— Do czasu. W końcu i Poeta znajdzie swojego ucznia — stwierdził ze spokojem, jaki przysługiwał kotu żyjącemu w pewności, że po nocy zawsze na niebie pojawi się słońce. — Nasz dawny medyk, Barwna Woda, też po śmierci swojej mentorki przez jakiś czas był sam. Właściwie... — zastanowił się — nadal był terminatorem, gdy Księżycowy Pył odeszła. Może dlatego później wybrał sobie dwójkę terminatorów, Cisową Gałązkę i Rybołowi Lot, co wówczas nie było jeszcze powszechną praktyką. Poeta nie ma za sobą takich doświadczeń, więc pewnie nie czuje palącej konieczności dobrania sobie kogoś do pomocy, wkrótce jednak odczuje jej brak. Może też nadal trochę liczy na powrót Gwiezdnej Łapy. — Choć w to jakoś wątpił. Przypuszczał raczej, że kocur potrzebował ciut więcej czasu, może do tej pory nie nasunął mu się odpowiedni kandydat. Oby znalazł go w porę.
Szli wciąż przed siebie, okazjonalnie mijając pojedyncze drzewa. Między innymi Samotny Świerk, dalekiego sąsiada Samotnej Brzozy. Zanim do niego doszli, po drodze, po ich prawej stronie zamajaczyły w oddali Martwe Pnie.
— To prawda. I nie powiem, żeby to była łatwa decyzja, niemniej znając swój Klan i jego członków, w razie konieczności potrafi się ją podjąć szybko — wyjaśnił. Niestety coś o tym wiedział, trzykrotnie był stawiany przed tym wyborem. — Lepiej nie zwlekać, narażając cały Klan na brak zastępcy. To istotna rola, w końcu to właśnie zastępca zajmuje się wyznaczaniem patroli oraz nadzorowaniem treningów... Jego brak niemal od razu uderzyłby w organizację całego Klanu. A gdyby, nie dajcie Gwiezdni, coś się wydarzyło i zabrakło przywódcy, Klan zostałby jeszcze bardziej osłabiony.
I choć na szczęście nie musieli obawiać się wykorzystania tej słabszej kondycji przez sąsiadów, tak niestety Klan mógł ucierpieć w wielu innych sferach. Potrzebowali organizacji i stabilizacji, kogoś decyzyjnego. Teoretycznie w najgorszym przypadku pozostawał medyk, jednak medycy i bez dodatkowych obciążeń mieli wiele na głowie.
— Kolejna zasada brzmi: "granice muszą być sprawdzane i oznakowane każdego dnia. Przegoń każdego, kto wkroczył na terytorium twojego Klanu"... Mam nadzieję, że nie spieszę się za bardzo?
Księżyce: 54
Mistrz: Łabędzia Gwiazda
Płeć: kocur
Matka: Płochy Świetlik, Krokusowy Pląs
Ojciec: nie robimy tego tutaj
Kocur wielkości nieco powyżej przeciętnej. Dobrze zbudowany, atletyczny, o eleganckich ruchach. Ma długie, płowe, tygrysio pręgowane futro. Zawsze zadbane, bez kołtunów i wplątanych patyczków czy innych brudów, choć często lekko potargane. Ma zwyczajnej długości pysk i okrągłe, dobre oczy, posiadające jasno-niebieski kolor, odziedziczony wprost po matce, Krokusowym Pląsie. Jego futro ma białe znaczenia widoczne tylko na stopach tylnych łap.
Sympatyczny, energiczny, pełen zapału, śmieszek, odważny, empatyczny ale: wybuchowy, mściwy, łatwo wpada w gniew, bardzo uparty. Więcej w KP.
W zasadzie Senny Świt dalej był dość młodym kotem, do tego zupełnie (z tego co wiedział Paź) zdrowym. Paziowa Łapa już więcej tej kwestii nie skomentował, uznawszy, że wszystko, co mogło, zostało już powiedziane. Liczył, że ta kwestia rzeczywiście wkrótce się zmieni. Prawdę mówiąc, czułby się trochę bezpieczniej, w końcu wytrenowanie kota na medyka nie trwało kilku wschodów słońca.
W spokoju wysłuchał też jego wypowiedzi na temat kwestii szybkiego wyboru zastępcy, który był konieczny zgodnie z Kodeksem Wojownika. Jeszcze raz skinął głową, dając tym samym znać, że akceptuje podane mu wyjaśnienia.
- Nie, skąd, nadążam. I fizycznie i mentalnie - dał znać z szerokim uśmiechem na pysku. - Ale od tej zasady z przeganianiem istnieją wyjątki, prawda? Za żadne skarby nie przegoniłbym zmarzniętego albo głodnego kociaka. - zapewnił, nie będąc mimo treści swojej wypowiedzi przekonany, że robi dobrze, odsłaniając się tak przed mistrzem. Z jednej strony wiadomo, że przegonienie kogoś w tak wielkiej potrzebie byłoby okrucieństwem, a jednak… posłużył się bardzo stanowczym tonem i z wielkim przekonaniem powiedział “za żadne skarby”. Jak to wyjdzie w oczach Łabędziej Gwiazdy?
— Słusznie to zauważyłeś — pochwalił z uśmiechem. — Co więcej, Kodeks również zwraca na to uwagę, właśnie o tym jest kolejna zasada: "żaden wojownik nie może opuścić kocięcia w bólu czy niebezpieczeństwie, nawet jeśli jest to kociak z innego Klanu". Z Klanu, samotnik, pieszczoch... pochodzenie kocięcia nie ma znaczenia. Każde jest małe i bezbronne, nie może się bronić ani o siebie zadbać. Naszym obowiązkiem jest o nie zadbać, dlatego nigdy nie wahaj się przed zabraniem niepilnowanego kocięcia do Obozu, to właściwa droga postępowania. Zwłaszcza jeżeli jest wychłodzone, przegrzane czy w bólu. Jedno z naszych kociąt kiedyś zabłądziło aż na granicę z Klanem Gromu, wiesz? I wówczas Wężowa Gwiazda zaprowadził je do swojego Klanu. Oczywiście zdawał sobie sprawę z pochodzenia młodej i czym prędzej zawiadomił nasz patrol o sytuacji. Kolejnego dnia spotkaliśmy się na granicy i wszystko skończyło się dobrze. Gdyby wtedy Śliweczka została sama, być może nigdy nie wróciłaby do domu. Może nawet nie miałaby takiej szansy.
Spokojnym spacerkiem (zauważalnie wolniejszym tempem, niż zaczynali patrol, na starszym kocurze odciskało się zmęczenie) dotarli do Obgryzionych Drzew. Łabędź wskazał na nie.
— Zobacz, te ślady na drzewach sprawka bobrów. A przed nami znajduje się zbudowana przez nie tama... Nie bez powodu nazywana Bobrzą Tamą. Gotów jeszcze raz przejść przez rzekę? — spytał, stanąwszy przed przejściem... albo przeszkodą, w zależności, czy Paziowa Łapa miał odwagę wstąpić na starą konstrukcję.
Księżyce: 54
Mistrz: Łabędzia Gwiazda
Płeć: kocur
Matka: Płochy Świetlik, Krokusowy Pląs
Ojciec: nie robimy tego tutaj
Kocur wielkości nieco powyżej przeciętnej. Dobrze zbudowany, atletyczny, o eleganckich ruchach. Ma długie, płowe, tygrysio pręgowane futro. Zawsze zadbane, bez kołtunów i wplątanych patyczków czy innych brudów, choć często lekko potargane. Ma zwyczajnej długości pysk i okrągłe, dobre oczy, posiadające jasno-niebieski kolor, odziedziczony wprost po matce, Krokusowym Pląsie. Jego futro ma białe znaczenia widoczne tylko na stopach tylnych łap.
Sympatyczny, energiczny, pełen zapału, śmieszek, odważny, empatyczny ale: wybuchowy, mściwy, łatwo wpada w gniew, bardzo uparty. Więcej w KP.
- Śliweczka? Chyba nie znam tej kotki, to musiało być dość dawno? - zapytał domyślnie, przekonany że gdyby wydarzyło się to za jego “kadencji” w klanie Rzeki, wiedziałby o tym. W końcu znikające z obozu kocięta to coś naprawdę dużego. Wielka sprawa, pewnie awantura na cały Klan!
- Jestem! - zapewnił gorliwie terminator z energicznym machnięciem ogona, zdradzającym wielkie podekscytowanie. Czy chodzenie po tamie było bezpieczne? Czy powinien obawiać się o bezpieczeństwo jasnego kocura? Był sprawniejszy niż młodzik ale… no nic, co będzie to będzie.
Stał w pełni gotowości, teraz machając wysoko uniesionym ogonem.
— Było, to prawda — przyświadczył. — Mowa o twojej cioci, a siostrze Płochego Świetlika. Uciekła z Obozu tuż przed swoim mianowaniem na terminatora. Nic złego jej się wtedy nie stało, Gwiezdnym niech będą dzięki, niestety krótko później powtórzyła wyjście i tym razem ślady, które odnaleźliśmy, wskazywały na uprowadzenie przez dwunożnych.
Nie była to historia, jaką opowiadał z największą przyjemnością. Nadal zastanawiał się, co mógł zrobić inaczej, lepiej, żeby zatrzymać Śliwkę w domu. Czy on i Czereśniowa Gałązka mogli postąpić inaczej wtedy, na granicy z Klanem Gromu, gdy koteczka chciała odejść. Teraz mógł tylko gdybać.
— No to chodźmy. Patrz pod łapy — polecił z uśmiechem i tym razem to on poszedł przodem, ostrożnie i z namysłem stawiając kolejne kroki. Tama nie była śliska jak skałki, po których przechodzili wcześniej, jednak była nierówna i łapy mogły im wpaść między gałęzie, co ryzykowało wypadkiem albo kontuzją. Dlatego Łabędź okazjonalnie przystawał i oglądał się za siebie, a gdy wylądował na miękkiej ziemi po drugiej stronie, nie spuszczał bacznego spojrzenia z ucznia.
Księżyce: 54
Mistrz: Łabędzia Gwiazda
Płeć: kocur
Matka: Płochy Świetlik, Krokusowy Pląs
Ojciec: nie robimy tego tutaj
Kocur wielkości nieco powyżej przeciętnej. Dobrze zbudowany, atletyczny, o eleganckich ruchach. Ma długie, płowe, tygrysio pręgowane futro. Zawsze zadbane, bez kołtunów i wplątanych patyczków czy innych brudów, choć często lekko potargane. Ma zwyczajnej długości pysk i okrągłe, dobre oczy, posiadające jasno-niebieski kolor, odziedziczony wprost po matce, Krokusowym Pląsie. Jego futro ma białe znaczenia widoczne tylko na stopach tylnych łap.
Sympatyczny, energiczny, pełen zapału, śmieszek, odważny, empatyczny ale: wybuchowy, mściwy, łatwo wpada w gniew, bardzo uparty. Więcej w KP.
Skinął głową, rozumiał. Trochę wstydził się faktu, że nie znał imion własnych cioć i wujków. Z drugiej strony, nikt mu o nich nie opowiadał. A jednak informacja, że własna ciotka uciekła z obozu dwukrotnie, wydawał mu się naprawdę istotny. Godny opowiedzenia, chociaż może… czy to możliwe, żeby mama i reszta unikali tego rodzaju historii, by nie zachęcać młodzieży do samodzielnych wycieczek poza obóz? Ostatecznie przecież Śliwka naprawdę zaginęła, ślad po niej wskazywał na porwanie przez dwunożnych, tylko głupie kocię chciałoby pójść jej śladem. Czy on należał do głupich kociąt? Tak, odpowiedź brzmiała tak.
Kroczył powoli za mistrzem, fakt że starszy i bardziej doświadczony kocur szedł przed nim, przyjmując z wielką ulgą. Przechodzenie po tamie wydawało mu się jeszcze bardziej wymagające, dlatego z przyjemnością nie szedł tym razem pierwszy. Patrzył pod łapy, by możliwie jak najbardziej zmniejszyć szansę na zmoczenie się w lodowatej wodzie (jeszcze tego nie wiedział, ale jego futro należało do tych, które schły cały dzień). Stawiał je ostrożnie, uważnie wybierając miejsce, w którym zamierzał postawić kolejny krok. Starał się wybierać te same gałęzie co Łabędzia Gwiazda, ufając jego osądowi co do stabilności konstrukcji.
Ostrożne podejście i świadome stawianie kroków popłaciło, Paziowa Łapa bez trudu przedostał się na drugą stronę. Może nie ku zdziwieniu przywódcy, który zdążył już nieco poznać swojego ucznia, jednak z pewnością odczuł on swego rodzaju ulgę.
— No i proszę, znów jesteśmy przy granicy z Ziemiami Niczyimi — powiedział, z uśmiechem rozglądając się wokół. Szare Brzozy zaczynały się w oddali, natomiast na ten moment granica niczym się nie wyróżniała. Gdyby nie intensywny zapach, można byłoby przypuszczać, że rzeczne ziemie rozciągały się dalej. — Jeszcze trochę i skończymy patrol. Całkiem spore to nasze terytorium, nieprawdaż? Na szczęście typowe patrole nie przechodzą dookoła, ograniczają się do części granic. Na tym polega współpraca w Klanie, że nie trzeba wszystkiego robić samemu.
Ale w imię nauki mogli skusić się na dłuższy spacer. Łabędź kontynuował go, prowadząc terminatora na Kwiecistą Łąkę. Po drodze minęli charakterystyczny punkt, Kolczasty Bez, który wyczuwalnie stanowił miejsce przystankowe dla Rzeczniaków zostawiających świeże znaki zapachowe.
— Zbliżamy się również do ostatnich punktów Kodeksu — kontynuował po chwili. — Mam nadzieję, że jeszcze cię nie przytłoczył? To nie powinno potrwać długo. Następną zasadą jest: "słowo przywódcy jest prawem", co oznacza tyle, że przywódca jest kotem decyzyjnym w Klanie. Kiedy narasta konflikt albo jakaś sytuacja wymaga objęcia konkretnego planu działania, to do niego należy ostatnie słowo. Niemniej, Gwiazda czy nie, ją też obowiązuje Kodeks Wojownika.
Wkroczyli w rejon Ptasich Krzewów. Łabędź obniżył szyję i starał się lawirować tak, by wystające gałązki jeżyny nie zaczepiły mu się o gęste futro ani nie wpadły na pysk.
— Kolejne jest: "honorowy wojownik nie potrzebuje zabijać innych, by zwyciężyć swoje bitwy, jest to dozwolone jednak w obronie własnej lub jeśli koty są wyjęte spod kodeksu wojownika". Jak to rozumiesz? — spytał i odruchowo uniósł uszy, usłyszawszy dochodzący z niedaleka świergot ptaka. To tutaj zwykle zatrzymywał się na polowanie, i nie miałby nic przeciwko małej przerwie z uczniem dokładnie w tym celu, ale może nie dzisiaj, gdy mieli za sobą długą drogę.
Księżyce: 54
Mistrz: Łabędzia Gwiazda
Płeć: kocur
Matka: Płochy Świetlik, Krokusowy Pląs
Ojciec: nie robimy tego tutaj
Kocur wielkości nieco powyżej przeciętnej. Dobrze zbudowany, atletyczny, o eleganckich ruchach. Ma długie, płowe, tygrysio pręgowane futro. Zawsze zadbane, bez kołtunów i wplątanych patyczków czy innych brudów, choć często lekko potargane. Ma zwyczajnej długości pysk i okrągłe, dobre oczy, posiadające jasno-niebieski kolor, odziedziczony wprost po matce, Krokusowym Pląsie. Jego futro ma białe znaczenia widoczne tylko na stopach tylnych łap.
Sympatyczny, energiczny, pełen zapału, śmieszek, odważny, empatyczny ale: wybuchowy, mściwy, łatwo wpada w gniew, bardzo uparty. Więcej w KP.
Spojrzał za wzrokiem mistrza, kiedy ten wspomniał o Ziemiach Niczyich. Z jakiegoś powodu ta nazwa, jej powaga i pewna wzniosłość, przyprawiały Paziową Łapę o dreszcze.
Czy Kodeks go przytłoczył?
- Nie, skąd - odpowiedział terminator z lekkim uśmiechem, skądinąd, zgodnie z prawdą. Kodeks Wojownika go nie przytłaczał. Traktował ten temat bardzo poważnie i zamierzał wkrótce włożyć całe serce by nauczyć się go na pamięć. I być w stanie wyrecytować nawet wybudzonym w środku nocy!
- Swoją drogą, Łabędzia Gwiazdo, co z nocami? Czy klan Rzeki wysyła patrole w nocy albo wystawia czuwających wojowników? Wiem, że żyjemy w czasach pokoju ale wciąż, jestem ciekaw. - jak widać, ciekawość płowego terminatora nie została jeszcze w pełni zaspokojona.
- Och - zająknął się krótko Paź, nieco zaskoczony tym pytaniem. Potrzebował kilkunastu uderzeń serca na zastanowienie się. Zasada ta z pozoru mówiła sama za siebie, ot “honorowy wojownik nie zabija”, ale on, z natury myśliciel i idealista, był w stanie odczytać coś jeszcze z tych kilku, tak ważnych swoją drogą słów. - Że wojownik to nie kot krwiożerczy ani bezwzględny. Ma honor i powinien użyć przemocy tylko w razie konieczności. I nigdy nie zabijać by coś komuś udowodnić.
Łabędź uśmiechnął się w odpowiedzi. Nic nie stało na przeszkodzie, by odpuścić sobie pod sam koniec i resztę zostawić na inny raz, ale wydawało mu się, że dobrze im szło i pierwsze omówienie Kodeksu mogli mieć dzisiaj za sobą. Słowa Paziowej Łapy tylko to potwierdziły.
— W większość nocy nie ma potrzeby, by wysyłać patrole — odparł. — Tak długo, jak te wracające po zachodzie słońca nie przynoszą informacji o jakimś zagrożeniu czy niebezpieczeństwie, które wymagałoby zachowania dodatkowej czujności albo ponownego sprawdzenia terenów za jakiś czas. W nocy często zdarza się, że ktoś nie śpi — w końcu Klan jest spory, zwykle choć jeden kot ma problemy z zaśnięciem, bądź coś innego trzyma go w przytomności — a nawet jeśli wszyscy są pogrążeni we śnie, alarmujące odgłosy wyraźnie odcinają się na tle ciszy, zbudzając wojowników.
I nie tyczyło się to wyłącznie szczekających lisów bądź szelestu liści ciekawskiej łasicy, która zabłądziła zbyt głęboko na ziemie Klanu. Głębinowemu Minogowi udało się w jakiś sposób wyłapać wymykającego się z Obozu Bladą Łapę, co pokazywało, jak czujni byli Rzeczniacy, gdy zdawali sobie sprawę z osłabionej pozycji, w jakiej stawiał ich czas odpoczynku.
Krajobraz przed nimi nie zmienił się znacznie, jednak ktoś bardziej obeznany od młodego terminatora bez trudu zauważyłby, że dwuosobowy patrol mistrza i jego ucznia przemieścił się z zachodniej do wschodniej części Ptasich Krzewów, mijając w międzyczasie Jeżynowe Krzewy.
— Tak jest — pochwalił Łabędź, kiedy po krótkiej ciszy z jego strony płowy kocur odpowiedział na pytanie. — Życie ma ogromną wartość, i tak jak nie wrzucamy na stos więcej, niż jesteśmy w stanie zjeść, nie czynimy zamachu na cudze życie bez absolutnej konieczności. Ale i ta czasami nastaje — bezpieczeństwo Klanu i nasze własne powinno być zawsze na pierwszym miejscu. Jeżeli ani słowne, ani fizyczne ostrzeżenia nie przynoszą efektów, zabicie staje się przykrą koniecznością. Jeśli ktoś ma zginąć, lepiej, żeby był to agresywny samotnik, niż kocięta czy starszyzna w Obozie, młody terminator na patrolu bądź ty sam, jako ofiara własnej dobroci.
Zamilkł na moment, ponieważ był to ciężki temat i ciężko się o nim mówiło. Przypomniał sobie, jak Nocny Szkwał, wciąż jako młody kot, musiał uporać się właśnie z takim samotnikiem, któremu nie udało się przemówić ani do rozsądku, ani do pragnienia przetrwania. Oby Paź nigdy nie był stawiany przed takimi wyborami.
— I ostatnia, już naprawdę ostatnia zasada Kodeksu brzmi: "wojownik odrzuca wygodne życie pieszczoszka" — podjął wreszcie. — Masz jakieś pytania, wątpliwości? Cokolwiek należałoby wyjaśnić, nim wrócimy do Obozu?
Księżyce: 54
Mistrz: Łabędzia Gwiazda
Płeć: kocur
Matka: Płochy Świetlik, Krokusowy Pląs
Ojciec: nie robimy tego tutaj
Kocur wielkości nieco powyżej przeciętnej. Dobrze zbudowany, atletyczny, o eleganckich ruchach. Ma długie, płowe, tygrysio pręgowane futro. Zawsze zadbane, bez kołtunów i wplątanych patyczków czy innych brudów, choć często lekko potargane. Ma zwyczajnej długości pysk i okrągłe, dobre oczy, posiadające jasno-niebieski kolor, odziedziczony wprost po matce, Krokusowym Pląsie. Jego futro ma białe znaczenia widoczne tylko na stopach tylnych łap.
Sympatyczny, energiczny, pełen zapału, śmieszek, odważny, empatyczny ale: wybuchowy, mściwy, łatwo wpada w gniew, bardzo uparty. Więcej w KP.
- Rozumiem, to wszystko ma sens - potwierdził, mimo że już w trakcie wypowiedzi kocura kilka razy kiwał głową. Był wdzięczny za to wyjaśnienie Łabędziej Gwieździe, a samemu sobie za zadanie tego pytania. Odpowiedź na nie wiele mu powiedziała, chociaż nie obyło się bez malutkiego kamyczka wątpliwości, który podpowiadał, że czasami bezpieczeństwo całego klanu polega na tym, czy akurat ktoś będzie miał bezsenną noc, czy też nie. Nie był pewien, czy wystawianie strażników (lub strażnika) na noc byłoby paranoją, czy nie. Po prostu on, gdyby miał zaatakować obóz jakiegoś klanu, na pewno zrobiłby to w środku nocy. Przeszedł go dreszcz, dlaczego w ogóle miał takie myśli?
Jeszcze jeden dreszcz przeszedł go bardzo niedługo po poprzednim, kiedy mistrz kończył swoją wypowiedź słowami “bądź ty sam, jako ofiara własnej dobroci”. Słowa te bardzo zapadły mu w pamięć i przez kilka uderzeń serca jeszcze odbijały się echem w młodej głowie terminatora.
- Dziękuję za przedstawienie mi Kodeksu. Wydaje mi się, że nikt nie mógłby powiedzieć o nim tak… osobiście. Rozwiałeś wszystkie moje wątpliwości, Łabędzia Gwiazdo - powiedział Paź a nuta czci w jego głosie była bardzo wyraźnie słyszalna.
— Cieszę się — odpowiedział, uniósłszy kąciki warg, i ruchem głowy wskazał na ich prawo. — Tak się składa, że właśnie dotarliśmy do końca naszego patrolu. Widzisz? Tam znajduje się Koci Grzbiet, od którego zaczynaliśmy. To był całkiem intensywny pierwszy dzień, nie uważasz? Chyba należy nam się odpoczynek. I porządny posiłek.
I gdy Ptasie Krzewy zaczęły się przerzedzać, a oni zbliżyli się do momentu, w którym musieliby skręcić, by na nowo rozpocząć wędrówkę wzdłuż Szarych Brzóz (i czającej się za nimi Grzmiącej Ścieżki), Łabędź odbił w stronę Obozu.
Mieli za sobą bardzo udany dzień treningowy. Pod względem zrobionych rzeczy, to po pierwsze, lecz co ważniejsze, napawał nadzieją, że zawierali dobrą komitywę; oby utrzymali ją do samego końca. Bardzo przyjemnie współpracowało mu się z Paziową Łapą i był ciekaw ich przyszłych konwersacji.
Jednocześnie, po obejściu całych granic pierwszy raz od dłuższego czasu, dotarło do niego z mocą, że nie nadawał się już na tak długie wycieczki. Był wyczerpany.
***
Powiedzieć, że szkolenie Pazia szło sprawnie, to nic nie powiedzieć. Bez trudu odhaczali kolejne punkty na liście rzeczy do omówienia, a powtórki coraz bardziej przypominały jedynie kwestię formalności. Łabędź musiał przyznać, że jego uczeń był coraz bliżej wylecenia spod jego skrzydeł. Miło się to obserwowało, ten stabilny i niezachwiany postęp, przeobrażanie się kocura w pięknego motyla. Równocześnie, nie da się zaprzeczyć, będzie mu brakowało tych spotkań. Cóż, taka kolej rzeczy. W gruncie rzeczy pozytywna.
Tego dnia spotkali się przy wyjściu z Obozu, i po wesołym przywitaniu mistrz zaczął prowadzić swojego ucznia w stronę terenów treningowych.
— Wiem, że w twoim przypadku to zagadnienie mogące sprawiać wrażenie odpowiedniego dla kocięcia, ale obiecuję, że to już ostatnia powtórka i oficjalnie będziemy mieli to z głowy — mruknął z uśmiechem. — Rangi. Opowiesz mi o nich?
Księżyce: 54
Mistrz: Łabędzia Gwiazda
Płeć: kocur
Matka: Płochy Świetlik, Krokusowy Pląs
Ojciec: nie robimy tego tutaj
Kocur wielkości nieco powyżej przeciętnej. Dobrze zbudowany, atletyczny, o eleganckich ruchach. Ma długie, płowe, tygrysio pręgowane futro. Zawsze zadbane, bez kołtunów i wplątanych patyczków czy innych brudów, choć często lekko potargane. Ma zwyczajnej długości pysk i okrągłe, dobre oczy, posiadające jasno-niebieski kolor, odziedziczony wprost po matce, Krokusowym Pląsie. Jego futro ma białe znaczenia widoczne tylko na stopach tylnych łap.
Sympatyczny, energiczny, pełen zapału, śmieszek, odważny, empatyczny ale: wybuchowy, mściwy, łatwo wpada w gniew, bardzo uparty. Więcej w KP.
- Nie ma sprawy! - zapewnił, rozumiejąc dobrze, że muszą odhaczyć ten punkt, by móc mieć pewność, że Paź rozumie wszystko i posiada całą wiedzę, którą powinien mieć wojownik. Nie miał pretensji, lubił z resztą mówić i lubił być słuchany, a podczas treningu obie te rzeczy miał zagwarantowane.
- Jak się wchodzi do obozu, to po lewej są Zrośnięte Drzewa, niedaleko Ciemnego Szlaku, dlatego zacznę od terminatorów. To zazwyczaj młode koty, mają sześć lub więcej księżyców, które uczą się by zostać wojownikami lub opiekunami. Imię każdego z nich kończy się na “łapa”. Do ich obowiązków należy przede wszystkim nauka, często też wymiana mchu w innych legowiskach, chodzenie na patrole i polowania. Powinni słuchać wojowników, jako bardziej doświadczonych. Dalej jest legowisko przywódcy, czyli Twoje, Łabędzia Gwiazdo. Przywódcą staje się Zastępca, kiedy poprzedni Przywódca umrze, lub… zrzeknie się rangi? Tak też się chyba działo, prawda? - upewnił się, że coś podobnego mu się nie przyśniło i że faktycznie w historii czterech klanów zdarzały się takie sytuacje.
- Ma imię z członem Gwiazda, ma dziewięć żywotów i za zadanie prowadzić klan w pokoju i dobrobycie. Mianuje wojowników i terminatorów, może mieć kontakt z Gwiezdnym Klanem i generalnie do niego należą najważniejsze decyzje, chociaż w tych często radzi się Medyka, swoich najstarszych Wojowników i Zastępcy. Idąc dalej mamy Królikarnię, gdzie legowisko ma Medyk. Zna się na ziołach i innych medykamentach, potrafi leczyć koty i ma silną więź z Gwiezdnym Klanem. Może mieć swojego Terminatora, którego szkoli by mógł go zastąpić, lub stać się jego Pomocnikiem. Nie bardzo rozumiem różnicę między Medykiem a Pomocnikiem Medyka, skoro obaj przeszli takie samo szkolenie. Tutaj potrzebuję Twojej pomocy, Łabędzia Gwiazdo - przyznał młodzik, spojrzawszy na mistrza. Odczekał na odpowiedź, skinął głową i mówił dalej.
- Chruśniak jest obok Królikarni, jest tam miejsce dla Kociąt, Matek i Opiekunów. Kocięta to wiadomo - maluchy mające mniej niż sześć księżyców, nie mają specjalnych zadań, mają rosnąć zdrowo i w miarę możliwości nie uciekać z obozu - tutaj zaśmiał się krótko, choć w zasadzie ucieczki kociąt nie należały do wydarzeń zabawnych. Śmieszny był raczej żart, nie sama kwestia. - Matki to koty ciężarne i karmiące czy opiekujące się własnym potomstwem. To znaczy… tylko te, które rodziły mogą nazywać się matką, jak to są ich własne kocięta i się nimi opiekują chociaż ich nie urodziły to nie są matką tylko no… po prostu rodzicem, albo nie bo przecież… moja mama jest moją mamą a mnie nie urodziła, uch - zaplątał się nieco w swojej wypowiedzi kocurek, nie chcąc skrzywdzić nikogo generalizacją. Po prostu nie wszystko było takie proste i dało się wyjaśnić w kilku słowach, w których zamierzał to początkowo zawrzeć.
- Matka w klanie i mama jako rodzic to dwie różne rzeczy. Ale nie wiem czy ta nazwa jest idealna, kocur też może urodzić kocięta i nazywałby się wtedy Matką przez jakiś czas? - zamyślił się krótko terminator. Wysłuchał ewentualnej odpowiedzi i jakiś czas później ciągnął dalej - Opiekun to osobna ranga, kot który przeszedł trening i nie przeniósł się do Królikarni tylko na czas opieki nad własnymi kociętami. Ma za zadanie pomagać rodzicom w opiece nad kociętami, odciążać ich. Mioty często są liczne i rodzice mogą wtedy skorzystać z pomocy Opiekunów, w końcu żadna dwójka kotów nie ogarnęłaby dajmy na to ósemki bąbli w wieku dwóch księżyców - zaśmiał się smutno, ponieważ przez przypadek wymienił liczebność własnego miotu, którego to poród zabił jego własną matkę. Przeszedł go krótki dreszcz, potrząsnął głową i mówił dalej.
- Zostali mi Wojownicy i Zastępca. Śpią w Jałowcowym Gąszczu i jest ich w klanie najwięcej. Polują, patrolują, uczą terminatorów. Mają bronić klanu, godnie go reprezentować i wspierać jak tylko potrafią. Zastępca to kot, którego wybiera Przywódca, jak już wiem, zanim księżyc dojdzie do szczytu nieba po śmierci lub rezygnacji poprzedniego. Ma wspierać Przywódcę, służyć mu radą, organizować patrole i rozstrzygać pomniejsze spory. I to chyba wszystko, co wiem o rangach w klanie. - zakończył młodzik, mający w głowie myśl, że nie wie, kiedy ostatnio mówił tak dużo.
Paź był dojrzały i naprawdę wiele rozumiał. Tak jak teraz, gdy miał pełne prawo przynajmniej sobie pomarudzić, że stawiane przed nim wymagania są zaniżone, a zadanie nudne. A jednak jedyne, czego Łabędź się doczekał, to zgoda i próba udzielenia jak najpełniejszej odpowiedzi. Bardzo to w terminatorze cenił.
— Zdaje się, mieli taką sytuację w Klanie Wichru — potwierdził, kiedy terminator spytał się o zastępców, którzy zrzekli się swojej rangi. — Aczkolwiek nie znam jej w szczegółach. Być może Biały Puch skorzystała ze swojego prawa do przejścia do starszyzny po osiągnięciu odpowiedniego wieku. Zastępcy, w przeciwieństwie do przywódców, nie muszą być nimi do śmierci. Po prawdzie... Z przywódcami też bywa różnie. Powiedziałbym, że stanowcza większość traci swoją rangę dopiero w momencie śmierci, ale historia zna chociażby przypadek Polnej Gwiazdy z Klanu Cienia, który odstąpił swoich darów i przekazał pałeczkę swej następczyni.
Słuchał dalej, zachęcająco kiwając głową, zarówno na znak, że uważnie słuchał, oraz że kocur dobrze mówił.
— Kiedyś normą był jeden medyk w Klanie — wyjaśnił na kolejne wątpliwości Paziowej Łapy. — To on zarządzał lecznicą, doradzał Gwieździe i szkolił ucznia... również często jednego. Po ukończeniu treningu, terminator przechodził przez ceremonię medyczną przy Szepczącej Sadzawce i otrzymywał medyczne imię, tak jak każdy inny medyk. Ale dopóki jego mentor żył, był niejako jego podporą, prawą łapą, wsparciem; najważniejsze lecznicowe decyzje podejmował starszy stażem medyk. Tym właśnie był pomocnik medyka, chyba aż do dnia, w którym medyczka Klanu Wichru, Lśniąca Sadzawka, mianowała swojego terminatora, Krwawnikowego Liścia, pełnoprawnym medykiem. Nie chciała hierarchii u siebie w lecznicy, widziała go jako równego sobie i najwyraźniej nie uważała, by podział był niezbędny do utrzymania porządku. Medycy innych Klanów poszli w jej ślady, w tym Klan Rzeki, który przez pewien czas miał ich dwóch, Cisową Gałązkę i Rybołowi Lot. Co ciekawe, to właśnie Klan Wichru, ten co zapoczątkował nowy zwyczaj, a dokładniej Krwawnikowy Liść był tym, który po księżycach mianował pierwszego od dawna pomocnika, Bryzgającą Falę. Ciężko powiedzieć, dlaczego zdecydował się do tego wrócić, jednak domyślam się, że po prostu każda ekipa musi znaleźć pasujące sobie rozwiązanie. To, co sprawdzi się u jednych, może wprowadzić zamęt u innych.
Uśmiechnął się przelotnie na komentarz dotyczący kociąt. Och, tak, nieuciekanie z Obozu to najważniejszy obowiązek każdego szkraba. I dla części z nich bardzo trudny do wykonania, mimo że polega właśnie na wstrzymaniu się od działania.
— Te nazwy mogą być mylące, prawda? — zauważył ciepło, widząc, jak płowy plącze się w tłumaczeniach. — To dlatego w Klanie Rzeki nie ma oficjalnej rangi matki, która od zawsze funkcjonuje w innych Klanach. Ćmia Gwiazda zmieniła ją na opiekuna, czyli kota dbającego o Chruśniak i jego małych mieszkańców. Opiekunem można być tymczasowo, na czas ciąży i odchowania miotu, bądź na stałe, nawet bez własnego potomstwa; jak mówisz, rodzicom nierzadko przydaje się pomocna łapa, a niektórzy lepiej odnajdują się w opiece nad kociętami niż wojowniczych obowiązkach, więc każdy zyskuje na tym rozwiązaniu. To, kto identyfikuje się jako matka jest sprawą indywidualną, niezależną od klanowej hierarchii, ani nawet od faktu, czy ma biologiczne kocięta. Twoja babcia, Czereśniowa Gałązka, zanim jeszcze doczekała się Płochego Świetlika i jej rodzeństwa, znalazła porzucone przez dwunożnych maleństwo i wyraziła chęć wzięcia go pod swoje skrzydła. Gdyby nie to, że Słońce tuż potem zaginęła, z pewnością Czereśniowa Gałązka nazywałaby się jej mamą. I miałaby do tego pełne prawo, w końcu tym by dla niej była, opiekując się nią i ją wychowując, prawda? — zarzucił, przy okazji oferując Paziowi kolejny fakt z historii jego rodziny.
Łabędzia Gwiazda słuchał dalej, w głowie odhaczając kolejne rzeczy, których nie musiał już uzupełniać. Terminator radził sobie fenomenalnie.
— Brawo, sam lepiej by tego wszystkiego nie opisał — pochwalił pod koniec. — Pozwól tylko, że dodam, że zastępca zajmuje się jeszcze nadzorowaniem treningów. To on kontroluje, czy przebiegają jak należy, wyznacza zastępstwo, jeżeli mistrz przez dłuższy czas choruje i nie jest w stanie kontynuować nauczania, czy sprawdza gotowość terminatora do stania się wojownikiem. Jeżeli kiedyś na trening z tobą przyjdzie kto inny, wiesz już, kto stwierdził, że nie nadaję się do tej roboty — zażartował. — Nieopodal Chruśniaka mamy jeszcze Śpiący Pień i jego mieszkańców... Cóż, obecnie tylko Warczące Gardło, członka jednoosobowej starszyzny. Do starszyzny należą najczęściej najstarsze w Klanie koty, sięgające stu księżyców, ale mogą to też być ci, których stan fizyczny czy psychiczny nie pozwala na dalsze wykonywanie obowiązków. Starszyzna nie poluje, nie walczy, nie uczestniczy w patrolach; ot, wykorzystuje swój czas na zasłużony odpoczynek, a naszym zadaniem jest o nią dbać.
To jedyna ranga, o jakiej Paziowa Łapa zapomniał. Trzeba przyznać, nie całkiem bez powodu, ostatnimi czasy w Klanie Rzeki mało było kotów ją dzierżących. Mogło chwilowo umknąć mu z pamięci.
Łabędź kontrolnie zerknął na ucznia, czekając, czy ten będzie miał jakieś pytania, zanim przejdą dalej.
Księżyce: 54
Mistrz: Łabędzia Gwiazda
Płeć: kocur
Matka: Płochy Świetlik, Krokusowy Pląs
Ojciec: nie robimy tego tutaj
Kocur wielkości nieco powyżej przeciętnej. Dobrze zbudowany, atletyczny, o eleganckich ruchach. Ma długie, płowe, tygrysio pręgowane futro. Zawsze zadbane, bez kołtunów i wplątanych patyczków czy innych brudów, choć często lekko potargane. Ma zwyczajnej długości pysk i okrągłe, dobre oczy, posiadające jasno-niebieski kolor, odziedziczony wprost po matce, Krokusowym Pląsie. Jego futro ma białe znaczenia widoczne tylko na stopach tylnych łap.
Sympatyczny, energiczny, pełen zapału, śmieszek, odważny, empatyczny ale: wybuchowy, mściwy, łatwo wpada w gniew, bardzo uparty. Więcej w KP.
Skinął głową. Dokładnie na tym mu zależało: by upewnić się, że rzeczywiście w rzadkich, ale jednak możliwych przypadkach, bycie przywódcą nie kończyło się śmiercią. Raczej po prostu zbierał ciekawostki, niż tej wiedzy do czegoś konkretniejszego potrzebował. Był ciekaw, czy w kwestii bycia przywódcą istniało coś takiego jak “zawsze” i “na pewno”.
Poczuł się lekko skrępowany faktem, jak dużo pomylił w swojej wypowiedzi na temat rang. Matkę pomylił z opiekunem, zapomniał o starszyźnie i o niektórych obowiązkach Zastępcy. Na kilka uderzeń serca kładł po sobie uszy za każdym razem, kiedy Łabędzia Gwiazda prostował jego pomyłki. Gdzieś w głębi duszy marzył o tym, by jedynym, co do powiedzenia miał Łabędzia Gwiazda było tylko “tak, wspaniale, nie mam nic do dodania, Paziowa Łapo!”, ale jak widać, czekała go kolejna lekcja pokory. Nie był jednak na tyle nieuważny, by nie słuchać kolejnych historii i faktów z przeszłości, którymi raczył go jego mistrz. Szczególnie pasjonującą była dla niego historia medyków klanu Wichru, o której wcześniej nie miał pojęcia. Usłyszał wiele cennych imion, które bardzo chciał zapamiętać.
- Rozumiem to teraz, dzięki za wyjaśnienie - padło z jego pyska z delikatnym, nieco nieśmiałym uśmiechem.
- Złożone a jednak w zasadzie proste - powiedział z lekkim uśmiechem na pysku, by zatuszować nieco swoje zakłopotanie. - Rangi - dodał, prostując do czego dokładnie odnosiła się jego wypowiedź.
Łabędź widział u Pazia oznaki skrępowania, ale nijak nie dawał tego po sobie poznać, ot, kontynuując odpowiadanie i opowiadanie jak gdyby nigdy nic. Wiedział, że popełnianie błędów czy obnażanie luk w wiedzy to nic przyjemnego, jednak był również zdania, że ani w jednym, ani w drugim nie było niczego hańbiącego. Naturą kota było się mylić, a trening służył łataniu wszelkich dziur i wpojeniu w terminatora nieco pewności siebie, kiedy stopniowo, kroczek po kroczku, kolejne zagadnienia będą stawać się tak naturalnie i oczywiste jak oddychanie.
— Och, masz całkowitą słuszność — przyznał na koniec. — Szczególnie, że historia Klanów pokazuje, że nic nie jest czarno-białe nawet w tak pozornie oczywistej kwestii. Niegdyś ustalone zasady i zwyczaje zawsze mogą ulec zmianie... czy to na drodze wyjątku, czy też zupełnie zmieniając dotychczasowy ład.
Od Kociego Grzbietu, przez który powoli spacerowali już od jakiegoś czasu, dzieliła ich niedługa droga do Ptasich Krzewów, w związku z czym w głowie Łabędzia zrodził się pewien pomysł.
— Skoro, zgodnie z moimi przypuszczeniami, z tym tematem poszło nam gładko, moglibyśmy spożytkować resztę czasu na upewnienie się, że coś świeżego wpadnie na stos zwierzyny. Co powiesz na małe polowanie? — zaproponował wesoło. Uzupełnianie spiżarni to nie tylko obowiązek, ale i część treningu; rozwijanie umiejętności łowieckich było przecież kluczowe w życiu dzikiego kota. Mogli pozwolić sobie na tę odrobinę przyjemności... i nauki.