Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Jaki z charakteru, taki i z wyglądu lisi. Po tacie.
Wyrósł chłopak wysoki jak dąb, nieprzeciętnie wręcz - no właśnie - tyczkowaty, bo objętości wszerz to mu natura poskąpiła - orientalna budowa. Na ciele Paliwody dopatrzyć się można przebijającego się przez skórę zarysu kręgosłupa, czy kości miednicy, dobrze, że tę kocią marność długie futro przykrywa, bo całość wychodziłaby dość zaostrzona i kanciasta. I to jakie futro! Jak anielskie włosy... jasne, z paluszkiem prawej łapy skąpanym w bieli; tylko pyszczek ma ognisty, płomienisty, rudy - gdzie też ujawniają się jego tygrysie pręgi, jak pioruny na wzburzonym niebie, okalające całość (flame lynx point). Płomienie te i rudość sięgają również jego uszu oraz łap. Z tego klinowatego pyszczka, o nosie szlachetnie prostym i wyraźnie zarysowanych kościach jarzmowych, spoglądają oczy... och, i jakież to ślepia! Łagodne, poczciwe, o kształcie migdału i w pięknym szafirowym kolorze... każdy w końcu widzi to, co chce widzieć. Harmonię tylko te pokrzywione jak antenki stojące wąsy nieco psują, mała fabryczna wada, ot co - uroku tylko dodaje. Postawione na sztorc uszy, trójkątne i górujące jak u nietoperza, ogon jak lisia ruda kita. Grzbiet wyciągnięty, łapy niebotycznie długie. Krok za to ma dziarski, pełen energii, werwy i żywiołu. Na pierwszy rzut oka widać, że to takie narwane. A na drugi to już nie ma co do tego wątpliwości, dobrze, że tym uroczym szczurzym pyskiem nadrabia za całe zło świata!
Imię zobowiązuje. Paliwoda to... istny paliwoda. Kot w gorącej wodzie kąpany, narwany taki, choleryczny trochę, ale chłopak dobry, potrafi 'dzień dobry' powiedzieć i przez ruchliwą drogę przeprowadzić, o ile takie przedsięwzięcie w jakikolwiek sposób mu się opłaca, wszak samotnicze życie nauczyło go merkantylnego podejścia do codzienności. Street smart, bystry, sprytny, ale też i przebiegły, wycwaniony, cyniczny, osiedlowy filozof, jak mu się zachce coś od serca powiedzieć. I tak samo, jak Pędziwiatr, niekiedy maniery to ma nienaganne, potrafi czarować, łagodne spojrzenie, miły uśmiech i słówka jak miód słodkie... ale z reguły to pluje pod łapy i plag egipskich życzy. Bywa gwałtowny, porywczy, ale i lekkomyślny. Lekkoduch z niego jak mało kto. Najtrafniej jednak byłoby nazwać go małym łotrzykiem, nieszkodliwym takim, co najwyżej mysz ci zwędzi. Trochę blagier, trochę łgarz, ale, musicie dać wiarę, chłopak w sercu niewinny jak jagnię, tylko taki... niesforny trochę. Z problemami, dzieciństwo miał trudne. Z wiekiem mu przejdzie.... miejmy nadzieję!
Czy Bajorko wiedziała...?
A musiała wiedzieć? Na pytanie Kleszcza vel Krewetki jakoś tak pośpiesznie, wymijająco trochę przytaknął łbem. Błogosławieni ci, co nie wiedzieli, a Bajorko nie wiedziała, co miało sens, bo ona to taka bardziej gwiezdna od samych Gwiezdnych, a nie? No, prawda była taka, że nie wiedziała, ale ona to zawsze była za poważna, nie pozwalała dzieciakom jeść słodyczy i z ich dwoje, no, to trzeba przyznać, to on był tym fajniejszym rodzicem, nie? Nie, że lepszym od razu, ale wiadomo jak było.
I w końcu znaleźli się przy Księżycowym Jeziorze. O Nienasyceńcu i innych mitycznych stworach opowie im następnym razem.
- No dobra, frajerzy- yyyy.... dzieci moje kochane!! Kto pierwszy ten lepszy!! - mówi - Zobaczymy, kto wygra ze starym... jeden, dwa... już!
Sam wszedł na lód, by zacząć się ślizgać.
- Się tylnymi łapami odpychajcie, nie? Tak, o! - pokazuje - I robimy wyścig. Nagroda to eeee, następny spacer na ryby albo pływanie, czy coś. No i rzecz jasna, honor i szacunek Gwiezdnego Klanu.
I dobra zabawa. Przynajmniej po jego stronie.
Orientalny, długowłosy czarny szylkret point. Biel na dwóch palcach przedniej prawej łapy i nieco pod dolną wargą. Niebieskie oczy. Przeciętna wielkość.
Dziecko, które lubi przygody zdecydowanie bardziej od myślenia.
To,czy mamie spodobałby się ten pomysł nie było czymś, czym przejmowała się Grzebiuszka. Jasne, że nie miałaby nic przeciwko temu, by tu poszli, czemu ktokolwiek miałoby się to nie podobać? Co najwyżej jakieś nudne koty, których by nie lubiła, mogłyby mieć takie problemy, ale oczywiście, że nie mama, mama była fajna.
A skoro żadne problemy w jej głowie nie istniały, mogła skupić się całkowicie na zabawie. Rzeczywiście, tak jak tata mówić zaczęła się odpychać łapami od lodu i poruszanie po nim stało się trochę łatwiejsze. Całkiem śmieszne to było. - A tu też są ryby? - Spytała, gdy w przerwie między jednym a drugim odepchnięciem (nie zatrzymywała się na dłużej, niż to było konieczne, jasne, że nie) spojrzała na taflę znajdującą się pod nią. Może można by przebić trochę lodu i zapolować na nie już teraz? Od razu dwie aktywności zaliczone podczas jednej wycieczki, dlaczego by nie.
No, Kleszcz już tak przekonany co do tego, czy mamie podobałby się ten pomysł nie była, ale skoro ojciec potwierdził - nie werbalnie, ale kiwnięciem głowy, a przecież Spalony Bażant nie kłamał, nie okłamałby swoich dzieci - że Bajorko wiedziała, to raczej nie było problemu. Tak czy siak Krewetka nie miała w planach zbyt długo się tym przejmować. Robili coś, czego nie powinni, ale skoro nie powinni, to dlaczego to było takie... takie fajne?
Podniosła się szybko na równe łapy i przyjmując do siebie instrukcje ojca, zaraz wykorzystała je w praktyce; tylnymi kończynami próbowała odpychać się od lodu, choć nie było to nic prostego: to tylko Bażant sprawiał, że wyglądało na banalnie proste. Ale jeśli tata potrafił i Grzebiuszka potrafiła... to ona też się nauczy, tak! Pomimo tego, że wszystkie cztery łapy jej się rozjeżdżały na boki, pomimo zimna.
W końcu złapała nieco wprawy i odpychając się tylnymi łapami od lodu, balansując ogonem, prześlizgnęła się bez upadania na pysk po tafli jeziora, dorównując Grzebiuszce i ojcu.
XXXXXXXXX XXXXXXXXX TRUST ME Illbetheone Whofightforyouwhenthingsgowrong TRUST ME Illneverletyou down Letyoudown!
Po pierwsze — wysoki, po ojcu, wiadomo. I to by było na tyle. Nie jest ani niesamowicie chudy, ani w drugą stronę, jest... zwyczajny.
Ale oh, jaki Orka, Łotrzykiem zwany, jest piękny! O długim, białym futrze, które przyciemnione jest na pysku, łapach oraz ogonie, poprzecinane klasycznymi pręgami (czarny pręgowany colourpoint), z delikatnie jaśniejszym, szarawym nalotem na grzbiecie, ciągnącym się od końca karku aż do ogona. Mordka, ta piękna mordka... pyszczek ubarwiony ma bielą, która łączy się ze strzałką przebiegającą między jego oczami, z mniejszą czarną plamką po prawej stronie nad nosem. Istny syn mamusi, widać! O, a żeby nie zapomnieć, paluszki przednich i tylnych łap są także białe.
A te piękne oczy, z których mu jakże mądrze patrzy!, są póki co koloru niebieskiego — w przyszłości wybarwią się na jasnoniebieski kolor. Śliczna mordka, zawsze przyozdobiona głupkowatym uśmiechem, co by nie było nudno.
Ktoś kiedyś zaśpiewał "pokazuje palcem, masz paprykarz albo sos, a gdy pochylasz łeb, to cię wtedy pstryka w nos" — piosenka była ta prawdopodobnie napisana o samym Orce Łotrzyku, bez wątpienia.
Głup, żartowniś, od razu widać, czyj syn. A do tego boleśnie szczery, całkowicie niezłośliwie! — jeśli odstaje ci jakiś kłaczek, wypomni ci to na głos, jeśli krzywo staniesz, również to skomentuje. Nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś mógłby oburzyć się o takie komentarze: w końcu mówi, jak jest, więc dlaczego druga strona miałaby się denerwować? Jak krzywo układa ci się ucho, to tak właśnie jest, po co miałby kłamać, że stoi prosto, nie? Taki już jest. W razie czego pocieszyć też nie potrafi, gdyby po jego słowach zrobiło się przykro: "No już, nie płacz, ubrudzisz sobie futro smarkami i będziesz wyglądać tylko gorzej", powiedziałby. I prawdopodobnie pogorszyłby tylko sytuację. Taki już jest.
Twórca niestworzonych historii, plotek i fanaberii — a tu czasem skłamie dla zabawy, a tutaj, żeby zobaczyć reakcję drugiego kota, ot co, dla frajdy i rozrywki. Swojej własnej, oczywiście.
Mama na pewno wiedziała i nie będzie zła, nie? Na pewno była świadoma tego, że szanowany i odpowiedzialny ojciec, jakim był oczywiście nie kto inny, a Spalony Bażant, zapewnia im całkowicie BEZPIECZNĄ i ODPOWIEDNIĄ dla WIEKU rozrywkę. Na pewno, serio. Ale skoro nikt nie protestował, kiedy wyszli z obozu, to nikt nie będzie zły...? Mama na pewno wiedziała, tak, na pewno mama nie będzie zawiedziona i zdenerwowana, kiedy się dowie!
Ślizganie się pyskiem i dupą po lodzie było całkiem fajne i zabawne, ale podobno, jak teraz mawiał OJCIEC, istniała do tego wszystkiego jakaś TECHNIKA. No, w sumie gdyby nie mówił tego Spalony Bażant i gdyby nie przedstawił idei nagrody, to Łotrzyk dalej bawiłby się na lodzie po swojemu. W dodatku honor i szacunek TEGO Gwiezdnego Klanu? Oferta nie do przebicia.
A więc tak, jak guru (tata) zarządził, tak sługa (syn) zrobił. Odpychać się tylnymi łapami, tak. I do przodu, ku zyskaniu szacunu na dzielni ze strony Gwiezdnego Klanu!
Księżyce: 87 Mistrz: Szumiący Wodospad [*] Płeć: Kotka Zaimki: Ona/jej Matka: Astrowy Płatek [NPC] [*] | Macaroni [NPC] [biol.] [*] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [NPC] [*] Partner: Kudłaty Obłok [*] Życia: 9 Trwałe urazy: Zadrapanie przecinające lewe oko, dwa równoległe zadrapania na czubku głowy [jastrząb]; ślady pazurów na pysku, ślady kłów na prawej, tylnej łapie [pies]; płytkie, długie zadrapanie na klatce piersiowej [borsuk]; brak prawego ucha [borsuk i pies]; rozległe rany cięte na piersi, głębokie zadrapania na grzbiecie na odcinku lędźwiowym [borsuk] Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, a drugi przy 100k (powód: złamanie kości promieniowej)
Księżyce: 87 Mistrz: Szumiący Wodospad [*] Płeć: Kotka Zaimki: Ona/jej Matka: Astrowy Płatek [NPC] [*] | Macaroni [NPC] [biol.] [*] Ojciec: Bluszczowe Pnącze [NPC] [*] Partner: Kudłaty Obłok [*] Życia: 9 Trwałe urazy: Zadrapanie przecinające lewe oko, dwa równoległe zadrapania na czubku głowy [jastrząb]; ślady pazurów na pysku, ślady kłów na prawej, tylnej łapie [pies]; płytkie, długie zadrapanie na klatce piersiowej [borsuk]; brak prawego ucha [borsuk i pies]; rozległe rany cięte na piersi, głębokie zadrapania na grzbiecie na odcinku lędźwiowym [borsuk] Urazy mechaniczne: wcześniejsze obniżenie statystyk z racji wieku – pierwszy spadek przy 90k, a drugi przy 100k (powód: złamanie kości promieniowej)
Nieco spokojniejsza niż za młodu, gadatliwa, narwana, overthinker [KP]
Śnieżna Łapa [KC], Napoleon [S/GPP]; Czterolistna Koniczyna [GK, Mg]
Koza chciała wierzyć, że Paliwoda w miarę dojrzał. Na swój sposób rzecz jasna, ale zastępczyni zdawało się, że widziała u kocura znaczną poprawę niż to, co się działo jeszcze księżyce temu. Co prawda wciąż był... taki jaki był, ale przynajmniej nie narażał na niebezpieczeństwo kogokolwiek poza samym sobą. Oh, oh jakże się myliła.
Czując unoszącą się w powietrzu woń syna, w pierwszej chwili nie zwróciła na to większej uwagi, prowadząc patrol z powrotem do obozu. Gdy jednak wyczuli w powietrzu inny zapach, kilka innych zapachów, nie należących do Paliwody, wtedy zapaliły się w jej głowie czerwone lampki. To nie mogło oznaczać nic dobrego. Wysłała Rydzową Łapę z powrotem do obozu, aby poinformował o wszystkim Błękitne Bajorko, po czym wraz z Chrabąszczykowym Pancerzykiem i Ulotnym Światłem ruszyła tropem nielegalnego patrolu.
- SPALONY BAŻAŃCIE!!! - Zawyła wściekle, gdy tylko wraz ze swoim patrolem stanęła na brzegu zamarzniętego jeziora. Chyba zaraz wyjdzie z siebie i stanie obok. A nawet wtedy w obu formach będzie wyczuwalne jej załamanie. Nie wiedziała, czy chciało jej się śmiać czy płakać. No po prostu łapy opadają.
Rzuciła okiem na każde z kociąt po kolei. Niebezpiecznie kołysające się po lodzie, do czego zachęcał je ich własny ojciec, który również brał udział w tej jakże WSPANIAŁEJ zabawie. Koza wciągnęła ostro powietrze, wbijając pazury w ziemię.
- W TEJ CHWILI MASZ ZAWRÓCIĆ. I WY RÓWNIEŻ! CO TY NAJLEPSZEGO SOBIE MYŚLISZ?! - Ukucnęła, próbując ocenić grubość lodu. Obawiała się również wkroczyć na jezioro, obawiała się, że lód się pod nimi wszystkimi załamie. Ona umiała pływać, ten debil którego nazywała synem również, ale nie kocięta. One były w największym niebezpieczeństwie. - BĘDZIEMY MIELI SOBIE POWAŻNIE DO POROZMAWIANIA!
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Księżyce: 58 Mistrz: Kozia Gwiazda, Błękitne Bajorko Płeć: Kocur Zaimki: twoja/stara Matka: Jaskółka by chance, Kozia Gwiazda by choice Ojciec: Bolinoga - bio dad, Kudłaty Obłok - dad who stepped up Partner: łobuz kocha najbardziej Trwałe urazy: blizna po dziobnięciach nad okiem, blizna na prawym policzku, ślady po lisich kłach na szyi, odgryziony kawałek ucha; częsty zanik czucia w łapie po złamaniu, brak możliwości poruszania kostką, ból nadgarstka przy zmianie pogody oraz ból przy dużym wysiłku; rozdarta skóra na czubku głowy - ZAKOLE Urazy mechaniczne: -2Zr, -2Sz na stałe (powód: złamanie nadgarstka)
Jaki z charakteru, taki i z wyglądu lisi. Po tacie.
Wyrósł chłopak wysoki jak dąb, nieprzeciętnie wręcz - no właśnie - tyczkowaty, bo objętości wszerz to mu natura poskąpiła - orientalna budowa. Na ciele Paliwody dopatrzyć się można przebijającego się przez skórę zarysu kręgosłupa, czy kości miednicy, dobrze, że tę kocią marność długie futro przykrywa, bo całość wychodziłaby dość zaostrzona i kanciasta. I to jakie futro! Jak anielskie włosy... jasne, z paluszkiem prawej łapy skąpanym w bieli; tylko pyszczek ma ognisty, płomienisty, rudy - gdzie też ujawniają się jego tygrysie pręgi, jak pioruny na wzburzonym niebie, okalające całość (flame lynx point). Płomienie te i rudość sięgają również jego uszu oraz łap. Z tego klinowatego pyszczka, o nosie szlachetnie prostym i wyraźnie zarysowanych kościach jarzmowych, spoglądają oczy... och, i jakież to ślepia! Łagodne, poczciwe, o kształcie migdału i w pięknym szafirowym kolorze... każdy w końcu widzi to, co chce widzieć. Harmonię tylko te pokrzywione jak antenki stojące wąsy nieco psują, mała fabryczna wada, ot co - uroku tylko dodaje. Postawione na sztorc uszy, trójkątne i górujące jak u nietoperza, ogon jak lisia ruda kita. Grzbiet wyciągnięty, łapy niebotycznie długie. Krok za to ma dziarski, pełen energii, werwy i żywiołu. Na pierwszy rzut oka widać, że to takie narwane. A na drugi to już nie ma co do tego wątpliwości, dobrze, że tym uroczym szczurzym pyskiem nadrabia za całe zło świata!
Imię zobowiązuje. Paliwoda to... istny paliwoda. Kot w gorącej wodzie kąpany, narwany taki, choleryczny trochę, ale chłopak dobry, potrafi 'dzień dobry' powiedzieć i przez ruchliwą drogę przeprowadzić, o ile takie przedsięwzięcie w jakikolwiek sposób mu się opłaca, wszak samotnicze życie nauczyło go merkantylnego podejścia do codzienności. Street smart, bystry, sprytny, ale też i przebiegły, wycwaniony, cyniczny, osiedlowy filozof, jak mu się zachce coś od serca powiedzieć. I tak samo, jak Pędziwiatr, niekiedy maniery to ma nienaganne, potrafi czarować, łagodne spojrzenie, miły uśmiech i słówka jak miód słodkie... ale z reguły to pluje pod łapy i plag egipskich życzy. Bywa gwałtowny, porywczy, ale i lekkomyślny. Lekkoduch z niego jak mało kto. Najtrafniej jednak byłoby nazwać go małym łotrzykiem, nieszkodliwym takim, co najwyżej mysz ci zwędzi. Trochę blagier, trochę łgarz, ale, musicie dać wiarę, chłopak w sercu niewinny jak jagnię, tylko taki... niesforny trochę. Z problemami, dzieciństwo miał trudne. Z wiekiem mu przejdzie.... miejmy nadzieję!
No, to klops.
W sensie szło dobrze, wszyscy się ładnie ślizgali, ba, nawet by zrobił dziurę w lodzie, żeby ich jeszcze łowić nauczył, dwie pieczenie na jednym ogniu, jak się to mówi, aż tu nagle Kozia Skarpa. Makabra. Zawsze, jak w życiu idzie za dobrze, to przyjdzie matka i się doczepi. Masakra jakaś.
- Oczy widzą, uszy usłyszą, pysk milczy. - rzucił w stronę Ulotnego Światła i Chrabąszczowego Pancerzyka, którzy towarzyszyli Koziej Skarpie - Las to jedno, ale ulica tak łatwo nie wybacza...!
- Chłopaki, jeszcze rundka! - zwrócił się do kociąt - No, popatrz, no, jak im dobrze idzie! Patrz, jakie sprawne ślizgi, kurde ten. Mój ojciec... no, ten pierwszy, Bolinoga, też nas tak zabierał! No i co, no i żyjemy. Daj im się wybawić no... wszystko pod kontrolą! Później im ten klan da po dupie, ale teraz?! Teraz to się trzeba wyszaleć no, tyle w temacie.
Finalnie jednak zawrócił, pozbierał i poukładał dzieci w rządek i jakby nader potulnie podążył za Kozią Skarpą. Jak wzorowy mąż, syn, ojciec, wojownik, filozof, filantrop i wklej tu coś jeszcze.
Nachylił się nad Grzebiuszką - Tęgoryjcem:
- Ale matce i babce powiesz, że to wasz pomysł, dobra? To zabiorę cię na ryby, na paluszek!
Dobra mina do złej gry. Tyle mu zostało za niewinność i bycie najlepszym możliwym ojcem.
Już czuła, że zaczyna rozumieć, na czym polega to całe ślizganie się, szło jej coraz lepiej, prawie przegoniła Grzebiuszkę...! I wtedy czar prysł.
O ile nie nazywała się Spalony Bażant, tak pierwsza zareagowała na niezwykle rozeźlone wołanie Koziej Skarpy i stanęła jak wryta, pazury wbijając w taflę lodu i hamując nagle, tak gwałtownie, że o mały włos nie wykopyrtnęła się na pysk i nie wpadła w zad Tęgoryjca. Utrzymała, z wielkim trudem, równowagę i odwróciła się pyskiem ku krzyczącej zastępczyni u brzegu jeziora; poruszyła cienkim ogonem, przysuwając powoli do Spalonego Bażanta i owijając kitę wokół jednej z jego kończyn. - Mówiłeś, że wiedzą - rzekła Krewetka do ojca, choć nie było w jej głosie pretensji, raczej zaskoczenie. Może Kozia Skarpa nie była Bajorkiem, ale jeśli Bajorko wiedziała, to... nie było problemu, tak? Ale jednak był.
I to, z tego co Krewetka rozumiała, problem dość duży. Nie protestowała, gdy wraz ze Spalonym Bażantem wreszcie zawrócili, prześlizgnęli się przez powierzchnię jeziora z powrotem na brzeg, tam, gdzie stała Kozia Skarpa i nie kwestionowała ani słowa któregokolwiek z dorosłych gdy kazano im wracać do obozu. Zerkała tylko raz po raz w kierunku ojca, może odrobinę rozczarowana tym, że zabawa musiała się skończyć tak szybko i tym, że jednak mama nie wiedziała. Bo najwyraźniej nie wiedziała.
Ojej. Tutaj krążyło w powietrzu zbyt wiele dziwnych i nieprzyjemnych emocji, których Krewetka-Kleszcz jeszcze nie potrafiła w pełni przyswoić. - Dobrze się bawiłam - miauknęła w którymś momencie drogi powrotnej do obozu w kierunku Bażanta, mając nadzieję, że zdoła tym choć odrobinę rozluźnić atmosferę.
zt
XXXXXXXXX XXXXXXXXX TRUST ME Illbetheone Whofightforyouwhenthingsgowrong TRUST ME Illneverletyou down Letyoudown!
Orientalny, długowłosy czarny szylkret point. Biel na dwóch palcach przedniej prawej łapy i nieco pod dolną wargą. Niebieskie oczy. Przeciętna wielkość.
Dziecko, które lubi przygody zdecydowanie bardziej od myślenia.
Nie rozumiała, co się niby stało. W jednej chwili wszyscy dobrze się bawią, a w drugiej nagle zaczyna to być problemem. Przecież wszyscy się cieszyli, nikomu nic złego się nie działo i byli pod najlepszą możliwą opieką. To przecież nawet nie tak, że wyszli sami i złamali to, co mówiła Spopielona Gwiazda (chociaż trzeba przyznać, że przywódczyni zrobiła dobrą reklamę samotnym wycieczkom). - Tylko się bawimy, to nic złego! - Krzyknęła w stronę Koziej Skarpy. Czy ona też naprawdę była na tyle nudna, żeby zabraniać im takiej przyjemności? Do tej pory Grzbiuszka uznawała ją za całkiem fajną, smutno, jeśli teraz musiało się to zmienić.
Na razie jednak skupiła się na tym, by sunąć jeszcze szybciej przed siebie, wykorzystując jak najlepiej ostatnie chwile zabawy. Jak dobrze, że chociaż tata był dobrym kotem i rzeczywiście chciał dla nich tylko najlepszych rzeczy. Odbiła się od lodu, by zrobić posunięcie prosto na łapy Bażanta. A gdy nachylił się nad nią, by przekazać dość niespodziewanie polecenie w odpowiedzi pokiwała energicznie główką. Czemu nie, to mógł być jej pomysł, brzmiało jak coś, co mogła wymyślić, może nawet była to prawda?
Po czym ruszyła wraz z rodziną z powrotem do obozu. Niezbyt zadowolona, bo jakby inaczej miało być w tej sytuacji, ale skoro już naprawdę wszyscy tam szli, to niestety nie miała wyboru.
sporych rozmiarów kociak, dwie cynamonowo dymne plamki na pyszczku oraz cynamonowo dymny ogon, reszta ciała biała, długowłosy, matowe, ślepe oczy
Kociak potrzebujący uwagi. Z powodu swojej wady Zawieja zdecydowanie nie była skłonna do niepotrzebnego zawracania sobie głowy popsutym dzieckiem. Maluszek właśnie z tego powodu zaczął symulować choroby albo wymyślając niestworzone historie na swój temat - tylko i wyłącznie po to, aby rodzice i rodzeństwo zwrócili na niego uwagę. Bardzo często potrafiłby podejść do kogokolwiek i zacząć opowiadać o tym, jak to pokonał lisa, albo, że widział... znaczy słyszał! że wielkie orły latają nad obozem i porywają kociaki, jednemu nawet urwał szpona!
Niezdolny do podejmowania samodzielnych decyzji, potrzebujący ciągłej aprobaty... kogokolwiek. Jeśli będzie chciał coś zrobić, to najpierw będzie potrzebował z kimś o tym porozmawiać. A gdy już będzie zmuszony do samodzielnego myślenia to czuje wyrzuty sumienia. Szybko zmieniający zdanie, aby tylko dopasować się do towarzystwa - nawet jeśli to nie było zgodne z nim samym.
Zdecydowanie nie potrafi panować nad własnymi emocjami - wybuchy złości, krzyki.... Dąb ma problem z wyrażaniem emocji, nie potrafi rozmawiać o nich w normalny sposób, a jeśli ktoś próbuje z nim porozmawiać to musi być gotowy na złość i obrażone fuknięcia.
Nie chciałem, aby Senna Mara dowiedziała się o zmianie mojego imienia od kogoś innego, niż ode mnie. Dlatego też, kiedy tylko wyszedłem od Spopielonej Gwiazdy, zacząłem szukać Sen po całym obozie.
I udało mi się wreszcie, po paru chwilach poszukiwań. Nie chciałem powiedzieć jej tego... tak o, a gdzieś, gdzie miałoby to dla mnie... Dla nas znaczenie. Dlatego zaprosiłem ją na spacer i niemalże od razu skierowałem się nad Księżycowe Jezioro.
- Muszę ci coś powiedzieć - miauknąłem po drodze, delikatnie ocierając się barkiem o bark wojowniczki. Starałem się nie brzmieć na podekscytowanego, ale... Byłem podekscytowany. I chciałem się z nią tym podzielić. Ale dopiero nad Księżycowym Jeziorem.
Dzisiejszego dnia nic konkretnego nie robiła, więc niemalże od razu zgodziła się na wspólny spacer. Dobrze wiedziała, gdzie zmierzają, do ich wspólnego miejsca.
- Hmm? Co takiego, Mętna Wodo? - spytała, trzepiąc uchem. Może sam tego nie poczuł, ale połaskotał ją swoim długim futrem, gdy tak szli bark w bark. Zerkała na niego pytająco, zdziwiona trochę jego tonem. Coś musiało się zdarzyć, ale chyba coś... Dobrego? Oby.
sporych rozmiarów kociak, dwie cynamonowo dymne plamki na pyszczku oraz cynamonowo dymny ogon, reszta ciała biała, długowłosy, matowe, ślepe oczy
Kociak potrzebujący uwagi. Z powodu swojej wady Zawieja zdecydowanie nie była skłonna do niepotrzebnego zawracania sobie głowy popsutym dzieckiem. Maluszek właśnie z tego powodu zaczął symulować choroby albo wymyślając niestworzone historie na swój temat - tylko i wyłącznie po to, aby rodzice i rodzeństwo zwrócili na niego uwagę. Bardzo często potrafiłby podejść do kogokolwiek i zacząć opowiadać o tym, jak to pokonał lisa, albo, że widział... znaczy słyszał! że wielkie orły latają nad obozem i porywają kociaki, jednemu nawet urwał szpona!
Niezdolny do podejmowania samodzielnych decyzji, potrzebujący ciągłej aprobaty... kogokolwiek. Jeśli będzie chciał coś zrobić, to najpierw będzie potrzebował z kimś o tym porozmawiać. A gdy już będzie zmuszony do samodzielnego myślenia to czuje wyrzuty sumienia. Szybko zmieniający zdanie, aby tylko dopasować się do towarzystwa - nawet jeśli to nie było zgodne z nim samym.
Zdecydowanie nie potrafi panować nad własnymi emocjami - wybuchy złości, krzyki.... Dąb ma problem z wyrażaniem emocji, nie potrafi rozmawiać o nich w normalny sposób, a jeśli ktoś próbuje z nim porozmawiać to musi być gotowy na złość i obrażone fuknięcia.
Mętna Woda.
To imię odbijało się echem po mojej głowie. Cieszyłem się, że już nie byłem z nim związany, że właśnie rozpoczynałem nowy początek. Nowe imię dodało mi siły, więcej... radości z życia. Miałem nadzieję, że był to ostatni raz, gdy usłyszałem to imię od Sennej Mary. Ostatni raz, kiedy je wypowiedziała, ponieważ zaraz powiem jej, jak teraz się nazywam.
Milczałem, póki nie doszliśmy do Księżycowego Jeziora. Śnieg pod łapami przestał skrzypieć, kiedy wreszcie stanąłem w miejscu. Z tego co słyszałem, woda zamarzła, ale nie zamierzałem tego sprawdzać.
- Chciałem, żebyś dowiedziała się pierwsza. Nie jestem już Mętną Wodą - miauknąłem wreszcie. Wziąłem głębszy wdech. Pierwszy raz miałem wypowiedzieć moje nowe imię na głos. Ekscytowało mnie to. Czułem się szczęśliwy, tchnięty nowym życiem.
- Dębowa Korona. Od teraz nazywam się Dębowa Korona.
Nie odpowiedział jej od razu. Nie miała mu tego za złe, widząc jego uradowany pysk. Cieszył się, więc na pewno była to dobra rzecz. Nie miała tylko pojęcia, jakiej wagi ona była. Nie miała pojęcia, że to ostatni raz, gdy nazwała go starym imieniem nadanym mu przez jej ojca.
Po kilku milczących chwilach, w końcu doszli do Księżycowego Jeziora, ich wspólnej przystani, która znacznie się zmieniła. Korony drzew były łyse, ich gałęzie przykryte śniegiem. Całe jezioro zamarzło i dookoła leżał tylko biały puch.
Odwróciła łeb w jego stronę, gdy w końcu przystanęli i zabrał głos. Przekrzywiła głowę. Nie był już Mętną Wodą, a to oznacza, że... Uśmiechnęła się szeroko.
- Dębowa Korona - powiedziała, akcentując każdą sylabę. - Piękne imię, pasuje do ciebie.
sporych rozmiarów kociak, dwie cynamonowo dymne plamki na pyszczku oraz cynamonowo dymny ogon, reszta ciała biała, długowłosy, matowe, ślepe oczy
Kociak potrzebujący uwagi. Z powodu swojej wady Zawieja zdecydowanie nie była skłonna do niepotrzebnego zawracania sobie głowy popsutym dzieckiem. Maluszek właśnie z tego powodu zaczął symulować choroby albo wymyślając niestworzone historie na swój temat - tylko i wyłącznie po to, aby rodzice i rodzeństwo zwrócili na niego uwagę. Bardzo często potrafiłby podejść do kogokolwiek i zacząć opowiadać o tym, jak to pokonał lisa, albo, że widział... znaczy słyszał! że wielkie orły latają nad obozem i porywają kociaki, jednemu nawet urwał szpona!
Niezdolny do podejmowania samodzielnych decyzji, potrzebujący ciągłej aprobaty... kogokolwiek. Jeśli będzie chciał coś zrobić, to najpierw będzie potrzebował z kimś o tym porozmawiać. A gdy już będzie zmuszony do samodzielnego myślenia to czuje wyrzuty sumienia. Szybko zmieniający zdanie, aby tylko dopasować się do towarzystwa - nawet jeśli to nie było zgodne z nim samym.
Zdecydowanie nie potrafi panować nad własnymi emocjami - wybuchy złości, krzyki.... Dąb ma problem z wyrażaniem emocji, nie potrafi rozmawiać o nich w normalny sposób, a jeśli ktoś próbuje z nim porozmawiać to musi być gotowy na złość i obrażone fuknięcia.
Powiedziała je.
Powiedziała moje imię.
Brzmiało ono jeszcze lepiej, kiedy ona je wypowiadała. Jej głos, niczym ten ze snu, jakby z innego świata, jakby ona i to imię były z innego świata. I podobało mi się to, naprawdę mi się to podobało.
- Też mi się podoba. Ojciec nazwał mnie Dąb i teraz wreszcie ponownie nim jestem. Czuję się taki... wolny. Jakbym właśnie zrzucił z grzbietu swojego przeciwnika - wyznałem, starając się nie brzmieć jak kocię, które właśnie miało zostać mianowane na terminatora. Prawda była jednak taka, że faktycznie byłem podekscytowany.
Przysunąłem się bliżej niej.
Zbutwiały Pień.
Sen już dawno zdarzyła zapomnieć, że był ojcem Dęba. Że tamtego dnia jej groził. I wiele innych rzeczy, które się dopuścił. Nie była urażona. To wszak była wina Psa.
Nie mogła powstrzymać uśmiechu cisnącego jej się na pysk, gdy Dębowa Korona mówił takim uradowany głosem. Zdołał przegnać największy cień.
Nie odsunęła się, gdy ten przybliżył się nieznacznie. - Cieszę się - miałknęła. Para wyleciała z jej pyska. Wciąż było zimno, lecz przy swoim przyjacielu czuła się, jakby dopiero co przyszła Pora Zielonych Liści. - Co powiesz, by później uczcić to świeżą piszczką? - spytała.
sporych rozmiarów kociak, dwie cynamonowo dymne plamki na pyszczku oraz cynamonowo dymny ogon, reszta ciała biała, długowłosy, matowe, ślepe oczy
Kociak potrzebujący uwagi. Z powodu swojej wady Zawieja zdecydowanie nie była skłonna do niepotrzebnego zawracania sobie głowy popsutym dzieckiem. Maluszek właśnie z tego powodu zaczął symulować choroby albo wymyślając niestworzone historie na swój temat - tylko i wyłącznie po to, aby rodzice i rodzeństwo zwrócili na niego uwagę. Bardzo często potrafiłby podejść do kogokolwiek i zacząć opowiadać o tym, jak to pokonał lisa, albo, że widział... znaczy słyszał! że wielkie orły latają nad obozem i porywają kociaki, jednemu nawet urwał szpona!
Niezdolny do podejmowania samodzielnych decyzji, potrzebujący ciągłej aprobaty... kogokolwiek. Jeśli będzie chciał coś zrobić, to najpierw będzie potrzebował z kimś o tym porozmawiać. A gdy już będzie zmuszony do samodzielnego myślenia to czuje wyrzuty sumienia. Szybko zmieniający zdanie, aby tylko dopasować się do towarzystwa - nawet jeśli to nie było zgodne z nim samym.
Zdecydowanie nie potrafi panować nad własnymi emocjami - wybuchy złości, krzyki.... Dąb ma problem z wyrażaniem emocji, nie potrafi rozmawiać o nich w normalny sposób, a jeśli ktoś próbuje z nim porozmawiać to musi być gotowy na złość i obrażone fuknięcia.
Nie odsunęła się.
Nie wiedziałem czemu, ale poczułem, jak ciepło rozlewa się po moim ciele. Cieszyła się ze mną. A ja się cieszyłem, że ona cieszyła się tym, że ja cieszyłem się nowym imieniem.
- Oczywiście - zamruczałem na jej propozycję. Byłem zadowolony, że to jej pierwszej o tym powiedziałem i...
Chwila. Jej powiedziałem pierwszej.
Nie pomyślałem o tym, aby powiedzieć Zimnej Krwi. Nie pomyślałem o nikim innym, jak o Sennej Marze, kiedy chciałem się pochwalić swoim nowym imieniem. Ona była dla mnie... naprawdę ważna. I powoli zaczynało to do mnie docierać.
Odchrząknąłem.
- Na ostatniej ceremonii siedziałaś z Wartkim Potokiem, prawda? Pewnie cieszysz się, że wróciła do klanu.