Skoro widział, jak pokonywała swoje lęki, to dlaczego te właśnie lęki o których mówił dalej ją dręczyły, dalej ją nawiedzały i dalej nakręcały jej paranoję i niepewność?
Cykuta przełknęła ślinę, pociągnęła nosem jeszcze kilka razy, znowu wpatrując się nie w pysk przywódcy a w rudzika którego jej przyniósł. To, co mówił, miało sens - ale jednocześnie go nie miało. Przechodząc drugi raz przez Bobrową Tamę bała się równie mocno, co za pierwszym razem, ale bardziej, niż strach przed samą tamą napędzał ją strach przed tym, jak ogromne naprawdę były ich tereny. Chciała wrócić do obozu bardziej, niż się bała, ale to wszystko wciąż sprowadzało się do jej nerwów i lęków.
Nie pokonała żadnego ze swoich lęków.
Ale zaczęła myśleć nad tym, co mówił Łabędzia Gwiazda. Starszyzna... może. Nie wie. Byli starsi, bardziej doświadczeni, ona nie rozumiała ich ani zapewne oni nie zrozumieliby jej, tylko by ją oceniali i narzekali na wszystko, jak to większość starszych ma w zwyczaju.
- ... jak emocjonalnie wspierać koty w nowej, dziwnej rzeczywistości i jak im pomóc, gdy ja czuję się tak samo? Bezużyteczna i zagubiona? Ja... nie wiem. To nie brzmi źle, ale nie wiem. Pewnie i tak bym zawiodła.
— Niektórym dokładnie tego potrzeba. Nie jakiegoś rozwiązania, nie kota usilnie próbującego wmówić, że niebo jest zielone... a w tym przypadku, że ich uczucia są nieadekwatne, ale kogoś, kto potrafi zrozumieć. Kogoś, kto czuł... bądź czuje się dokładnie tak samo. — Subtelnie przechylił łeb do boku.
Szalejąca Łapa nie różniła się od starszyzny tak bardzo, jak mogło jej się wydawać. W zasadzie nie różniła się tak bardzo od kotów, po prostu. Chyba większość z nich przechodziła lub będzie przechodzić przez podobny kryzys. Prócz kilku szczęśliwców, którzy musieli istnieć dla potwierdzenia reguły, nikt nie urodził się pewny tego, co ma robić. Tak samo, jak żaden ze stawianych za przykład wojowników nie pojawił się na świecie z gotowym pakietem cech i umiejętności. Niektórym pewne rzeczy przychodziły z łatwością, innym było nieco trudniej, ale ta odrobinka niesprawiedliwości była niezbędna, by każdy nie był taki sam.
— Pewnie zawiedziesz — przyznał beztrosko. — Ja mojej pierwszej terminatorce nie powiedziałem, że mamy razem trening! Jej mistrzyni zaginęła, więc poprosiłem Ćmią Gwiazdę, bym mógł zostać jej mistrzem zastępczym, ale tworzyłem pozory przyjacielskich spotkań i niczego więcej, żeby nie wyłapała podstępu... Z początku wydawało mi się to dobrym pomysłem, bo obawiałem się, że gdyby wiedziała, czułaby się gorzej. A później... później było coraz ciężej powiedzieć prawdę. Dowiedziała się dopiero na swojej ceremonii, kiedy została wywołana do składania przysięgi. Paskudna niespodzianka, nie uważasz? Straciła do mnie wtedy całe zaufanie, przestała się odzywać i wcale jej się nie dziwię. Niedługo później odeszła z Klanu. Długo plułem sobie w brodę, nie mogłem sobie wybaczyć własnego idiotyzmu, ale wiesz co? Ostatecznie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ona poza Klanem doczekała się syna i z tego co wiem, wiodło jej się nieźle, a ja tylko dzięki treningowi z nią mogłem, według Kodeksu, zostać przywódcą. Nasze życia poszły swoim torem. Czy postąpiłem niewłaściwie? Jak najbardziej. Czy zawiodłem? Jeszcze jak. Ale pewnych rzeczy nie da się uniknąć. A świat nadal trzyma się w jednym kawałku.
Może dla kota stabilniejszego emocjonalnie taka opowieść, taka lekcja wyciągnięta prosto z życia - i to do tego życia przywódcy, Gwiazdy na czele całego Klanu Rzeki - byłaby pokrzepiająca. Pomogłaby się zebrać w sobie, ogarnąć, przezwyciężyć chociaż część swoich lęków. Ale Szalejąca Łapa nie była stabilna emocjonalnie, szczególnie po ostatnich wydarzeniach. A teraz jej światopogląd został zachwiany, po raz kolejny. Bo... Łabędzia Gwiazda mógł popełniać błędy?
Łabędzia Gwiazda, on, którego uważała za wręcz świętego i niesamowitego, tego, przy którym po księżycach treningu czuła się dobrze i bezpiecznie, który był dla niej nie tylko mentorem ale czymś na rodzaj opiekuna, może i kolejnego rodzica, w zastępstwie za Zboże które się na nią wypięło, Łabędzia Gwiazda, na którego tak fukała na początku ich relacji a teraz był dla niej tak ważny, on... popełniał błędy? I umiał z tym żyć, i Klan mu to wybaczył i mimo tego wszystkiego został przywódcą?
Nie wiedziała, co o tym myśleć. Przełknęła ślinę.
- ... ja naprawdę chcę spróbować, wiesz, Łabędziu? Chcę... chcę spróbować tego... bycia dorosłą. Bycia wojownikiem. Chcę się przydać do czegoś, naprawdę. Nie chcę tak żyć, ale... ale tak się boję. Nie chcę nikogo zawieść, tego boję się najbardziej.
— Dlaczego aż tak bardzo się tego boisz? — spytał łagodnie. Lista rzeczy, których Cykuta się bała, była długa, kręta i napisana drobnym druczkiem, a ta konkretna obawa była wręcz wpisana w kocie DNA, tak często dawała o sobie znać. Ale ze wszystkich innych lęków ten chyba paraliżował ją najmocniej. Czy było cokolwiek, co mógł dla niej zrobić, by pomóc troszeczkę go oswoić? — Mogę cię zapewnić, że nie ma szans, bym ja czuł się zawiedziony, jeśli zdecydujesz się spróbować. Już teraz jestem w podziwie, że w ogóle to rozważasz, bo nie wiem, czy ja na twoim miejscu bym się na to zdobył. Twoja mama na pewno też będzie dumna, bez znaczenia, jak ta próba się skończy. Bo próbowanie czegoś nowego, wychodzenie ze swojej strefy komfortu, może nieco na przekór sobie, ale z myślą o Klanie jest godne podziwu, nie potępienia.
Mówiła, że chciała spróbować... A skoro chciała, to Łabędź czuł się zdeterminowany jej w tym pomóc. Chociaż Gwiezdnymi w prawdą, nie pogardziłby jakąś wskazówką, jak tego dokonać. Jak pokazać łaciatej, że Klan Rzeki nie czekał z wytrzeszczonymi oczami na jej potknięcia, i że te potknięcia wcale nie musiały skutkować intensywnym uczuciem rozczarowania.
- Bo... - zaczęła i urwała. Czy znała odpowiedź na to pytanie? Nie, tak naprawdę to nie. Czy wiedziała, czemu się tak tego boi? Nie. Nie wiedziała, jak ma Łabędziowi odpowiedzieć. Czy w ogóle chciała na to odpowiadać, skoro nie umiała. Bała się zawieść kogokolwiek w jakiejkolwiek kwestii ot, po prostu - bo bała się być zawodem dla kotów. Zawiodła Zboże i to wystarczyło.
- ... nie wiem. Boję się chyba... że... koty na których mi zależy. Przestaną mnie kochać. Tak jak Zboże - to było jedyne, co przychodziło jej do głowy, ale czy naprawdę o to chodziło? Chyba. Sama nie była już niczego pewna. - Boję się nawet próbować, bo boję się, że mi się to nie uda i... i wyjdę na porażkę. I zawiodę. I nie nadam się już do niczego w Klanie i w końcu mnie wyrzucisz bo jestem tak beznadziejna, chociaż- wiem, że byś tego nie zrobił, ale dalej się tego boję, nie wiem, nie rozumiem dlaczego-
Cykuta musiała zacisnąć szczęki żeby znowu się nie rozpłakać.
Odpowiedź go przeraziła. Otworzył szeroko oczy w geście zdumienia i szczerej zgrozy w jednym. W porządku, przyznała, że nie była pewna, czy to rzeczywiście to konkretne źródło strachu, ale... Jak mogła w ogóle tak pomyśleć, w jakimkolwiek kontekście? Och, biedna, biedna Cykuta.
Nie rozumiał, co miała na myśli wspominając Zboże. Zbożowy Kłos dało się poznać jako przyzwoity rodzic; spędzało czas z Tojad w Chruśniaku, dbało o kocięta, potem bez skarg z żadnej ze stron trenowało Chabrową Łapę... Później zaczęły się jakieś problemy, o których Łabędź wiedział tyle, że Zboże ponownie doczekało się kociąt, z inną partnerką. I zraniło Tojad. Czy o to chodziło Cykucie? Czuła się odtrącona, nieważna, niekochana, bo jej rodzic założył inną rodzinę? Nic innego nie przychodziło mu do głowy, ale też nie było sensu dociekać. Chyba. Może było, bo niestety akurat tego obgadać się z rudym wojownikiem się już nie dało.
— W żadnym razie, nikt nie przestanie cię kochać — powiedział ze stanowczością. — Tojad w ogień by za tobą skoczyła, myślisz że dlaczego? To ty wiele dla niej znaczysz. Nie twoje osiągnięcia. Tak jak ty nie kochasz jej za to, że jest dobrą wojowniczką, zgadza się? To się tak łatwo nie zmieni. Wiem, wiem że mi łatwo mówić, ale... Zaufaj mi, proszę. Będzie dobrze. Poradzisz sobie. I cokolwiek postanowisz, nawet jeśli nic nie postanowisz, będę przy tobie. Nie zostaniesz z tym sama.
Lodowaty sopel wbił się w Cykucie serduszko gdy kątem oka, unosząc wzrok sponad własnych łap na jedno uderzenie serce napotkała spojrzenie Łabędzia. Był smutny, był zszokowany i pewnie był nią zawiedziony ale nie potrafił tego przyznać wprost, prawda? Ona była zawiedziona sobą. Jak zawsze, to nie była żadna nowość. Pociągnęła nosem jeszcze raz, nerwowo ugniatając łapkami mech którym umościła sobie swoje legowisko.
- ... - otworzyła mordkę i zaraz znowu ją zamknęła, chwilę myślała, wzrokiem skanując otoczenie, jakby właśnie gdzieś wśród flory obozu miała znaleźć jakąkolwiek odpowiedź na to, co powinna teraz robić, mówić. - Okej. Zaufam... zaufam ci - bo właściwie, jaki inny miała wybór?
- ... możemy coś... przerobić, takiego... no, treningowego, jeśli masz czas. Nie chcę teraz chyba zostać... sama. I chcę... iść do przodu w edukacji, tak myślę - bo jak właśnie z Łabędziem ustaliła: chciała się przydać. Chciała spróbować.
Uśmiechnął się na stwierdzenie, że Cykuta mu zaufa. Nie brzmiała na przekonaną, ale to nic nie szkodziło. Wcale nie musiała być. Najważniejsze, że dawała mu szansę. Im. To już jeden krok do przodu.
Zaraz potem również został przyjemnie zaskoczony, gdy zaproponowała powrót do materiału treningowego; odbyli właśnie niełatwą rozmowę i nie zdziwiłby się, gdyby potrzebowała czasu w samotności, by sobie to wszystko poukładać. Może zastanowić się nad tym, co dalej. Skoro jednak nie chciała zostać sama, co więcej, była zmotywowana do działania, to Łabędź zapewnił, że jak najbardziej ma czas, umościł się wygodniej, owinął bok ogonem i zastanowił krótko.
— To co powiesz na rangi? — spytał, nie przestając łagodnie się uśmiechać. — Tyle wokół nich dzisiaj krążymy, że może dobrze byłoby sobie je odświeżyć.
A nuż coś rozjaśni jej się w głowie? Może wpadnie jakiś pomysł, w czym mogłaby się sprawdzić? Przy okazji był to o wiele lżejszy temat od Kodeksu, nie wymagał też ruszania się z Obozu. Idealnie na dzień taki jak ten.
Miała mętlik w głowie, ale coś tak miała nadzieję, że jeśli mistrz przystanie na kontynuowanie treningu, och, miała nadzieję, że omówią coś prostego. Jak rangi chociażby, właśnie. To pasowało. Miała nadzieję, że ten temat trochę rozjaśni jej w głowie, może w rozmowie z kotem, któremu ufała i który sprawiał, że czuła się bezpiecznie, chociaż trochę, może mówiąc o tym na głos, kto wie, wpadnie na jakiś pomysł. Jakikolwiek.
Cykuta przełknęła ślinę.
- Z rang klanowych... są... są kocięta, które. Nic nie robią. W wieku sześciu księżyców kocię może zostać terminatorem, terminatorzy trenują do... zostania wojownikiem, albo kimś. Innym - kimś innym. Sama to powiedziała. Ona mogła być kimś innym. - Są wojownicy, polują i patrolują granice... bronią. Klanu. Są opiekunowie, którzy... zajmują się wszystkimi kotami mieszkającymi w chruśniaku... starszyzna... odpoczywa, jest na emeryturze po skończonej służbie wojownika... i jest. Przywódca, czyli ty. Gwiazda. Z dziewięcioma życiami... jest zastępca, prawa łapa przywódcy, jest medyk i jego terminatorzy... i to... chyba tyle.
Kiwał głową, zgadzając się z każdym wypowiedzianym przez terminatorkę słowem. Odezwał się dopiero, gdy skończyła mówić.
— Dokładnie tak — potwierdził ze szczerą dumą. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że rozmową o rangach nie odkrywali drugiej Srebrnej Skórki, ale cieszył się, że teraz to ona zabierała głos. I dawała radę, mówiła zwięźle i na temat, nie pomijając żadnej ważnej rzeczy. — Od siebie dodam, że zastępca, prócz pomagania przywódcy, też ma swój specjalny zestaw zajęć — organizuje patrole i dba o poprawny przebieg treningów. Podobnie jak przywódca, może przeprowadzać ceremonie, chociaż nie może mianować nowych wojowników. Istnieje też trzecia ranga medyczna, pomocnik medyka. Miałaś prawo o niej nie słyszeć. Jak żyję, nie było w Czterech Klanach kota, który by ją piastował. Ponoć za dawniejszych czasów, kiedy w Klanie żyło dwóch wyszkolonych medyków, ten drugi był pomocnikiem swojego mistrza. Taką... prawą łapą, jaką jest zastępca dla przywódcy. Oficjalnie zostawał medykiem dopiero po śmierci poprzednika, ale wiedzę miał taką samą, różniło ich przede wszystkim doświadczenie. Zdaje się, że zmieniło się to za sprawą Lśniącej Sadzawki, medyczki Klanu Wichru, która mianowała swojego terminatora medykiem, nie pomocnikiem, sama nie rezygnując z rangi. Tak samo stało się u nas, gdy Barwna Woda udał się na ceremonię z Rybołowim Lotem i Cisową Gałązką. Hmm... No właśnie. Mówił ci ktoś o kotach rządzących w reszcie Klanów?
To już nieco mniej oczywista wiedza, zwłaszcza dla kogoś, kto nie zawierał przyjaźni poza własnym Klanem. Imiona nic nieznaczących w życiu Cykuty imiona mogły nie mieć dla niej najmniejszego znaczenia. W takim wypadku mogliby sobie o nich napomknąć teraz; bądź co bądź, sąsiadów warto znać.
- Pomocnik medyka - powtórzyła cicho, chwytając się tego słowa i... myślała. Zamyśliła się, chwyciła właśnie tego słowa, tej rangi o której mało kto wiedział i mało kto słyszał i przez chwilę wyraźnie w Cykuciej główce zachodziły jakieś reakcje, jakieś myśli, to chyba szło w jakimś kierunku, chociaż jeszcze sama nie wiedziała jakim. - ... a taki... pomocnik medyka musi mieć... ukończony pełen trening medyczny? Czy może po prostu... pomagać w lecznicy, w zbieraniu ziół chociażby?
Może...
Cykuta poruszyła uszami i pokręciła głową. - Wiem tylko że... medyczka w Klanie Wichru to Lśniąca Sadzawka.
Nie spodziewał się szczególnej reakcji na informację o, powiedzmy sobie szczerze, przestarzałej randze, ale wyglądało na to, że pochwyciła zainteresowanie Szalejącej Łapy. Przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć na jej pytanie, aż w końcu odezwał się ostrożnie:
— Oryginalnie właśnie tak było — przyznał. — Pomocnik medyka był jednocześnie przyszłym medykiem, więc musiał posiadać całą niezbędną wiedzę. Obecnie... Cóż, ta ranga odchodzi w zapomnienie, możliwe, że zaniknie zupełnie, jeżeli Klan Gromu i Cienia nie zdecydują się kultywować tradycji. Ciężko przewidzieć, co w związku z tym postanowią medycy.
Jeśli zdążyli omówić to na poprzednim Zgromadzeniu Medyków, to jemu nie było nic na ten temat wiadomo. Może niegłupim pomysłem byłoby porozmawiać z Cisową Gałązką i Rybołowim Lotem?
— Dobrze, to zacznijmy od Klanu Wichru — postanowił, by nie mieszać jej przesadnie w głowie. Chociaż... tyle tego było, że wątpliwe, by ktoś był w stanie zapamiętać to od razu. — Tam przywódczynią jest Lawendowa Gwiazda, szara, smukła kotka; doświadczona liderka, przewodzi Klanem od kiedy pamiętam. Trochę inaczej jest z jej zastępczynią, Roziskrzoną Nocą, która dopiero co została wytypowana po rezygnacji poprzedniej zastępczyni. Ona z kolei jest bura, trochęęę przypomina Dębową Łapę, charakteryzują ją białe znaczenia i dwukolorowe oczy. Ich medyczka, Lśniąca Sadzawka, to najstarszy medyk Czterech Klanów. Ma jednolicie białą szatę, dokładnie tak jak jej dawny terminator, czyli aktualny drugi medyk: Krwawnikowy Liść. Mają jeszcze terminatora medyka, Miętową Łapę, o nim niestety nie wiem nic. Dalej mamy Klan Gromu. Rządzi w nim niewielka, szylkretowa kocica o imieniu Żubrza Gwiazda. Równie, o ile nie bardziej doświadczona od Lawendowej Gwiazdy. Jej zastępcą jest jasny, krótkowłosy kocur — Wężowy Błysk. Z budowy ciała przywodzi na myśl Słony Wiatr. Ich medyczka też jest śnieżnobiała, to Truskawkowy Gąszcz, która szkoli dwie terminatorki, Powojnikowy Pęd i Nurtową Łapę, o których nie wiem zbyt wiele. W Klanie Cienia natomiast Gwiazdą jest Polna Gwiazda, cóż... jeszcze jeden doświadczony przywódca, co widać po jego charakterystycznym wyglądzie. Ma sporo widocznych blizn i brakuje mu sporej części ogona. Zastępuje go Wirujące Pióro, bury kocur o długiej, gęstej szacie. Brakuje im medyka, aczkolwiek mają aż trzy terminatorki: Pochmurną Łapę, Rwącą Łapę i Huraganową Łapę. ...sporo tych imion, przyznaję bez bicia, ale dobrze je kojarzyć.
- A... - Cykuta zamyśliła się, przełknęła ślinę i zaczęła sama siebie w myślach karcić za taki pomysł. Nie, nie będzie zawracała medykom głowy bardziej, niż to koniecznie, ani Łabędziowi. Wszyscy mają przez nią wystarczająco dużo problemów. Ale tak bardzo chciała o to spytać, bo jeśli już gdzieś się widziała w dorosłości, po ukończonym treningu, to właśnie jako taki... pomagier w Królikarni. Mogła zbierać zioła. To mogła robić. - A gdybyś... poszedł ze mną do Królikarni, porozmawiać z... Cisową Gałązką i Rybołowim Lotem? Czy nie przydałaby im się, um. Para łap do pomocy w zbieraniu ziół i segregowaniu ich w składziku?
Ilość imion i opisów wyglądów różnych ważnych kotów we wszystkich pozostałych klanach doprowadziły Cykutę do zawrotu głowy. Dużo, tak. Dużo informacji które musiała przyswoić i w efekcie, nie potrafiąc się do końca skupić na słowach mistrza, postanowiła zapamiętać tylko wygląd przywódców, a imiona przywódców i zastępców. To powinno tak naprawdę wystarczyć, prawda? Jakie szanse na spotkanie medyków z innych Klanów? Nikłe. Dla niej wręcz zerowe.
Kiwnęła głową, sama do siebie, albo dla potwierdzenia Łabędziowi, że dotarło.
— Możemy tak zrobić — zgodził się natychmiast, przypatrując się czarno-białemu licu z ciepłem wymalowanym w przymrużonych oczach. — Porozmawiać nigdy nie zaszkodzi, prawda?
Miał swoje wątpliwości, czy w Królikarni potrzebowali pomocy, wszak zamieszkiwana była przez dwójkę wykwalifikowanych medyków i jedną nie mniej zdolną terminatorkę. Ale widział też Barwną Wodę, który pomimo wsparcia ze strony swojej dwójki uczniów wyglądał jak cień kota. Praca w lecznicy nie była prosta, a kiedy jedno chorowało, ogrom obowiązków przygniatał pozostałych. Tak, jak było teraz, kiedy zdrowie Rybołowiego Lotu pozostawiało wiele do życzenia. Może właśnie ucieszyliby się z pomocy przy drobniejszych sprawach, dzięki której mogliby skupić się na chorych i na sobie? Tego nie wiedział, uważał natomiast, że jeśli to właśnie w pracy z ziołami chciała spróbować sił Cykuta, to powinni przekonać się, czy istniała na to szansa. Miał nadzieję, że tak. Chyba... chyba odpowiadałoby jej życie w spokojnej, cichej lecznicy. Mogłaby stać się ważną częścią rzecznej kadry medycznej i w zasadzie każdy by na takim rozwiązaniu skorzystał.
- ... dobrze. Mogę spróbować bycia wojownikiem. A potem, w razie czego... porozmawiamy z medykami. Czy. To będzie w porządku? - skoro Łabędź się zgodził, to może faktycznie z tej rozmowy coś wyjdzie. Może faktycznie zdoła dojść do porozumienia z Cisową Gałązką i Rybołowim Lotem. Może mogłaby przydać się Klanowi Rzeki w taki sposób. Gdyby miała wychodzić z obozu razem z doświadczonymi, dorosłymi kotami i tylko po to, aby zbierać zioła...
To nie brzmiało źle.
Ale chciała spróbować zostać wojownikiem. Spróbować. Chociaż na chwilę. Chyba. Chciała, aby był z niej dumny. Łabędź, aby on był z niej dumny.
- Łabędziu - odezwała się nagle Cykuta, po dłuższej chwili milczenia, zawieszając wzrok na swoim mistrzu. Była mu wdzięczna, za wyrozumiałość, za to, że faktycznie zdołał nakierować ją na jakąś ścieżkę życiową. I pluła sobie w brodę, że będąc kocięciem unikała go jak ognia, uciekała od niego i fuczała na niego, bo tak bardzo bała się treningu z nim, że nazwała go kimś obcym. Nie był obcym. Był dla niej równie ważny, co Tojad. - Dziękuję.