszli przez całą długość Kociego Grzbietu; widoki mieli pierwsza klasa, otwarta przestrzeń na wyżynach im to gwarantowała, niestety nie można powiedzieć, że ochrona przed drapieżnikami była równie wysokiej jakości, w związku z czym przez ten odcinek Łabędź zachowywał wzmożoną czujność; aczkolwiek gdzieś w jego głowie telepała się myśl, że to Cykuta będzie pierwsza do odnotowania potencjalnego niebezpieczeństwa. Stamtąd dość szybko dotarli pod granicę, w okolicę charakterystycznego punktu, jakim była nora pod drzewem.
— Jesteśmy na granicy, stąd te intensywne zapachy — poinformował cicho, zbyt onieśmielony, by brutalnie wcinać się w subtelne odgłosy nocy. — Szare Brzozy zaczynają Ziemie Niczyje. Przejdziemy się wzdłuż granicy, o krok nie wyjdziemy poza tereny Rzeki.
O ile jakkolwiek ją to uspokajało.
Jak powiedział, tak zrobił, obierając trasę na Ptasie Krzewy. Wolał nie iść drugą stroną granicy, wówczas niechybnie trafiliby na miejsce, w którym znalazł łaciatą tamtej przerażającej nocy. Nie miał przekonania, że była gotowa tam wrócić, nie tej nocy.
— Zaraz zrobi się... gęściej — oznajmił po pewnym czasie przebytym w milczeniu. — Zanurzymy się w Ptasie Krzewy, jeden z najlepszych terenów łowieckich naszego Klanu. Nazwa nie kłamie, naprawdę sporo tu ptactwa. Teraz pewnie jest spokojnie, ale możemy usłyszeć jakiś trzask gałązek. I to nawet nie będzie musiał być ptak! Czasami zdarza mi się stąpać jak borsuk.
To było prawdą, po części, chociaż główną intencją kocura było przydeptanie szans na potencjalny kryzys. Niespodziewane dźwięki potrafiły napędzić stracha, coś o tym wiedział. Ale nie zawsze oznaczały kłopoty.
W momencie w którym Łabędź oznajmił, że znaleźli się na granicy, którą, zresztą, Cykucie wydawało się, że kojarzyła, przeszła na "wewnętrzną" stronę swojego mistrza, idąc po boku jak najdalej od tejże granicy. Obiecał, że pójdą wzdłuż, ale po ostatnich wydarzeniach kocię Tojad wolało nie podchodzić do umownej granicy, ziem niczyich czy Gwiezdny Klan wie czego jeszcze poza Klanem Rzeki, ani trochę. Jakby miało ją to ugryźć, zaatakować, pożreć i pochłonąć.
Wyjątkowo wyczuliła zmysły gdy znaleźli się w Ptasich Krzewach. Nie podobało jej się to miejsce. Przypadła jeszcze niżej do ziemi, niemal na płasko, jakby bała się, że jakakolwiek gałązka zahaczy o jej futro. Z jednej strony, owszem, ilość krzewów i gałęzi zapewniała coś na rodzaj obrazu jaki z reguły Cykuta znajdywała w Chruśniaku, ale wciąż... Chruśniak to nie był. To było obce miejsce, gdzie mogły czaić się drapieżniki. Wolała nie siedzieć tu zbyt długo.
Przy pierwszym pęknięciu gałązki Cykuta przyspieszyła, chcąc wyjść z powrotem na otwarty teren, gdzie nie było tak gęsto.
Ptasie Krzewy ciągnęły się przez sporą długość granicy. Zapowiadałby im się dłuższy spacerek, gdyby po trzaśnięciu pojedynczej gałązki Szalejąca Łapa nie wypruła do przodu. Łabędź rzecz jasna ruszył za nią, dostosowując swoje tempo do jej, w efekcie oboje wkrótce znaleźli się w okolicach Kwiecistej Łąki, gdzie nie sięgały gęste krzewy. Mogli na powrót się wyprostować i mniej uważać przy każdym kroku, z czego użytek raczej zrobił tylko Łabędź; Cykuta nie wyglądała na kota czującego się pewnie, w najmniejszym nawet stopniu.
— Nie widać tu nic imponującego, wiem, ale zaufaj mi: jeśli przyjdziesz tutaj porą młodych lub zielonych liści, cała łąka porośnięta będzie kolorowymi kwiatami — powiedział. Jego oddech był odrobinę przyspieszony po krótkiej przebieżce w gąszczu. — O, i patrz, dopiero widać koniec Szarych Brzóz. Tak naprawdę otulają sporą część naszych granic... Może sięgają połowy? Mniej więcej.
I tak długo, jak nic nie zmieniło się w nastawieniu łaciatej, szli dalej w akompaniamencie świerszczy i cichych odgłosów nocy, okazjonalnie w towarzystwie bladego księżyca. Po czasie ich uszy mogły wyłapać delikatny szum rzeki, a wreszcie ujrzeć ją samą.
— Dotarliśmy do Bobrowej Tamy — powiadomił terminatorkę. — Będziemy musieli nią przejść, by dostać się na drugą stronę rzeki. Chyba że chcesz zawrócić? Albo przejść się wzdłuż brzegu? Niestety, jedyne przejście jest przez wodę; albo tamą, albo Wilgotnymi Skałkami.
Otwarta przestrzeń Kwiecistej Łąki była nieco lepsza niż gąszcz. Owszem, w tamtej chwili Cykuta nie widziała tam wcale dużo kwiatów, nie widziała ich w ogóle, tak naprawdę. Przymrozki zrobiły już swoje, ale gdzieś z tyłu głowy zapamiętała, że kiedyś musi tutaj wrócić. Kiedyś, gdy kwiaty znowu zakwitną. Lubiła kwiaty.
Nie skupiła się specjalnie na słowach Łabędzia, po prostu krocząc obok niego i rozglądając się. Tak samo czujnie i niepewnie, jak wcześniej. Oblizywała okazjonalnie wargi, ogon miała lekko zjeżony, ale nie wyglądała już tak jakby byle ruch miał ją kompletnie spłoszyć i sprawić, że pobiegnie Gwiezdny Klan wie gdzie.
Szum wody sprawił, że Cykuta cofnęła uszy. To, natomiast, wizja przekroczenia rzeki już trochę ją spłoszyła.
- ... chyba wolę Wilgotne Skałki - stwierdziła, ani trochę nie czując się pewnie z wizją przechodzenia na drugi brzeg przez konstrukcję bobrów. Skały były stałe, zawsze w tym samym miejscu. Tama niekoniecznie.
Łabędź poniekąd te lęki podzielał. Nie bał się przekraczania rzeki, czy to Bobrową Tamą, czy z pomocą Wilgotnych Skałek, tak samo jak nie miał oporów przed pływaniem, ale prowadzenie terminatorów na stronę granic z Gromem i Wichrem niezmiennie budziła w nim dyskomfort. Niepokój. W jego głowie były poupychane najróżniejsze czarne scenariusze, a teraz woda była mroźna i niebezpieczniejsza niż chociażby w porę zielonych liści. Nie zrozumiejmy się źle, bez względu na osobiste preferencje nie miał nic przeciwko nadkładaniu drogi dla poczucia bezpieczeństwa Cykuty, ale w tym wypadku był nawet gotów entuzjastycznie przyklasnąć pomysłowi drałowania przez całe terytorium Klanu Rzeki.
— Och, to przy okazji — tak średnio przy okazji — zahaczymy o Kretowisko. Niedługo nie będzie tam wiele więcej prócz błota, więc podczas kolejnych wycieczek... o ile będziesz zainteresowana kolejnymi wycieczkami... będziemy pomijać tamte rejony.
Ale to plany na przyszłość, bo nadal mieli do przejścia zachodnią część Łęg, w którą zagłębili się po odbiciu od Bobrowej Tamy. Trzymali się na bezpieczną odległość od rzeki, nadal mając ją w zasięgu wzroku. Kocur ukradkiem przyglądał się terminatorce, niepewny, jak odnajdzie się pośród drzew. Nie byli tak odcięci od świata jak przy Ptasich Krzewach, ale jak na razie to na otwartej przestrzeni Cykuta wyglądała na najspokojniejszą.
Prędzej czy później wyszli spomiędzy mieszaniny dębów, wiązów oraz jesionów i wyszli na Błyszczące Głazy odbijające roztańczone, świetlne cienie Grzmiącej Rzeki. Teren sam w sobie ładny, kosztem trudniejszego przemieszczania się w porównaniu do równej, trawiastej łąki. Tutaj też, podobnie jak na Kocim Grzbiecie, mogli z podwyższenia przyjrzeć się rzecznym krajobrazom.
— Przeszliśmy się trochę naokoło. Zobacz, tam dalej jest Obóz — oznajmił wskazując ogonem w stronę miejsca, z którego wyszli. Powiedział jej to przede wszystkim informacyjnie, żeby pomóc jej zorientować się w układzie ich terenów, lecz był to również delikatny sygnał, że jeśli miała ochotę na zmianę planów i przyspieszony powrót, to mieli blisko.
Świat poza Chruśniakiem, poza całym obozem był niesamowicie przerażający i fascynujący jednocześnie. Cykuta mimo swoich nerwów, idąc u boku Łabędzia podziwiała widoki. Przyglądała się szumiącym, oszronionym trawą, targanymi wiatrem gałęziom drzew, nasłuchiwała odgłosów dzikiej przyrody poza bezpieczeństwem przysłowiowych czterech ścian. Nie słuchała tego, co mówił. Poruszała uszami w jego kierunku ale jego słowa nie docierały do niej, dopóki faktycznie nie uznała ich za istotne.
Szła za nim w kompletnej ciszy, rozglądając się i z chwili na chwilę coraz bardziej relaksując, chociaż trochę. Chociaż minimalnie. Tak, jak Cykuta umiała się zrelaksować.
Zerknęła w kierunku w którym mistrz wskazał ogonem. Obóz był blisko, ale... czy chciała wracać? Trochę tak, trochę nie. Nie odpowiedziała.
Nie odpowiadała, a jak dotąd nie miała problemów z przekazaniem mu, czego chciała, dlatego uznał brak jakiegokolwiek gestu za chęć do dalszego spacerowania. Albo, jeżeli nie to, to przynajmniej za brak kategorycznego sprzeciwu. Nie zmienili kierunku, szli aż do znudzenia przed siebie, do końca Błyszczących Głazów i do subtelnego poczucia deja vu, jakim była wschodnia część Łęg. Na pozór nie różniła się wiele od swojej bliźniaczki, zachodniej części, natomiast po przyjrzeniu się dało się bez trudu zauważyć, że ziemia pod ich łapami była zwilgotniała, dominowały tu jesiony i olchy, dębów rosło jak na lekarstwo, a same drzewa rosły gęściej. Dopiero tutaj Łabędź nieznacznie skręcił, oddalając się od rzeki. Nie na długo, ale na wystarczająco, żeby mogli przejść się na spokojnie Makową Polanką — obecnie równie mało wyrazistą co Kwiecista Łąka — i Trawiastą Dolinką, która jako jedyna nawet w tak podłych warunkach odzwierciedlała swoją nazwę. Starał się nie podchodzić zbyt blisko Szarych Brzóz, chociaż trudno byłoby przegapić tworzące osłonę przeciw Grzmiącej Ścieżce drzewa.
— Pamiętaj o tym miejscu, kiedy najdzie cię ochota na kreta — rzucił żartobliwie, gdy ich oczom ukazało się Kretowisko. Charakterystyczne kopce znajdowały się praktycznie wszędzie i patrzenie pod łapy było jak najbardziej wskazane. Kto wie, może gdyby zatrzymali się na łowy, wróciliby z kilkoma piszczkami? Cóż, chyba żadne z nich nie chciało tego sprawdzać.
Nie lubiła kretów. Chyba. Nigdy żadnego nie jadła i nie ciągnęło jej zbytnio do ich próbowania, nie w najbliższym czasie. Rozejrzała się po zabłoconym Kretowisku, przyglądając kilku kopcom które były widoczne i zastanawiała się, jak by to było faktycznie coś złapać.
Ale nie, nie dzisiaj. Nie chciała. Nie była gotowa. Nie potrafiłaby, coś by spartoliła i wpadła pyskiem w kopiec kreta i na tym by się to wszystko skończyło. Cykuta pokręciła lekko głową, karcąc samą siebie w myślach za samą myśl o tym, że będzie polować. Nie będzie, nie w najbliższym czasie, choćby chciała. Nie była wystarczająco gibka, zwinna, zręczna, żeby chociażby próbować, na osty i ciernie.
- Dużo jeszcze nam... zostało terenów do obejścia? - spytała cicho Łabędzia. - Chciałabym... zobaczyć wszystko - i mieć to z głowy.
— Czeka nas drugie tyle po drugiej stronie rzeki. No, trochę mniej — odparł, zerkając na Cykutę kątem oka. Właśnie powiedziała, że chciałaby zobaczyć wszystko, ale może nie miała świadomości, jak duże jest to wszystko. Jeśli jednak nie czuła się zniechęcona, będzie przeszczęśliwy mogąc pokazać jej całość. — Zobaczymy granice z Klanem Wichru i Klanem Gromu.
Z błotnistego Kretowiska przeszli do jeszcze bardziej zapadającego się pod łapami Torfowego Rojstu, gdzie Łabędź poprosił terminatorkę o stawianie wysokich kroków; sam również się do tego zastosował, unosząc łapy niczym bocian. To był nieprzystępny kawałek ziemi, szczęśliwie był także niewielki i nie zdołali się porządnie zmęczyć, a już znaleźli się z powrotem wśród drzew. Nadal nie było mowy o przechodzeniu o suchych łapach, trzymali się bowiem płynącej nieopodal rzeki, ale nie groziło im utopienie się w błocku.
— Spójrz na to, to Zatopione Korzenie. — Popatrzył na lewo. — Możemy się tu kiedyś przejść na ryby, co powiesz? Jest płytko, bezpiecznie, idealny punkt dla początkujących. Sam właśnie tu uczyłem się łowić... Nie tak dawno, swoją drogą. Przeszedłem cały trening bez tej umiejętności, dopiero jako wojownik złowiłem swoją pierwszą rybę.
Nawet gdyby łaciata była z natury gadatliwa, nie pogadaliby sobie dużo przed dojściem do kolejnego miejsca. Łabędź w pewnym momencie zatrzymał się i obrócił głowę ku terminatorce.
— Proszę bardzo, mamy i Wilgotne Skałki — oznajmił. — Tędy powinniśmy przejść na drugą stronę. Podmywa je woda, więc może być nieco ślisko... Ale myślę, że doskonale dasz sobie radę. Chcesz spróbować pierwsza?
Kretowisko było paskudne, ale Torfowy Rojst był gorszy. Sierść na grzbiecie Cykuty zjeżyła się niekontrolowanie gdy ta tylko poczuła błotnistą, mokrą ziemię pod łapami. W podobie do swojego mistrza stawiała wielkie, dalekie, wysokie kroki, robiąc to jak najszybciej mogła byle zaraz znaleźć się na nieco suchszym gruncie, chociaż trochę suchszym gruncie, gdzie mogłaby otrzepać łapy z błota.
Zbierało jej się na wymioty i płacz od samego tego uczucia, błota przylepiającego się do jej sierści. Powstrzymała się jednak, w momencie, gdy znaleźli się przy Zatopionych Korzeniach... obmyła łapy z ziemi w wodzie. Wolała mieć je mokre niż brudne, z dwojga złego.
Zaraz ruszyła dalej za Łabędziem, nijak jednak nie dotarły do niej jego poprzednie słowa na temat łowienia ryb. Skupiła się na tym co mówił dopiero przy Wilgotnych Skałkach, nerwowo w nie wpatrzona. - ... ale złap mnie, jakbym się poślizgnęła, dobrze? - wymruczała cicho, stawiając pierwszy krok na jednym ze śliskich kamyków.
A potem kolejny. I trzeci, i czwarty, poczuła się pewniej i bez żadnych problemów przeszła na drugi brzeg. Odetchnęła.