Wysoki oraz niezwykle chudy kocur o szarej, ściśle przyległej do ciała sierści z dużymi, odstającymi uszami i trójkątnym pyszczkiem
Aktorzyna, wredny typ, zazwyczaj cichy jednak do bitki rwie się pierwszy, potrafi na chłodno oceniać sytuację i wie jak wybrnąć z kłopotów. Często kłamie i oszukuje, a zdanie innych go nie obchodzi. Nie obchodzi go praktycznie nic, żyje z dnia na dzień i nie potrzebuje żadnego większego celu. |KP|
Łabądek (KR)
Nie byłem głupi, zauważyłem więc jak nieznajoma nieco się oddala, jakby odepchnięta moim jakże śmiałym ruchem. Zacisnąłem szczęki widząc, że możliwie straciłem swoją szansę a irytacja nieco ogarnęła mój umysł. Czym były zagrywki nieznajomej? Zbliżyła się tylko po to, aby zaraz czmychnąć mi prosto z łap? Gdzie tu sens, gdzie tu logika... Rozdrażnienia jednak nie dało się rozpoznać po moim pyszczku, który nie dawał żadnych znaków cechujących emocję. Nawet lekko uniesione do góry wargi powróciły na swe miejsce, więc teraz zdawałem się być niezwykle... poważny. Trudno czasem zrozumieć kotki, były one naiwnymi, lecz nie aż tak prostymi istotkami. Bardzo ciekawe zagadki, idealne, jeśli ktoś tak - jak ja ma aż za dużo czasu wolnego. Nigdzie mi się bowiem nie spieszyło - nie miałem ważnych zadań, mogłem trwać więc tak w tej rozmowie całe księżyce próbując rozgryźć napotkanego mi kota. Kiedy tylko cętkowana odsunęła się poczułem, że mięśnie moje przestają być aż tak piękne, a fascynacja ogarniająca powoli moje ciało zaczyna zanikać. Cóż, jak silne są te pierwotne instynkty? Nie chciałem by się oddała lecz teraz - nijak zareagowałem. Mógłbym rzucić się na nią i przygnieść do lepkiej warstwy śniegu, zostawić po sobie jedynie nienawiść - cóż nie takie rozwiązanie mnie fascynowało, wiedziałem że to nie tak ma się skończyć. Nie rozpamiętywałem się długo nad tym, co kotka mówiła - niby co chciałaby usłyszeć? Kij wie.
Jednak następne słowa sprawiły, że moje zwykle zmrużone ślepia się rozszerzyły nie zwracając uwagi na bodzącą łunę księżyca. Szybko połączyłem pasujące do siebie elementy i poczułem swego rodzaju radość - miałem rację! Tak, jak zawsze. Sprawiłem sobie parę pochwał, później skupiłem już całkowitą uwagę, w myślach obrazując sobie Lamparcią... Łapę. Młodziutką, śliczną - widać, że coś się musiało stać. Kontem oka zauważyłem rozległą bliznę - pamiątkę po czymś strasznym. Gdybym był inny z pewnością wypytywałbym się o nią niby jakiś namolny kociak. Interesowało mnie jednak co innego.
- Mam nadzieję, że twoi współbratymcy tym razem nam nie przeszkodzą - rzekłem i aż za aktorsko zacząłem się rozglądać niby nerwowo w poszukiwaniu tych krzywych mord, które poprzednio odebrały mi Lampart ode mnie. Tak, jakbym miał jej zrobić krzywdę. Zakręciłem kółko wokół własnej osi teatralnie rozglądając się, w środku czułem jednak swego rodzaju dziwną radość - Pachniesz obco - dodałem jednak po mym małym występie aktorskim - Dużo się stało - dokończyłem, ponownie mrużąc oczy. Nie, nie była to jednak zachęta dla Lampart aby opowiedziała mi swoją historię życia, po prostu... suche stwierdzenie faktów. Każdy dużo przeżył a swój sposób... czy coś.
Jest wyjątkowo zgrabna i elegancka w ruchach, które potrafi skoordynować tak, by uzyskać zniewalający efekt, podkreślający atuty. Jest nieco wyższa od przeciętnych kotów, dzięki czemu może robić to, co wyjątkowo jej się podoba - patrzeć na innych z góry, nie nadwyrężając wątłego karku, za którym znajdują się delikatne, niewieście barki. Jej ciało o idealnych, wzorcowych wręcz proporcjach okryte jest krótkim, kremowomlecznym futerkiem o miękkiej teksturze, które na całym tułowiu pokrywają ciemnobrązowe cętki o nieregularnych kształtach, natomiast na łapach i pysku przepasają pręgi, ciemniejące na końcach. Między jej tylnymi łapami natomiast rozlana jest śnieżnobiała plama, która dalej ciągnie się przez podbrzusze pod postacią cienkiego pasma, które na pierwszy rzut oka ciężko jest jakkolwiek dostrzec. Duże ślepia natomiast są koloru mroźnego błękitu.
Niegdyś każda niesprawiedliwość, nawet ta wymierzona wobec obcych, bodła ją w moralność, a teraz? Jest zobojętniała na czyjąś krzywdę i pogrążona w nieczułej apatii. Żywe serce, ze względu na przebytą drogę i doświadczenia, zamieniło się w kanciastą skałę, skutą dodatkowo grubą warstwą lodu, co by przebicie się do uschniętego wnętrza nie było za łatwe. Córka Kolorowego Wiatru zdecydowanie wydoroślała i nie widać w niej praktycznie żadnych pokładów dawnej buntowniczości oraz młodzieńczego zapału do wykazania się przez przyjaciółmi. Jest chłodna, niezwykle zdystansowana i obiektywna, a każdą informację przetrawia kilka razy, nim podejmie decyzję, by przypadkiem nie popełnić żadnego błędu przeszłości. Ma w sobie pokłady surowego wigoru i wymaga od kotów znacznie więcej, niż dotychczas (...)
Pszenica [KG], Jesionowa Łapa [GK]
Pozwoliłam moim mięśniom rozluźnić się z lekka, kiedy dostrzegłam, że jego namolny zapał poniekąd się ostudził. Na jak długo jednakże? Nie mogłam być pewna, ale ostatecznie wyszło na moje. Mogłam być z siebie dumna, jako że przekroczyłam kolejną maleńką granicę, lecz wciąż coś nie dawało mi spokoju i słodkie podszepty nękały moją biedną główkę, wciskając się do środka przez wrażliwe na sugestie uszy. Patrzyłam na niego uważnie przez dłuższą chwilę, dopóki nie dostrzegłam błysku w zielonych ślepiach, które nagle się rozszerzyły. Poczułam dreszcze na całym ciele, a uszy wręcz mechanicznie położyłam po sobie w ostrzegawczej manierze, by gwałtownie się odwrócić i omieść całą okolicę uwagą. Pusto. Cóż za licho. Co takiego zauważył Trucizna, czego nie widziałam ja? Kretynka. Skończona idiotka, która mogła właśnie wpaść w idealną zmyłkę, niczym nie różniącą się od typowego 'spójrz, latający jeż', mającego za zadane odwrócić uwagę potencjalnej ofiary.
- ... - nie odezwałam się słowem, czując obezwładniającą mnie mieszankę najrozmaitszych emocji, gdzie jedne z nich stały w opozycji do drugich, tworząc niejasną plątaninę myśli, które właśnie próbowały ustalić pewne priorytety i założenia. Tym razem. Inny raz. Pobratymcy? Patrzyłam przez dłuższą chwilę na swoje własne łapy, gdy zalała mnie fala niekomfortowego gorąca. Lwi Zew. Zapchlony psubrat o którego istnieniu zdążyłam już zapomnieć. Przed moimi oczami ponownie pojawiła się jego wielka morda, której jedynym pragnieniem było rozpustne życie u boku jakiejś cuchnącej i nieudolnej pieszczoszki, z którą każdego dnia oddawałby się brudnym i lepkim interesom w przydrożnych krzakach, w ramach zaspokojenia swoich odstręczających i niskolotnych potrzeb. Yuck. To nie było teraz szczególnie ważne. Ktoś inny był ważny, stanowił most do słodkiej i niewinnej przeszłości, której tak tęskno wypatrywałam przez te wszystkie księżyce. Wiele bym dała, aby powrócić do tamtych chwil. Być znowu głupią terminatorką, która nie rozumie świata i jest jej z tym po prostu dobrze.
Postąpiłam kilka kroków do przodu, przy każdym czując się coraz to słabiej i lżej, dlatego też ostatecznie oparłam się o Trującego z pewnym impetem, wciskając swój nos w jego szyję, by chłonąć zapach w zupełnie inny sposób, niż dotychczas. Tak, teraz było to o niebo lepsze, bardziej smakowite i soczyste.
-Och, Trująca Łapo - wymruczałam, by po chwili skubnąć zębami jego skórę - byłam przekonana, że szczury pożarły Cię księżyce temu - uśmiechnęłam się szelmowsko i bardzo zaczepnie. Przekonana nigdy nie byłam. Zawsze tliła się we mnie jakaś nadzieja, bardzo typowa dla głupich jednostek, lecz brałam pod uwagę to, iż mógł gnić na Srebrnej Skórce. Niemniej jednak... miła niespodzianka, nawet jeśli pożerała moje ciało od środka i tłamsiła trzeźwo myślący do tej pory umysł. Walczyłam z tym, sama ze sobą, byleby tylko pozostać przy zdrowych zmysłach, choć radość i podekscytowanie rozpierały mnie od środka, a żeby to wszystko skontrolować musiałam przygryźć wnętrze policzka, powstrzymując się w ten sposób od zbyt szerokiego uśmiechu.
- Ty również... - stwierdziłam, by w tej samej chwili usiąść na śniegu i przysunąć ogon bliżej przednich łap - ... nieco osiedlowo - znałam miejskie odory aż za dobrze i nawet jego własna woń nie była w stanie tego zamaskować. Jeszcze nie. Tak czy owak Klanu Cienia musiał nie widzieć od bardzo długiego czasu, choć trzeba przyznać, że fizycznie trzymał się całkiem nieźle, bo co by nie zapeszać, Trujący miał w sobie to coś, co pociągało oraz imponowało.
✦ ✦ ✦ go ahead,you'vetakenmedownnow giveme,giveme,giveme,givemewhatyoudon't know go ahead,.,,.,.takeme alloutnow get this,get thisintoyourgame
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
... zanim wróci do Nowego Świtu, to może jeszcze korzystać ze słodkiej wolności i łazić, gdzie dusza zapragnie. Tak, dziś ostatnia noc pełnej swobody, a potem wreszcie zbierze się na odwagę i pójdzie na granicę. Jeśli ich rozpoznają, to dobrze, jeśli jakimś cudem nie rozpoznają, w końcu urosło i zmądrzało przez te księżyce, to tym lepiej. Przedstawi skę fałszywym imieniem, opowie zmyśloną historyjkę i dołoży do gawędy odpowiedni wyraz pyska, w istocie, tak wyważy proporcje, że choć będą powątpiewali, patrzyli ze zdziwieniem, to bez słowa wpuszczą ich do obozu. To będzie dopiero piękne. Wspaniały, świetny żart.
Ale ono tu się zanurza w myślach o tym, jak to wspaniale będzie, a trzeba żyć. Ostatnia noc wolności upływa, a ono krąży wokół tego domu – jak koszmar albo duch.
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
Księżyce: 120 Płeć: M Trwałe urazy: pionowa blizna na przedniej prawej łapie, naderwane lewe ucho
Długi i dość wysoki, Szpadel sprawia wrażenie kogoś solidnie zbudowanego, chociaż nieszczególnie ponadprzeciętnie. Ma jednolicie czarne, średniej długości futro, które w słońcu mieni się brunatną barwą. Monotonię przecinają tylko żółte niczym latarnie ślepia. Poważnej aury dodaje mu fakt, że zwykle mimiką niewiele zdradza - ciężko stwierdzić, czy wynika to z celowego ukrywania swoich emocji, czy z faktu, że Szpadel po prostu niewiele odczuwa. W młodości mógł uchodzić za kota wręcz pięknego - teraz jednak odcisnęły się na nim trudy życia w mieście. Na przedniej prawej łapie ma długą, wąską bliznę, a lewe ucho naderwane; futro często ma w nieładzie, zwichrzone i potargane. W efekcie Szpadel wydaje się być nikim więcej niż wędrownym łotrem.
Cicha woda. Obserwator. Łatwo wziąć go za kogoś, kto nigdy nie ma własnego zdania. Zmiany przychodzą mu ciężko, a nawiązywanie głębokich, wartościowych relacji tym bardziej. W rzeczywistości ma zarówno większe poczucie humoru, gdy rozbawi go coś nieprzewidzianego, jak i duże pokłady gniewu, od którego nie potrafi odseparować się tak dobrze, jak by chciał, lecz stara się ukryć przed innymi. Sprawia wrażenie raczej spokojnego i rozważnego, czasem wykalkulowanego, lecz prawda jest taka, że najważniejsze decyzje podejmuje pod wpływem emocjonalnych impulsów.
Śliska Kora, Lotna Łapa, Skała
Sielankowy spacer Śreżogi przerwała obca woń na wietrze - i bynajmniej nie należąca do żadnego z klanów. Śmierdziała miastem, jego szarzyzną, przywodziła na myśl pędzące samochody... Dla tych, oczywiście, którzy wiedzieli, co to miasto.
W zaroślach, może czterdzieści metrów dalej, przemknęła spora, ciemna zjawa, która zdawała się krążyć wokół ludzkiego domu krokiem ostrożnym, lecz zdecydowanym. Nieznajomy Śreżogi jeszcze nie zobaczył, widocznie zbyt zafascynowany na ten moment budynkiem, ale lada chwila mógł się odwrócić.
Był to zapewne samotnik - pytanie tylko, czy wart poznania.
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
Słyszy szelest. Dostrzega poruszenie wśród gałęzi. I natychmiast sprawdza, czy makijaż nie rozmazuje się na pysku, czy dobrze tkwi kostium. Kurtyna w górę, światła na estradę. A akurat przychodzi im do głowy pomysł na taki znakomity figiel! Ciekawe, czy nieznajomy się nabierze.
Nabiera powietrza w płuca, przygotowuje się do zmodulowania głosu.
– Jeszcze tego pożałujesz! Być może któregoś dnia, gdy zechcesz przyjść, ja już nie będę czekać, zapamiętaj to sobie! – krzyczy ile sił w płucach, wyginając się w pałąk, patrząc gdzieś w dal, napełniając głos imitacją rozpaczy.
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
Księżyce: 120 Płeć: M Trwałe urazy: pionowa blizna na przedniej prawej łapie, naderwane lewe ucho
Długi i dość wysoki, Szpadel sprawia wrażenie kogoś solidnie zbudowanego, chociaż nieszczególnie ponadprzeciętnie. Ma jednolicie czarne, średniej długości futro, które w słońcu mieni się brunatną barwą. Monotonię przecinają tylko żółte niczym latarnie ślepia. Poważnej aury dodaje mu fakt, że zwykle mimiką niewiele zdradza - ciężko stwierdzić, czy wynika to z celowego ukrywania swoich emocji, czy z faktu, że Szpadel po prostu niewiele odczuwa. W młodości mógł uchodzić za kota wręcz pięknego - teraz jednak odcisnęły się na nim trudy życia w mieście. Na przedniej prawej łapie ma długą, wąską bliznę, a lewe ucho naderwane; futro często ma w nieładzie, zwichrzone i potargane. W efekcie Szpadel wydaje się być nikim więcej niż wędrownym łotrem.
Cicha woda. Obserwator. Łatwo wziąć go za kogoś, kto nigdy nie ma własnego zdania. Zmiany przychodzą mu ciężko, a nawiązywanie głębokich, wartościowych relacji tym bardziej. W rzeczywistości ma zarówno większe poczucie humoru, gdy rozbawi go coś nieprzewidzianego, jak i duże pokłady gniewu, od którego nie potrafi odseparować się tak dobrze, jak by chciał, lecz stara się ukryć przed innymi. Sprawia wrażenie raczej spokojnego i rozważnego, czasem wykalkulowanego, lecz prawda jest taka, że najważniejsze decyzje podejmuje pod wpływem emocjonalnych impulsów.
Śliska Kora, Lotna Łapa, Skała
Podejście Śreżogi było doprawdy godne podziwu - nie dość, że nie starali się uniknąć samotnika, to jeszcze dobrowolnie starali się go przywołać. Gdyby Szpadel miał trochę inne nastawienie, tylko trochę bardziej skrzywioną osobowość, mogło się to skończyć dla Śreżogi dość tragicznie.
Niewątpliwie jednak zwrócili na siebie uwagę samotnika. Szpadel w tempie ekspresowym zwrócił się w stronę krzyku, który jednoznacznie oznaczał dla niego kłopoty. Ostatnia kłótnia, którą kiedykolwiek przeprowadził, była miedzy nim i Młodym, kiedy Młody próbował nakłonić go do zemsty. Ale nieważne, to już przeszłość.
Z daleka już ujrzał kolorową sierść Śreżogi, równie nietypową co przyciągającą wzrok. Szpadel uznał, że nieznajomy musi być domowym kotem - kto inny mógłby być do tego stopnia nieuważny bądź arogancki? Chociaż z drugiej strony niektóre z klanowych kotów były tu równie dziwne, więc w sumie, kto wie.
- Masz w zwyczaju wydzierać się tak we własnym domu? - zapytał, zostawiając między sobą a Śreżogą dystans mniej więcej dziesięciu metrów. - Za kim tak krzyczysz?
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
– Raz, kiedy kogoś chowaliśmy – odpowiada Śreżoga zupełnie płynnie, odwracając się ku nieznajomemu tanecznym ruchem i obdarzając go uśmiechem chudego, dziwnego pyska. Przechyliło głowę, przyjrzało się mu uważniej. – A potem już nikt nie krzyczał. Umierali we śnie, a jeśli nie umierali we śnie, to wrzucało się ich do rzeki.
Przygląda się jeszcze pilniej. Ich pysk nie wyraża zupełnie nic. – Nazywa się Natchnienie. A Ty co tu porabiasz?
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
Księżyce: 120 Płeć: M Trwałe urazy: pionowa blizna na przedniej prawej łapie, naderwane lewe ucho
Długi i dość wysoki, Szpadel sprawia wrażenie kogoś solidnie zbudowanego, chociaż nieszczególnie ponadprzeciętnie. Ma jednolicie czarne, średniej długości futro, które w słońcu mieni się brunatną barwą. Monotonię przecinają tylko żółte niczym latarnie ślepia. Poważnej aury dodaje mu fakt, że zwykle mimiką niewiele zdradza - ciężko stwierdzić, czy wynika to z celowego ukrywania swoich emocji, czy z faktu, że Szpadel po prostu niewiele odczuwa. W młodości mógł uchodzić za kota wręcz pięknego - teraz jednak odcisnęły się na nim trudy życia w mieście. Na przedniej prawej łapie ma długą, wąską bliznę, a lewe ucho naderwane; futro często ma w nieładzie, zwichrzone i potargane. W efekcie Szpadel wydaje się być nikim więcej niż wędrownym łotrem.
Cicha woda. Obserwator. Łatwo wziąć go za kogoś, kto nigdy nie ma własnego zdania. Zmiany przychodzą mu ciężko, a nawiązywanie głębokich, wartościowych relacji tym bardziej. W rzeczywistości ma zarówno większe poczucie humoru, gdy rozbawi go coś nieprzewidzianego, jak i duże pokłady gniewu, od którego nie potrafi odseparować się tak dobrze, jak by chciał, lecz stara się ukryć przed innymi. Sprawia wrażenie raczej spokojnego i rozważnego, czasem wykalkulowanego, lecz prawda jest taka, że najważniejsze decyzje podejmuje pod wpływem emocjonalnych impulsów.
Śliska Kora, Lotna Łapa, Skała
Chociaż Szpadel nie był, łagodnie rzecz ujmując, najdoskonalszy w odczytywaniu emocji, inaczej wyglądało potencjalne niebezpieczeństwo. Niektórzy młodsi współpracownicy pewnie nazwaliby go paranoikiem, lecz nie zmieniało to faktu, że z nieznajomym ewidentnie było coś nie tak.
Nie, żeby Szpadel był w stanie zgadnąć, co. Odpowiedź, którą otrzymał, była tak dziwna i odrealniona, że nie wiedział, co ma z nią zrobić. Czyżby Śreżoga było mordercą? Fakt, że sam Szpadel zajmował się odbieraniem życia, wcale mu nie przeszkadzał oceniać kogoś, kto rzekomo robił to samo.
- Natchnienie szaleństwa, co? - zapytał równie spokojnym głosem. Nie wydawał się zbytnio spłoszony wypowiedzią Śreżogi, lecz oczy jakby trochę mu się wyostrzyły. Ewidentnie porzucił myśl, że Śreżoga jest biednym domowym zwierzątkiem. - Jestem tu nowy. Zastanawiałem się, czy nie jesteś w stanie powiedzieć mi czegoś o tych... rejonach. Czy wrzucanie innych do rzeki jest tutejszym sportem?
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
Czy Śreżoga jest szalone? Być może. Zdecydowanie zbyt dużo nad tym się zastanawia i dochodzi do nieproporcjonalnie mało istotnych wniosków. Patrzy na nieznajomego czujnie i pilnie.
– Ładne imię, prawda? – uśmiecha się. – Nie. To nie było tutaj. Tu się zwykle grzebie. Albo zostawia na pożarcie innym – przeciąga się, aż w kręgosłupie strzykają kostki. – A co tu porabiasz? Szukasz przygód czy szczęścia?
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
Księżyce: 120 Płeć: M Trwałe urazy: pionowa blizna na przedniej prawej łapie, naderwane lewe ucho
Długi i dość wysoki, Szpadel sprawia wrażenie kogoś solidnie zbudowanego, chociaż nieszczególnie ponadprzeciętnie. Ma jednolicie czarne, średniej długości futro, które w słońcu mieni się brunatną barwą. Monotonię przecinają tylko żółte niczym latarnie ślepia. Poważnej aury dodaje mu fakt, że zwykle mimiką niewiele zdradza - ciężko stwierdzić, czy wynika to z celowego ukrywania swoich emocji, czy z faktu, że Szpadel po prostu niewiele odczuwa. W młodości mógł uchodzić za kota wręcz pięknego - teraz jednak odcisnęły się na nim trudy życia w mieście. Na przedniej prawej łapie ma długą, wąską bliznę, a lewe ucho naderwane; futro często ma w nieładzie, zwichrzone i potargane. W efekcie Szpadel wydaje się być nikim więcej niż wędrownym łotrem.
Cicha woda. Obserwator. Łatwo wziąć go za kogoś, kto nigdy nie ma własnego zdania. Zmiany przychodzą mu ciężko, a nawiązywanie głębokich, wartościowych relacji tym bardziej. W rzeczywistości ma zarówno większe poczucie humoru, gdy rozbawi go coś nieprzewidzianego, jak i duże pokłady gniewu, od którego nie potrafi odseparować się tak dobrze, jak by chciał, lecz stara się ukryć przed innymi. Sprawia wrażenie raczej spokojnego i rozważnego, czasem wykalkulowanego, lecz prawda jest taka, że najważniejsze decyzje podejmuje pod wpływem emocjonalnych impulsów.
Śliska Kora, Lotna Łapa, Skała
Szaleństwo dla Szpadla było, tak jak większość rzeczy, jedynie czynnikiem, przy pomocy którego określał ważność zagrożeń. Nikogo nie wykreślało na starcie - gdyby tak było, zapewne musiałby wykreślić sam siebie.
Uśmiechnął się krzywo. Do poszukujących przygód bynajmniej nie należał, a do szczęścia - cóż, szczęścia w życiu przez dłuższy czas nie miał. Po co miałby kusić los? Nie, jego przyczyny były bardziej pragmatyczne i prozaiczne - podążał jedynie za wspólnikiem.
- Można powiedzieć, że szukam nowego... zajęcia - odparł niejednoznacznie. Chociaż praca grabarza, ech, nie była dla niego idealna. Ciężka i żmudna, a przecież tego właśnie próbował się wystrzegać. Zlustrował Śreżogę wzrokiem. - A skąd u ciebie tak dobra znajomość tak makabrycznych wieści?
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
– Gratuluję – kiwa głową. Przyjmuje wyraz pyska niby to pełen zamyślenia. – Jakież to zajęcie? Jeśli jesteś wędrownym medykiem, to dobrze trafiłeś. Nie znam drugiego takiego miejsca, gdzie koty są tak łamliwe, chorobliwe i pełnokrwiste – przemilcza taktycznie fakt, że zwyczajnie te okolice są najbardziej zatłoczone spośród tych, które zna.
Uśmiech jeszcze się poszerza. Bodaj jedynym, co powstrzymuje Śreżogę od wycia, kiedy myśli o tych kilku wydarzeniach, jest to, że jest na scenie, gra i nie może płakać, bo zmyje łzami makijaż. – Bo mam paskudne szczęście. A kilkoro moich bliskich miało pecha.
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
Rojst się urodził dość niepoporconajnym kociakiem, bo długie to takie, długi ogon, długie łapy, za duże jak na jego łeb uszy. Krótkie futerko, w kilku miejscach zwichrowane. Futerko koloru czekoladowego, z delikatnymi rozjaśnieniami na mordce i pod oczami. Czekoladowe futerko posiada na mordce ciemniejsze pręgowanie, na grzbiecie pojedynczą pręgę i wzdłuż boków cętki. Obecnie oczy koloru jasnoniebieskiego za niedługi czas zmienią się w zielony.
W tej rodzinie to raczej on jest odludkiem. Rojst jest bardzo przykładny, bardzo ciężko będzie pracował na siebie i na swoje pochodzenie - owszem. Ale tylko jak go poproszą. Jest to trochę leniuch, nigdy sam z siebie z inicjatywą nie wyjdzie. Jako kociak spokojny, leniwy. Wesolutki kociak, uśmiechnięty. Od małego wykazuje się wielką miłością i lojalnością wobec rodzinki oraz Klanu Cienia. Podatny na wpływy.
Rojst zawędrował... dalej niż chciał. Ale spoko. Czil. Powiedział swojemu terminatorowi, że trochę go nie będzie no i czilera, na dłuższy spacer wyszedł. Powiedział? Powiedział. Wróci wieczorem do obozu, z jakąś zwierzyną w pysku, no i fajno. Każdy się zamknie.
Był niedaleko Siedliska Koni, tak chyba to się nazywa? Obserwował z daleka, wielkie zwierzęta zwanymi końmi właśnie. Huh! Wyglądały na potężnie i majestatyczne, ale jednocześnie czasami bały się każdego podmuchu wiatru. Jakoś go to tak bawiło.
Takie potężne... a przerazić mógł je wiatr.
And the world is ending
And we keep pretending
That none of this will matter in an hour
None of this will matter in an hour
Karykaturalnej budowy ciało utrzymywane jest na długich, chudych nóżkach. Z tyłu niemalże zawsze uniesiony powiewa z zadowoleniem równie długi, równie chudy ogon. Pyszczek Gremlinka jest kanciasty, wykrzywiony w wiecznym uśmiechu. Na szczycie głowy wyrasta para dużych uszu, a poniżej nich znajdują się błękitne ślepia, z czego prawe posiada bardziej wyblakły odcień tego koloru.
Białe futro kocura nieskalane chociażby jedną pręgą jest krótkie, kręcone i często placzą się w nim różnego rodzaju gałązki i liście przyniesione znad dworu, a łapy niemalże zawsze są brudne od ziemi, czy to znad dworu, czy domowych doniczek. Kąpiele z udziałem szamponu są częstym elementem gremliniego życia.
Głośny, energiczny, ciekawski, nie brakuje mu empatii - po więcej zapraszam do kp!!
Przechadzał się właśnie w Okolicach Siedliska Koni w nadziei, że znajdzie coś do jedzenia. Goblinowi nie smakowały rzeczy, które upolował, dlatego uznał, że zrobi mu przyjemność i popatrzy, czy może ludzie nie zostawili tutaj nieco karmy, albo jakieś resztki z obiadu. Zamiast jedzenia, znalazł jednak kota. - Hej! Mieszkasz tu? -Podszedł bliżej, dopiero po chwili dotarło do niego, że pachniał jak dwa inne koty, które miał ostatnio szansę spotkać, co oznaczało, że był z Klanów.
Rojst się urodził dość niepoporconajnym kociakiem, bo długie to takie, długi ogon, długie łapy, za duże jak na jego łeb uszy. Krótkie futerko, w kilku miejscach zwichrowane. Futerko koloru czekoladowego, z delikatnymi rozjaśnieniami na mordce i pod oczami. Czekoladowe futerko posiada na mordce ciemniejsze pręgowanie, na grzbiecie pojedynczą pręgę i wzdłuż boków cętki. Obecnie oczy koloru jasnoniebieskiego za niedługi czas zmienią się w zielony.
W tej rodzinie to raczej on jest odludkiem. Rojst jest bardzo przykładny, bardzo ciężko będzie pracował na siebie i na swoje pochodzenie - owszem. Ale tylko jak go poproszą. Jest to trochę leniuch, nigdy sam z siebie z inicjatywą nie wyjdzie. Jako kociak spokojny, leniwy. Wesolutki kociak, uśmiechnięty. Od małego wykazuje się wielką miłością i lojalnością wobec rodzinki oraz Klanu Cienia. Podatny na wpływy.
Nagle usłyszał głos, na który jego futro stanęło dęba. Spojrzał w stronę źródła dźwięku. Zobaczył białego wypłosza, który stał blisko niego i wpatrywał się w niego niebieskimi oczami. Nie powinien się tak zawieszać, tym bardziej na terenach niczyich.
- Nie, a ty? - zapytał, przekręcając łeb na bok.
And the world is ending
And we keep pretending
That none of this will matter in an hour
None of this will matter in an hour