Po jednej babci imię - po drugiej wygląd. Bowiem widocznie wdała się bardziej w Ciemną Toń, niż któregokolwiek z rodziców. Jej szata bowiem jest długa, w całości czarna, bez ani grama białego znaczenia. Taka, o, zwykła. I, podobnie jak rodzicielka jej ojca jest smukłą, przeciętnego wzrostu kotką, nieprzesadnie niską, ale również nieprzesadnie wysoką. Jest dumną posiadaczką złotych, skrzących się radośnie oczu. Dba o swój wygląd, o to, by na sierści nie znalazło się ani grama nieczystości, acz, jeśli akurat dobrze się bawi, czy spaceruje, to nie robi jej to różnicy czy wygląda ładnie, czy średnio.
Leniwa, ale sympatyczna, choć uparta i czasami wredna
Dopiero co zaczęli z Tońkiem swoją przygodę z byciem samotnikami, a już musiała się wracać do klanów z pomocą. Na początku była do tego pomysłu sceptycznie nastawiona; uważała, że sama sobie poradzi, że to tylko chwilowy ból stawów, że to rozchodzi, ale... okazało się, że niekoniecznie. Nic się nie poprawiało, a było tylko gorzej. Starała się to ukrywać przed bratem, cierpiąc katusze, ale... w końcu musiała przyznać się przed sobą, że lepiej nie będzie. Rano oznajmiła kocurowi, że idzie się przejść na granicę z Wichrem, ale nie powiedziała po co, po czym ruszyła w tamtym kierunku, jak najprościej potrafiła, by nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Dopiero gdy odeszła na jakąś odległość zaczęła iść... heh, normalnie. Czyli kuśtykając.
Przysiadła na wichrowej granicy, czekając na jakiś patrol. W końcu jeden się napatoczył. Klekoczący Bocian z Pohukującą Sową i Zajęczym Uchem. Grzecznie poprosiła, czy może uzyskać audiencję u medyka, tłumacząc się bólem stawów, zawrotami głowy i problemami z równowagą, a następnie usiadła kawałek dalej od granicy, bacznie obserwowana przez Sowę, która z nią została, by czasami nie przekroczyła granicy, zerkając na nią nieufnie, biorąc pod uwagę, że... cóż, trochę minęło od jej odejścia z klanu i choć odrobinkę jeszcze zajeżdżała cieniem, to jednak prawie całe jej futro przesiąknął już zapach typowego samotnika; czyli niezwiązanego z żadnym klanem.
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
Zbierał się akurat do wyjścia z obozu, żeby zrobić sobie spacerek, aż nagle to jego plany nie spełzły na niczym, gdy w progu spotkał się z Zajęczym Uchem, który przyniósł mu informacje o samotniczce, która potrzebowała pomocy. Zabawne, że to ponownie ten kocur przynosił mu takie wieści, ale tym razem problem był bardziej poważny, jako że kocica oprócz bólu stawów, skarżyła się również na zawroty głowy i problem w utrzymaniu równowagi. To dobrze, że została z nią Pohukująca Sowa, gdyby miało się coś dziać. Medyk szybko skoczył do składziku, z którego wziął liść ogórecznika i liść nawłoci, po czym podziękował wojownikowi za informacje, już samemu kierując się tam, gdzie rzekomo miała być chora kotka.
I faktycznie, była tam. Pilnowana skrupulatnie przez Pohukującą Sowę, której wzrok mógłby zabić.
– Dziękuję, Pohukująca Sowo, porradzę sobie już – odezwał się do starszej wojowniczki, a kiedy odeszła, odprowadzona jego spojrzeniem, skupił się w całości na samotniczce, która bez wątpienia miała chybotkę. Podszedł do niej.
– Witaj. Czy oprrócz bólu stawów, zawrrotów głowy i prroblemów z rrównowagą coś jeszcze ci dolega? Masz tak od początku? – zadał pytania, jednocześnie sięgając po liść ogórecznika, który następnie jej podał i poprosił o zażycie. Po tym z kolei wziął do pyska liść nawłoci, który zaczął przemielać na maść, a kiedy już to uczynił, rozprowadził ją na stawach kotki.
Po jednej babci imię - po drugiej wygląd. Bowiem widocznie wdała się bardziej w Ciemną Toń, niż któregokolwiek z rodziców. Jej szata bowiem jest długa, w całości czarna, bez ani grama białego znaczenia. Taka, o, zwykła. I, podobnie jak rodzicielka jej ojca jest smukłą, przeciętnego wzrostu kotką, nieprzesadnie niską, ale również nieprzesadnie wysoką. Jest dumną posiadaczką złotych, skrzących się radośnie oczu. Dba o swój wygląd, o to, by na sierści nie znalazło się ani grama nieczystości, acz, jeśli akurat dobrze się bawi, czy spaceruje, to nie robi jej to różnicy czy wygląda ładnie, czy średnio.
Leniwa, ale sympatyczna, choć uparta i czasami wredna
Tak, jak Pohukująca Sowa cały czas wpatrywała się w Kukułkę, tak po chwili Kukułka zaczęła w nią, acz wzrok zaczął się jej rozmazywać, więc w pewnym momencie po prostu klapła na ziemię, przymykając oczy, aż nie usłyszała głosu Krwawnikowego Liścia. Uniosła łeb, nieco zdezorientowana, ogniskując w końcu spojrzenie na kocurze. Wstała szybko, tak szybko, jak pozwoliły opuchnięte i obolałe mięśnie, a następnie skinęła do niego głową z szacunkiem. W końcu, był medykiem. Ale takim z prawdziwego zdarzenia.
- Dzień dobry, K... kocie z klanu Wichru - przywitała się, powstrzymując w ostatniej chwili od wymówienia imienia medyka. Czy samotnicy mogli takowe znać? Chyba nie? - Nie, nic... nic więcej. Na początku bolały tylko mięśnie, ale... potem zaczęło się pogarszać. Myślałam, że to ze stresu, ze zmęczenia, nie wiem, z zimna, nigdy go nie lubiłam. Ale potem zaczęło się robić gorzej. Zaczęły bardziej boleć, opierać się, mam wrażenie, że trochę spuchły... no i pojawiły się zawroty głowy, a co za tym idzie, problemy z równowagą - przyznała, żeby ułatwić medykowi rozpoznanie choroby. Musiała być zdrowa, musiała. Nie mogła sobie pozwolić, by poza bezpiecznym obozem być jakkolwiek łatwym łupem dla innych samotników, czy drapieżników, albo żeby Toń się dla niej poświęcał, bo ta nie potrafi sama się obronić.
Posłusznie sięgnęła po ogórecznik i zaczęła go przeżuwać, a następnie, nieco spięta, pozwoliła rozprowadzić maść, która miała jej pomóc.
- Dziękuję, czy... czy jest coś, co mogłabym zrobić, by się odwdzięczyć? - spytała dla pewności. Bo może medyk nie zrobił tego z dobroci serca? Teoretycznie, jako klanowy kot, wiedziała, że medycy są ponad klanową rywalizacją i że pewnie ich obowiązkiem było pomaganie każdemu, kto tego potrzebował, ale jakby nie patrzeć zużywali zioła. Czy więc nie będzie chciał coś w zamian?
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
Aha, więc kotka zignorowała wcześniejsze objawy, tak właśnie podejrzewał. Ech, ale nie będzie jej prawił morałów, była obcą samotniczką, nie członkiem klanu Wichru. Skinął więc jedynie głową, nie komentując tego dalej. Tyle mu wystarczało i miał nadzieję że kotka wyciągnie z tego lekcję.
Szczerze, z początku nie myślał nawet o odwdzięczaniu się. Mieli na tyle ziół, że o ile była to jednorazowa sytuacja, a nie że nagle samotniczka powie swoim ziomkom o leczącym kocurze, to nie zamierzał wyciągać od niej nic w zamian. Ale skoro już spytała, to przyszła mu jedna myśl do głowy.
– Byłaś kiedyś w siedliskach dwunogów? – spytał. Póki co tyle; nie miał zamiaru mówić więcej przed poznaniem odpowiedzi.
Po jednej babci imię - po drugiej wygląd. Bowiem widocznie wdała się bardziej w Ciemną Toń, niż któregokolwiek z rodziców. Jej szata bowiem jest długa, w całości czarna, bez ani grama białego znaczenia. Taka, o, zwykła. I, podobnie jak rodzicielka jej ojca jest smukłą, przeciętnego wzrostu kotką, nieprzesadnie niską, ale również nieprzesadnie wysoką. Jest dumną posiadaczką złotych, skrzących się radośnie oczu. Dba o swój wygląd, o to, by na sierści nie znalazło się ani grama nieczystości, acz, jeśli akurat dobrze się bawi, czy spaceruje, to nie robi jej to różnicy czy wygląda ładnie, czy średnio.
Leniwa, ale sympatyczna, choć uparta i czasami wredna
Już myślała, że kocur odprawi ją, powie, że to z dobroci serca, blabla. Jako była klanowiczka wiedziała, że miał obowiązek pomagać każdemu, kto pomocy potrzebuje, ale samotnik raczej by tego nie wiedział, ale równocześnie by się upewnić, że nic od niej nie chce. Cień wykorzystywał już Wicher do cna, więc może szukali oni pomocników gdzieś indziej? Zastrzygła uszami słysząc, że jednak czegoś od niej chce. Nie wiedziała jeszcze czego, szczególnie że pytanie było dość... ogólne. Pokręciła krótko głową.
- Nie, ale prawdopodobnie będę się tam wybierać, gdy nadejdą chłodniejsze dni i spadnie śnieg - powiedziała, powstrzymując się by nie powiedzieć o porze nagich drzew. Czy samotnicy używali tej samej nazwy? Nie wiedziała, a wolała nie podpaść. - Dlaczego? Jest tam coś, czego potrzebujesz? - upewniła się, choć zapewne o to chodziło. Mogła przy okazji coś mu przynieść, żaden problem, ale będzie musiał poczekać aż wyzdrowieje, no i uzna, że czas najwyższy na to osiedle się przejść.
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
– Tak – odpowiedział krótko, kiwnąwszy głową na poprzednie informacje. Co prawda nie był pewien, czy śnieg nie będzie przeszkodą, ale cóż. Spróbować było warto. – Tylko w siedliskach dwunogów rrośnie pewien medykament, którrego bym potrzebował, a którrego nie mogę zebrrać sam, bo to zbyt daleko, żeby rrobić sobie spacerr w mojej sytuacji. Gdybyś tam była, prroszę, rrozejrzyj się za nim i przynieś mi go, gdybyś miała jeszcze kiedyś tu wrrócić – dodał, nie spuszczając spojrzenia z kotki. – Łodygę ma rozgałęzioną, wysoką, szarrawą, owłosioną. Liście długie, w kształcie serrca, z wierzchu omszone i zielone, od spodu gładkie koloru szarego. Kwiaty fioletowe, rróżowe albo białe. Ma barrdzo silny, przyjemny, przyciągający zapach.
Po jednej babci imię - po drugiej wygląd. Bowiem widocznie wdała się bardziej w Ciemną Toń, niż któregokolwiek z rodziców. Jej szata bowiem jest długa, w całości czarna, bez ani grama białego znaczenia. Taka, o, zwykła. I, podobnie jak rodzicielka jej ojca jest smukłą, przeciętnego wzrostu kotką, nieprzesadnie niską, ale również nieprzesadnie wysoką. Jest dumną posiadaczką złotych, skrzących się radośnie oczu. Dba o swój wygląd, o to, by na sierści nie znalazło się ani grama nieczystości, acz, jeśli akurat dobrze się bawi, czy spaceruje, to nie robi jej to różnicy czy wygląda ładnie, czy średnio.
Leniwa, ale sympatyczna, choć uparta i czasami wredna
Wysłuchała uważnie pytania kocura, lekko marszcząc brwi. Nie powiedział on otwarcie nazwy rośliny, a jedynie zaczął ją opisywać. I uważał, że zapamięta to, co jej teraz przekazał? Że ma na tyle dobrą pamięć, by za parę księżyców będąc na osiedlu wiedzieć, że ta roślina to ta, którą obiecała medykowi Wichru? Dobre sobie.
- Powtórzysz? Nie spodziewałam się tak obszernego opisu - mruknęła z cichym westchnieniem, a następnie nadstawiła uszu, by wysłuchać tego jeszcze raz, tym razem bardziej skupiona. Co prawda mogłaby się kierować "przyjemny zapach", ale co, jeśli jest tam więcej takich roślin, tylko że medyk nigdy tam nie był, więc nie wie? Ona sama nie wiedziała! Przecież były kwiaty, co bardzo ładnie pachniały! - Ma jakąś nazwę? Może jak zapytam, w razie jakbym miała problemy z namierzeniem jej, ktoś mi pomoże - zapytała jeszcze. Chyba nie było to tajemnicą? Może jakby spytała co robi, to medyk miałby opory, ale podzielić się nazwą chyba mógł, co?
Księżyce: 126 Mistrz: Lśniąca Sadzawka Płeć: Kocur Matka: Lśniąca Sadzawka Ojciec: Skorpion Trwałe urazy: niewielki ślad po lisich zębach na lewym policzku
Medyk, po swojej matce, odziedziczył białe, długie i lśniące futro; widoczne jest to przede wszystkim na jego puchatych policzkach, ponadprzeciętnie owłosionym wnętrzu w uszach i ogonie. Kocur posiada trójkątny pysk i skośne oczy w dwóch kolorach – prawe jest w odcieniach błękitu, natomiast lewe przybrało słoneczną barwę. Jego wąsy są białe, a nos różowy, pudrowy. Jest smukły i słabo umięśniony.
Kocur jest cierpliwy, uprzejmy i spokojny. Medyk jest nieobeznany w żartach, natomiast często się uśmiecha. Rzadko kiedy kogoś skreśla, dopiero wtedy, gdy ktoś mocno mu podpadnie; stara się być wobec każdego wyrozumiały. Wyzbył się już mówienia samej prawdy; nie oznacza to jednak, że kłamanie sprawia mu przyjemność, bo jest wręcz odwrotnie. Zdaje sobie niemniej sprawę, że niekiedy należy sobie darować szczerości, zwłaszcza w zawodzie medyka.
– Kocie ziele – odpowiedział, faktycznie rozumiejąc, że zasypał ją tyloma informacjami naraz, że mogła nie nadążyć. Dla kogoś takiego jak on, kto obchodził się z roślinami na okrągło, takie wybujałe opisy nie robiły wrażenia, miał już wszystko wbite do łba, że gdyby ktoś go obudził w środku nocy, to wyrecytowałby wszystko bez zająknięcia, jak to się mawiało z tabliczką mnożenia. Dla kotki natomiast zapamiętanie tego od razu mogło być trudne. – Łodyga wysoka, szarra, owłosiona. Liście w kształcie serrca, z wierzchu zielone, od spodu szarre. Kwiaty fioletowe, rróżowe albo białe. Zapach przyjemny i silny – powtórzył, tym razem nieco prościej, skracając opis do minimum.
Po jednej babci imię - po drugiej wygląd. Bowiem widocznie wdała się bardziej w Ciemną Toń, niż któregokolwiek z rodziców. Jej szata bowiem jest długa, w całości czarna, bez ani grama białego znaczenia. Taka, o, zwykła. I, podobnie jak rodzicielka jej ojca jest smukłą, przeciętnego wzrostu kotką, nieprzesadnie niską, ale również nieprzesadnie wysoką. Jest dumną posiadaczką złotych, skrzących się radośnie oczu. Dba o swój wygląd, o to, by na sierści nie znalazło się ani grama nieczystości, acz, jeśli akurat dobrze się bawi, czy spaceruje, to nie robi jej to różnicy czy wygląda ładnie, czy średnio.
Leniwa, ale sympatyczna, choć uparta i czasami wredna
Zapamiętała nazwę, uważnie wsłuchując się również w opis zioła. Czy zapamięta? Kto wie. Postara się pamiętać. Miała w końcu swego rodzaju dług u medyka i choć mogłaby teoretycznie pójść sobie i nie wrócić i olać go (bo co by jej zrobił?), to chciała chociaż spróbować znaleźć to, o czym mówił biały kocur. A nuż jej się uda?
- W porządku, będę się rozglądać. Dziękuję za pomoc - powiedziała, opuszczając głowę w formie podzięki i szacunku do wiedzy kocura. Dobrze wiedzieć, że w razie jakby coś jej się stało, to może do niego przyjść i jej pomoże. Dlatego w sumie chciała chociaż spróbować znaleźć kocie ziele, żeby... hm, nie było, że ona się nie wywiązuje z umowy, a on odmawia jej w zamian leczenia w razie, jakby była umierająca. Pożegnała się grzecznie, a następnie lekko kuśtykając, odeszła, by w spokoju przeżyć chorobę. Miała nadzieję, że zioła pomogą. Serio.
Sowia Łapa ostatnio przestał się trzymać w swoich spacerach stricte terenów Klanu Cienia. Nie mógł już na nich wytrzymać. Wszędzie wyczuwał tam śmierć albo zdradę. Co chwilę wszyscy tam umierali. Tereny Klanu Cienia były przesiąknięte smrodem martwych. Od tego smrodu zaczęło się już buremu szkieletowi kręcić w głowie. A on musiał zachować jako tako trzeźwy umysł, żeby wymyślić plan, który pomoże mu się dostać do Ciemnego Lasu ponownie i zatopić pazury i kły w ciałach Bezgwiezdnych. Niech giną.
Syn Jałowcowej Jagody lazł teraz przy Czarnym Ogonie, nawet nie wiedząc że znajduje się blisko wichrowej granicy i że przeszedłby na tereny Klanu Wichru jeśli tylko zdecydowałby się przekroczyć rzekę. Szedł chwiejnie, jakby się miał zaraz przewrócić, ogon ciągnął po ziemi a głowę miał nisko, jakby brakowało mu sił. Ledwo spał… więc energię miał minimalną. Musiał się chyba położyć… ale na razie jedynie usiadł i siedział.
//Nietoperze Niebo
//nevermind
I amtherighteous hand of God AndI amthedevilthatyouforgot AndItold you one day you will see That Iʹllbe backIguarantee Andthathellʹs coming,hellʹs coming Hell,hellʹs coming with me
⊗⊗⊗
And it is well, with mysoul Youlineyourpockets full of moneythatyousteal from the poor And on your way down thehill,you hearmering thatbell AndI said, hellʹs coming with me(hellʹs coming with me)
mała, czarno-biała z długim futrem i zielono-żółtymi oczami.
Przez to że musiała rozmawiać z obcymi gdy szukała drogi do domu, trochę się zmieniła. Nieco się otworzyła na innych i już nie sprawia wrażenia, jakby miała zaraz kogoś zagryźć. Chętniej rozmawia i poznaje innych, generalnie to jest miła (a przynajmniej się stara), jednak cierpliwości za dużo nie ma. Czasem łatwiej jest ją wkurzyć a czasem trudniej, wtedy niekoniecznie się hamuje ze słowami i bywa, że staje się pasywno-agresywna. Jednak aby do tego doszło coś bardziej musiałoby ją wkurzyć, a ciężko stwierdzić co tak naprawdę ją irytuje a co nie, bo bywało tak że wpadała na koty które… wkurzały ją przez sam styl mowy chociażby. Albo przez jedną, durną informację. Oczywiście tego było więcej ale nie chce mi się nad tym myśleć, po prostu ona sama nie wie co jest z nią nie tak momentami i skąd w ogóle ta złość się u niej bierze. Ale tak na ogół to ma dystans do siebie i to spory, raczej trudno jest ją obrazić. Nie przejmuje się innymi i tym co inni sądzą o niej, bo dlaczego by miała w ogóle? Jeśli ktoś ma do niej problem to po prostu nie jest wart jej uwagi, nie będzie płakać z tego powodu. Jaskier także… ma poczucie humoru, może nawet i duże, ale jest trochę specyficzne. Śmieszy ją wiele rzeczy, czasem nawet takie które nie powinny, np. gdy słyszy że komuś się dzieje krzywda. Przez długi brak kontaktu z rodziną przestało jej aż tak zależeć na bliskich. Jasne, nadal kocha swoich rodziców i rodzeństwo, ale nie ma już tego przywiązania.
Dotarcie do czterech klanów było okropne i prawdę mówiąc, to wspominała je gorzej niż siedzenie przez jakieś dwanaście księżyców u dwunogów. Tam przynajmniej nie miała jak się zgubić i nie potrzebna jej była orientacja w terenie, w porównaniu z drogą powrotną. Może gdyby ta orientacja u niej w ogóle istniała to szybciej dotarłaby na miejsce. Echhh, przynajmniej w ogóle tu doszłam.
Wolnym krokiem szła w stronę Czarnego Ogona. Była już zmęczona tym dniem, może nie jakoś bardzo, jednak na tyle aby mieć już dość. Także miała nadzieję, że nie będzie musiała długo czekać na nikogo przy granicy i że trafi jej się ktoś ogarnięty, bo chyba by ją coś strzeliło w ten pusty łeb, gdyby stało się odwrotnie. Niby należała do Klanu Wichru, ale wejście na terytorium klanu jak gdyby nic wydawało się być złym pomysłem, w końcu nie było jej tam... długo. O Gwiezdni, oby ktoś ją tam pamiętał.
Usiadła sobie przed strumieniem, z nadzieją że już zaraz ktoś będzie przechodzić.
Smukła, krótkowłosa, szylkretowa (niebiesko-kremowa) kotka z białymi znaczeniami (pierś, stopy, brzuch, pyszczek i od nosa nad wysokość oczu), ma złociste oczy. Futerko na głowie jest ulizane pod włos: sterczące, zjeżone, imitujące czub.
Złośliwa zołza, nieusłuchana, uparciuch, ale da się z nią porozmawiać, jeśli znajdzie się temat, który ją interesuje.
Czubatkowy Mrok jeszcze chwila a zaczęła by gubić całe futro. Zaginięcie rodzeństwa to jedno. Śmierć Gładkiego Grzbietu drugie. Jeszcze do tego - jakby było mało - dochodzi zaginięcie Orlego Lotu, Brzozowej Łapy i wielu innych kotów, w tym Żwawej Łapy. Chociaż za tym ostatnim bardzo łez nie wylewa. Ciężki z niego typ i z każdym jego oddechem Czubatka miała ochotę po prostu wgnieść go w ziemię i zakopać żywcem. Może to i lepiej, że zniknął. Ale znając jej szczęście jeszcze się gdzieś pojawi.
Wyszła na patrol z głupią nadzieją na spotkanie jakiejś znajomej mordki, za którą tak tęskniła. Ktokolwiek z tych kotów, o które się martwiła. No ktokolwiek! Miała ochotę przez moment płakać na myśl, że może to niedawne, ostatnie spotkanie było ich ostatnim. Kiedy obróciła się dookoła przebierając łapkami w miejscu przez zimno. Ale wtedy na tle białego śniegu dostrzegła ruchome czarne plamy. Raczej same plamy nie żyją i nie chodzą jak żywe. Albo jak kot... Jak kot! Uniosła głowę i paroma susami znalazła się bliżej by przyjrzeć się nowej mordce. Aż oczy wybałuszyła kiedy dostrzegła kto to. Z miejsca wystartowała w kierunku Jaskrowej Łapy. Przez moment myślała, że to może ktoś inny, a ona zaraz się wygłupi, ale z każdym kolejnym krokiem przekonywała siebie, że to siostra. I to była ona. W końcu zaczęła biec. Była szczęśliwa, a jednocześnie wyrwie jej te kłaki za takie wyjście. — JASKIER - wrzasnęła nim rzuciła się prosto na kotkę przewracając ją. — Nogi z dupy ci powyrywam, kłaku. Gdzieś ty się szlajała, co? - była zła, miała zły wyraz pyska, ale jednocześnie odbijała się w nich ulga. Ulga, bo znalazła siostrę. Cała i zdrowa... Chyba.
mała, czarno-biała z długim futrem i zielono-żółtymi oczami.
Przez to że musiała rozmawiać z obcymi gdy szukała drogi do domu, trochę się zmieniła. Nieco się otworzyła na innych i już nie sprawia wrażenia, jakby miała zaraz kogoś zagryźć. Chętniej rozmawia i poznaje innych, generalnie to jest miła (a przynajmniej się stara), jednak cierpliwości za dużo nie ma. Czasem łatwiej jest ją wkurzyć a czasem trudniej, wtedy niekoniecznie się hamuje ze słowami i bywa, że staje się pasywno-agresywna. Jednak aby do tego doszło coś bardziej musiałoby ją wkurzyć, a ciężko stwierdzić co tak naprawdę ją irytuje a co nie, bo bywało tak że wpadała na koty które… wkurzały ją przez sam styl mowy chociażby. Albo przez jedną, durną informację. Oczywiście tego było więcej ale nie chce mi się nad tym myśleć, po prostu ona sama nie wie co jest z nią nie tak momentami i skąd w ogóle ta złość się u niej bierze. Ale tak na ogół to ma dystans do siebie i to spory, raczej trudno jest ją obrazić. Nie przejmuje się innymi i tym co inni sądzą o niej, bo dlaczego by miała w ogóle? Jeśli ktoś ma do niej problem to po prostu nie jest wart jej uwagi, nie będzie płakać z tego powodu. Jaskier także… ma poczucie humoru, może nawet i duże, ale jest trochę specyficzne. Śmieszy ją wiele rzeczy, czasem nawet takie które nie powinny, np. gdy słyszy że komuś się dzieje krzywda. Przez długi brak kontaktu z rodziną przestało jej aż tak zależeć na bliskich. Jasne, nadal kocha swoich rodziców i rodzeństwo, ale nie ma już tego przywiązania.
Nie wiedziała ile czasu minęło, bo zamyśliła się. I to tak bardzo, że początkowo nawet nie zwróciła uwagi na postać idącą w jej kierunku. Dopiero po chwili to zauważyła i aż wybałuszyła oczy. Co jak co, ale nie spodziewała się, że akurat Czubatka ją znajdzie przy granicy. Nie żeby narzekała, ba, wręcz przeciwnie, poczuła radość widząc ją, przez co cisnął jej się cały czas uśmiech na mordce. Okay, może i przez te wszystkie księżyce straciła takie przywiązanie do rodziny i przestało jej zależeć aż tak, ale to jednak nadal była jej siostra, którą wciąż kochała.
— CZUBATKA — wstała, jednak nie zdążyła zrobić żadnego innego ruchu, bo siostra się dosłownie na nią rzuciła i obie się razem wywaliły. Ale nie narzekała, na jej mordce widniał nawet większy uśmiech, nie była w stanie go ukryć, bo tak bardzo się cieszyła. Zaraz po tym wyciągnęła łapy w stronę szylkretki i ją przytuliła. Nie wiedziała czy Czubatka w ogóle lubiła taki bliższy kontakt z kimś ale nie obchodziło ją to w tym momencie, nawet o tym nie pomyślała, chciała po prostu... w sumie sama nie wiedziała co chciała w ten sposób przekazać, ale co tam. — W dupie, wiesz? Lis mnie gonił i nie chciał się odczepić, potem mnie jacyś dwunodzy skopali, a jeszcze później jacyś inni mnie porwali. I to wszystko w ciągu JEDNEGO dnia, rozumiesz to? Jakiś żart — wyrzuciła w odpowiedzi na "groźbę" siostry, nadal niezadowolona z tego jak się sprawy potoczyły tamtego dnia.
Smukła, krótkowłosa, szylkretowa (niebiesko-kremowa) kotka z białymi znaczeniami (pierś, stopy, brzuch, pyszczek i od nosa nad wysokość oczu), ma złociste oczy. Futerko na głowie jest ulizane pod włos: sterczące, zjeżone, imitujące czub.
Złośliwa zołza, nieusłuchana, uparciuch, ale da się z nią porozmawiać, jeśli znajdzie się temat, który ją interesuje.
Wywróciła oczami na uwagę siostry i jednak z ciekawością wysłuchała jej sprawozdania z tego zniknięcia. Wszystko jednego dnia? Tylu dwunożnych i lis? Albo jej siostra ma wyjątkowego pecha albo walnęła się w ten pusty łeb i Gwiezdni w ramach rekompensaty zesłali jej taką bajkę. Pozwoliła siostrze wstać i otrzepała się z zimna. — Nie dziwi mnie to, masz dwie lewe łapy i tak bywa - szturchnęła ją łapą z rechotem. — Pójdę po kogoś, i wrócisz do legowiska terminatorów. Bo ja już tam nie kibluje. Dla ciebie jestem teraz Czubatkowy Mrok - uniosła dumnie napuszoną pierś i odwróciła się susem od siostry by po kogoś pognać, ale zatrzymała się w pewnym momencie. Jaskier nie wie o Gładkim Grzbiecie.
Zacisnęła pysk i niechętnie odwróciła się patrząc bardziej przygnębiona na siostrę i wróciła do niej. — Jest jeszcze jedna rzecz, o której musisz wiedzieć - zauważyła. Nabrała chłodnego powietrza w płuca i je wypuściła. — Gładki Grzbiet nie żyje.
Nieduży, piękny kocur o atletycznej sylwetce, smukłym, zgrabnym ciele i przystojnym pysku. Ma długie kremowe futro, oznaczone gdzieniegdzie ciemniejszymi plamami. Jego futro ściemniało z wiekiem i owe plamy nie rzucają się już aż tak w oczy. Przy chwili przyglądania się można dostrzec przyciemnienie na lewej stronie pyska, na prawym udzie, prawym nadgarstku i na zadzie, przy nasadzie ogona. Na jego sierści widnieją również białe znaczenia. Na nosie, piersi i tylnych łapach poniżej stawów skokowych. Ma pasujące do koloru futra, miodowe oczy. Nieduże, szeroko ustawione uszy zakończone małymi pędzelkami.
Wyrósł na spokojnego i rozsądnego kota. Można nazwać go cichym, z pewnością nie jest typem gaduły. Ma szlachetne ideały i wielkie marzenia. Wierzy w prawdę, przyjaźń i lojalność. Stara się by każdy jego czyn i każde wypowiadane słowo miało przynieść jakąś korzyść dla jego rodziny, jego samego lub całego Nowego Świtu. Jest towarzyski, łatwo nawiązuje kontakty, a z interakcji z kotami czerpie dużo przyjemności i energii. Ambitny, odpowiedzialny, uczciwy, uparty.
Tundra (NŚ), Płocha (KR)
Potrzebował chociaż na kilka godzin wyrwać się z Nowego Świtu. Choć na chwilę poczuć się, jak dawniej, zawiązać nową znajomość, odbyć ciekawą rozmowę, poflirtować, odwiedzić nieznane miejsce. W Nowym Świcie wszystko, choć znajome, było przewidywalne i momentami nawet nudne. Leczył koty, choć nie tak i często, jak Pokrzywa, miał jeszcze pod opieką swój dorastający miot i czuł… że po prostu potrzebuje oddechu.
Przed wyjściem zadbał o futro, by wyglądało nienagannie i jak zwykle pachnący ziołami Pęd udał się w kierunku, jak się okazało, terenów klanu Wichru. Rozpoznawał który klan gdzie ma swoje ziemie, jednak na tym jego wiedza się kończyła. Zatrzymał się lisią długość od miejsca, które jak sądził, było granicą (wnioskował po wyjątkowo intensywnym zapachu wichrowego moczu). Usiadł i czekał bo z tego, co wiedział, prędzej czy później jakiś wichrzak musiał się pojawić i uprzyjemnić jego dzień wolny od obowiązków.
Broken down and hungry for yourlove Withno wayto feedit
Whereare you tonight? Child, ya know how much I need it
It's neverover All my blood for the sweetness of his laughter
It's neverover He'sthetearthathangsinsidemysoulforever.