Małe to takie, ledwie widoczne. Niemal wychudzony, o szczurowatej posturze i patykowatych łapach. Uszy ma wielkie, wąsy kręcone, a dwukolorowe oczy [lewe żółte, prawe niebieskie] szeroko otwarte. Konwój to krótkowłosy kocur, którego białe futro dodatkowo jest kręcone. Pod ową bielą kryje się za to coś o wiele ciekawszego - brąz, dodatkowo szynszylowy.
Jest kotem głośnym. Donośnym głosem nadrabia więc swoją mierną więc postać. Nie rzucający się w oczy, acz na pewno usłyszany. Konwój dodatkowo posiada parę tików, nie potrafi więc za nic w świecie trwać w całkowitym bezruchu. Jest kotem niecierpliwym i łasym na wszelkiego rodzaju atrakcje, stąd też nie potrafił usiedzieć w gnieździe dwunogów, a las wydał mu się o wiele odpowiedniejszym dla niego miejscem. Konwój ma tendencję do gadania przez sen, czasami jest to zwykłe mamrotanie, a czasem pełne, dobrze słyszalne słowa.
Długo mu zajęło. Nie sądził, że te całe lasy srasy są aż tak daleko! Musiał robić przerwy, musiał pytać o drogę, a dogadanie się z innymi nie zawsze było łatwe… ale nie miał pojęcia czemu tak się działo! Finalnie jednak trafił… ale czy dobrze trafił? Pokręcił się przy śmierdzących terenach… ktoś tu zdecydowanie dużo sikał.
Pierw spotkał koty z jakiegoś… jakiś Klan WodyRzeki chyba. Nie ten szukał. Pokierowany w stronę dobrą natknął się na kolejne miejsca. Czekał chwilę, grzecznie… w końcu mama Rzeźnia mówiła! Nie wchodź, bo cię pogonią jak te… szczury spod desek w piwnicy. Podniósł zadek, gdy dostrzegł zbliżające się sylwetki. — Serwus, jo chcą pogadać z twojim przodcom — szybka informacja i… i chyba się udało nie? Mama Rześnia pewnie się ucieszy.
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
powyżej przeciętnego wzrostu; długowłosy (o lejącej się sierści); bury o pręgowaniu ticked; białe znaczenia na przednich łapach, brodzie, gardle i nosie; lewe oko niebieskie, prawe zielone
mój przywódca to fanatyk wędkarstwa. pół obozu zawalone wędkami najgorsze. średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w lecznicy, bo mają zadziory na końcu. w swoim dwudziestoksiężycowym życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. tydzień temu przyszedłem z bólem brzucha to pajka w ziołowym wzgórzu jak mnie zobaczyła to kazała stopy pokazywać XD bo myślała że znowu hak w nodze ~rolka
Roziskrzona Gwiazda wolał, gdy Kwieciste Grzbiety zjawiali się u niego w towarzystwie jednego ze swoich kolegów gotowych tłumaczyć średnio zrozumiałe wypowiedzi. Dzisiaj nie mógł liczyć na ten luksus, ale koniec końców udało im się dojść do porozumienia. Na granicy był samotnik. Koło Ukrytego Pagórka. I chciał rozmawiać z przywódcą.
Chociaż ostatnie stwierdzenie wynikało raczej z domysłów burego, niż zrozumienia co tam Kwiatek mówili. Jakby nie chodziło o spotkanie z przywódcą to dlaczego akurat wojownik do niego by przyszli? No właśnie. Główka pracowała.
Nie od razu zauważył białego kocura na tle śniegu, przynajmniej nie z daleka, ale w miarę zbliżania do Ukrytego Pagórka, jakiś koci kształt zaczął mu się rysować w zasięgu wzroku. Mógł podejść bezpośrednio do niego i udawać, że od razu go dostrzegł.
– Witam, jestem Roziskrzona Gwiazda, przywódca Klanu Wichru. Prosiłeś o rozmowę ze mną. – kiwnął łbem do obcego, zatrzymując przy granicy.
Małe to takie, ledwie widoczne. Niemal wychudzony, o szczurowatej posturze i patykowatych łapach. Uszy ma wielkie, wąsy kręcone, a dwukolorowe oczy [lewe żółte, prawe niebieskie] szeroko otwarte. Konwój to krótkowłosy kocur, którego białe futro dodatkowo jest kręcone. Pod ową bielą kryje się za to coś o wiele ciekawszego - brąz, dodatkowo szynszylowy.
Jest kotem głośnym. Donośnym głosem nadrabia więc swoją mierną więc postać. Nie rzucający się w oczy, acz na pewno usłyszany. Konwój dodatkowo posiada parę tików, nie potrafi więc za nic w świecie trwać w całkowitym bezruchu. Jest kotem niecierpliwym i łasym na wszelkiego rodzaju atrakcje, stąd też nie potrafił usiedzieć w gnieździe dwunogów, a las wydał mu się o wiele odpowiedniejszym dla niego miejscem. Konwój ma tendencję do gadania przez sen, czasami jest to zwykłe mamrotanie, a czasem pełne, dobrze słyszalne słowa.
— Dobry — zrobił z dwa kroczki, odchylając się nieco, by dojrzeć czy za przywódcą idzie ktoś jeszcze. Na przykład tamten miły kotek, którego spotkał wcześniej. Miał wrażenie, że rozumieli się wręcz bez słów! A co. — Jo je Konwój — przedstawił się od razu, wracając pełnym skupieniem do Gwiazdy przed sobą, w końcu nikogo innego już nie dojrzał. Uśmiechnął się, układając w głowie rzeczy, które mama Rzeźnia zwana Kaczą Łapą mu mówiła — mamula moja urodziła się w klanie… — i byle teraz nie pomylić nazwy klanu… Kilka razy mu się to zdarzało! Dostawał od Rzeźni zwanej Kaczą Łapą po uszach… — Wichru! Przysyło mie do wos! — Konwój stał grzecznie, gubiąc się wręcz wizualnie w śniegu. Jedynie te okrągłe, szeroko otwarte oczy zdradzały jego obecność… no i uszy! — Nazywo się Kacza Łapa - utraciła łapę i niy ma jak wrócić. Opowiadoła mi o klanach i chciołbym wejść do… do klanu — przysunął przednie łapki bliżej siebie i milcząc już, uśmiechnął się tylko. Był wzorowym synkiem i teraz czekał na werdykt… albo pytania, albo cokolwiek. Mama mówiła, że mogą jakieś paść…
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
powyżej przeciętnego wzrostu; długowłosy (o lejącej się sierści); bury o pręgowaniu ticked; białe znaczenia na przednich łapach, brodzie, gardle i nosie; lewe oko niebieskie, prawe zielone
mój przywódca to fanatyk wędkarstwa. pół obozu zawalone wędkami najgorsze. średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w lecznicy, bo mają zadziory na końcu. w swoim dwudziestoksiężycowym życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. tydzień temu przyszedłem z bólem brzucha to pajka w ziołowym wzgórzu jak mnie zobaczyła to kazała stopy pokazywać XD bo myślała że znowu hak w nodze ~rolka
O Gwiezdni, drugie Kwieciste Grzbiety. Na burym czole prędko wykwitła głęboka zmarszczka, gdy przywódca próbował zrozumieć samotnika. Znaczy niby nie było tragedii, wydawało mu się, że wszystko zrozumiałe (prawie wszystko, do tego zaraz wróci), ale co jeśli tylko wydawało?
– Kacza Łapa... – zmrużył oczy, próbując skojarzyć imię z konkretnym kotem. Kacze Piórko jako pierwsze przychodziło na myśl, ale Kacze Piórko nie dość, że była w Klanie to jeszcze z kociętami niewiele młodszymi. No i skończyli trening obiegi pór temu, bez sensu żeby- o chwila! Jak takie szczurowate, patykowate to... – Zajęcze Ucho coś ci mówi? Albo Bławatkowa Łąka?
Przebiegle nie uzupełnił, że chodzi o dziadków, bo jeśli Kacza Łapa wcale nie była po tych rodzicach to będzie pora na odwracanie kota ogonem, że sprawdzał tylko na ile matka opowiadała mu o yyy zasłużonych członkach Klanu.
– No i ten... co to takiego ten konwój? – znał konwalie, to mu najbliżej się kojarzyło, kolor się zgadzał, ale może chodziło o jakieś ptactwo? Z pewnością nie o rybę.
Małe to takie, ledwie widoczne. Niemal wychudzony, o szczurowatej posturze i patykowatych łapach. Uszy ma wielkie, wąsy kręcone, a dwukolorowe oczy [lewe żółte, prawe niebieskie] szeroko otwarte. Konwój to krótkowłosy kocur, którego białe futro dodatkowo jest kręcone. Pod ową bielą kryje się za to coś o wiele ciekawszego - brąz, dodatkowo szynszylowy.
Jest kotem głośnym. Donośnym głosem nadrabia więc swoją mierną więc postać. Nie rzucający się w oczy, acz na pewno usłyszany. Konwój dodatkowo posiada parę tików, nie potrafi więc za nic w świecie trwać w całkowitym bezruchu. Jest kotem niecierpliwym i łasym na wszelkiego rodzaju atrakcje, stąd też nie potrafił usiedzieć w gnieździe dwunogów, a las wydał mu się o wiele odpowiedniejszym dla niego miejscem. Konwój ma tendencję do gadania przez sen, czasami jest to zwykłe mamrotanie, a czasem pełne, dobrze słyszalne słowa.
— Tak, tak! Zając z Uchym. Mama godała, że to je jej ojciec, czyli dziadek mój — och, pozna swoją rodzinę w Klanie! Jak cudownie. Do tej pory miał tylko mamę Rzeźnię, zwaną Kaczą Łapą i tych dziwnych ludzi, którzy go przywieźli. Wcześniej też coś było… ale nie pamiętał już. Pamiętał tylko jeden dom z mamą, a potem podróż… wtedy dopiero zaczęły pojawiać się nowości. — Jo je Konwój — odpowiedział niemal natychmiast, bez jakiejś szczególnej emocji na pysku. W pierwszej chwili nie załapał, iż nie o to dokładnie chodziło z tym pytaniem… ale czy to jego wina, że Iskra mówi niezrozumiale?! No nie! Zamrugał parokrotnie, posłuchał panującej ciszy… chwila… — A… Rozumia, rozumia! Niy wiym, co to znaczy konwój. Zaczli tak na mie wołać, ale mom teoria, że to je drzewo — tak samo nie dokońca rozumiał imię mamy Rzeźni… Czy jednak musi znać je znaczenie?! No nie, o. — To jak? Wpuści mie pani do klanu moji mamy? —
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
powyżej przeciętnego wzrostu; długowłosy (o lejącej się sierści); bury o pręgowaniu ticked; białe znaczenia na przednich łapach, brodzie, gardle i nosie; lewe oko niebieskie, prawe zielone
mój przywódca to fanatyk wędkarstwa. pół obozu zawalone wędkami najgorsze. średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w lecznicy, bo mają zadziory na końcu. w swoim dwudziestoksiężycowym życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. tydzień temu przyszedłem z bólem brzucha to pajka w ziołowym wzgórzu jak mnie zobaczyła to kazała stopy pokazywać XD bo myślała że znowu hak w nodze ~rolka
Rozpromienił się. No i elegancko, to się dogadali, a Iskra prawidłowo zidentyfikował kociątko przed nim! A nawet jego matkę. Ale gdy już opadła początkowa radość tego drobnego sukcesu, buremu przypomniało się o co takiego zapomniał spytać.
– A w sumie czemu twoja mama nie ma jak wrócić? Straciła łapę, ale ma trzy pozostałe... – no nie chciał być nieczuły, nieuprzejmy i tak dalej, ale nie kalkulowało mu się do końca. I jeśli to był jedyny powód dla którego nie wróciła to... nie no, to nie mógł być jedyny powód, nie?
Konwój powtórzył swoje imię i... no fajnie, Iskra czekał na rozwinięcie. I jak tak czekał to się nie doczekał i miał wrażenie, że się musieli nie dogadać. Widząc jak młody mruga bez zrozumienia, już otwierał pysk i- o. Jednak zatrybiło.
– Teoria? A skąd masz taką teorię, że akurat drzewo? A nie ptak może? Albo kwiatek? – dopytał, mrużąc nieznacznie oczy. Znaczy chyba ryzykownie było z tym imieniem skoro obaj nie wiedzieli co takiego ono konkretnie oznacza, ale chciał być ten jeden raz miły i nie zmieniać od razu imienia młodzikowi. A tu biednemu wiatr w oczy.
– Aj, do tego zmierzamy, ale najpierw muszę ciebie trochę jeszcze popytać. – prawie odruchowo się zgodził, dobrze że mu się udało ugryźć w język. Może za stary był już na takie rozmowy, coś za łatwo było go podejść. – Bo w sumie dlaczego chcesz dołączyć? Mama ci opowiadała o Klanach, chyba ci się spodobały te opowieści, ale... dlaczego? Życie w klanie do łatwych nie należy, jest dużo obowiązków, nie ma miejsca na cwaniakowanie i miganie się od roboty. Więc nie wiem czy ci mama opowiadała jedynie o pięknych stronach takiego życia czy o wszystkim...
Małe to takie, ledwie widoczne. Niemal wychudzony, o szczurowatej posturze i patykowatych łapach. Uszy ma wielkie, wąsy kręcone, a dwukolorowe oczy [lewe żółte, prawe niebieskie] szeroko otwarte. Konwój to krótkowłosy kocur, którego białe futro dodatkowo jest kręcone. Pod ową bielą kryje się za to coś o wiele ciekawszego - brąz, dodatkowo szynszylowy.
Jest kotem głośnym. Donośnym głosem nadrabia więc swoją mierną więc postać. Nie rzucający się w oczy, acz na pewno usłyszany. Konwój dodatkowo posiada parę tików, nie potrafi więc za nic w świecie trwać w całkowitym bezruchu. Jest kotem niecierpliwym i łasym na wszelkiego rodzaju atrakcje, stąd też nie potrafił usiedzieć w gnieździe dwunogów, a las wydał mu się o wiele odpowiedniejszym dla niego miejscem. Konwój ma tendencję do gadania przez sen, czasami jest to zwykłe mamrotanie, a czasem pełne, dobrze słyszalne słowa.
— Dobro historia to. Jak żech był małym brzdoncym, wlaz żech na drzewo, i wtedy zaczli wołać: Konwój! Konwój! Pewnie właśnie po drzewie, a co! Potym mie ściągali, bo niy umia schodzić — zaśmiał się z własnej historii. Była świetna! I na pewno nie jedną osobę nią rozśmieszy! Mama Rzeźnia wywracała oczami, ale w duchu wiedział, że chciała się zaśmiać… na pewno! — Niy, niy! Mama niy je piykno — ach… trochę brutalne mówić, że jego własna nierodzona mama nie jest piękna! Cóż jednak miałby powiedzieć… kłamać nie lubi i nie potrafi! Jedynie gryzie się w język by czegoś nie palnąć, ot co! Rzeźnia zwana Kaczą Łapą mówiła mu, że klanie mogą być tak zwane… lamusy. Lamusy i słabiaki! Takimi to nie powinien zawracać sobie głowy. Ale przecież nie powie tutej Gwieździe o tych słowach mamy. — Właśnie dlatego mama niy przyszła ze mną! Brak łapy utrudniołby ji życie w lesie, bo tukej trza być sprawnym, niy? Polować i… robić rzeczy, co robić? Pewnie jakieś wysiłkowe. Bijecie sie? Jo umia, ale ino trocha — ale to do wyuczenia, nie? Pobije jednego, drugiego i się nauczy — A tak ino między nami, to pewno było ji gańba wracać bez łapy, ale to tak ino między nami! Niy chciała, żebych to rozgadowoł — a choć mówił głośno, tutaj ściszył głos, w końcu dzielił się sekretem na paluszek.
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
Księżyce: 142 Mistrz: Rysi Pomruk Płeć: trans kocur Zaimki: on/jego Matka: Jodłowa Igła [*] Ojciec: Czerwony Pazur [*] Trwałe urazy: blizny po gadożerach na przednich łapach, blizny po borsuku na prawym boku, po ugryzieniu psa na prawej tylnej łapie, po ugryzieniu jenota na lewej przedniej łapie
powyżej przeciętnego wzrostu; długowłosy (o lejącej się sierści); bury o pręgowaniu ticked; białe znaczenia na przednich łapach, brodzie, gardle i nosie; lewe oko niebieskie, prawe zielone
mój przywódca to fanatyk wędkarstwa. pół obozu zawalone wędkami najgorsze. średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w lecznicy, bo mają zadziory na końcu. w swoim dwudziestoksiężycowym życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. tydzień temu przyszedłem z bólem brzucha to pajka w ziołowym wzgórzu jak mnie zobaczyła to kazała stopy pokazywać XD bo myślała że znowu hak w nodze ~rolka
– Hm, no jest w tym jakiś sens – pokiwał łbem z lekkim uśmiechem, chociaż Gwiezdni mu świadkiem, nie był pewny z czego się śmieją. Ale skoro sam Konwój uważał, że to zabawne, niemiło było go zostawiać z ciszą...
Osobiście podejrzewał, że Konwój istniał jeszcze przed utknięciem na drzewie, wszyscy raczej nazywali kocięta zanim te zaczynały chodzić, o wspinaczce nie wspominając. Ale póki nie skonsultuje tego przypadku z jakimś znawcą drzew to... niech będzie. Wyobrażał sobie takie duże, liściaste drzewo o chropowatej korze ułatwiającej wdrapywanie się niedoświadczonym kociętom.
– Aj, od razu, że nie jest piękna. Brakuje jej łapy, a nie głowy – sprzeciwił się zaraz temu tłumaczeniu. A dalszemu... Gwiezdni, miejcie go w opiecie. Chyba rozumiał? Ale na wszelki wypadek wolał nie komentować tego, jedynie pokiwał głową. Tak ze zrozumieniem wymalowanym na pysku.
– No szkoda, szkoda. Zając i Bławatek na pewno by się ucieszyli na jej widok... ale przynajmniej mamy ciebie, prawda? – czuł się paskudnie z tym przebiegiem rozmowy, zupełnie jakby nie przybliżył się do niczego nawet o kocięcy krok. Ustalili tożsamość Konwoja. A reszta... o reszcie szkoda gadać. Bury machnął ogonem. – Zimno tu trochę, co? Może pójdziemy do obozu, spotkasz dziadków i rozmowę dokończymy w cieplejszych warunkach?
Zrzuci go Krzyk na głowę i niech ona wyskubuje z niego informacje.
Małe to takie, ledwie widoczne. Niemal wychudzony, o szczurowatej posturze i patykowatych łapach. Uszy ma wielkie, wąsy kręcone, a dwukolorowe oczy [lewe żółte, prawe niebieskie] szeroko otwarte. Konwój to krótkowłosy kocur, którego białe futro dodatkowo jest kręcone. Pod ową bielą kryje się za to coś o wiele ciekawszego - brąz, dodatkowo szynszylowy.
Jest kotem głośnym. Donośnym głosem nadrabia więc swoją mierną więc postać. Nie rzucający się w oczy, acz na pewno usłyszany. Konwój dodatkowo posiada parę tików, nie potrafi więc za nic w świecie trwać w całkowitym bezruchu. Jest kotem niecierpliwym i łasym na wszelkiego rodzaju atrakcje, stąd też nie potrafił usiedzieć w gnieździe dwunogów, a las wydał mu się o wiele odpowiedniejszym dla niego miejscem. Konwój ma tendencję do gadania przez sen, czasami jest to zwykłe mamrotanie, a czasem pełne, dobrze słyszalne słowa.
— Jo niy godom o łapie, ino o pysku! Bez przestanku sie krzywi i grymasi! Uśmiechać sie niy chce, a do tego jeszcze ciągle prycho! — ponownie się zaśmiał na wspomnienie Rzeźni. Nie przypominał sobie jej uśmiechu. Pamiętał za to bardzo dobrze to wywracanie oczami… Owy ruch również potrafił zaprezentować z najwyższą perfekcją. Papugując Rzeźnię nauczył się grymasów, warczeć, prychnięć i całej reszty rzeczy. Być może i potrzebnych! To jeszcze się oceni. — Ano, może im wystarcza! Pogodom im o miejscu, kaj Rzeźnia mieszko! To znaczy Kacza Łapa, bo tak jom tukej zwaliście. A co to ta Rzeźnia? Pewnie też jakieś drzewo, ci ludzie to chyba same miłośniki drzew. Je ich tam pełno — a jak masz czegoś dużo, to chyba to lubisz, nie? On na przykład zbierał kolorowe myszki. Chował przed innymi, a kilka dni później pojawiały się następne. — No jasne! Wieje tukej jak diabli. A w obozie to pewnie cieplutko, niy? I same koty! Mom tela ciekawych historyji, że na bank ktoś bydzie chciał posłuchać — na przykład ci dziadkowie! Och… tak już by chciał ich poznać!
Czuł się, jakby robił coś nielegalnego. Nawet jeśli przecież wychodzenie poza tereny swojego klanu, bez wchodzenia za inne granice, nie było niczym zakazanym. A ostateczny, przyświecający mu cel, był czymś bardzo dobrym. Szedł dość niedaleko granicy klanu, rozglądając się uważnie za sylwetką, pokrytą długim, ciemnym futrem. Musiał być gotowy.
Jednak jak na razie, był tu całkiem sam. Co powinno być informacją pozytywną, bo oznaczało to względne bezpieczeństwo. Jednak nie takie na zawsze, nie mogło takim być, gdy jednak z każdych krzaków mógł wyjść ktoś, kto wszystko zepsuje. Czy pojawiał się też tutaj? Czy zastraszał już jakieś koty z Wichru, czy je zaatakował, czy zdobył od nich wszystkie tajne informacje? Mógł mieć bardzo wiele pytań. A może, znalazł się ktoś, kto sam poradził już sobie z przerażającym samotnikiem. To byłaby dobra wiadomość. Powinna być. Jednak, czy jeśli to okazałoby się prawdą, czy Wiesiołek miałby jakiekolwiek sposób, by odkupić swoje winy? Może wcale nie byłoby to tak proste rozwiązanie problemów, jak inni mogli pomyśleć.
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
orientalny krótkowłosy; czarno-rudy szylkret z przewagą czarnego, pomarańczowe oczy
ten współpasażer który zabawia pięciolatka siedzącego za tobą w samolocie żeby przez całą drogę nie kopał w twoje siedzenie
Babie Lato [S], Orzechowa Łapa [KW], Pies. [GK]
Nie miała w zwyczaju sprawdzać granic. W końcu to nie należało do jej obowiązków, a w odróżnieniu od łowienia ryb nie było też uspokajające. I nie dawało takiej satysfakcji jak siatka pełna karasi przytaszczona do obozu. Lubiła za to rozmawiać z samotnikami, więc bądź co bądź czasem znajdowała siebie dreptającą wzdłuż granicy, rozglądając się za jakimiś pyszczkami do rozmowy. Po tej stronie terenów miała nawet szansę trafić na Ślimaczek; do Topiołek nie było aż tak daleko z pagórka granicznego na który się wspinała. Jedynie– oh! Jest ktoś!
Zbiegła z pagórka po drugiej stronie. Z daleka kremowe futro wyglądało jak tamten kocur szukający pokrzyw, ale jeden powiew wiatru powiedział jej, że to nie ten. Podbiegła luźnym truchtem do kocura, raźno machając ogonem na boki w takt swoich kroków.
— Hej! Wiesiołek, prawda? Co ty tu robisz?
Tu, znaczy poza terenem klanu. Sam. Czy Rzeka nie miała wytycznych dotyczących terminatorów którzy nie mogą wychodzić sami? A może właśnie przerwała mu wielką ucieczkę? Nie był bardzo młody, ale, tak samo jak przy ich poprzednim spotkaniu, zastanawiała się czy umie walczyć, skoro już opuścił klanowe tereny. Właściwie nawet miała pomysł jak to sprawdzić bez pytania wprost. Wyrównała z nim krok, a potem, kompletnie przypadkowo, potknęła się na prostej drodze o kupkę śniegu, celując barkiem w kremowe futerko. Odskoczy, nie odskoczy? Powinien być przygotowany na nagłe ataki lisów! Albo szczurów.
Ktoś się do niego zbliżał. Czy to było niebezpieczeństwo? Podświadomie tego właśnie się spodziewał, nie mogło go przecież spotkać nic dobrego. Dlatego słysząc tylko jakiekolwiek dźwięki docierające do jego uszu, jak najszybciej odwrócił się w tamtą stronę, gotowy na wszystko... Nie, to była tylko ta kotka, którą spotkał jakiś czas temu. Była miła, nie trzeba było się jej bać. - O, cześć. nie widziałaś tu żadnego samotnika? - Odpowiedział, starając się przybrać jak najbardziej spokojny ton głosu, jakby to o czym mówił nie było żadnym poważnym problemem. Tylko zwykła sprawa, którą każdy kot się mógł zająć. Ale nie na tyle mało ważna, żeby Mrówczy Szlak zupełnie się nie przejmowała, bo przecież by nie chciał, żeby spotkało ją coś takiego jak jego...
I wtedy właśnie, gdy zastanawiał się, czy dodać coś jeszcze, kotka poleciała jakby w jego kierunku. Co pewnie w niektórych przypadkach mogłoby wywołać u niego różne reakcje, ale teraz wciąż wewnątrz był gotowy do walki - dlatego postarał się odepchnąć jej bark swoimi łapami. W zupełnie przeciwną stronę niż początkowo mogła polecieć.
Co on robił? Powinien ją złapać, pomóc, a nie tylko pogarszać sytuację. - Przepraszam! - Zawołał prawie jednocześnie, ale już było za późno, żeby cofnąć swój ruch.
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
orientalny krótkowłosy; czarno-rudy szylkret z przewagą czarnego, pomarańczowe oczy
ten współpasażer który zabawia pięciolatka siedzącego za tobą w samolocie żeby przez całą drogę nie kopał w twoje siedzenie
Babie Lato [S], Orzechowa Łapa [KW], Pies. [GK]
Sukces jej przebiegłego planu! Zamiast runąć razem z nią w śnieg, kremowe łapki odepchnęły jej bark i szylkretka ze śmiechem wylądowała w śniegu po drugiej stronie swojej oryginalnej trasy. Aha! Więc umiał walczyć, a przynajmniej reagował w czas na potencjalnie zagrożenie. Nie musiała się martwić odstawianiem go z powrotem do Rzeki albo coś w tym rodzaju.
— Niezły czas reakcji! — Zachichotała, gramoląc się z zaspy z szerokiem uśmiechem na pyszczku. — To ja przepraszam, potknęłam się... zdarza mi się czasem. Im prostsza droga tym gorzej.
Wydostawszy się ze śniegu otrzepała pobieżnie futerko i rzuciła zaciekawionym spojrzeniem na kremową mordkę. Ciekawe czy jego ojciec to ten sam kocur który był ojcem dzieci Czarnego Konia? Może to podobieństwo do Pożarka wcale nie było przypadkowe – a klan by się zgadzał z tym co mówiła... Ale och, nie miała czasu o tym myśleć, przecież zadał jej wcześniej pytanie!
— Samotnika? Dużo ich tu krąży w okolicy. Szukasz kogoś konkretnego? Mogę im przekazać coś jak ich spotkam, albo powiem że ich szukasz? — Zaoferowała, machając lekko ogonem na boki. O co mogło chodzić? Chyba za dużo czasu spędzała ostatnio z Czarnym Koniem, bo jej myśli pofrunęły niemalże od razu do jakiegoś sekretnego romansu z piękną samotniczką. Oooh! Prawie skandaliczne!
— Właściwie, skoro już jestem cała w śniegu, co powiesz na sparing? — Ukłoniła się kremowemu, trochę jak pies zapraszający do zabawy, a mrugnięcie oka później wystrzeliła do przodu, próbując dotknąć go łapką w bark i odskoczyć. — Trochę treningu zawsze się przyda, a może różne klany walczą trochę inaczej, nie? — Zachichotała, przyjmując pozycję do walki w bezpiecznej odległości jednego susa od niego.
- Dobrze, że nic ci się nie stało, uważaj na siebie. - Uf, całe szczęście, że nic złego z tego nie wyszło. Jednocześnie, pomyślenie o tym, że miałaby się tu po prostu potknąć na chwilę przypomniało mu o innym spotkaniu, dawno temu. Wtedy, gdy był małym kociakiem i poznał Chabra, czy i on wtedy się nie przewrócił? Gdzie teraz mógł być przyjaciel, czy był bezpieczny? Nie, nie mógł teraz zaczynać myśleć o tym. - Nie, nie. Znaczy tak, to taki konkretny samotnik, ale on.. jest niebezpieczny. Jeśli go zobaczysz, to lepiej nie podchodź sama. - Co ona zrobiłaby, gdyby go spotkała? Żadna opcja nie brzmiała dobrze. Nie chciał przecież ani, żeby kotkę spotkał ten sam los co jego, ani tego, żeby musiała stoczyć z nim pojedynek. Czy dałby radę w ogóle wytłumaczyć jej to wszystko, w jakiś sposób, który rzeczywiście by mu odpowiadał? Tęsknił za swoim dawnym życiem, gdy nie miał takich problemów. Gdy mógł po prostu mówić wszystkim całą prawdę i nie musiał mieć żadnych sekretów. Kiedyś wszystko mogło być takie proste. - Chyba… może mi się to przydać. - Stwierdził na jej propozycję. Rzeczywiście, jego dotychczasowe próby walki zwykle nie należały do najbardziej udanych. W przyszłości, przy tym, co musiał zrobić, było konieczne, żeby postarał się z całych sił - jednak być może sama wiara w to, że nie miał innej opcji i świadomość, że jego cel był dobry nie miały wystarczyć. Przyda się poćwiczyć przed tym chociaż trochę.
On również przybrał odpowiednią do walki pozycję, tym razem pozwalając po prostu, żeby Mrówka wykonała swój atak. Wiedział teraz, że się to wydarzy, więc nie musiał reagować tak panicznie jak przed chwilą. Zresztą uderzenie okazało się bardzo delikatne - ale pewnie po prostu kotka nie chciała go skrzywdzić tak naprawdę, gdyby zamierzała, z pewnością mogła zrobić to mocniej. Sam postarał się swoimi łapami uderzyć w jej klatkę piersiową, by odepchnąć kotkę trochę do tyłu.
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
Księżyce: 46 Mistrz: Wędrujące Światła (i Żbikopręga) Płeć: kotka? Zaimki: ona/jej, inne też ok Rodzic: Wędrujące Światła, Gwiezdny Nurt [najlepsza ciocia na świecie]
orientalny krótkowłosy; czarno-rudy szylkret z przewagą czarnego, pomarańczowe oczy
ten współpasażer który zabawia pięciolatka siedzącego za tobą w samolocie żeby przez całą drogę nie kopał w twoje siedzenie
Babie Lato [S], Orzechowa Łapa [KW], Pies. [GK]
— Niebezpieczny? — Zastrzygła uszami, gdy tylko odzyskała równowagę po popchnięciu w tył. Dobrze wymierzonym, to musiała przyznać. — Jak wygląda? Jakieś cechy szczególne? No i czemu jest niebezpieczny?
Dużo pytań naraz, ale sprawa brzmiała na poważną i wolałaby wiedzieć jak najwięcej. Samotnik, samotnik... coś świtało jej w głowie, ktoś coś mówił ostatnio o samotniku. A! No przecież, na zgromadzeniu padła informacja o takim. Czarno-szarym kocurze, jeśli dobrze pamiętała. Chyba tak, bo jeszcze wtedy myślała sobie, że nikogo takiego nie zna.
Wymierzyła i wystrzeliła do przodu, początkowo stawiając łapy po prawej stronie, jakby celowała w jego lewy bok; ale zaraz zmieniła cel i skoczyła w lewo. Jednym susem skróciła dzielący ich dystans i wycelowała łapą w żebra po jego prawej stronie. Jeśli trening z Truflą czegoś jej nauczył, to że zwód miał szansę kupić jej udany atak.