Chudy, średniego wzrostu, bury, krótkowłosy ticked o brązowych oczach. Ma czarno-szarą obróżkę z niebieskim dzwoneczkiem.
Miły typek i uparty trochę też.....
Księżycowa Łapa. [KRz], Rycerzyk [KW], James [S]
Przy Rzece był już co najmniej kilka razy. Za każdym razem efekt był niemalże taki sam - o Szczerbatku nikt nie słyszał, nikt go nie widział, a najpewniej to taki kot w ogóle nie istnieje. Nijak to sprawiało, że Connor ze swojej misji rezygnował. W pewnym stopniu zdawało mu się, że chyba bardziej go to nakręcało, żeby w końcu Szczerbatka znaleźć.
Spacerował teraz, co jakiś czas się rozglądając na boki. Wzrok na kilka chwil zawiesił na Bzie, który... w tej porze roku wyglądał marnie. Nie był ładny, co najwyżej nieco smutny i straszny. Może to Connor nie znał się na sztuce, stąd nie dostrzegał w nim piękna, które - być może - inny kot widziałby z odległości. Nie pozostawał jednak skupiony na roślince, zaraz znów rozglądając się i nasłuchując okolicy.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Przedpołudnia należały do niego. Jeszcze za czasów mieszkania w domu, był taki jeden moment dnia, gdy dwunogi opuszczały gniazdo i wszędzie robiło się błogo cicho, spokojnie. Miał wtedy czas by wyjść, pomyśleć trochę. W obozie zawsze był jakiś gwar. Czy to ktoś ze sobą rozmawiał, czy się kłócił, czy podważał słowa świeżo upieczonej Nocnej Gwiazdy. Ale to dobrze, on sam by podważał, gdyby tylko nie ryzykował wyrzuceniem swojego zadu z powrotem na osiedle.
By znaleźć chwilę spokoju, wyrwał się pod pretekstem łowienia ryb, jak na przykładnego Rzeczniaka przystało. Sęk w tym, że Szczerbatek jakoś nigdy za rybami szczególnie nie przepadał, a łowienie ich było zwyczajnie nużące. Szybko odbił od brzegu rzeki, którą się kierował, i maszerował przed siebie. Las jak to las, niczym się nie wyróżniał, czasami brakowało mu miejskiego krajobrazu i wspinaczki po wysokich dachach, ale tam nie mógł przywalić się do byle samotnika, by uciekali z granic jego terytorium, bo tam kończyły się one na otwartym balkonie.
— Długo będziesz się tu jeszcze kręcił? — zapytał, podchodząc do granicy, przy której widział obcego kocura już od paru uderzeń serca.
Chudy, średniego wzrostu, bury, krótkowłosy ticked o brązowych oczach. Ma czarno-szarą obróżkę z niebieskim dzwoneczkiem.
Miły typek i uparty trochę też.....
Księżycowa Łapa. [KRz], Rycerzyk [KW], James [S]
Spacer nagle przerwał czyjś głos. Oczywiście, w tonie jakiego mógł się spodziewać... przede wszystkim, ze względu na to że był blisko granic. Nadal poza nimi, ale wciąż - chyba dawał pozory kogoś, kto mógłby myśleć o przekroczeniu ich. Rzecz jasna, w wypadku Connora takie wykroczenie było średnio możliwe. Bez wyraźnego powodu nigdy w życiu nie złamałby zasad.
Skierował głowę w kierunku kocura, a potem, poczuł jak serce na moment zabiło mu szybciej w przypływie drobnej ekscytacji - kocur pasował do opisu, który przekazywał okolicznym kotom od tak dawna! Blizny jedynie się nie zgadzały, ale takie rzeczy można nabyć z czasem. Być może Szpon nawet o nich nie wspominał. Po ekspresji być może tego nie zdradził swojej radości, jedynie źrenice znacznie mu się rozszerzyły. Próbował pozostać profesjonalny!... - Przepraszam, dbam o to, aby nie przekraczać granic. Nie chciałem cię zaniepokoić, nie mam zamiaru naruszyć terytorium Rzeki - odpowiedział zaraz, uznając że mimo wszystko, to jest najważniejsze. Mimo wszystko, faktycznie, nie chciał robić problemów. - Wybacz, że spytam... czy mam przyjemność rozmawiać ze Szczerbatkiem?
Pytanie może nieco zbyt bezpośrednie, aczkolwiek... chyba nie było sensu owijać w bawełnę. Każde odwlekanie mogło skończyć się tym, że ostatecznie rozeszliby się przedwcześnie, a on nie uzyskałby żadnych informacji. Lepiej wiedzieć, że to nie on, niż w ogóle nie wiedzieć nic!
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Na czarnej mordce wymalowało się dość wyraźne zaskoczenie, które zaraz przeobraziło się w zmieszanie i niemalże natychmiastową niechęć. Nie znał knypka, ale miał obawy, że zaraz dowie się, że to jeden z jego latorośli, z którymi nie chciał mieć nic wspólnego, a ten się uczepi jak rzep psiego ogona i nagle będzie trzeba mu ojcować i nadrabiać stracone księżyce. I to nawet nie było podyktowane czystą niechęcią Szczerbatka do własnych dzieci! Po prostu już po paru razach wiedział, że wszystkie były okropne i nie było co z nimi rozmawiać nawet.
— Zależy kto pyta — mruknął, cofając ucho do tyłu. — Jeśli twoja matka ci coś o mnie nagadała to nie powinna była. Nie chcę z tobą rozmawiać, nigdy nie chciałem i nie będę chciał. Możesz zmykać, powiedzieć jej że...nie wiem, nie żyję, nigdy mnie nie widziałeś, zniknąłem. Żegnam — spojrzał krótko na młodego, z góry uprzedzając ewentualność bycia jego ojcem, i zaczął się kierować z powrotem w głąb terenów. Zresztą, nie było takiej rzeczy, którą pieszczoszek mógłby powiedzieć, żeby Szczerbatek chciał z nim rozmawiać.
Chudy, średniego wzrostu, bury, krótkowłosy ticked o brązowych oczach. Ma czarno-szarą obróżkę z niebieskim dzwoneczkiem.
Miły typek i uparty trochę też.....
Księżycowa Łapa. [KRz], Rycerzyk [KW], James [S]
Nim zdążył w ogóle odpowiedzieć, ten już zabrał głos. Teraz na twarzy Connora rodziło się zdziwienie, bo nijak... rozumiał o co chodzi. Zaraz się pożegnał. Psia kość! - Proszę czekać! - miauknął z pewnością w głosie, robiąc krok bliżej granicy. Nadal jej nie przekroczył, nie był głupi, ale... w razie wypadku chyba byłby w stanie zaryzykować. Był zbyt blisko celu, aby teraz odpuścić. - Nazywam się Connor. Jestem pieszczochem z osiedla. Przysyła mnie Szpon, twój przyjaciel.
A nie matka... rany, on to chyba nawet nie pamięta jak jego mama wygląda. A dwunodzy na bank nie wysłaliby go tutaj świadomie samego. Najpewniej nawet nie znali Szczerbatka. - Jest chory i osłabiony, nie mógł cię sam szukać. Mówił, że nie potrafił cię znaleźć i dowiedział się o twoim zniknięciu dopiero w chwili, jak już nawet nie potrafiłby za tobą iść - cokolwiek by to nie dało - przynajmniej mógł mieć czyste sumienie, że przedstawił o co chodzi. Gdyby nawet nie zdążył mu wyjaśnić czemu tu jest...! - Chciał przekazać, że za tobą tęskni. Że się martwi o ciebie, odkąd nie spotkaliście się przy... Sadzawce.
Chociaż musiał sobie przypomnieć. Jak nie miał problemu z zapamiętywaniem nazw, tak znał ich nieco zbyt wiele, by czasem mu się nie myliły. A teraz - nie mogły się mu absolutnie mylić. Miał nadzieję, że nie pokręcił. - Nie podejrzewam, że wrócisz do niego, aczkolwiek czy powinienem mu coś przekazać? - bo raport, najpewniej, zda bez żadnych przekrętów. Nie po to tak długo go szukał - w tak błahej sprawie i jedynie przyjacielskiej przysłudze - by teraz jeszcze kłamać.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Nie zatrzymał się, póki do uszu nie dotarło znajome imię. Jego przyjaciel wysyłał jakiegoś knypka, żeby się z nim zobaczyć? Był to żart w jego stylu, Szczerbatkowi nawet drgnęła warga w rozbawieniu, choć cała przyjemność z tej informacji wyparowała w momencie, gdy całość dopełniła reszta. Czy naprawdę był aż tak chory, by nie móc wrócić do domu albo go poszukać? Przecież medycy by mu pomogli, już Szczerbatek by tego dopilnował!
Szpon tęsknił, a Szczerbatek zdołał się pogodzić z myślą, że nigdy więcej nie zobaczy przyjaciela. Tak mu się przynajmniej zdawało, bo zaraz ukłuło go serce i poczuł napierający ciężar wyrzutów sumienia i winy, którą ponosił. Może gdyby pojawił się przy Sadzawce to zupełnie inaczej potoczyłyby się ich życia?
— Nie — powiedział i zaczął ponownie odchodzić, gdy wysłuchał Connora w pełni. Musiał sobie parę rzeczy przemyśleć.
Chudy, średniego wzrostu, bury, krótkowłosy ticked o brązowych oczach. Ma czarno-szarą obróżkę z niebieskim dzwoneczkiem.
Miły typek i uparty trochę też.....
Księżycowa Łapa. [KRz], Rycerzyk [KW], James [S]
Zdarzało się i tak. Connor wypełnił swoją misję, a to że Szczerbatek nie chciał niczego przekazywać było już inną sprawą - bardziej między tamtą dwójką, niżeli pieszczochem, co był jedynie pośrednikiem rozmowy. Machnął więc zaraz głową. - Dziękuję. Do widzenia - miauknął za nim, samemu też zaraz się oddalając. Dzisiejszej nocy odpocznie, a później będzie wracał już z wieściami. W końcu, osiągnął swój cel. Nie dało się ukryć, że prywatnie był z tego zadowolony.
niezgrabny, pulchny, przeciętnej wielkości, cynamonowy srebrny klasycznie pręgowany z bielą (nos, policzki, broda, pierś, końcówki palców przedniej lewej łapy, przednia prawa łapa poniżej nadgarstka, obie tylne stopy (do połowy długości do stawu skokowego), końcówka ogona, brzuch), o długiej sierści i błękitnych oczach, na zeza rozbieżnego w lewym oku
Łagodny, wesoły, naiwny. Przyjaciel wszystkich, nieświadomy większości zagrożeń i okrucieństw świata. Przez większość czasu aniołek, któremu czasami zdarza się jednak wybuchnąć, kiedy nie może zapanować nad co silniejszymi, lub nowymi emocjami. Ma nienajlepszą pamięć, a może po prostu nie zawsze ma dość skupienia, by postarać się zapamiętać to, co się do niego mówi. Właśnie dlatego Puchatkowi zdarza się złamać zasady czy dane obietnice. Zazwyczaj nie ze złości, a z nieuwagi i nieroztropności.
Niegroźne, głupiutkie stworzenie, które bez wątpienia będzie potrzebowało pomocy, by nie doprowadzić się do własnej zguby.
Różowa Łapa (Wicher), Helena (Pieszczochy)
Może i Puchata Łapa był ledwie mianowanym terminatorem, ale łapki świerzbiły go do poznawania terenów klanu Rzeki. Treningi z Wodnym Wirem póki co nie zajmowały mu zbyt wiele czasu w ciągu dnia, miał sporo wolnego, jako terminator niepotrafiący jeszcze polować i nieszczególnie nadający się na patrole. Włóczenie się po obozie i zaglądanie we wszystkie zakątki powoli przestawało mu wystarczać.
W porze młodych liści tyle się działo! Świat codziennie wyglądał inaczej, cynamonek miał wrażenie, że codziennie inne ptaki śpiewają najgłośniej, inne owady polatują nad trawą…
Chciał przeżywać, więc zapewnił to sobie sam, wychodząc tego dnia samodzielnie z obozu, w zasadzie nikomu nie mówiąc, gdzie się wybiera, ani kiedy zamierza wrócić. Lekkomyślne? Jak najbardziej. Czy typowe dla Puchatka? Również tak.
Wiedział, że właśnie dotarł na granicę klanu Rzeki, zorientował się dzięki śladom zapachowym pozostawionym przez jego współklanowiczów. Dalej nie miał odwagi iść, uświadomił sobie, że aż tak głupi nie jest.
Wziął głębszy oddech i przeciągnął się. Dotarł tu i co dalej? Był sam, okolica wyglądała przepięknie. O kotach z innych klanów nawet nie pomyślał.
długie, rozetkowe futerko, niebieskie oczy, czarny point, duże łapki, niski
głupituki, wesolutki, przeszczęśliwy, hopecore ma na każdym kroku
Mustang, James [S]
Duszek, natomiast, chodził gdzie chciał i kiedy chciał. W końcu nie miał żadnych powodów by trzymać się jednej miejscówki! A... a nawet jeśli miał, to nie miał ochoty tego robić. Nudziło mu się jak siedział na zadku zbyt długo. No, bo co miał robić?! W niebo patrzeć? Wycieczki były o niebo lepsze!
Dziś padło na okolice kolczastego bzu. Kocurek zauważył, że dużo tu kolców w okolicy... uh! Uważał na łapki, ale futerko już trudniej było upilnować. Nieprzyjemne targanie zdecydowanie go odpychało od tego miejsca. Towarzystwo na horyzoncie - wręcz przeciwnie! - Cześć! - miauknął do obcego, uśmiechając się szeroko.
niezgrabny, pulchny, przeciętnej wielkości, cynamonowy srebrny klasycznie pręgowany z bielą (nos, policzki, broda, pierś, końcówki palców przedniej lewej łapy, przednia prawa łapa poniżej nadgarstka, obie tylne stopy (do połowy długości do stawu skokowego), końcówka ogona, brzuch), o długiej sierści i błękitnych oczach, na zeza rozbieżnego w lewym oku
Łagodny, wesoły, naiwny. Przyjaciel wszystkich, nieświadomy większości zagrożeń i okrucieństw świata. Przez większość czasu aniołek, któremu czasami zdarza się jednak wybuchnąć, kiedy nie może zapanować nad co silniejszymi, lub nowymi emocjami. Ma nienajlepszą pamięć, a może po prostu nie zawsze ma dość skupienia, by postarać się zapamiętać to, co się do niego mówi. Właśnie dlatego Puchatkowi zdarza się złamać zasady czy dane obietnice. Zazwyczaj nie ze złości, a z nieuwagi i nieroztropności.
Niegroźne, głupiutkie stworzenie, które bez wątpienia będzie potrzebowało pomocy, by nie doprowadzić się do własnej zguby.
Różowa Łapa (Wicher), Helena (Pieszczochy)
Zamrugał dwukrotnie na widok młodego kocura, trochę jakby nie do końca swoim oczom wierzył.
- Cześć! - odpowiedział prawie tak samo entuzjastycznie jak nieznajomy. Puchata Łapa nie był zbyt dobry w określaniu wieku innych, dlatego też nie potrafił stwierdzić, czy kocurek jest od niego młodszy, czy może w tym samym wieku. Jedną rzecz widział na pewno, był to kot zdecydowanie bardziej w wieku terminatorskim, niż wojowniczym, wobec czego był to jego rówieśnik, tak ogólnie mówiąc. Podczas pierwszej wędrówki poza obóz spotkać kota w swoim wieku? Jaka była na to szansa!?
- Ale dzisiaj jest ładnie, co? Uwielbiam jak chmury mają kształt takich właśnie miękkich no… obłoczków - podzielił się dość losowo Puchata Łapa. - I kwiaty tak pachną i wszystko jest takie kolorowe! Wiosna jest wspaniała! - zachwycił się jeszcze, kiedy wraz z delikatnym powiewem wiatru dotarł do niego słodki zapach z najbliższego drzewa. Patrzył na pointa z błyszczącymi oczami. Na zastanawianie się, czy powinien mu ufać, czy traktować jak potencjalne zagrożenie, cynamonowy nie poświęcił nawet uderzenia serca.
długie, rozetkowe futerko, niebieskie oczy, czarny point, duże łapki, niski
głupituki, wesolutki, przeszczęśliwy, hopecore ma na każdym kroku
Mustang, James [S]
- Wyglądają jak baranki! - zaśmiał się cicho, łeb podrywając do góry. - Ale niektóre chyba bardziej jak rozlane mleko...
Rzucił po chwili zastanowienia. Faktycznie, kilka było po prostu długich i niekształtnych, nie kłamał! A może to po prostu bardzo długie baranki? Albo takie co śpią? Albo wełna, a baranki zostały łyse!? - Mhm! Ale w nocy jest nieco strasznie! Słyszałeś huhu? - miauknął nieco ciszej. - Czasem słyszę jak nade mną szybuje! I strasznie głośnie huha! Nigdy wcześniej nie słyszałem takiego czegoś. To wina wiosny? A może huh po prostu się mnie przyczepił?!
Taka opcja też mogła być... Duch chyba nie bał się tego tak bardzo w dzień. W ogóle się nie bał! Noc była straszna, bo wtedy było ciemno, cicho i był sam! - Jak masz na imię? Ja jestem Duch!
niezgrabny, pulchny, przeciętnej wielkości, cynamonowy srebrny klasycznie pręgowany z bielą (nos, policzki, broda, pierś, końcówki palców przedniej lewej łapy, przednia prawa łapa poniżej nadgarstka, obie tylne stopy (do połowy długości do stawu skokowego), końcówka ogona, brzuch), o długiej sierści i błękitnych oczach, na zeza rozbieżnego w lewym oku
Łagodny, wesoły, naiwny. Przyjaciel wszystkich, nieświadomy większości zagrożeń i okrucieństw świata. Przez większość czasu aniołek, któremu czasami zdarza się jednak wybuchnąć, kiedy nie może zapanować nad co silniejszymi, lub nowymi emocjami. Ma nienajlepszą pamięć, a może po prostu nie zawsze ma dość skupienia, by postarać się zapamiętać to, co się do niego mówi. Właśnie dlatego Puchatkowi zdarza się złamać zasady czy dane obietnice. Zazwyczaj nie ze złości, a z nieuwagi i nieroztropności.
Niegroźne, głupiutkie stworzenie, które bez wątpienia będzie potrzebowało pomocy, by nie doprowadzić się do własnej zguby.
Różowa Łapa (Wicher), Helena (Pieszczochy)
- Tak, właśnie, baranki! - podekscytował się Puchata Łapa, zadowolony, że nieznajomemu udało się znaleźć lepsze słowo na to, co przed chwilą próbował opisać. Tak, baranki. Prawie o nich zapomniał, o istnieniu owiec. Widział je w końcu tylko raz, jeszcze podczas ich wspólnego życia z rodzicami poza klanem Rzeki.
- Słyszałem - potwierdził, kiwając lekko głową. - Ale nie muszę się bać sów, bo dookoła mnie śpi wiele silnych i szybkich kotów - wyjaśnił, mając nadzieję, że w ten sposób nie pławi się w przywileju, o którego istnieniu dopiero w tamtej chwili sobie uświadomił. Nigdy o tym w ten sposób nie myślał - że życie w klanie daje nie tylko pożywienie tym, którzy nie są w stanie sami go zdobywać, ale również poczucie bezpieczeństwa, że może spać spokojnie, bo dookoła czuwa wiele par uszu, gotowych szybciej wychwycić nadchodzące zagrożenie.
- Puchata Łapa - odpowiedział, po czym wykonał bardzo niski, teatralny ukłon. - Miło mi cię poznać, Duchu. Mogę mówić ci Duszek? To tak ślicznie brzmi! - zapewnił go gorliwie.
długie, rozetkowe futerko, niebieskie oczy, czarny point, duże łapki, niski
głupituki, wesolutki, przeszczęśliwy, hopecore ma na każdym kroku
Mustang, James [S]
- Ja śpię sam! - oświadczył dumnie. No, może... nie było to powodem do dumy? W końcu było to nieco przykre. Bał się! Ale z drugiej strony, czuł się bardzo poważnie, że dawał sobie radę zupełnie sam. Hucznie powiedziane, patrząc na to że zjada jakieś resztki co znajdzie, bo polowanie szło mu...czasem! - Może być! A ja mogę ci mówić Puchatek? Puchata Łapa brzmi bardzo długo! Masz puchate łapki? - przysunął się, głowę nieco obniżył, żeby się przyjrzeć. - Ja mam chyba zwykłe!
niezgrabny, pulchny, przeciętnej wielkości, cynamonowy srebrny klasycznie pręgowany z bielą (nos, policzki, broda, pierś, końcówki palców przedniej lewej łapy, przednia prawa łapa poniżej nadgarstka, obie tylne stopy (do połowy długości do stawu skokowego), końcówka ogona, brzuch), o długiej sierści i błękitnych oczach, na zeza rozbieżnego w lewym oku
Łagodny, wesoły, naiwny. Przyjaciel wszystkich, nieświadomy większości zagrożeń i okrucieństw świata. Przez większość czasu aniołek, któremu czasami zdarza się jednak wybuchnąć, kiedy nie może zapanować nad co silniejszymi, lub nowymi emocjami. Ma nienajlepszą pamięć, a może po prostu nie zawsze ma dość skupienia, by postarać się zapamiętać to, co się do niego mówi. Właśnie dlatego Puchatkowi zdarza się złamać zasady czy dane obietnice. Zazwyczaj nie ze złości, a z nieuwagi i nieroztropności.
Niegroźne, głupiutkie stworzenie, które bez wątpienia będzie potrzebowało pomocy, by nie doprowadzić się do własnej zguby.
Różowa Łapa (Wicher), Helena (Pieszczochy)
Na szczęście samotnik nie wydawał się na urażonego tym, co oświadczył mu przed chwilą cynamonek. To dobrze, chociaż obawiał się tego tylko przez krótką chwilą, zanim towarzysz odpowiedział.
Masz puchate łapki? Jeny, to było jedno z najbardziej uroczych pytań, jakie kiedykolwiek usłyszał!
- Pewnie - zapewnił go, z pyskiem znów rozświetlonym szerokim uśmiechem - I to całkiem zabawne, bo tak właśnie się nazywałem, zanim zostałem terminatorem - poinformował go, ponownie nie poświęcając choćby połowy uderzenia serca na zastanawianie się, czy tą informacją powinien się dzielić z zupełnie obcym kotem. W oczach Puchatej Łapy Duszek był już przyjacielem, nie nieznajomym.
Podniósł jedną z przednich łap z ziemi i przyjrzał jej się uważnie, swoim profesjonalnym okiem oceniając poziom puchatości.
- Dość puchate - zdecydował po chwili obracania kończyny w powietrzu. - Ale twoje też, Duszku, witam w puchatołapkowym klubie! - zaśmiał się, patrząc zmrużonymi oczami pełnymi sympatii na kocurka.
- Śpisz sam? To znaczy, że sam znajdujesz sobie też jedzenie? - zapytał, a źrenice jego niebieskich oczu znacząco się rozszerzyły.
długie, rozetkowe futerko, niebieskie oczy, czarny point, duże łapki, niski
głupituki, wesolutki, przeszczęśliwy, hopecore ma na każdym kroku
Mustang, James [S]
- Dzień dobry, Puchatku! - odpowiedział wesoło na powitanie, uśmiechając się szeroko do nowego kolegi. Rety, ten las to miły! Na osiedlu nie miał żadnego kolegi. Chyba głównie dlatego, że nie wychodził z domu, no ale! I tak miło, że tutaj ma takie fajne doświadczenia.
Pomachał głową. - Mhm! Czasem coś znajdę, a czasem nawet coś złapię! - czasem. Bo zwykle szło to tak paskudnie źle, że można było to uważać za cud, jeśli coś mu się faktycznie udało. - A ty? Ty dostajesz jedzonko?