Długie, wysokie bydle o eleganckich rysach pyska i torsu, delikatnych łapach. Jego krok jest za to sztywny na co dzień, o ile się na nim nie skupi. Puszysty, długi ogon. Długie, falowane futro do ziemi w kolorze niebieskim pręgowanym klasycznym colorpoint. Biel obejmuje dobrą połowę od spodu ciała, koniuszek ogona, kryzę oraz od nosa do policzków na mordce.
Na początku szare, lecz z wiekiem wybarwią się ślepia na krystaliczny niebieski.
Małe, wredne, pogryzie twoje kostki.
Ciemność to mały obserwator, nie mający w myślach nic, jak rozwiązanie zaistniałych problemów - gdy nie jest mu to dane, popada w histerie.
Spokojny zazwyczaj, na codzienne spojrzenie innego klanowicza. Uwielbia ciche rozmowy, nienawidzi głośnych dźwięków.
Ciemna Łapa nic nie wie o Rysicy, a teraz jak się okazuje, Rdzy. Może to wiek terminatorski ich tozdzielił, a może żal do siebie nawzajem - trudno samej Ciemności określić, co poszło nie tak.
W sumie z całym ich rodzeństwem, które rozmawiało ze sobą tylko wtedy, gdy musiało. Myśląc nad tym dłużej, Ciemna Łapa dochodzi szybko do wniosku, że być może ona jest tym problemem, który ma ta specyficzna rodzina. Tylko ono swoim wyglądem, podobnym do tego ojcowskiego, może przypominać matce o zdradzie, jakiej dokonała.
Ciemność pytająco podnosi uszy na propozycję ojca i...Stoi. Wybita z tropu. Uderzenie serca przypomina jej, że ojciec nie jest już młody, a jego ruchy tylko temu świadczą.
Niezbyt elegancko podchodzi do jego boku, nie zważając na zapachy graniczne. Czuło się dziwnie, nie było w tym żadnego ukrywania. Siada się obok jego beżowego futra i mruczy, instynktownie. Zanurza pysk w długim futrze, które pachniało jak...Co tak właściwie?
Ryby, woda, wilgoć? Pachniało znajomo.
-...Ja... Mam na myśli tho, że czego bym nie zrobił, mama....Ona jest zbyt zajęta klanem, a ja jestem terminatorem. Tylko terminatorem. Jednym z wielu w jej oczach.- Bierze cichy wdech. O dziwo spokojny. Już przyzwyczaiło się do tej myśli.
-Ja...Nawet, jakbym uciekł, pewnie nie zauważyła by tego. To mam na myśli. I to mi daję siłę, o dziwo.-
⌏The gods were never on ourside⌎
So Ithink itʹs time we watch them fall
⋆★★★⋆
And soonyouʹllsee what I did ⌍Soontheyʹll be nogodsever!⌌
Odruchowo wstrzymał oddech, gdy Ciemność — dosyć niezręcznie, wydawało mu się — zgodził się przysiąść przy nim. Jakby Łabędź nadal niósł w sobie przeświadczenie, że jeden nieodpowiedni ruch przepłoszy syna niczym ostrożnego zająca. A potem rozluźnił się nieco, dosłyszawszy dźwięk mruczenia, i odpowiedział tym samym, czując, jak za sprawą tego jednego gestu uchodzi z niego obawa. A przynajmniej jej część. Nieśmiało trącił pyskiem szare uszko.
Ale zaraz nad tym jednym wspaniałym, rodzinnym momencie pojawiły się czarne chmury. Każde kolejne słowo syna budowało w nim narastające zmartwienie, zarówno przez samą treść, sposób, w jaki została przekazana, a także niedopowiedziane implikacje, które zdawała się ze sobą nosić.
— Jest twoją mistrzynią, prawda? — zaczął. — Chodzi o to, że... poza treningiem nie znajduje dla ciebie wystarczająco czasu? Brakuje ci jej obecności na co dzień?
To coś, o czym wcześniej rozmawiali, choć dość ogólnikowo. Czy nadal przeszkadzało mu tempo, w jakim szedł jego trening? Miał na myśli uwagę, jaką pochłaniały obowiązki przywódcy, przez co nie starczało czasu na codzienne rozmowy? Czy Ciemność czuł, że nawet w ważnych sprawach nie może liczyć na oparcie Roziskrzonej Gwiazdy...?
A to nawet nie była ta rzecz, która rozbudziła syreny alarmowe w jego głowie najmocniej.
— Z tą ucieczką to czysto teoretycznie, prawda? — spytał, odwróciwszy głowę do boku, by móc spojrzeć w błękitne oczy syna. Jego głos był nadal spokojny i łagodny, niemniej przebijało się przez nie napięcie świadczące o tym, że temat nie był mu obojętny. — Chyba nie planujesz nigdzie się wybierać?
Długie, wysokie bydle o eleganckich rysach pyska i torsu, delikatnych łapach. Jego krok jest za to sztywny na co dzień, o ile się na nim nie skupi. Puszysty, długi ogon. Długie, falowane futro do ziemi w kolorze niebieskim pręgowanym klasycznym colorpoint. Biel obejmuje dobrą połowę od spodu ciała, koniuszek ogona, kryzę oraz od nosa do policzków na mordce.
Na początku szare, lecz z wiekiem wybarwią się ślepia na krystaliczny niebieski.
Małe, wredne, pogryzie twoje kostki.
Ciemność to mały obserwator, nie mający w myślach nic, jak rozwiązanie zaistniałych problemów - gdy nie jest mu to dane, popada w histerie.
Spokojny zazwyczaj, na codzienne spojrzenie innego klanowicza. Uwielbia ciche rozmowy, nienawidzi głośnych dźwięków.
Implikacje - znał je lynx, wiedział, że swoimi słowami stawia matkę w nie najlepszym świetle, lecz czy kiedyś z nią rozmawiał, właśnie po za treningiem? Po za tym jednym razem, gdzie i tak musieli się rozejść, bo obowiązki ją wezwały w połowie?
Słowa ojca sprawiły, jego dotyk w ucho sprawiły, że Ciemna Łapa się rozluźniła.
-Mmhm. Dalej jej nie za specjalnie wychodzi.- Bo co miało odpowiedzieć? Mogło nienawidzić matki, lecz dalej była jeno mistrzynią, od siedmiu boleści. Nie za specjalne, to i jej kocięta wyszły.
Zastrzyga Ciemna Łapa uszami do tyłu w namyśle.
-Zabrzmi to głupio, bo dorosły już jestem, ale tak. Dlaczego Ryś nie chciała się z nami skontaktować? Pewnie jej to też zwisało koło ogona, czy matka się przejmie, czy nie. Też nie widziałem, by Roziskrzona Gwiazda przejęła się, gdy zniknął Bączek lub Nietoperz...- Czasami Ciemna Łapa chciała po prostu matce wykrzyczeć, że faworyzuje pozostałe siostry, a jeno braci skazała na ten los niewiadomego, lecz przypadek Ryś był tutaj czynnikiem ważnym, na który też musiała patrzeć.
Na ostatnie słowa starszego pointa, a raczej jego pytanie pełne skrytej obawy, Ciemna Łapa poczuła, jak serce jej się ściska. Już dawno była nastawiona na swoje, że nie pomyślała o kocie(a raczej kotach, bo o Niezapominajce nie mogła zapomnieć), które mogłyby mieć jej taką wyprawę za złe.
-...Nigdzie daleko bym nie uciekł.- O ile taka odpowiedź ojcowskie obawy umiałaby rozwiać...
⌏The gods were never on ourside⌎
So Ithink itʹs time we watch them fall
⋆★★★⋆
And soonyouʹllsee what I did ⌍Soontheyʹll be nogodsever!⌌
Westchnął cicho. Jego syn miał problem, czegoś mu brakowało, a Łabędź nie mógł zrobić nic więcej ponad wysłuchanie go... A to nie tak, że Ciemność był skory do zwierzeń. Żadnego realnego rozwiązania do zaoferowania, żadnej mocy sprawczej, by załatać dziurę w serduszku pointa. By jakoś złączyć tę rozsypaną rodzinę. Co gorsza, być może kiedyś, na samym początku było coś, co mógł zrobić i kto wie, czy wówczas sprawy nie miałyby się lepiej. Jednak ta szansa przepadła bezpowrotnie.
— Zwróciłeś jej na to uwagę? — dopytał. Rozumiał ból Ciemnej Łapy, zarazem wydawało mu się, że potrafił postawić się w sytuacji Roziskrzonej Gwiazdy. Sam nieraz zawiódł, gdy wszelakie sprawunki, trudne sytuacje i inne wymówki odsuwały go od najbliższych. Nadal trudno było mu siebie usprawiedliwić, ale mógł zrozumieć kogoś borykającego się z podobnym problemem. — Mówiłeś, jak się czujesz? W codzienności... czasami zapominamy, co jest w życiu ważne. Skupiamy się na powinnościach, obowiązkach, różnych nieistotnych rzeczach. I dociera to do nas, gdy jest za późno na to, by zmienić bieg spraw; przerabiałem to na własnej skórze. Jestem pewien, że Roziskrzona Gwiazda nie chciałaby do tego dopuścić, nie świadomie, nawet jeśli teraz trudno jej dostrzec sygnały, które być może powinny skierować ją na pewne rzeczy.
A jeżeli myśli pointa kierowały się ku ucieczce... Kto wie, czy nie nadchodziło coś, co miało nieodwracalnie zatrząść światem zarówno jego, jak i jego matki. I rodziny, i Klanu. Może jeszcze nie było za późno na załatanie ran?
— Myślę, że to nie do końca tak — odpowiedział łagodnie, kładąc ogon na grzbiecie Ciemności. — Nie twierdzę, że twoja mama nie ma sobie nic do zarzucenia, że zawsze postępuje jak należy... och, kto tak robi?... bądź co bądź, nie ma mnie tam, niestety. Zresztą twoje słowa wystarczają mi w zupełności. Ryś prawdopodobnie też jej brakowało. Ale mimo wszystko... Znam ją trochę i jedno mogę powiedzieć w ciemno — jesteście jej bardzo drodzy i co by się nie działo, zawsze będziecie stać u niej na pierwszym miejscu. Cieszy się waszymi sukcesami i cierpi, gdy dzieje wam się coś złego albo nie wie, co się z wami dzieje. Pewnie tego nie pokazuje, w to nie wątpię. Pewnie stara się być silna, uśmiechać się, nie martwić ani was, ani całego Wichru. Koty przewodzące Klanem... mają w zwyczaju usuwać siebie i swoje potrzeby na bok, widziałem to raz za razem, gdy jeden medyk uczył drugiego o tym, jak ważny jest odpoczynek, czas dla siebie, szukanie oparcia w drugim kocie i korzystanie z pomocy, by później samemu nigdy nie pozwolić sobie na odetchnięcie ani przyjęcie wyciągniętej do siebie łapy. Jednak każda stłumiona emocja, każdy wymuszony uśmiech, ciągłe gonienie za szczęściem Klanu za cenę własnego... autentycznego odczuwania, bycia, życia — to zostawia ślady na sercu. I nie inaczej jest w jej przypadku. Tyle że nie zawsze da się coś realnie zrobić. Co najwyżej wysłać patrol poszukiwawszy za zaginionym, niechby i w nim uczestniczyć, a po niepowodzeniu mieć nadzieję, że ukochany bliski wróci. Świat pędzi przed siebie i nie ogląda się na złamane serca, czego przywódca musi być świadomy. Kiedy twoje rodzeństwo znikało, ty nadal musiałeś chodzić na treningi, prawda? I zgaduję, że jacyś wojownicy zachęcali cię do wzięcia udziału w patrolu czy do polowania, bo stos nie zapełni się sam. Trudno byłoby inaczej. Nasze żołądki nie rozumieją, że obecnie całą energię chcemy przeznaczyć na czekanie, szukanie... albo na żałobę. Drapieżniki nie zważają na to, że nie zawsze mamy siłę ducha, by wyruszyć na granice i oznaczyć teren.
Dlatego, co by się nie działo, parli naprzód, choć w obliczu tragedii uczestniczenie w codzienności zdawało się absurdalne i bezduszne.
— Masz... jakiś plan? — spytał ciszej, lekko kładąc po sobie uszy. Nie sądził, by był w stanie odciągnąć Ciemność od tego pomysłu, o ile rozważał go na poważnie. I być może nie powinien. Jednak myśl o utracie kolejnego dziecka po tym, jak jedno odzyskał... To bolało.
Długie, wysokie bydle o eleganckich rysach pyska i torsu, delikatnych łapach. Jego krok jest za to sztywny na co dzień, o ile się na nim nie skupi. Puszysty, długi ogon. Długie, falowane futro do ziemi w kolorze niebieskim pręgowanym klasycznym colorpoint. Biel obejmuje dobrą połowę od spodu ciała, koniuszek ogona, kryzę oraz od nosa do policzków na mordce.
Na początku szare, lecz z wiekiem wybarwią się ślepia na krystaliczny niebieski.
Małe, wredne, pogryzie twoje kostki.
Ciemność to mały obserwator, nie mający w myślach nic, jak rozwiązanie zaistniałych problemów - gdy nie jest mu to dane, popada w histerie.
Spokojny zazwyczaj, na codzienne spojrzenie innego klanowicza. Uwielbia ciche rozmowy, nienawidzi głośnych dźwięków.
Ciemna Łapa słyszała wymówki. Kiedy ich w jeno życiu nie było? Wymówki najpierw matki, potem medyka, a finalnie swoje własne.
Ciemna Łapa swój ogon położyła również na grzbiecie ojca - papugując go. Lynx jednak westchnął, dał ojcu mówić.
Wymówki zamieniły się w wytłumaczenie, a następnie coś, co Ciemna Łapa widziała jako jedno - nieśmieszny żart.
-Próbowałem. Nic jednak to nie zmienia. Zawsze zachowuje się, jakby wszystko w życiu było w porządku, jakby to były żarty.-
Jasno-futry dał ojcu wypowiedzieć się do końca, lecz całe siły mu zajęło, by się nie wtrącić w połowie zdania. Czemu tak chronił matkę?
Lynx nie był jednak nie wychowanym kocięciem, prawda? Da sobie radę. Nie da frustracji się porwać na kota, który i tak zrobił dla jeno więcej, niż rodzeństwo razem wzięte.
-Pierwszym miejscu? Już prędzej to miejsce zajmuje łowienie ryb.- Prycha z lekkim rozbawieniem w głosie. To, że jest dorosła, nie znaczy, że Ciemna Łapa nie ma swoich teorii, przemyśleń, co tak naprawdę ceni sobie w życiu Roziskrzona Gwiazda.
-Nie musiałem, a przynajmniej nie zabierano mnie tak często jak innych, bo Nietoperze Niebo była chyba chora. Mogłem żałować ich zaginięcia, a tego nie robiłem. Nie udawałem też, że wszystko jest w porządku. To różnica między mną, a matką.- Odpowiada ciszej, przygarbiając się - nawet już nie pamięta, kto jeno wtedy uczył. Nietoperze Niebo? Może. Nie miało to już znaczenia.
Znaczenie miała kolejna myśl.
Roziskrzona Gwiazda udawała. Udawała tą swoją beztroską radość, która frustrowała Ciemną Łapę.
Mruczy lynx cicho, głos w pewnym momencie się złamał. Nie mógł już tak odczuwać swojej nienawiści względem kocicy jak wcześniej, choć irytacja na karku pozostawała.
-...Mówisz to tak, jakby nie mogła porzucić swojej rangi, przekazać jej Donośnemu Krzykowi...- I uwolnić się od tego, o czym Łabędzia Gwiazda mówił. O pasywnej egzystencji dla klanu, a nie o życiu. Czuciu.
-Myślałem o...znalezieniu domu, partnerki. W klanie wichru nie ma już dla mnie nic, po za rangą, gdy mój trening się skhończy.- Wyznaje cicho. To już był wiek, gdzie mógł być już ojcem, wojownikiem, mentorem. Ale ojciec pytał o plan, nie o głupie marzenia.
-Nie....wiem, co zrobie, ojcze. To szczegóły są ważne w takich decyzjach, a...Nie chce po prostu wyjść z obozu i nie wrócić.-
Chociaż, że to byłoby najłatwiejsze.
⌏The gods were never on ourside⌎
So Ithink itʹs time we watch them fall
⋆★★★⋆
And soonyouʹllsee what I did ⌍Soontheyʹll be nogodsever!⌌
W idealnym świecie rozmowa była... niekoniecznie od razu rozwiązaniem, co wstępem do rozwiązywania problemów. I Łabędź widział, jak niejednokrotnie przynosiła pozytywne efekty. Widział również, jak tego nie robiła, chociażby w dniu śmierci Paprociowej Łapy, gdy na odkupienie było już chyba za późno — a może po prostu padły wtedy nieodpowiednie słowa z warg nieodpowiedniego kota. Tak, rozmowa nie zawsze działała, jednak w tym konkretnym przypadku, gdzie chodziło o dwójkę bliskich mu kotów, które nieco znał... Cóż, naprawdę wierzył, że to było to, czego potrzebowali. Ta pewność została wytrącona mu z łap, kiedy dowiedział się o podjętej i zakończonej fiaskiem próbie Ciemnej Łapy. Nadal jednak nie mógł wyzbyć się wrażenia, że to wszystko to tragiczne w skutkach nieporozumienie.
— Wiesz... to nie takie proste. Ktoś w końcu musi przewodzić Klanem. Na każdego przywódcę czekają takie same pułapki, nie ma od tego ucieczki. Tak jak nawet najlepszy medyk nie będzie w stanie pomóc każdemu; taka specyfika tej roli. Nauka, jak odnaleźć w tym siebie i balans, zwykle potrzebuje czasu. — Niektórzy nigdy tak naprawdę nie zdobywają tej umiejętności. Barwna Woda, Cisowa Gałązka... Mogli żyć dłużej i mogli żyć szczęśliwiej. Jak tak naprawdę odnajdywała się w tym Roziskrzona Gwiazda? Nigdy nie mówili ze sobą na ten temat. Ogółem... mało ostatnio wiedział, co się u niej działo. — Przykro mi, że tak to u was wygląda. Widzę w tym sporo swojej winy, dlatego proszę nie miej tego mamie aż tak za złe. Prędzej nam; to nasza wspólna odpowiedzialność, byście czuli się kochani, wysłuchani. Wspierani. Nie wiem, co Roziskrzona Gwiazda myśli, co czuje, dlaczego nie odpowiedziała na twoje uczucia tak, jak na to liczyłeś... Ale nic z tego nie leży po twojej stronie. Ani twojego rodzeństwa, gdyby takie czy inne myśli kiedyś krążyły ci po głowie. Jesteś wspaniałym, mądrym kotem o dobrym sercu i nie mógłbym być dumniejszy, mając takiego syna.
Westchnął. Przygarnął go na moment łapą, by krótko go ścisnąć. Starał się nie płakać i żadna łza nie opuściła kącików jego oczu, jednak jego głos słyszalnie się podłamał.
— Kocham cię. I cokolwiek postanowisz, to jedno się nie zmieni. Chcę, żebyś był szczęśliwy. Chciałbym, abyś znalazł to szczęście w Klanie Wichru, bo... czułbym się spokojniej wiedząc, że masz rodzinę przy sobie. I że możemy się zobaczyć, pogadać, tak jak dzisiaj. Ale nic na siłę. Masz swoje życie i własną ścieżkę do odkrycia. — Zamilkł na moment. — Powiesz mi? Jak cokolwiek postanowisz, będę miał szansę życzyć ci udanej drogi?
Gwiezdni wiedzieli, jak bardzo wolałby nigdy nie musieć się z nim żegnać, jednak lepsze to niż niewiedza, ta totalna i pożerająca pustka, jaka towarzyszyła zaginięciu Ryś, Bączka, Kumaka i Nietoperza.
Długie, wysokie bydle o eleganckich rysach pyska i torsu, delikatnych łapach. Jego krok jest za to sztywny na co dzień, o ile się na nim nie skupi. Puszysty, długi ogon. Długie, falowane futro do ziemi w kolorze niebieskim pręgowanym klasycznym colorpoint. Biel obejmuje dobrą połowę od spodu ciała, koniuszek ogona, kryzę oraz od nosa do policzków na mordce.
Na początku szare, lecz z wiekiem wybarwią się ślepia na krystaliczny niebieski.
Małe, wredne, pogryzie twoje kostki.
Ciemność to mały obserwator, nie mający w myślach nic, jak rozwiązanie zaistniałych problemów - gdy nie jest mu to dane, popada w histerie.
Spokojny zazwyczaj, na codzienne spojrzenie innego klanowicza. Uwielbia ciche rozmowy, nienawidzi głośnych dźwięków.
-...Ale mama nie ma tego czasu. Nie tyle, jak kiedyś. Mogłaby odpocząć. - Mówi cicho, szeptem. Nikt nie młodniał i jeśli matka wolała do końca życia tkwić w tym, o czym mówił ojciec... Ciemna Łapa nie zdziwiła by się. Nic już jej nie zdziwi w życiu. Chyba tylko zmiana, na którą nie był point gotowy, w dnie serca.
Oh. A jednak.
Słowa ojca potrafiły Ciemnej Łapie dać skrawek poczucia, że zbyt ostro ocenia matkę, albo przynajmniej wylewa na nią zbyt wiele swoich frustracji - brak ojca, brak partnerki, brak własnego życia po za jej cieniem - wymieniać by można. Wbija łeb głębiej w kryze ojca i...Nie chce jej opuszczać. Gdyby mogło, zostało by tutaj - tu, gdzie czuło się bezpiecznie. Jak zwykłe, głupie kocie, myśli, lecz z gorzką nutą, niżeli frustracją.
Pytanie ojca jeno nie zaskoczyło - Odpowiada cicho. Wstydzi się.
-O-oczywiście.-
Spędzili jeszcze kilka chwil, dopóki Ciemna Łapa nie zorientował się, że zbyt długo był w jednym miejscu, a słońce wędrowało po nieboskłonie ku dołowi.
Pożegnał się niechętnie z ojcem i ruszył, swoimi drogami, jak to koty miewają w zwyczaju.
/zt
⌏The gods were never on ourside⌎
So Ithink itʹs time we watch them fall
⋆★★★⋆
And soonyouʹllsee what I did ⌍Soontheyʹll be nogodsever!⌌
Westchnął bezradnie i przygarnął syna bliżej siebie. To były trudne tematy, a bez obecności Roziskrzonej Gwiazdy, by mogła przedstawić swoją perspektywę i może jakoś wspólnie zastanowić się nad rozwiązaniem, mogli tak sobie tylko snuć rozważania i żaden z nich by się nie mylił... ani nie miał racji. Niemniej rozumiał frustrację i troskę Ciemności, w pewnym stopniu ją podzielał w pokrewnym temacie. I nic nie mógł zrobić, by kocurkowi ulżyć, a przynajmniej nie sądził, żeby znajdowało się to w jego zasięgu. Czasami rzeczywistość pozostawiała wiele do życzenia, tyle że była jak skała, której jeden kot — ani nawet dwójka — nie przesunie ani nie złamie w pół.
To krótkie, niepozorne oczywiście ze strony Ciemnej Łapy wiele dla Łabędzia znaczyło. Oczywiście nie uwolniło go od ciężaru sytuacji, ale dało mu nadzieję i poczucie, że ma się czego chwycić. Zyskał amunicję przeciwko natrętnemu głosowi w głowie, twierdzącemu ponuro, że ten dzień był dniem pożegnania i powinien wykorzystać go jak najlepiej.
Starał się w to nie wierzyć, a równocześnie po prostu wykorzystać czas dany mu z Ciemnością. Posiedzieli więc jeszcze trochę, nim nie przegoniło ich zachodzące słońce, a na koniec Łabędź ponownie mocno go przytulił i przypomniał mu, że zawsze może do niego przyjść. Z problemem, dobrą nowiną, trudną decyzją czy zwykłą chęcią pogadania. Jedno słowo i znajdzie się przy granicy.
Księżyce: 44 Mistrz: korzenna woń, niezapomniana łapa, senny świt Płeć: transpłciowa kotka Zaimki: ona/jej Matka: źdźbło Ojciec: korzenna woń (biol. jakiś jaszczur [npc]) Trwałe urazy: załamana końcówka lewego ucha; blizna na lewej łapie po zerwaniu skóry przez lisa, ślady po pazurach na lewym boku
Księżyce: 44 Mistrz: korzenna woń, niezapomniana łapa, senny świt Płeć: transpłciowa kotka Zaimki: ona/jej Matka: źdźbło Ojciec: korzenna woń (biol. jakiś jaszczur [npc]) Trwałe urazy: załamana końcówka lewego ucha; blizna na lewej łapie po zerwaniu skóry przez lisa, ślady po pazurach na lewym boku
szczupła, długonoga, wyższa od przeciętnego kota | długie, lecz nienajgęstsze, lejące się i na ogół przylizane futro | czarny, dymny, ghost markingi [klasyczne] | biel na końcówce ogona, lewego ucha, na skarpetce lewej przedniej łapy oraz mordce | prawe oko niebieskie, lewe wybarwi się na złoto | załamana końcówka lewego ucha
sztywna jakby połknęła kij | zgrywająca nad wiek dojrzałego | ambitna | nieco atencyjna i zazdrosna | niezręczna w kontaktach | ciekawa świata
Ważkowa Łapa była na patrolu; nie sama, a na doczepkę z Zakurzoną Ścieżką i Nakrapianą Mordką. Terminatorka całkiem lubiła dwójkę wojowniczek; obie radośnie świergotały między sobą, regularnie posyłając sobie zakochane spojrzenia, a Ważka szła tuż za nimi i czasem nieco zbyt lakonicznie odpowiadała na pojedyncze pytania i komentarze kierowane w jej stronę. Taki układ jej odpowiadał; słuchała jednym uchem ich rozmów, jeśli padło w nich coś interesującego, a jeśli nie, nieco odcinała się rozglądając się dookoła.
Takie rozwiązanie miało jednak swoje wady; ponieważ dymna kotka była raczej cicho, łatwo było nie dostrzec, gdy zagapiła się na coś na tyle, by po chwili stracić dwójkę partnerek z oczu. A rozglądając się za nimi nieuważnie wpakować przednie łapy w błoto, paskudnie zapadające się pod kocim ciężarem od ostatnich ulew. Kiedy tak niezdarnie próbowała się wydostać, zapadała się coraz głębiej, oblepiając tym samym czarne futro obrzydliwie dużą ilością brązowej, lepkiej masy. Ważka rzuciła cicho wulgaryzmem pod nosem. Wygrzebie się zaraz, oczywiście, że się wygrzebie, ale co przykleiło się już do jej kończyn tak łatwo się nie odklei. Bez wody na pewno się nie obejdzie.
Żeby tylko dwójka kotek nie przypomniała sobie o jej istnieniu akurat w tej chwili.
Wysoka, górująca nad większością Rzeczniaków. Szeroka i osadzona na masywnych łapach, z mięśniami i o mocnej budowie.
Pokryta długim, białym futrem o maści czarny point; przyciemniony jest jej pysk; z czernią rozlewającą się po bokach oczu i policzkach, aż po uszy, wszystkie cztery łapy oraz ogon. Przygnębiającą czerń przecinają białe znaczenia: na środku pyska, gdzie przypominają szerszą klepsydrę, biel zaczyna się na czole, spływając pomiędzy oczami w niewiele węższą strugę i rozlewa się na mordce i brodzie, bielą obdarzone są też wszystkie cztery kończyny, gdzie jasny kolor zabarwia jej palce (aż po łokcie w przypadku przednich łap).
Pysk wiecznie neutralny, niewyrażający wiele — z osadzonymi na nim błękitnymi, jakoby wiecznie znużonymi oczami.
nieodczuwająca silniejszych emocji | obojętna, apatyczna | obowiązkowa | introwertyczka | skupiona na sobie i swoich celach
Żyła w Klanie Rzeki od zawsze — woda, błoto i śliskie kamienie były dla niej chlebem powszednim, czymś, w pobliżu czego Topola wychowywała się od zawsze, znając tereny jak tył swojej łapy, zgrabnie i zwinnie poruszając się po nich bez większego kłopotu. Była jednak świadoma, że nie wszyscy zostali obdarzeni takimi zdolnościami, toteż nie wychowywali się na terenach, jakie oferował Klan Rzeki. Klan Cienia, ze swoimi moczarami, topieliskami? Może daliby radę, nie spodziewała się jednak wiele po kotach z Gromu, czy też Wichru.
Topolowy Bór również była na patrolu, samotnym, wychodząc na własną łapę. Zostając wojowniczką, zakaz wychodzenia bez opieki poza obóz już jej nie dotyczył, nie zamierzała jednak specjalnie wpakowywać się w kłopoty — chciała... rozejrzeć się. Zobaczyć, czy gdzieś dostrzeże sylwetkę Kolczastego Kasztanu, którego z dnia na dzień przestała widywać w obozie. Poczuła ścisk w żołądku, prędko przyspieszając.
Miała o tyle szczęścia... że ujrzała coś, nie, kogoś kątem oka, tuż przy granicy z Klanem Wichru... walczącego z darami Klanu Rzeki, zdradliwością ich terenów, stanowiących zagrożenie dla tych, którzy nie wychowali się wraz z rybami w jednym legowisku. Zmartwienia poszły na tył głowy, gdy zbliżyła się do nieznajomej sylwetki.
— Kąpiele w błocie to teraz nowy trend? Wpływa na delikatność i jedwabistość futra? — Rzuciła (prawie) śmiertelnie poważnie... jej forma próby żartu, która co najwyżej upadła i chlapnęła o ziemię, jak ryba rzucona na brzeg. Poruszyła ogonem, drgając jego końcówką, gdy spoglądała na nieznajomą sylwetkę, biorąc krok w przód, nie odwracając wzroku błękitnych oczu od — poruszyła nosem, choć zapach przyćmiony był przez błoto — Wichrzaczki. Oczekiwała — poprosi o pomoc, czy córka Nocnego Szkwału będzie mogła tak ją tu zostawić, do odnalezienia przez borsuka, na przykład? Ah, nie pozwoliłaby na nic takiego, oczywiście...
Samiczka jest bardzo malutka, najmniejsza z całego rodzeństwa o delikatnej, lecz nie wątłej budowie ciała, a łapki ma proporcjonalnej wielkości do całej reszty. Posiada umaszczenie czarne dymne, pozbawione pręg, a za to z białym spodem pyszczka i białą plamą na piersi, a jej futerko jest długie i miękkie w dotyku. Na łapkach koteczki znajdują się białe „skarpetki”, które na przednich sięgają jej nadgarstków, zaś na tylnych pięt. Ogon Drobinki jest puchaty i długi, ale nie jakoś przesadnie, natomiast średniej długości pyszczek ma ona w typie europejskim z czarnym noskiem i subtelnie zaokrąglonymi końcówkami dość owłosionych uszek. Całości jej wyglądu dopełniają błyszczące błękitne oczka, które także w starszym wieku zachowają u niej tę barwę.
Mocno wrażliwa i zalękniona, zaczyna płakać i przepraszać z byle powodu, nawet gdy właściwie nie jest niczemu winna. Niemal cały czas nie chcę wystawiać nosa z kociarni i trzyma się kurczowo swojej mamy, bo wszyscy i wszystko wokół ją przeraża. To, że jest taka malutka powoduje, że brak jej pewności siebie i chęci do podejmowania jakichkolwiek wyzwań. Najlepiej czuje się tylko w towarzystwie tych, których dobrze zna i wręcz przykleja się do nich w poszukiwaniu ochrony przed całym złem świata. Jednocześnie zdarza jej się dużo marzyć i rozmyślać, uwielbia motyle, kwiaty i wszystko co jest kolorowe, bezpieczne oraz przyjemne. Ma także talent do układania krótkich wierszy, deklamuje je jednak sama do siebie, ukrywając się z tym przed innymi, gdyż boi się że zostanie wyśmiana. W głębi serca bardzo chciałaby mieć jakiegoś przyjaciela, ale ze względu na brak śmiałości nie ma odwagi, by samej zagadać do jakiegokolwiek kota spoza rodziny.
Z każdym dniem niepokoiła się coraz bardziej i bardziej, Sopel znikł bez śladu i już od dawna go nie widziała, w obozie też nie dało się zauważyć jego obecności. Niewielka kotka znów czuła się źle i niepewnie, ale nie chciała dodatkowo stresować Chabra, więc koniec końców odważyła się sama wyjść poza obóz. Była opiekunką, a nie wojowniczką dlatego krępowała się dołączać do patrolu, bojąc się że może być to widziane jako coś niestosownego. W kociarni nie była akurat chwilowo potrzebna, więc pomyślała że spróbuje poszukać ukochanego. Przemierzała rzeczne tereny z duszą na ramieniu skacząc cała do góry przy każdym nawet najmniejszym szeleście pewna, że to drapieżnik. Szczęśliwie jednak na żadnego się nie natknęła, doszła zamiast tego do granicy z Klanem Wichru i zmęczona usiadła po swojej stronie. Była tu sama zatem uznała, że w spokoju może sobie cichutko popłakać, żeby jakoś dać ujście swojemu smutkowi, zmartwieniu i tęsknocie.
Księżyce: 39 Mistrz: Sosnowy Szmer Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Traszkowy Grzbiet, Truflowy Nosek, Morze Ojciec: A jest jakiś? (Zatopiona Wyspa) Trwałe urazy: szeroka szrama na prawej skroni (po lisie)
Szczupły, wysoki, krótkowłosy, niebieskie futro, biała plamka na prawym oku i biel ciągnąca się od palców lewej łapy do końca stopy, morskie oczy.
Skaza wyrósł już z kocięctwa, co pozwoliło na ukształtowanie jego charakteru. Wciąż jest synkiem na każde zawołanie Traszkowego Grzbietu, ale odeszła mu chęć na bycie w centrum zainteresowania. Stara się skupić na swoim treningu, żeby móc zostać najlepszym wojownikiem jakiego widział Klan Wichru. Kocur jest małostkowy, potrafi trzymać urazę za najmniejsze przewinienie, a co gorsza dużo rzeczy bierze dosłownie. Łatwo mu idzie przywiązać się do kotów, które były dla niego miłe i niepodobna mu się, gdy okazują to samo innym kotom niż jemu. Bardzo łatwo przychodzi mu zazdrościć, co w połączeniu z nadmiernym analizowaniem rzeczy nie wróży raczej niczego dobrego.
Pomiędzy treningami z Sosnowym Szmerem chętnie wychodził na patrole graniczne. Przeważnie nic się na nich nie działo, ot było to rutynowe odświeżenie znaczników zapachowych, sprawiały jednak, że czuł się przydatny.
Ten patrol miał być jednak inny. Czarny Koń kazała mieć mu oczy szeroko otwarte, żeby ona mogła bez problemu sprawdzić i odświeżyć granicę nieco dalej. Tak więc rozglądał się dookoła i nadsłuchiwał. Zastrzygł uchem, gdy do jego uszu doszły dziwne odgłosy. Nie umiał ich jednak zidentyfikować. Chciał zawołać wojowniczkę, ale ostatecznie uznał, że nie będzie jej zawracać głowy. Z czujnością ruszył w stronę odgłosów. Nie przeszkadzało mu nawet błoto, które nie sposób było ominąć, a które nieprzyjemnie przylepiało się do łap. - Jesteś na granicy z Klanem Wichru. -Zwrócił się rzeczowo do ciemnej kotki, na którą natrafił. Jeszcze nie dotarło do niego, że ta nie miała najlepszego humoru, priorytetem było spełnienie obowiązku.
Samiczka jest bardzo malutka, najmniejsza z całego rodzeństwa o delikatnej, lecz nie wątłej budowie ciała, a łapki ma proporcjonalnej wielkości do całej reszty. Posiada umaszczenie czarne dymne, pozbawione pręg, a za to z białym spodem pyszczka i białą plamą na piersi, a jej futerko jest długie i miękkie w dotyku. Na łapkach koteczki znajdują się białe „skarpetki”, które na przednich sięgają jej nadgarstków, zaś na tylnych pięt. Ogon Drobinki jest puchaty i długi, ale nie jakoś przesadnie, natomiast średniej długości pyszczek ma ona w typie europejskim z czarnym noskiem i subtelnie zaokrąglonymi końcówkami dość owłosionych uszek. Całości jej wyglądu dopełniają błyszczące błękitne oczka, które także w starszym wieku zachowają u niej tę barwę.
Mocno wrażliwa i zalękniona, zaczyna płakać i przepraszać z byle powodu, nawet gdy właściwie nie jest niczemu winna. Niemal cały czas nie chcę wystawiać nosa z kociarni i trzyma się kurczowo swojej mamy, bo wszyscy i wszystko wokół ją przeraża. To, że jest taka malutka powoduje, że brak jej pewności siebie i chęci do podejmowania jakichkolwiek wyzwań. Najlepiej czuje się tylko w towarzystwie tych, których dobrze zna i wręcz przykleja się do nich w poszukiwaniu ochrony przed całym złem świata. Jednocześnie zdarza jej się dużo marzyć i rozmyślać, uwielbia motyle, kwiaty i wszystko co jest kolorowe, bezpieczne oraz przyjemne. Ma także talent do układania krótkich wierszy, deklamuje je jednak sama do siebie, ukrywając się z tym przed innymi, gdyż boi się że zostanie wyśmiana. W głębi serca bardzo chciałaby mieć jakiegoś przyjaciela, ale ze względu na brak śmiałości nie ma odwagi, by samej zagadać do jakiegokolwiek kota spoza rodziny.
Siedziała i płakała cichutko, ale słysząc słowa terminatora zerwała się z miejsca jak oparzona błyskawicznie odskakując w tył. - Przepraszam, przepraszam…absolutnie nie chciałam wchodzić na wasz teren! – zawołała spanikowana chociaż prawda była taka, że ani trochę nie naruszyła granicy. Stała teraz od niej jeszcze dalej, bardziej w głębi ziem należących do Rzeki jednak jej oczy wciąż były pełne lęku i wypływających na pyszczek łez. - W ogóle zaraz sobie stąd pójdę, obiecuję! Naprawdę nie chciałam nikomu tu przeszkadzać! – ponownie zaczęła płakać i było widać, że jest zestresowana zaistniałą sytuacją. Była wręcz pewna, że stojący naprzeciwko terminator się na nią gniewa, bo pewnie przekroczyła granicę i nawet tego nie zauważyła, szczerze ją to zmartwiło bo nie chciała sprawiać kłopotów.
Księżyce: 39 Mistrz: Sosnowy Szmer Płeć: Kocur Zaimki: on/jego Matka: Traszkowy Grzbiet, Truflowy Nosek, Morze Ojciec: A jest jakiś? (Zatopiona Wyspa) Trwałe urazy: szeroka szrama na prawej skroni (po lisie)
Szczupły, wysoki, krótkowłosy, niebieskie futro, biała plamka na prawym oku i biel ciągnąca się od palców lewej łapy do końca stopy, morskie oczy.
Skaza wyrósł już z kocięctwa, co pozwoliło na ukształtowanie jego charakteru. Wciąż jest synkiem na każde zawołanie Traszkowego Grzbietu, ale odeszła mu chęć na bycie w centrum zainteresowania. Stara się skupić na swoim treningu, żeby móc zostać najlepszym wojownikiem jakiego widział Klan Wichru. Kocur jest małostkowy, potrafi trzymać urazę za najmniejsze przewinienie, a co gorsza dużo rzeczy bierze dosłownie. Łatwo mu idzie przywiązać się do kotów, które były dla niego miłe i niepodobna mu się, gdy okazują to samo innym kotom niż jemu. Bardzo łatwo przychodzi mu zazdrościć, co w połączeniu z nadmiernym analizowaniem rzeczy nie wróży raczej niczego dobrego.
Wzdrygnął się mimowolnie, gdy nieznajoma poruszyła się w niespodziewany sposób, a jego uszy odchyliły się się z lekka do tyłu. Nie zaatakowała jednak, właściwie to wyglądała jakby się go bała. - Nie przekroczyłaś granicy, ale moim obowiązkiem było poinformowanie cię, że byłaś niebezpiecznie blisko zrobienia tego. -Wyjaśnił równie rzeczowo co wcześniej, bez krztyny złości w głosie. Był tutaj z poczucia obowiązku, nie dla wczynania niepotrzebnych bójek. To była rola Szakalej Łapy. - Nie! -Troszeczkę wyszedł z roli, bo wyrwało mu się głośniejsze miauknięcie. Odchrząknął.- Poczekasz, aż dołączył do nas moja towarzyszka, Czarny Koń. W końcu sprawy graniczne lepiej zostawić wojownikom, ja jedynie mogę przypilnować jej na czas jej nieobecności. -Wyjaśnił, nie czując ani krztyny wstydu, że właśnie przyznawał się do pewnego rodzaju niemocy. Owszem, gdyby sytuacja tego wymagała, był gotów walczyć, ale nie było takiej potrzeby. Pierwszy raz spotkał się z podobną sytuacją i wolał, żeby ktoś bardziej doświadczony przy niej był.
Samiczka jest bardzo malutka, najmniejsza z całego rodzeństwa o delikatnej, lecz nie wątłej budowie ciała, a łapki ma proporcjonalnej wielkości do całej reszty. Posiada umaszczenie czarne dymne, pozbawione pręg, a za to z białym spodem pyszczka i białą plamą na piersi, a jej futerko jest długie i miękkie w dotyku. Na łapkach koteczki znajdują się białe „skarpetki”, które na przednich sięgają jej nadgarstków, zaś na tylnych pięt. Ogon Drobinki jest puchaty i długi, ale nie jakoś przesadnie, natomiast średniej długości pyszczek ma ona w typie europejskim z czarnym noskiem i subtelnie zaokrąglonymi końcówkami dość owłosionych uszek. Całości jej wyglądu dopełniają błyszczące błękitne oczka, które także w starszym wieku zachowają u niej tę barwę.
Mocno wrażliwa i zalękniona, zaczyna płakać i przepraszać z byle powodu, nawet gdy właściwie nie jest niczemu winna. Niemal cały czas nie chcę wystawiać nosa z kociarni i trzyma się kurczowo swojej mamy, bo wszyscy i wszystko wokół ją przeraża. To, że jest taka malutka powoduje, że brak jej pewności siebie i chęci do podejmowania jakichkolwiek wyzwań. Najlepiej czuje się tylko w towarzystwie tych, których dobrze zna i wręcz przykleja się do nich w poszukiwaniu ochrony przed całym złem świata. Jednocześnie zdarza jej się dużo marzyć i rozmyślać, uwielbia motyle, kwiaty i wszystko co jest kolorowe, bezpieczne oraz przyjemne. Ma także talent do układania krótkich wierszy, deklamuje je jednak sama do siebie, ukrywając się z tym przed innymi, gdyż boi się że zostanie wyśmiana. W głębi serca bardzo chciałaby mieć jakiegoś przyjaciela, ale ze względu na brak śmiałości nie ma odwagi, by samej zagadać do jakiegokolwiek kota spoza rodziny.
- Och…dobrze więc, że powiedziałeś. – stwierdziła, choć jej głos był nadal roztrzęsiony i pełen lęku, a z oczu spływały łzy. Skinęła niepewnie głową, widać jednak było po niej, że miałaby ochotę uciekać stąd jak najdalej i więcej już nie wyściubiać nosa poza obóz. Niewielka kotka bała się jednak sprzeciwić i odejść, bo nie chciałaby żeby Łabędzia Gwiazda miał przez to jakieś problemy. Nie bardzo wiedząc co innego ze sobą zrobić usiadła w miejscu, w którym stała i utkwiła wzrok w młodym terminatorze po drugiej stronie. Być może powinna coś więcej powiedzieć, przedstawić się jednak była zbyt nieśmiała aby zabrać głos, więc siedziała cichutko. W duchu tylko zastanawiała się jaka jest ta wspomniana przez niego wojowniczka Czarny Koń i czy będzie bardzo rozgniewana, że tak nierozważnie zbliżyła się do granicy z Wichrem. Naprawdę nie chciała kłopotów.