Księżyce: 91 Mistrz: zabawne i intrygujące Płeć: nie (zapach kocura) Matka: Śpiewająca Knieja (Gwiazda)
Zmieniło się o tyle, że jeszcze się wyciągnęło, urosło. Ma strasznie długie uszy, wibrysy, ogon z postrzępioną końcówką, łapy, grzbiet. Porośnięte jednolicie białą wypielęgnowaną sierścią i umięśnione Widmo przypomina alabastrowy posążek. Wrażenie to podtrzymuje sam kot, poruszając się - gdy nie poluje i nie walczy - niezmiernie rzadko i minimalnie, a oddychając płytko. Widmowy pysk nie nabrał z biegiem czasu nie wi[a]domo jak dorosłego wyrazu, raczej zachował młody, iście panieński wygląd, który sprawia, że łatwo dać mu mniej księżyców niż w rzeczywistości ma na karku, albo pomylić dziecię Śpiewającej Kniei z nieopierzoną terminatorką. Na smukłej w zasadzie mordce goszczą oczy w kolorze błękitu, okalane gęstymi rzęsami. Niżej jasnoróżowy i wydatny nos. Zjawiskowe kości jarzmowe, przy których policzki sprawiają wrażenie zapadniętych. Wysokie to, przestrzenne, orientalnej budowy, uformowane z planet i posypane kosmicznym pyłkiem.
Choć koty to stereotypowo rutyniarze, Widmo z każdym przebudzeniem jest czymś trochę innym w większym lub mniejszym stopniu. Nie wypracowało żadnej rutyny, czy upodobań (również odnośnie innych kotów), więc to ten typ, z którym nigdy nic nie można wziąć za pewnik. Wróg i przyjaciel w jednym, wdzięczny słuchacz i wcale nie gorszy mówca. Nawet nieproszone lubi szukać towarzystwa i dziur w całym. Zdarza się, że reaguje nieadekwatnie do sytuacji, jest splątane, co wydarza się gdzieś zupełnie ponad nim, poza jego kontrolą. Żyjąc w świecie bez zasad, nauczyło się co mówić, jak negocjować i jak grozić, aby przetrwać.
Ugięło tylne łapy i osunęło się wolniutko na przepłukaną deszczem trawę, sygnalizując, że skoro już usiadło, to troszkę zabawi w pobliżu, a troszkę, miejmy nadzieję, będzie bawione. Świeża substancja, ale nie jak bryza… tylko bardziej dusząca, jak dym unoszący się nad dopiero co rozdmuchanym paleniskiem, wypełniła widmową głowę, a wtem myśli straciły dawną klarowność. Coś przypominającego żal dociążyło kąciki kocich warg, gdy ta wspaniała linia ognia cofnęła się przed powiekami. Podejrzliwość wobec Zjawy? Płoń, Iskiereczko, rośnij, jedz, masz tu chuchnięcie, tylko już się tak nie mruż.
- Nieszczęście? Być nie może. Wyjaw – nużący pomruk, poprawka, miękki rozkaz. Kot z takim głosem to szczęście dla świata, płatek róży w cierniach. – Już niczego. Znalazłem, co chciałem, ale teraz jestem trochę... Rozczarowany. Przybyłem za późno.
Gdy Widmo westchnęło obficie, resztki tego wielkiego niepocieszenia uniosły kilka włosków na trójkolorowej piersi.
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
W przeciwieństwie do Widma Śreżoga stoi, stoi gotowe tak samo na podróż, jak i na sen. Ach, sen. Odpoczynek. Usnąć, spać długo, nie podnosić powiek.
Milczy przez chwilę, oblizując wargi bladym jęzorem. Jakby myślało nad czymś intensywnie.
— Jestem żywioł — odpowiada wreszcie krótko, jak cios nożem. No już, Widmo, czyń swą powinność! — Wielki ogień przyszedł, kiedy koty poznały moje imię. Ogień strawił naszą grupę. Wcześniej woda połknęła mojego przyjaciela. Przedtem zaś innych... matkę... oddaliśmy zachłannej ziemi. Ojciec znikł, jak rozwiewa się zapach na wietrze.
Przygląda się uważnie istocie. Co za niezwykły byt. Co za niecodzienne zjawisko, to Widmo.
— Za późno? — powtarza jak echo. Jedyne, co sugeruje, że to pytanie, to delikatnie wyprostowane uszy i uniesione brwi.
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
Księżyce: 91 Mistrz: zabawne i intrygujące Płeć: nie (zapach kocura) Matka: Śpiewająca Knieja (Gwiazda)
Zmieniło się o tyle, że jeszcze się wyciągnęło, urosło. Ma strasznie długie uszy, wibrysy, ogon z postrzępioną końcówką, łapy, grzbiet. Porośnięte jednolicie białą wypielęgnowaną sierścią i umięśnione Widmo przypomina alabastrowy posążek. Wrażenie to podtrzymuje sam kot, poruszając się - gdy nie poluje i nie walczy - niezmiernie rzadko i minimalnie, a oddychając płytko. Widmowy pysk nie nabrał z biegiem czasu nie wi[a]domo jak dorosłego wyrazu, raczej zachował młody, iście panieński wygląd, który sprawia, że łatwo dać mu mniej księżyców niż w rzeczywistości ma na karku, albo pomylić dziecię Śpiewającej Kniei z nieopierzoną terminatorką. Na smukłej w zasadzie mordce goszczą oczy w kolorze błękitu, okalane gęstymi rzęsami. Niżej jasnoróżowy i wydatny nos. Zjawiskowe kości jarzmowe, przy których policzki sprawiają wrażenie zapadniętych. Wysokie to, przestrzenne, orientalnej budowy, uformowane z planet i posypane kosmicznym pyłkiem.
Choć koty to stereotypowo rutyniarze, Widmo z każdym przebudzeniem jest czymś trochę innym w większym lub mniejszym stopniu. Nie wypracowało żadnej rutyny, czy upodobań (również odnośnie innych kotów), więc to ten typ, z którym nigdy nic nie można wziąć za pewnik. Wróg i przyjaciel w jednym, wdzięczny słuchacz i wcale nie gorszy mówca. Nawet nieproszone lubi szukać towarzystwa i dziur w całym. Zdarza się, że reaguje nieadekwatnie do sytuacji, jest splątane, co wydarza się gdzieś zupełnie ponad nim, poza jego kontrolą. Żyjąc w świecie bez zasad, nauczyło się co mówić, jak negocjować i jak grozić, aby przetrwać.
Nigdy nie podnosić powiek?
Wysłuchało z najwyższą uwagą, a po wszystkim wyglądało na bardzo usatysfakcjonowane - czarne źrenice urosły, skradły błękit tęczówek. Cudownie byłoby mieć takiego przynoszącego szczęście kota przy sobie na stałe. Wymarzyło sobie, że oni dwaj, nadkoty z przepowiedni, mogliby praktycznie zmienić dzieje całego świata. Przodem szłoby oczywiście ono, rozpromienione Widmo, zapowiedź tego, co miało dopiero nadejść, niespokojny sen żyjących. Później ziemię i wszystko co jeszcze w niej żyło, co odważyło się zakwitnąć, zjadałby Żywioł. Piękna wizja. Masowe oczyszczenie. Tylko koniecznie szylkretowy musiałby nucić w drodze swoje piosenki. Bez nich nie byliby tak silni.
Podarowało rozmówcy kondolencje i inne wyświechtane wyrazy współczucia z powodu strat, ponieważ czuło się tak, jakby znało go od zawsze i wiedziało, że nic go już od dawna nie boli, ani ta woda w płucach przyjaciela, ani brutalnie przecięta pępowina. Nie okazałoby najmniejszego zdziwienia, gdyby Śreżoga zdradziło mu w chwili słabości, że we wszystkie te szczęścia wkoło niego jakimś cudem były wplątane jego mrukliwe melodyjki...
- Już nie śpiewasz, a zjawiłem się tu właśnie po to, aby posłuchać...
Ponowne targające aortą westchnienie Widma. Było bardzo, bardzo rozczarowane. - Mieszkasz tu? - w ramach uzupełninia potoczyło spojrzeniem po ludzkim siedlisku.
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
W Śreżodze wykluwa się z wolna niepokój. Na co duchowa istota, na co Widmo, czeka? Dlaczego nie czyni tego, czego aurę Śreżoga wyczuwa? To przecież nic trudnego, jeden cios, jedno cięcie, ono nie będzie się szarpało, i...
Ach. No tak. Nic nie można uczynić bez zapłaty. Przez chwilę milczy, uśmiecha się powoli. Dopiero potem rozchyla pysk.
— Niech krążą różyczki, niech pachną snagliczki. W popiół, w popiół wszyscy marsz... — podnosi głowę tak, by Widmo nie mogło, wprost nie mogło przeoczyć pulsującej żyły na ich szyi.
— Nie znam takiego słowa — uśmiecha się. Nie, nie zna. Nie zna mieszkania, nie zna domu. Nie ma gdzie położyć głowy od... od jak dawna?
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
Księżyce: 91 Mistrz: zabawne i intrygujące Płeć: nie (zapach kocura) Matka: Śpiewająca Knieja (Gwiazda)
Zmieniło się o tyle, że jeszcze się wyciągnęło, urosło. Ma strasznie długie uszy, wibrysy, ogon z postrzępioną końcówką, łapy, grzbiet. Porośnięte jednolicie białą wypielęgnowaną sierścią i umięśnione Widmo przypomina alabastrowy posążek. Wrażenie to podtrzymuje sam kot, poruszając się - gdy nie poluje i nie walczy - niezmiernie rzadko i minimalnie, a oddychając płytko. Widmowy pysk nie nabrał z biegiem czasu nie wi[a]domo jak dorosłego wyrazu, raczej zachował młody, iście panieński wygląd, który sprawia, że łatwo dać mu mniej księżyców niż w rzeczywistości ma na karku, albo pomylić dziecię Śpiewającej Kniei z nieopierzoną terminatorką. Na smukłej w zasadzie mordce goszczą oczy w kolorze błękitu, okalane gęstymi rzęsami. Niżej jasnoróżowy i wydatny nos. Zjawiskowe kości jarzmowe, przy których policzki sprawiają wrażenie zapadniętych. Wysokie to, przestrzenne, orientalnej budowy, uformowane z planet i posypane kosmicznym pyłkiem.
Choć koty to stereotypowo rutyniarze, Widmo z każdym przebudzeniem jest czymś trochę innym w większym lub mniejszym stopniu. Nie wypracowało żadnej rutyny, czy upodobań (również odnośnie innych kotów), więc to ten typ, z którym nigdy nic nie można wziąć za pewnik. Wróg i przyjaciel w jednym, wdzięczny słuchacz i wcale nie gorszy mówca. Nawet nieproszone lubi szukać towarzystwa i dziur w całym. Zdarza się, że reaguje nieadekwatnie do sytuacji, jest splątane, co wydarza się gdzieś zupełnie ponad nim, poza jego kontrolą. Żyjąc w świecie bez zasad, nauczyło się co mówić, jak negocjować i jak grozić, aby przetrwać.
Jasne powieki zapiekły, zadrżały kompulsywnie, a po chwili opadły i za tą zbielałą ścianą Widmo zostało sam na sam z ciemnością, w której krążyły różyczki oraz pachniały smagliczki. Wyobraźnia pracowała bez grama wysiłku - leżało na kwietnym, pociemniałym ołtarzyku. Rozmaite dźwięki wędrowały po podwórzu, dochodziły gdzieś z głębi Śreżogi, rozbudzając w Zjawie prawie autentyczne wzruszenie, że ktoś jeszcze na tym skundlonym świecie nie był sumą nijakości z potrzebami fizjologicznymi, tylko żył z pieśnią na ustach. Podchwyciło zaproszenie do marszu, otworzyło srebrne ślipia, otoczyło czułym mecenatem krtań, te przemieszczające się pod krótkim, zwęglonym futerkiem nutki... W popiół, w popiół marsz... Bezwiednie przechyliło się do przodu, z początku nie odrywając łap od ziemi, ale gdy brakło kilku milimetrów do celu, zrobiło szybki, niezauważalny krok w kierunku wykonującego górne partie kota, a może i nie kota, a pisklaka z szyją o rozciągliwości tasiemca, wysuniętą hen wysoko po komara.
Przymierzyło wargi do żyły, w której więzione były zgrabne melodyjki, następnie odsłoniło zęby i dziabnęło płytko po ruchomych wypustkach, jakby chciało uwolnić zbłąkane tony i przynieść ich wykonawcy nieśmiertelność.
- Tak? - wymamrotało w puszek otulający drogocenną szyję śpiewaka. Mała niedogodność. - Nie szkodzi. Jeżeli zaśpiewasz, znajdę Cię gdziekolwiek, ale teraz mam przed sobą dalszą drogę... Wkrótce w cieniu stanie się jasność.
Rzekło z ekstazą, gdy odsunęło się na tyle, żeby popatrzeć czasoumilaczowi w oczy. Nie wiedziało jeszcze, że przepastne sformułowanie, którego użyło dla czegoś zgoła innego, okaże się niebawem tak dosłownie prawdziwe.
Księżyce: 114 Płeć: amab Matka: tsunami Ojciec: czarnowron Trwałe urazy: zespół Kilifenera, co wiąże się z zakrzepicą i bezpłodnością
smukłej budowy krótkowłosy szylkret o
niemal szkarłatnych oczach
Właściwie to nie wiadomo, co siedzi Śreżodze w głowie. Ono też nie wie. Łatwo popada w ekstremalne stany emocjonalne; zdarza się mu doświadczać derealizacji i ma problemy z nawiązywaniem poprawnych relacji. Odczuwa stałą potrzebę zaznaczania swojej obecności wszędzie, gdzie się znajduje, co czyni poprzez figlarstwa i odgrywanie ról.
W Śreżodze wszystko śpiewa, gdy widmowa istota dotyka zębami ich żyły. Tak, tak, nareszcie, miało rację, nareszcie to się dzieje, nareszcie świat zostaje oczyszczony z klątwy, a ono nie musi...
Nie. Cofa zęby, jak mówi, ma przed sobą dalszą drogę. Zapłata zostaje odrzucona. Śreżoga milknie i wpatruje się w istotę w ciszy, otwierając szeroko szkarłatne oczy. Patrzy, gdy ta odchodzi. Patrzy za nią cały czas w kompletnym bezruchu. Cud się dzieje i dziwadło odzyskuje mowę dopiero w chwili, gdy Widma już dawno nie ma u ich boku.
— Nie zostawiaj mnie — mówi słabym głosem, po czym bierze oddech i krzyczy piskliwie. — NIE ZOSTAWIAJ MNIE!
Ich żałosny krzyk niesie się po pustkowiu. Nawet sama śmierć nie chce Śreżogi. Jest całkowicie opuszczone.
// zt
last night I dreamt that somebody loved me no hope, no harm, just another false alarm
xxxxRozpierała ją ENERGIA. Chodziła w te i we w te, kiedy towarzystwo Kokosanki już ją znudziło, a on sam chyba miał jej trochę dość. Obiecał jej, że następnego dnia wyruszą do Klanu Gromu, co tak ekscytowało młodą kotkę, że nie była w stanie usiedzieć w miejscu, Cały czas zwiedzała sobie gospodarstwo, dziś wyjątkowo nie idąc do zwierząt. Ostatnio kogut dziabnął ją w zad, więc się obraziła, na konie nie miała ochoty... a do krów jeszcze zajrzy. One były fajne. Takie jak ona. xxxxTeraz jednak kręciła się w kółko i szukała punktu zaczepienia. Bawiła się przed chwilą w odkrywcę, przez co miała łapy całe w brudzie, ziemi, bo chciała wykopać coś ciekawego. Nic, oprócz dżdżownicy nie znalazła.
Rojst się urodził dość niepoporconajnym kociakiem, bo długie to takie, długi ogon, długie łapy, za duże jak na jego łeb uszy. Krótkie futerko, w kilku miejscach zwichrowane. Futerko koloru czekoladowego, z delikatnymi rozjaśnieniami na mordce i pod oczami. Czekoladowe futerko posiada na mordce ciemniejsze pręgowanie, na grzbiecie pojedynczą pręgę i wzdłuż boków cętki. Obecnie oczy koloru jasnoniebieskiego za niedługi czas zmienią się w zielony.
W tej rodzinie to raczej on jest odludkiem. Rojst jest bardzo przykładny, bardzo ciężko będzie pracował na siebie i na swoje pochodzenie - owszem. Ale tylko jak go poproszą. Jest to trochę leniuch, nigdy sam z siebie z inicjatywą nie wyjdzie. Jako kociak spokojny, leniwy. Wesolutki kociak, uśmiechnięty. Od małego wykazuje się wielką miłością i lojalnością wobec rodzinki oraz Klanu Cienia. Podatny na wpływy.
Trudno było nie opuszczać terenów Cienia, kiedy działy się takie rzeczy, jak się działy. A jednocześnie Klan Cienia to był jego Klan, jego dom, tam byli jego najbliżsi no i... kurcze. Problem.
Ale nie musiał się tym martwić poza terenami.
Szedł spokojnie, wdychając dokładnie powietrze, podziwiając skwar. A później zobaczył... kotkę, która się kręciła wokół własnej osi? Hm.
- Hej - zamruczał ciepło, podchodząc bliżej. Nie chciał jej przestraszyć, czy coś.
And the world is ending
And we keep pretending
That none of this will matter in an hour
None of this will matter in an hour
xxxx- Uuu! Hej, hejka! - zatrzymała się niemalże natychmiast, gdy usłyszała, jak ktoś nieznajomy się z nią wita. Wyszczerzyła się szeroko - jaki śmieszny! Nie rozumiała, dlaczego każdy kot jakiego spotykała w lesie był taki... inny niż ona. Może tylko na osiedlu mieszkały koty z fizyki uszami? W sumie, jakby tak pomyśleć, to tam też nie znała nikogo takiego. Może jedynie jej rodzina taka była?? - Kto ty! Aleeee dziwnie pachniesz.
Rojst się urodził dość niepoporconajnym kociakiem, bo długie to takie, długi ogon, długie łapy, za duże jak na jego łeb uszy. Krótkie futerko, w kilku miejscach zwichrowane. Futerko koloru czekoladowego, z delikatnymi rozjaśnieniami na mordce i pod oczami. Czekoladowe futerko posiada na mordce ciemniejsze pręgowanie, na grzbiecie pojedynczą pręgę i wzdłuż boków cętki. Obecnie oczy koloru jasnoniebieskiego za niedługi czas zmienią się w zielony.
W tej rodzinie to raczej on jest odludkiem. Rojst jest bardzo przykładny, bardzo ciężko będzie pracował na siebie i na swoje pochodzenie - owszem. Ale tylko jak go poproszą. Jest to trochę leniuch, nigdy sam z siebie z inicjatywą nie wyjdzie. Jako kociak spokojny, leniwy. Wesolutki kociak, uśmiechnięty. Od małego wykazuje się wielką miłością i lojalnością wobec rodzinki oraz Klanu Cienia. Podatny na wpływy.
Drgnął uchem delikatnie, zauważając jak nagle i natychmiastowo się kotka przed nim zatrzymała. Uśmiechnął się do niej, po czym skinął łbem.
- Jestem Rojst. I jestem z Klanu Cienia, stąd mój zapach - odparł. Nie miał jej za złe, że nie wiedziała, no bo była po prostu samotnikiem i tyle. Plus, chyba była młodsza od niego? Chyba. - A ty to? - dodał.
And the world is ending
And we keep pretending
That none of this will matter in an hour
None of this will matter in an hour
xxxxWyszczerzyła oczy, gdy usłyszała od kocura, że był z Klanu. - Rojst z Klanu CIENIA! Nigdy nie spotkałam kota z Klanu!!! Wiesz, ja i mój kolega idziemy do Klanu GROMU. Byłeś tam kiedyś? Fajnie jest? Kokosanka mówi, że fajnie. Jak tam będę, też będę tak dziwnie pachnieć? - przekręciła łeb na bok z zainteresowaniem. Jej ogon kręcił się wesoło w powietrzu. - Och! Ja jestem Strzyga. Znasz jakies sztuczki klanowe??? Na pewno! Pokaż jakąś!
Rojst się urodził dość niepoporconajnym kociakiem, bo długie to takie, długi ogon, długie łapy, za duże jak na jego łeb uszy. Krótkie futerko, w kilku miejscach zwichrowane. Futerko koloru czekoladowego, z delikatnymi rozjaśnieniami na mordce i pod oczami. Czekoladowe futerko posiada na mordce ciemniejsze pręgowanie, na grzbiecie pojedynczą pręgę i wzdłuż boków cętki. Obecnie oczy koloru jasnoniebieskiego za niedługi czas zmienią się w zielony.
W tej rodzinie to raczej on jest odludkiem. Rojst jest bardzo przykładny, bardzo ciężko będzie pracował na siebie i na swoje pochodzenie - owszem. Ale tylko jak go poproszą. Jest to trochę leniuch, nigdy sam z siebie z inicjatywą nie wyjdzie. Jako kociak spokojny, leniwy. Wesolutki kociak, uśmiechnięty. Od małego wykazuje się wielką miłością i lojalnością wobec rodzinki oraz Klanu Cienia. Podatny na wpływy.
Przekręcił łeb na słowa kotki.
O, czyli każdy Klan przyjmował losowych samotników, nie tylko Cień? Interesujące, to na pewno. Zamruczał ciepło na jej słowa i pokręcił łbem na boki.
- Nigdy nie poznałem kota z Klanu Gromu. Siedzą w obozie zamknięci chyba, eh - wzruszył barkami, po czym znowu otworzył pysk. - Po sztuczki Klanowe to do Rzeki musisz iść. Tylko oni potrafią łowić ryby i pływać - dodał.
And the world is ending
And we keep pretending
That none of this will matter in an hour
None of this will matter in an hour
xxxx- Zamknięci w obozie? Ja się nie dam zamknąć, nie ma opcji. Jak już będę w Klanie Gromu, to na pewno spotkamy się jeszcze raz - obiecała pewna siebie, dobrze wiedząc, że na pewno nie usiedzi w jednym miejscu. Nie da się zamknąć, nie ma opcji. Musi zwiedzić w końcu cały las, skoro już tu była. xxxx- Co ty mówisz! I tylko oni? My nie mamy żadnych sztuczek? Przecież to bez sensu... i totalnie nie fair. Nie ma nic, co umiecie bardziej od reszty?
Rojst się urodził dość niepoporconajnym kociakiem, bo długie to takie, długi ogon, długie łapy, za duże jak na jego łeb uszy. Krótkie futerko, w kilku miejscach zwichrowane. Futerko koloru czekoladowego, z delikatnymi rozjaśnieniami na mordce i pod oczami. Czekoladowe futerko posiada na mordce ciemniejsze pręgowanie, na grzbiecie pojedynczą pręgę i wzdłuż boków cętki. Obecnie oczy koloru jasnoniebieskiego za niedługi czas zmienią się w zielony.
W tej rodzinie to raczej on jest odludkiem. Rojst jest bardzo przykładny, bardzo ciężko będzie pracował na siebie i na swoje pochodzenie - owszem. Ale tylko jak go poproszą. Jest to trochę leniuch, nigdy sam z siebie z inicjatywą nie wyjdzie. Jako kociak spokojny, leniwy. Wesolutki kociak, uśmiechnięty. Od małego wykazuje się wielką miłością i lojalnością wobec rodzinki oraz Klanu Cienia. Podatny na wpływy.
- No dobra - mruknął, przekręcając głowę na bok. Oby jej się plan powiódł. Drgnął delikatnie ogonem na słowa Strzygi, milcząc przez dłuższy czas. - Klan Cienia ma pięciu medyków, o. Nie mam pojęcia, po co nam aż tyle, ale jest - i mają przywódcę tyrana, zastępce, który nie istnieje. Obóz rozwalony. Takie sztuczki fajne!!
And the world is ending
And we keep pretending
That none of this will matter in an hour
None of this will matter in an hour
xxxx- Pięć to mało przecież - mruknęła. Kokosanka opowiadał jej, że w Klanie jest dużo kotów. Dwadzieścia, a nawet więcej! A więc piątka wcale jej nie imponowała. - A co to ten medyków, swoją drogą? - zapytała jeszcze, bo pierwsze słyszała, ale brzmiało całkiem zabawnie! Medyków, medyków. Pięciu medyków, no nieźle!