Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
Hoho kogo Płomyk nie znał z klanu Cienia! Znał wszystkich ale nie zamierzał tak powiedzieć Wróbelek. Nie wiedział czy mógł jej powiedzieć całą historię tego co ostatnio się wydarzyło i skąd dokładnie pochodził. Uważał, że lepiej nie wspominać o tym, że było się kotem z klanów, zwłaszcza samotnikom. Wróbelek nie wydawała się nie nie lubić kotów z klanów ale wolał być mimo wszystko ostrożny. Poza tym nikogo nie obchodził teraz jego los i to co go wspomniało. Nie miał nikogo bliskiego z kim mógłby szczerze rozmawiać. Nie miał nawet nikogo takiego w klanie. Miał kiedyś ale ta kotka już dawno odeszła, zostawiając go samego z czwórką małych kociaków. - Hmmm... Z cienia to... Porzeczkowa Pestka, Olchowy Szept, Jasna Kropla a z rzeki Śliwkowa Łapa ale pewnie teraz jest wojowniczką, Niedźwiedzi Kieł i Sokola Łapa. Radzę Ci zbytnio nie gadać z Sokołem bo straszny z niego gbur i narwaniec. - powiedział kilka jakiś imon. Nie wymieniał swojej rodziny i bliskich. Nie chciał na razie o sobie zbytnio mówić.
Słysząc jak Wróbelek zaczął znów drżeć głos, Płomyk przekrzywił nieco głowę. Czy jego pytanie było nieodpowiednie? Też się samotniczka bała kolejnej pory Nagich Drzew? - Boisz się następnej pory Nagich Drzew spędzić sama? - zapytał. Tak przypuszczał po reakcji kotki, że coś było na rzeczy. Może kiedyś kogoś miała? Nie wiadomo.
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Dla kotki pochodzenie Płomyka było nieistotne. Mógł być czystej krwi samotnikiem, kocurem z klanów, a nawet pieszczochem żądnym poznawania nowych miejsc. Zwyczajnie… lepiej by było, gdyby nie wiedziała, jak to się stało, że nie grzał już dłużej miejsca w klanie. Mógł być równie dobrze podróżnikiem, chcącym wiedzieć, co kryje się za jego granicami, ale samo w sobie określenie, że jest wygnańcem… byłoby dla niej bardzo ciężkie. W końcu koty nie bez powodu są wydalane z takich miejsc, prawda? Być może okazałoby się, że w rzeczywistości nie jest tak miły, jak teraz gra…
– Z-znam Niedźwiedzi K-kieł – powiedziała, przypominając sobie czarną wojowniczkę, przy okazji siostrę swojej przyjaciółki. Wcześniej zapomniała, że ją spotkała, ale słowa kocura uświadomiły ją, że zna z Rzeki cztery koty. Widocznie rozmowa z nią najmniej zapadła jej w pamięć.
– N-nie – powiedziała speszona. Skąd w ogóle taki pomysł? Nawet mu nie powiedziała, że jest sama. Troszkę się zestresowała.
Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
O! Jednak kogoś z tych wszystkich kotów już Wróbelek poznała. I to poznała bardzo fajnego kota. Płomyk już po jednej rozmowie już ją polubił za jej charakter. Może nie miała unikalnego futra ale oczy miała śliczne, które kontrastowały z jej futrem. Ale ten charakter mmm... Twarda jest z niej babka. Szkoda, że ostatnio jej nie mógł zobaczyć. Mało jest takich silnych i hardych kotek. Tak przyjemniej zauważył Płomyk. Często trafiał bardziej na takie spokojne i po prostu normalne. -Ooo to miałaś okazję ją poznać. Fajna z niej kotka. Miło mi się z nią gadało. Silna jej kotka, nie boi się komuś dać w pysk jak trzeba. - zaśmiał się pod koniec. Tak przynajmniej sobie ją zapamiętał.
Jeżeli jednak chodzi o to czy Płomyk w tej chwili udawał to... Tylko trochę? Ukrywał swoje pochodzenie to prawda ale robił to dla swojego dobra i bezpieczeństwa. Też nie chciał żeby niektóre koty też na niego spoglądały przez szkło przeszłości tak jak robiły to niektóre koty. Popełnił błąd to prawda ale nie jest złym kotem. Tak przyjemniej uważał.
Teraz jedynie starał się być jak najmilszy dla Wróbelek, żeby poczuła się przy nim dobrze. Możliwe, że trochę przesadzał z tą dobrocią no ale ej przed chwilą na jego widok chciała wręcz przed nim uciec. Dlatego musiał teraz się obchodzić z Wróbelek jak z jajkiem by zdobyć u niej drobne zaufanie. W końcu musiał zdobywać sobie sprzymierzeńców.
Widząc jak samotniczka się peszy, kocur już wiedział, że tak naprawdę to się przejmowała porą Nagich Drzew.
Uśmiechnął się do niej pocieszająco a następnie odparł. - Jeżeli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebować to przyjdź do mnie. Gdzieś w okolicy zawsze będę się kręcić. Będę szukać jakiegoś bardziej praktycznego miejsca na swoje schronienie bo to dziwne coś jednak się nie sprawdza. - powiedział spokojnie. Na początku chciał tutaj zamieszkać bo mógł sobie spać wyżej i żaden drapieżnik by raczej go nie dopadł ale był tutaj straszny przewiew i w zimne dni mieszkanie tutaj się nie sprawdzi.
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Twarda babka, hm? Na Wróbelek wywarła zupełnie inne wrażenie. Podczas rozmowy z nią wyłapała jej kilka konkretnych cech: była rozgadana, głośna i śmiesznie przeciągała jedną literkę, bodajże r-kę. Za to od swojej przyjaciółki, a jej własnej siostry, dowiedziała się chociażby, że jest wybuchowa, o czym świadczyło powiedzenie "w gorącej wodzie kąpana", i emocjonalna, jako że w dość niejednoznaczny sposób zareagowała na pogrzebie swojego znajomego. Może rozmawiali o innej Niedźwiedzicy? Hmpf, niemożliwe.
– T-tak, fajna – przytaknęła zgaszonym głosem, trochę zaniepokojona jego ostatnim stwierdzeniem. Chciała zacisnąć zęby, żeby nie kontynuować tego tematu, ale jej wścibskość się w niej odezwała, a także w pewnym sensie zmartwienie, gdyż to właśnie wzbudziły w niej jego słowa. – Da-dać w p-pysk? – Płomyk mógł zauważyć, jak znowu wraca do siebie sprzed paru minut: zaniepokojonej, zlęknionej i przerażonej. Czy naprawdę Niedźwiedzi Kieł mogłaby dać jej w pysk? Nie zrobiła tego, ale może to znaczyło, że Wróbelek miała akurat szczęście? Przełknęła ślinę, a także zadrżała delikatnie, poczuwszy ogarniające ją zimno.
– Dz-dzięki, a-ale… d-dam sobie r-radę. – Nie była już taka ufna, jak kiedyś, nie byłaby w stanie zamieszkać z kimś zupełnie obcym, w przeciwieństwie do siebie sprzed paru dni, gdy najchętniej wzięłaby wszystkich z całego lasu i wcisnęłaby ich do swojego legowiska. Poza tym, skoro dawała sobie przez ten cały czas radę, to teraz nie będzie inaczej, prawda?
Księżyce: 151 Mistrz: Grzybowa Polana Płeć: kocur Matka: Trzcinowa Sadzawka Ojciec: Miękki Obłok Partner: Jak chcesz to chodź ;3
Co by tu powiedzieć.. Jest burym kocurkiem z zanikajcymi pręgami czyli ticked. Posiada ciemną pręge na grzbiecie a także ma pregi na czole i łapach. Na całym ciele można zobaczyć ciemne cieniowania które dodają kocurkowi elegancji. Ma przylegające do ciała futerko które nie potrzebuje zbyt częstej pielęgnacji. Jest ono krótkie. Ma duże uszy, które są lekko szpiczaste. Ma puchaty ogon który często jest wysoko w górze. Natomiast oczy są koloru niebieskiego jak to zawsze mają małe kociaki, ale niedługo przemienią barwę na brązowe.
A tutaj takie zaskoczenie! Nie jest wcale podobny do swoich rodziców! Kiedy przyszedł na świat nie chciał siedzieć w nudnym legowisku z mamą i rodzeństwem. Przecież mógł robić coś lepszego! Od razu widać po pyszczku kocurka, że nie będzie to spokojne dziecko. Jest pełen energii i jest ciekawy świata. Jest urwisem który nie przejmuje się niczym . Lecz zawsze będzie miły dla wszystkich a zwłaszcza dla kotek.
No cóż Płomyk miał sam okazję z nią rozmawiać i tak przynajmniej ja sobie zapamiętał. Każdy mógł inaczej ja odebrać ale bury kocur odebrał ją właśnie tak. I chyba źle dobrał słowa bo zauważył jak Wróbelek znów jest przestraszona. Walnął się w myślach łapą w pysk. Zapomniał, ze z samotniczką musiał się teraz obchodzić się delikatnie bo była strasznie przerażona wszystkim co źle wyglądało bądź brzmiało. Zaczął machać delikatnie łapą chcąc ją przy tym uspokoić. - T-to nie tak, że jest zła i bije innych po prostu ah...Użyłem złych słów do opisania jej. Wybacz. Miałem na myśli, że jest silna i odważna. Nie boi się walczyć ze złymi kotami. Nie musisz się jej obawiać naprawdę. W końcu gdyby była zła to bym pewnie miał pamiątkę po naszym spotkaniu. No i przede wszystkim nie mówiłbym ci, że jest spoko kotką.-starał się jakoś wytłumaczyć by Wróbelek się nie bała. Nie było czego.
Słysząc odpowiedz jedynie pokiwał głową w geście zrozumienia. Oczywiście jej nie zmuszał ale gdyby potrzebowała czegoś to mogła zawsze zajrzeć do Płomyka. On raczej postara się zawsze jakoś pomóc. W końcu nie był zwyrolem o zimnym sercu. Płomyk po prostu był specyficzny. -Dobra ale jak coś to wiesz gdzie mnie znajdziesz.-dopowiedział a następnie wstał i zerknął na samotniczkę. - Nie bój się już. Trzeba myśleć pozytywnie. -uśmiechnął się do niej szeroko a następnie popatrzył się przed siebie. - No dobra, na mnie już czas. Muszę czegoś poszukać i pomyśleć za jakimś jedzeniem. Trzymaj się Wróbelek!-pożegnał się z samotniczką.
Spokojnie zszedł na dół po drewnianym czymś a następnie ostatni raz się spojrzał na kotkę i posłał jej szczery , delikatny uśmiech. Potem ruszył gdzieś przed siebie, chcąc załatwić swoje sprawy.
Ta rozmowa była mimo wszystko miła i kto wie może kiedyś znów będzie miał okazje porozmawiać z Wróbelek ponownie. Może nie wszyscy samotnicy są zepsuci do szpiku kości.
/z.t Dziękuje za sesje, bardzo się przyjemnie ja pisało :3
Drobna, zgrabna, acz wysoka bura koteczka z charakterystycznymi dla kotów bengalskich rozetami. Ma łososiowo-czarny nos i w tym samym kolorze poduszki łap. W posiadaniu są również białe wibrysy oraz cyjanowe oczęta.
Lojalna, uczciwa, przyjacielska. Nietrudno przychodzi jej zawieranie nowych znajomości, robi to z całkowitą przyjemnością i uśmiechem na pyszczku. Jest trochę naiwna. Przez śmierć jej bliskich stała się bardziej małomówna, niepewna i osowiała, ale głęboko w sobie skrywa dawną siebie.
Uważnie słuchała słów kocura, przerażona i zlękniona. Już sama nie wiedziała, co o tym myśleć, choć postanowiła uwierzyć w wersję, że zwyczajnie źle dobrał słowa. Może faktycznie… Niedźwiedzi Kieł walczyła ze złymi, w takim więc razie była bardzo odważna i szlachetna, i powinna być chwalona. Może o to mu chodziło z tym "dawaniem w pysk"… Miała taką nadzieję.
– Ro-rozumiem – zająknęła się, wciąż niezbyt przekonana, chociaż dobrej myśli, i otuliła mocniej ogonem łapy, w wyniku zestresowania. Nie czuła się pewnie przy kocurze, wydawał się przyjazny, lecz gryzące się ze sobą sprzeczne słowa wzbudzały w niej ogromną czujność, tak więc już nie wiedziała, jakie powinna mieć o nim zdanie. Z tego również względu postanowiła nie szukać jego pomocy, trochę się obawiała, zatem żywiła nadzieję, że w pojedynkę da sobie radę doskonale. Na propozycję kocura jedynie niepewnie pokiwała głową twierdząco, przekazując, że w razie czego gdzieś go znajdzie, a na pożegnanie lekko się uśmiechnęła. Nie miała zamiaru go szukać, ale nie chciała go w jakikolwiek sposób irytować, więc niech żyje w przeświadczeniu, że może kiedyś go odwiedzi. Cieszyła się, że ta rozmowa się już skończyła; Płomyk wyglądał na sympatycznego i przyjacielskiego samotnika, ale było to na tyle stresujące, że nie chciała więcej zdenerwowania i ciepła rozchodzącego się po jej ciele, w wyniku nerwowości. Gdy kocur już zniknął z jej pola widzenia, sama zeszła z dziwacznej struktury i pobiegła w stronę granicy z klanem Rzeki, niedaleko Łanu Rzepaku. Tam czuła się jakoś bezpieczniej.
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Dość wysoki, szczupły kocur o jasnoniebieskich oczach, z długim futrem barwy białej lekko przełamanej beżem z jasnorudymi syjamskimi znaczeniami na policzkach, nosie, czole, uszach, ogonie i łapach.
narcystyczny pajac
szyszkowy ogon [kw] artemis [p]
***
Cóż innego ma do roboty kot, jak łazić, łazić, łazić? Wielu mogłoby powiedzieć, na przykład, o obowiązkach spoczywających na danym kocie, ale wtedy nigdy by się od nich nie uwolniło. Może i Szorstka Łapa miał wymienić mech w legowisku wojowników, ale równie dobrze nie. To wszystko zależy od punktu widzenia! Poza tym już nie przesadzajmy - zawsze mógł zrobić to później, albo w ogóle jutro. Przecież mech nie zając, nie ucieknie. No ileż można wytrzymać, siedząc na dupie w obozie i tylko co jakiś czas iść na patrol. No nie da się, słuchajcie. Dlatego też Szorstka Łapa z głową w chmurach i w doskonałym humorze, postanowił udać się na wojaże. Nie były to przecież dalekie wycieczki piesze, acz wykraczające poza bezpieczne tereny Wichru - samo to nadawało im bardziej... ekscytującego wydźwięku. Takich wrażeń głodny był rumiany terminator, wyraźnie wymęczony klanową rutyną, co jakiś czas przerwaną ceremonią, ale nadal nie jego ceremonią. No cóż, życie!
Lekkim krokiem przemierzał tereny przyprószone śniegiem, który nieznośnie przyklejał się do jego długiego futra i tylko je niepotrzebnie mierzwił. Mimo to humor miał doskonały, może więc uda mu się zaczepić kogoś i z kimś pogawędzić. Nie nastawiał się na to z drugiej strony, bo chyba przez humorzastą pogodę koty były jakieś takie... niemrawe. Nie wiedział, czy to przypadłość dotykająca jedynie jego klan, czy może też innych. Tak czy inaczej - nawet czas spędzony na samotnych wycieczkach byłby czasem naprawdę dobrze spędzonym. Łapy doprowadziły go do niezłego punktu obserwacyjnego, a sądząc po jego zadaszeniu, można było zakładać, że wnętrze pozbawione było śniegu - nie szkodzi sprawdzić. Rumiany terminator w kilku zgrabnych skokach wdrapał się na górę i z satysfakcją wyrysowaną na pyszczku stwierdził, że deski są na tyle wolne od śniegu, że można chwilę tu odsapnąć i napawać oczęta pięknym widokiem leśnych ostępów w czasie Pory Nagich Drzew. Aby mieć jeszcze lepszy widok, wskoczył na półkę, niestety nieco bardziej przysypaną śniegiem, ale w takim stopniu, że szybkim machnięciem łapy dało się go pozbyć. Po przygotowaniu dogodnego miejsca obserwacji, usiadł, owinął ogon wokół łap i lekko przymrużył oczy, pozwalając, by chłodny wiatr delikatnie muskał go po pyszczku. Idealnie!
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Od ceremonii minął kawałek, a on mógł wreszcie wyjść i się przewietrzyć. Od jakiegoś czasu zaczął bardzo doceniać czas dla samego siebie, gdzie mógł pozostać ze swoimi własnymi myślami, gdzie mógł po prostu być dla siebie. Jego życie od jakiegoś czasu było równie aktywne poza Klanem, jak i w nim. O ile nie bardziej poza - w Klanie widywało się go jedynie wtedy, kiedy był potrzebny. W momencie gdy nikt go nie potrzebował, znikał na całe dnie. Na tereny, na ziemie niczyje... i dalej.
Teraz niby był potrzebny - miał pomagać w Klanie, czy coś, ale absurdalne "ćwierć" sprawiało, że nie miał ochoty się zaczynać za robotę póki co. Nie wiedział co to ćwierć księżyca. Nie mógł pracować przez tyle, jeśli nie umiał określić przez jak długi czas wymagano od niego pomocy. To więcej niż cztery? Na pewno, jeżeli liczby nie znał! Tylko kiedy miałby skończyć pracę, jeśli nie umiał liczyć więcej? Żubrza Gwiazda skazała go na dożywotnie prace... lub do momentu, aż dowie się ile to te całe ćwierć. Pracę mógł zacząć później. Wieczorem. Nie zmieni to niczego. Żurawina w końcu też miała robić to co on, więc... jakoś się podzielą. Może.
Łapy wiodły go gdzie popadnie. Zwykle starał się chodzić w coraz to nowsze treny, dlatego nic dziwnego, że dotarł tu... zupełnie jak całkiem inny kot! Pachniał inaczej niż Ptasznik. Calypso - której zapach pamiętał jak przez mgłę - też pachniała inaczej. Albo wytarzał się w czymś dziwnym, albo był zupełnie obcy. Nowy! Zbliżając się, uważał na kroki. Wąż lubił się skradać, chodzić cicho, tak żeby nikt nie wiedział o jego obecności, a potem dopiero mógł się głośno pojawiać. Wyćwiczył już chodzenie po śniegu, bo niemal każdego dnia po nim łaził - z tego powodu, potrafił stawiać kroki tak, by biała powłoka pod nim nie skrzypiała aż tak.
Będąc już blisko, wyskoczył przed siebie, zatrzymując się nieduży kawałek przed obcym. Wystraszył go?! Oby tak! Oby chociaż w duchu się przeraził! Nie było to ważne, ale po prostu fajnie, jakby wychodziło mu to skradanie się coraz lepiej. - Dzień dobry. Kim jesteś? Nie pachniesz jak nikt, kogo znam - zaczął prosto z mostu. Po co miałby robić ładny wstęp? Po to się do kota zbliżył! Bo jest obcy! - I co tu robisz? Co jeśli są tu dwunogi? Ich legowiska wyglądają podobnie. Nie boisz się ich?
Spojrzał podejrzliwie na niego. Wąż powoli przestawał się ich bać. Ale ten drugi? Jeśli się ich nie bał, chwała mu! Na pewno się dogadają. Jeśli się bał, słabawo, ale nie skreślał dobrej znajomości. W końcu każdy był całkiem spoko jak się z nim pogadało i starało zrozumieć. Teraz siadł i uwinął ogon wokół łap, wbijając wesołe spojrzenie w rozmówcę. Obce, nowe rzeczy go cieszyły. To normalne. Kto jak kto, ale Wąż nie lubił codziennej monotonności. To, że poznał kogoś o zupełnie obcym zapachu zupełnie zakręciło mu we łbie. I dobrze!
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Dość wysoki, szczupły kocur o jasnoniebieskich oczach, z długim futrem barwy białej lekko przełamanej beżem z jasnorudymi syjamskimi znaczeniami na policzkach, nosie, czole, uszach, ogonie i łapach.
narcystyczny pajac
szyszkowy ogon [kw] artemis [p]
Nie wiedział ile czasu minęło, bo było mu tak przyjemnie i miło. Nawet jeśli było trochę zimno i w pewnym momencie miał wrażenie, że nos mu zaraz zamarznie, to i tak nie zaburzyło to jego błogiego spokoju. Pozwolił swoim myślom odpłynąć daleko, pozostawiając go w pełnym skupieniu i zrelaksowaniu... Czuł, jak jego ciało staje się ciężkie, jakby wpadało w ziemię, łączyło się z nią w jedno. Był świadomy, był obecny ze swoim ciałem, skupiał się na rozluźnieniu każdych możliwych mięśni. Rozluźnił szyję, żuchwę, barki... Jednak życie to nie sesja jogi i nadal jednak jednym okiem musiał nadal uważać na swoje otoczenie. Ale to może zrobić za chwilę... tak mu przyjemnie, gdy chłodne powietrze wypełniało jego płuca, tylko po to, by zaraz je opuścić i roztoczyć malutką chmurę pary na mroźnym powietrzu.
Nie spodziewał się tak rychłego wyrwania go z tego błogiego stanu, toteż jedyne co mu zostało w reakcji na nagłe zmaterializowanie się kocura i skok w stronę rumianego, to po pierwsze - podskoczenie ze strachu i desperacka próba uniknięcia ataku. Nie znał intencji kocura, więc lepiej być przezornym. Unik nie był, tak czy inaczej, potrzebny (jakby się udał, to Szorstki zleciałby z półki i prawdopodobnie umarł. Ale to tylko taki szczegół), bo nieznajomy kocur, śmierdzący Gromem przy okazji, zatrzymał się tuż za nim.
- Matko! Typie, co ty, zabić mnie chcesz? Nie skrada się tak do nieświadomych niczego, Gwiezdnym ducha winnym kotom, na osty i ciernie! - sapnął w odpowiedzi. Szorstki zaraz po tym wstał szybko, z trudem łapiąc równowagę na drewnianej półce i chwiejąc się przez chwilę, by odwrócić się do przybyłego kota i zaraz znowu usiąść. Był... dziwny. Miał wielkie uszy, osadzone na trójkątnej mordzie i dziwny kolor futra. Przymrużył delikatnie oczy, unosząc brew w reakcji na potok słów, jaki wydostał się z pyszczka przybysza.
- A ty śmierdzisz Gromem - odparł prosto, kompletnie pomijając pytanie o swój zapach i swoją godność. - Siedzę. Jakbym się bał dwunogów, to nie wyszedłbym z obozu. Może tu są, ale równie dobrze może ich nie ma. - odpowiedział, uśmiechając się swoim typowym, krzywym uśmieszkiem. Nie widział powodu, żeby od razu spowiadać się jakiemuś młodzikowi ze swojego życia i powodów, dla których tu jest, ale przecież nie zaszkodzi pogadać. - A ty? Co tu robisz? Daleko zaszedłeś od Gromu - stwierdził, unosząc delikatnie podbródek. Wbijał przeszywające na wylot, niebieskie ślepia w sylwetkę nieznajomego i już spodziewał się złożonej odpowiedzi i kolejnych pytań. To był ten typ kota.
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Cóż za reakcja! Takiej to nawet on się nie spodziewał. Widząc jak tamten reaguje wpierw się ucieszył, że wszystko dobrze mu poszło, potem sam się przeraził, ale ostatecznie wrócił do radości. Nic się mu nie stało, prawda? Więc mógł się cieszyć, że skradanie szło mu coraz lepiej. Kiedyś będzie najwspanialszym skradaczem w Gromie. - Sprawdzam, czy umiem się skradać. Byłeś jedynym celem, więc to ty miałeś szczęście stać się moim królikiem doświadczalnym - oznajmił ze spokojem w głosie. Jakby kocur uważał na okolicę, to może wtedy Wąż by go nie przeraził aż tak? Jego wina! - Ale, nie, zabić cię nie chcę. Zabijanie jest dla frajerni.
Wzruszył ramionami, teraz już spokojniej podchodząc do nowego kota. Niestety, Szorstki, musisz moment wytrzymać z orientalem. Przysiadł się przy nim, zachowując minimalną odległość między nimi. W ten sposób zauważył, że w siadzie jest wciąż znacznie większy od białawego kocura. - Nie przeczę, stamtąd jestem. Czym ty śmierdzisz? - dopytał bardziej precyzyjnie. - Ani pieszczochy, ani samotnicy nie pachną jak ty. Jesteś z Klanu, tak? Z jakiego?
Przechylił łeb na bok, przyglądając się mu z uwagą. Na komentarz o dwunożnych uśmiechnął się szerzej, marszcząc brwi. Odważny kot, to coś nowego! - Dwunożni nie są wcale tacy straszni, nie? Niektórzy są źli, ale to normalne. Koty też bywają okrutnymi bestiami - rzucił luźno, zaraz po tym słysząc pytanie. Co Wąż tu robi? Pff, sam chciałby to wiedzieć. - Byłem na spacerze, szukałem nowego miejsca. Lubię zwiedzać las... Jest to ciekawsze, niż siedzenie w obozie cały czas. Przechodząc, poczułem obcy zapach, a potem trafiłem na ciebie. Nic wielkiego, jak mam być szczery.
Na stwierdzenie, że zaszedł daleko uśmiechnął się pobłażliwie. Osiedle jest chyba trochę dalej... Takie miał wrażenie. Jego wzrok niespecjalnie działał na Węża. Liliowy kocur po prostu się wyprostował i wypiął pierś do przodu, żeby pokazać się z jak najlepszej strony, jak prawdziwy, dumny wojownik Gromu. - Nudno jest w Gromie. Obowiązki zresztą nie uciekną - wzruszył ramionami. Zdecydowanie po ceremonii nie było nudno, ale nie był aż tak bezmyślny, żeby chwalić się jakimiś nowinkami z Klanu obcym. - Zresztą! Jak się siedzi? Większość kotów samym siedzeniem nie jest w stanie się nacieszyć, więc jeśli to proste zajęcie cię pochłonęło tak, że nawet nie słyszałeś jak wyskakuję... jestem pełen podziwu. Osobiście preferuję towarzystwo nawet do tak zwykłych rzeczy.
Dodał luźno. Nagadał się, teraz kolej białawego. W innym wypadku Wąż powróci do tego jak gadał za czasów terminatorskich i... rozmówcy zwiędną uszy od natłoku słów.
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Dość wysoki, szczupły kocur o jasnoniebieskich oczach, z długim futrem barwy białej lekko przełamanej beżem z jasnorudymi syjamskimi znaczeniami na policzkach, nosie, czole, uszach, ogonie i łapach.
narcystyczny pajac
szyszkowy ogon [kw] artemis [p]
Najwidoczniej bardzo zabawne było straszenie Szorstkiej Łapy w czasie jego relaksu. Przecież kilka księżyców temu to samo zrobiła Lisi Wrzask! Z tą jedynie różnicą, że ona mogła, miała na to pozwolenie i błogosławieństwo - za to jakiś losowy, obcy kocur? No już nie bardzo. No ale cóż, stało się. Najwidoczniej taki los Szorstkiej Łapy, być przestraszanym przez absolutnie każdego na ziemi. Ciężki los, ciężkie życie.
- Aha. No dobra - odparł, nie za bardzo wiedząc, jak może na to odpowiedzieć. Jak sobie chce koty straszyć i testować skradanie, to lepiej nich na rodzeństwie ćwiczy, a nie na poważnym, dojrzałym kocurze w postaci Szorstkiej Łapy. No już szanujmy się, dobrze? - Skoro tak mówisz - uniósł nieco brew na stwierdzenie o braku intencji morderczych. Ta, już znał takiego Gromiaka, co mu chciał w pysk przyłożyć na granicy! Już rumiany wiedział, co w trawie piszczy i jakie koty wychodzą z tej wylęgarni degeneratów i gburów. Chociaż ten... serio wydawał się miły. Ale to pewnie przez to, że był młody i jeszcze chciało mu się trochę żyć. Z wiekiem stanie się taki jak reszta. Na pewno tak będzie. W końcu - kto z kim przystaje, takim się staje.
- No chyba nie torfem ani nie mułem rzecznym - to bardzo zawęża możliwe opcje - odparł, uśmiechając się krzywo. - Serio nie czujesz tej woni kwiatów, wiatru i trawy? - dodał po chwili, marszcząc brwi. Jakiś taki mało obeznany we świecie ten jego towarzysz niedoli. Nie to, co Szorstki... wizjoner, poeta, podróżnik. Kot-orkiestra. Nie każdy ma tyle szczęścia, by dzierżyć brzemię tak wielu umiejętności na barkach. Oj nie.
- Możliwe. Stworzenia jak stworzenia. To tylko łyse, chciwe i durne mysie bobki. Wydaje im się, że wszystko im wolno - dodał po chwili milczenia. Dwunodzy byli. Był to niezaprzeczalny fakt i rzecz po prostu niezmienna. Można było się z tym kłócić, szarpać, błagać, żeby nie nękali ich ziem, albo można się pogodzić, że pewnego dnia można być przez nich porwanym. Taka kolej rzeczy. Porywają cię, żeby cię nie upilnować i żebyś mógł po kilkunastu księżycach wrócić do klanu. A przynajmniej tak wynikało z historii bardzo wielu kotów powracających do domu. A może to była tylko wygodna wymówka... Szorstka Łapa oczywiście, nie mógł na ten temat nic powiedzieć. Nic a nic. - W moim klanie nie ma kota, którego nazwałbym "okrutną bestią". U ciebie, jak mniemam, to normalny opis dwuksiężycowego kociaka - odparł zaczepnie, puszczając oczko rozmówcy. Nie lubił Gromu. Tak samo jak nie lubił każdego klanu, który nie zaczynał się na "w", a kończył na "icher". Taki patriota z tego Szorstkiego, widzicie państwo.
- Mhm - odparł jedynie na słowa kocura o jego powodzie do zapuszczenia się tak daleko od swojego klanu. Rozumiał go doskonale. Szorstka Łapa sam wolał łazić gdzie popadnie, byle nie siedzieć na dupsku w obozie. Co to niby za przyjemność?
- Jak będziesz miał tyle księżyców co ja, to docenisz samotność i chwile spokoju bez pisku podekscytowanych terminatorów na pierwszy dzień treningu. Uwierz. Ale racja, towarzystwo jest miłe. Dlatego jeszcze z tobą rozmawiam - odparł, wzruszając lekko barkami. Nie to, że mógłby pobić, gdyby nie miał nastroju do rozmów. Po prostu by sobie poszedł, ot co. - W ogóle, nazywasz się? - spytał w końcu, gdy zorientował się, że nie ma pojęcia z kim tak właściwie rozmawia. Wiedział tylko tyle, że z jakimś młodym Gromiakiem. A to nie było zbyt wiele informacji.
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Początkowo nie mówił zbyt dużo - zresztą, potem też się nie otworzył jakoś bardzo. Był dziwny, bo jak Wąż już zauważył, nie lubił chyba mówić nic jasno i dosadnie. Na pytanie o Klan, nie odpowiedział mu wprost, tylko zarzucił jakąś gadką o kwiatach i wietrze, a potem o smrodzie innych. Tak, tak - Wicher. - Tyle, że oni śmierdzą jak zgniłe ryby, a nie - poprawił go z pewnością w głosie. Akurat oriental nic do Rzeki nie miał, ba! Bardzo ich zdawał się lubić i sam oświadczył, że byłby skłonny im pomóc bez wahania, gdyby cokolwiek złego się im działo... ale fakty są oczywiste, śmierdzą. Tego nie zmieni nic. - Znasz się na zapachach, co? Czym pachnę ja. Czym pachnie Grom.
Powiedział od razu zaciekawiony. Poeta czy nie, chciał wiedzieć jak pachnie. Nikt nigdy nie krytykował zapachu innych miejsc poza nim, a naturalnie - własnego smrodu nie czuł. Wichrzak więc był odpowiednim kotem do zarzucenia mu jak bardzo i czym capi Wężowy Błysk. - Niektórzy są mili. Znam takich, co pomagają kotom w takie pory jak ta. Nie mi rzecz jasna, ale jest taki jeden kot i... mówi, że jego człowiek jest całkiem przyjemny, chociaż średnio rozumny z tego co pamiętam - uśmiechnął się lekko, zarzucając być może nowym słowem dla obcego. Właściciel Ptasznika nie był chciwym łysym bobkiem, tylko zwykłym miłym dwunogiem. Kto wie - może nawet i innym kotom by pomagał, nie tylko Wifiemu, ale nie miał na to okazji? - Miałeś złe doświadczenia z dwunożnymi, że tak mówisz?
Zarzucił luźno, łeb przechylając na bok. Potem do jego uszu doszedł ten żart o Kociętach, na który... zareagował cichym parsknięciem śmiechu. Może inni by się oburzyli, ale Wąż? Nie ma mowy. Był zbyt... rozumny. Wiedział, że to nie jest złośliwość, tylko kontynuacja rozmowy. - A żeby! Jak dopiero zaczyna pełzać to już się zamienia w najokrutniejszą bestię w Klanie! Gromiaka z krwi i kości poza się od razu, nie trzeba czekać nawet księżyca czy dwóch, żeby widzieć czy jest naszym stuprocentowym Klanowiczem - rzucił wesoło, po czym trzepnął lekko uchem. Uśmiech miał szeroki, bo nawet jakby starał się zachować powagę, teraz by już nie umiał. Za dużo pozytywnych emocji. - Ja jestem specjalny, jak widać. I z charakteru i z mordy.
Wzruszył ramionami, nie tracąc wesołości. Zarzucił samemu sobie - jak i matce - że jest jakąś wypluwką nie wiadomo skąd, ale... czy tak nie było? Wyróżniała się w Klanie okropnie, jej kocięta także. I z wyglądu, i w większości z charakteru. Poza tym, miał dystans do siebie i do takich tematów. Mógł być i nawet z psa czy lisa, a czułby się tak samo normalnie jak teraz. - Piski terminatorów? U nas są z reguły dość luźni. Cieszą się, ale nie piszczą... dostałem ostatnio pierwszego terminatora, wiesz? Bardzo miła kotka, cieszyła się jakby nie wiadomo co się stało, ale zdecydowanie hamowała wszystkie emocje - odparł wesoło, z dumą. Barwna Łapa zasługiwała na to, by mówił o niej innym. Była... cudowna, wyjątkowa. Wąż lubił ją jak mało kogo. - Ah! Wężowy Błysk. Wybacz, zwykle się nie przedstawiam.
Odparł nieco zakłopotany. Prawda, koty rzadko kiedy pytają o jego imię szybko, zazwyczaj czekają aż się rozstają i tyle. Osobnik przed nim jednak był specjalny - jak to już oriental zauważył wcześniej. - A z kim ja mam przyjemność rozmawiać? - uśmiechnął się wesoło, przyglądając się mu z zaciekawieniem.
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Dość wysoki, szczupły kocur o jasnoniebieskich oczach, z długim futrem barwy białej lekko przełamanej beżem z jasnorudymi syjamskimi znaczeniami na policzkach, nosie, czole, uszach, ogonie i łapach.
narcystyczny pajac
szyszkowy ogon [kw] artemis [p]
Zaśmiał się na kąśliwe sprostowanie co do zapachu klanu Rzeki i uniósł brew, nieco zdziwiony taką odpowiedzią kocura. Wydawał mu się dziwny, inny od reszty Gromiaków, jednak widocznie umiał pokazać rogi. Nie ocenia się kota po jego pochodzeniu, czy coś takiego.
- Śmierdzi piachem i trochę lasem iglastym. Wystarczy spojrzeć, gdzie żyjecie. Czym innym macie pachnieć - odparł, wzruszając ramionami, chciał dodać jeszcze, że śmierdzą krwią nieposłusznych kotów, już otworzył mordkę, ale szybko ją zamknął stwierdziwszy, że to była już mała przesada. Nie mógł przecież aż tak surowo oceniać sąsiadów. Na pewno są to tylko stereotypy i głupie legendy. Raczej nie dostają kar cielesnych za złe zachowanie. Skoro w Wichrze coś takiego było nie do pomyślenia, to w innych klanach pewnie też. Nie wyobrażał sobie, żeby Lawendowa Gwiazda miała pozwolić na coś takiego. Pewnie u nich jest podobnie.
- Ten twój znajomy ma szczęście, w takim razie. Ci, z którymi ja miałem do czynienia, byli po prostu głupi. Niewarci uwagi ani współczucia - odparł. Pamiętał, jak Buła i Bagieta opowiadali mu o ich dwunogach, jak się nad nimi pastwili. Nie było to zachowanie godne pochwały. Nikt, kto krzywdził jego przyjaciół, nie zasługuje na żaden szacunek. - Nie. Ale znam... znałem kogoś, kto miał nieprzyjemne sytuacje z nimi. - odpowiedział, zgodnie z prawdą. Miał dużo szczęścia w swoim życiu, że jako kot o dość nietypowym umaszczeniu nigdy nie przyciągnął uwagi żadnego człowieka. Z jednej strony to dobrze, a z drugiej... uwłaczające. Czy oni nie zachwycali się nad tym, co piękne? No właśnie. Dziwna sprawa.
- Ja to jednak umiem rozgryźć każdy klan. Nic się przede mną nie ukryje - zaśmiał się szczerze. Miło mu się rozmawiało z kocurem, nawet się tego nie spodziewał. Ostatnio ciężko mu było znaleźć godnego towarzysza do śmiechu - po prostu szukał nie w tym klanie! - Specjalny. Jak to? - zapytał, nie do końca pewny, o co chodzi. Rzeczywiście, futro miał jakieś takie szare, trochę różowe, takie dziwne. Szorstki poczuł się trochę zagubiony, nie wiedział, czy gdzieś się zapatrzył i nie usłyszał jakiegoś zdania, które nakreśliłoby mu kontekst.
- No dobra, może nie piszczą cały czas, ale mocno się ekscytują. Trajkoczą jak ptaki w Porze Młodych Liści. Idzie oszaleć - przyznał, po czym zmarszczył lekko czoło. Gromiak miał już... terminatora? Nie wyglądał na więcej niż szesnaście księżyców, toteż rumiany miał prawo być zdziwiony. W Wichrze zazwyczaj terminatorzy byli mianowani... późno. Jak byli starsi, jak mieli mniej więcej osiemnaście księżyców. Dziwne. - Nieźle. Pierwszy trening zawsze jest najbardziej ekscytujący - odpowiedział, uśmiechając się krzywo. Skinął głową, gdy usłyszał imię WOJOWNIKA. Taki szczaw został wojownikiem? I ma terminatora? Na osty i ciernie. Jak niby Szorstki ma się przyznać, że jest najstarszym terminatorem w klanie? Nie, nie nie. Nigdy się do tego nie przyzna. W jakim świetle postawiłby cały swój klan? Splamiłby honor swojej rodziny, ośmieszyłby ją w całym lesie!
- Szorstki... Głos. Miło mi, Wężowy Błysku. Wasz przywódca ma niezłą głowę do imion. Ciekawy dobór słów - odpowiedział, pochylając nieco głowę, by przywitać się, jak na dobrze wychowanego kota przystało. Kłamstwo przychodziło samozwańczemu wojownikowi łatwo. Miał już wprawę. A skąd człon Głos? To proste. Po dziadku. Może imię do niego nie pasowało, bo głos miał raczej aksamitny, ale hej. Nie miał dużo czasu na zastanawianie się, tak?
Księżyce: 108 Mistrz: Cyprysowa Łuska Płeć: kocur Matka: Cichy Strumyk [NPC] [*] Ojciec: Wężowy Język [NPC] [*] Partner: Promienna Mordka ♥ Trwałe urazy: niewyparzony jęzor; brak najbardziej zewnętrznego palca przedniej, prawej łapy
Olbrzymi, liliowy, cętkowany krótkowłosy oriental o zielonych oczach. Jego szorstkie futro od jakiegoś czasu niemal zawsze jest gdzieniegdzie potargane, szczególnie na jego karku, piersi i brodzie. Można powiedzieć, że sylwetkę ma wręcz idealną - nie jest ani za gruby, ani za chudy. Jego długie łapy są widocznie umięśnione, widać to szczególnie kiedy się napręży. Ma odgryziony najbardziej zewnętrzny palec przedniej, prawej łapy.
Raczej nie gadatliwy - chyba że w tłumie bliskich - kocur, który każdemu pomoże. Strach nie jest mu znany - zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, dlatego do wszystkiego podchodzi z odrobiną ostrożności, a nie pakuje się bezmyślnie w kłopoty. Nie obchodzi go zdanie innych, ani w większości ich uczucia. To, że ktoś jest urażony jego słowami nie jest przecież jego winą! Chociaż dba o każdego, koty które coś dla niego znaczą mają więcej opieki z jego strony. Zdaje się, że przez śmierć rodziców przygasł emocjonalnie i jest zagubiony bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Piachem i lasem... to nie tak źle! Las miał przyjemny zapach, piach natomiast w odczuciu Węża był dość tępy i dziwny, ale lepszy od mułu czy ryb. W podzięce za wyjaśnienie uśmiechnął się jedynie, bo kot rozwiał w tak prostu sposób jedną z zagadek które męczyły biednego orientala od dość dawna. Zapamięta sobie te opisy zapachów już na sam trening, bo na pewno opisanie ich i zobrazowanie będzie pomagało do zapamiętania Barwie jakichś charakterystycznych cech Klanów... którymi miał zamiar ją wręcz katować. - Jesteś w stanie to rozwinąć czy to coś poufnego? - spytał spokojnie, delikatnie przechylając głowę na bok. Z góry dał mu znać tym pytaniem, że nie oczekuje ewentualnej odpowiedzi. Cenił sobie prywatność swoją i innych, nigdy nikogo nie zmusi do mówienia... o rzeczach nieistotnych. Inne informacje bardzo podstępnie potrafił wydusić z kotów. - Ktokolwiek je miał, mam nadzieję że uciekł lub znalazł lepszego dwunoga. Z nimi jest taki problem, że są głupi i... cóż, okrutni. Nigdy nie zrozumiem jak niektórych może bawić ból, strach i cierpienie innych.
W sensie, że jak ktoś umiera lub staje się ciężko ranny. Drobne rany czy strach były... ciekawe. Nie jakoś wielce przyjemne, ale na pewno dostarczały Głośnemu swego rodzaju miłe uczucia, których nie potrafił sam sobie wyjaśnić. Zamyślił się na moment, ale rozmówca znowu ściągnął go na ziemię. - Jak to, jak to? Spójrz na mnie. Czy ja ci wyglądam na przykład Gromiaka? Wielkiego, zrzędnego, znudzonego gbura? O takich... Gromowych kształtach? - rzucił luźno, wstając na moment i robią kółko przed kotem, żeby pokazać się mu z każdej strony. Był wielki, był umięśniony - ale nie był byle burkiem. Miał wielki nos, chudy ogon, odstające uszyska... wyglądał inaczej. - Na standardy Gromu jestem specjalny. Koty młodsze ode mnie już bywają gburami czy agresorami, które tylko szukają zaczepek do awantur... czy czegoś w tym stylu.
Bo kociaki to raczej po prostu były głupie, a nie szukały zaczepek. Niemniej, pokazał sprawę jasno, widział się jako kogoś innego. Ta różność jednak nie przeszkadzała mu ani odrobinę, bo... co z tego, że tak wyglądał? Nawet Cyprys mimo że wpierw była niechętna do młodego orientala, z czasem po prostu zaakceptowała to, że wygląda i zachowuje się inaczej niż typowy Klanowicz, ale w głębi duszy jest całkiem przyjemny. - Czy ja wiem... Dla mnie, jako mistrza, to dość normalne. Nie wiążę z tym żadnych emocji, cieszę się jedynie, że będę mógł uczyć kogoś być... cóż, lepszym - wzruszył lekko ramionami. Barwę uczyć chciał, bo była pojęta. Inna niż byle Terminator, znała ciekawe słowa, była generalnie... no, po prostu przyjemna i fajna. Nie cieszył się jednakże z faktu treningu, a tylko dlatego, że mógł spędzać z kotką czas. - Zakładam, że twój pierwszy terminator się ekscytował bardzo? Lub, że ty się ekscytowałeś?
Zaczął luźno, nie tracąc uśmiechu, aż tamten... zaciął się przy imieniu? Moment badawczo na niego patrzył, żeby potem puścić nosem powietrze i znowu wykrzywić pysk w lekkim uśmiechu. Przerzucił wzrok na przestrzeń przed sobą. - Wiesz co? Lubię, jak mówi mi się po prostu Wąż. Może wolałbyś, jakbym nazywał cię po prostu Szorstkim? - oczywiście, że się domyślił że coś z jego imieniem jest nie tak. Nie było jego prawdziwym? Nie lubił go, dlatego się zastanawiał czy powiedzieć je w pełni? Albo źle się mu kojarzyło? Cokolwiek by to nie było, zielonooki po prostu chciał unikać ewentualnych nieprzyjemności. - Ach, mam imiona po najgorszych kotach. Tak jakby, jestem po to, by odkupić ich winy! Śmieszna sprawa, nie? W każdym razie, podchodzę do tego całkiem poważnie. Może i nie zmienię lasu na lepsze, ale... kto wie?... Może kiedyś koty będą wspominać "Węża" i "Błyska" jako kogoś przyjemnego, a nie... No wiesz, źle.
Mruknął łagodnie, przymykając oczy. Po ostatniej ceremonii to na pewno! Ale już wiedział jak się nie zachowywać, więc swoich błędów nie będzie popełniał ponownie. - Nie wiem, kto nazwał cię w sumie Szorstkim, ale zdecydowanie na takiego nie wyglądasz - dorzucił po chwili. Szorstkie rzeczy są niemiłe i nieprzyjemne... no a białawy był spoko gościem, takim do pogadania i w ogóle...
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Mistrz: i'm a bitch, i'm a boss Płeć: kocur Ojciec: Sokoli Cień, Zajęczy Sus Trwałe urazy: rozerwane na pół prawe ucho, głęboka blizna przechodząca przez lewy łuk brwiowy
Dość wysoki, szczupły kocur o jasnoniebieskich oczach, z długim futrem barwy białej lekko przełamanej beżem z jasnorudymi syjamskimi znaczeniami na policzkach, nosie, czole, uszach, ogonie i łapach.
narcystyczny pajac
szyszkowy ogon [kw] artemis [p]
Wspomnienia z jego samotniczego życia powoli zanikały w głowie Szorstkiego, odbijały się w końcu od ścian w środku jego czaszki pośród absolutnej pustki, że miały prawo nieco... zwietrzeć. Nie obwiniał się za to, w końcu nikt nie był w stanie wszystkiego zapamiętać. Oczywiście, pamiętał pyszczki jego towarzyszy, ich głosy, jednak niektóre wydarzenia pamiętał jakby przez mgłę. Ta historia z drugiej strony, zapadła w jego pamięć i za nic w świecie nie chciała opuścić kocura.
- Nic poufnego, ale i nic specjalnego. Ot jak żyłem poza klanem, to poznałem dwa koty, obydwaj byli wcześniej pieszczochami, obydwaj mieli nieprzyjemne wspomnienia z ich właścicielami. Oszczędzę ci zbędnych szczegółów, ale maltretowali ich, głodzili. Takie tam. To wystarczyło, żebym miał teraz takie zdanie o dwunogach, a nie inne - wzruszył lekko ramionami. Brzmiało to zupełnie... zwykło, szaro. Ale rzeczywiście, krzywdy ze strony dwunogów odcisnęły na Bule i Bagiecie ogromne piętno i przez to Szorstki mógł się chociaż domyślać, przez co musieli przejść. - Uciekli i kilkanaście księżyców potem wyzionęli ducha na wolności, jako samotnicy - dopowiedział jeszcze, kiwając głową na znak, że zgadza się ze słowami Wężowego Błysku. Nie widział potrzeby, by cokolwiek więcej dodać w tym temacie.
Kiedy kocur zaczął tłumaczyć, jaki ma problem ze swoim wyglądem, Szorstki zmarszczył czoło i lustrując dokładnie gromiaka od góry do dołu, zastanawiał się, jak to jest mieć takie problemy. Co prawda, Szorstki był piękny i mądry i wspaniały i wysportowany i nie wiedział, jak to jest mieć kompleksy, ale też nie znał zbyt dobrze typowych wyglądów kotów z innych klanów. Nie zwracał na nich uwagi na tyle, żeby zapamiętać ich wszystkich, poza tym, nie prowadził żadnych statystyk.
- Wyglądasz normalnie. Gromiacy są chyba duzi i umięśnieni, nie? No to tak właśnie, mój drogi, wyglądasz. - odparł prosto. Naprawdę nie widział problemu. - Nudno by było, jakby każdy był taki sam. I z wyglądu, i z charakteru - dodał, znowu wzruszając barkami. - Na twoim miejscu miałbym to gdzieś. Co kogo to obchodzi, że nie spełniasz wymyślonych standardów. Ze mnie wichrzak jak z borsuczej dupy szyszka. Nawet krwi klanowej nie mam, a i tak uważam się za nie gorszego członka Wichru od innych, takich z dziada pradziada - potrząsnął lekko głową. Ech, ta młodzież i jej problemy pierwszego świata. Szorstki nawet nie wiedział, że w międzyczasie zrobił kurs kołczingowy. No nieźle. W kwestii odmieńców mógł jednak się wypowiedzieć, bo sam taki był, a przynajmniej za takiego się podawał. Nie dość, że nie był z klanu, to jeszcze był głośny, nieznośny i nieposłuszny. Idealny wichrzak, co nie? Nigdy nie zwracał uwagi na to, że ktoś może go uznać za przybłędę, bo kocur po prostu znał swoją wartość i nie dał sobie w kaszę dmuchać. Nawet nie dał sobie kamienia zabrać. Ach, ten pamiętny kamień...
- Mój pierwszy terminator... cieszył się, ale nie do przesady. Za to ja, kochanieńki, życie terminatora zacząłem od pyskowania zastępcy, żeby zmienił mi mistrza, więc nie wiem, czy się cieszyłem czy bardziej byłem zły - zaśmiał się na wspomnienie tej dziwnej ceremonii. Nie pamiętał z niej wiele, jednak bohaterska postawa Sokolego Cienia i słowa, że Grad nie zostanie mistrzem jego syna głęboko zapadły mu w pamięć. Czuł się wtedy taki... kochany. Było to miłe uczucie, mimo że od samego początku dostawał dużą porcję miłości, trochę nieporadnej i kulawej, ale wciąż miłości. Za to tamto - zupełnie coś innego. Szkoda, że rumiany później zaprzepaścił swoją szansę na sukces, a teraz to już w ogóle zupełnie. Nic, tylko kłaść się i umierać.
Z ulgą przyjął fakt, że jego chwilowe zawahanie się przy podaniu wymyślonego imienia nie wywołało na tyle dużych podejrzeń, żeby Wąż zaczął drążyć temat. Nie musiał się chociaż z tego tłumaczyć.
- Spoko, mów jak chcesz. Nie robi mi to różnicy - odpowiedział, na chwilę gdzieś uciekając wzrokiem. Może się zamyślił, a może po prostu przelatujące w oddali ptaszysko wydało się bardzo interesujące. Niestety, przez to uciekło mu przez to pół wypowiedzi gromiaka, więc w odpowiedzi jedynie uśmiechnął się krzywo i skinął głową, zadzierając nieco brodę do góry.
- Też nie wiem. Może któryś z moich ojców, może moja matka miała taki genialny pomysł. To jednak raczej zostanie tajemnicą - odpowiedział enigmatycznie, wzruszając barkami. Żadne z nich nie stąpało już po ziemi, a szkoda, bo to było bardzo dobre pytanie i sam Szorstki nie wiedział, czemu się tak nazywa. Nigdy o to nie pytał.