Jak widać, oboje chcieli na razie zakończyć nieprzyjemny temat. Chyba nie było kota, który lubiłby o takich rzeczach rozmawiać. Były to tematy poważne i bardzo nieprzyjemne, ale nawet jeśli o nich się nie mówiło, nie sprawi to, że przestaną istnieć. Niestety.
Mięta, w odróżnieniu do Żaby od początku sądziła, że imię partnera pochodzi od skrzeczenia ptaków, co też było słuszne, a przynajmniej zgadzało się z opinią Malinowej Gwiazdy. W końcu kocur jako terminator otrzymał imię Skrzeczącej Łapy, a później Mewy, co brzmiało bardzo ptasio. Jednak, gdyby Żaba podzielił się z nią tymi myślami, srebrna kotka musiałaby przyznać że faktycznie, kocięce imię jej partnera miało więcej niż jedno znaczenie, a biorąc pod uwagę, że skrzek z czasem stawał się żabą, był to dosyć zabawny rys sytuacyjny.
- Och. - mruknęła cicho, zerkając na kocura. O co konkretnie jej chodziło? Nie chciała mu nic narzucać, ani tym bardziej zmuszać do powiedzenia takich rzeczy, bo wiedziała, że to były dość intymne pytania. Gdy jeszcze była sama, do zauroczenia się w jasnym kocurze mogła przyznać się wyłącznie przed siostrą, a to jeszcze było dla niej ciężkie do wyrzucenia z siebie. Nie chciałaby zmieszać w ten sposób Żaby, jeśli to było dla niego krępujące. - To zależy od tego, czym chciałbyś się ze mną podzielić. - zamruczała z delikatnym uśmiechem, po czym nastawiła z zaciekawieniem uszu. Zależnie od odpowiedzi może to być tak, lub nie? To prawda, Żaba potrafił wzbudzić zainteresowanie, jednak Mięta miała w sobie jeszcze ogładę i nie chciała bezczelnie wypytywać terminatora o takie szczegóły z jego życia.
A i owszem, tereny rzeczne już powoli się kończyły, zanim jednak dotrą do cienistej granicy, po drodze napotkają jeszcze Cztery Dęby, których pnie już powoli majaczyły na horyzoncie, a zapach Rzeki powoli mieszał się z tym gromowym, i tak naprawdę z pomieszanymi woniami wszystkich czterech klanów, jako że dęby były miejscem zbiorczym dla wszystkich czterech terytoriów.
Żaba ewoluował z puchatej kluseczki w całkiem zgrabnego podlotka, którego długie futro pozostaje zawsze nienagannie ułożone. W większości rude, klasyczno pręgowane z białymi znaczeniami na stopach, brzuchu, spodzie ogona i podgardlu. Porusza się zawsze wyprostowany, dystyngowanym krokiem. Łapy musiał odziedziczyć po tacie, długie i tylko dzięki okrywie włosowej nie wyglądające jak cienkie słomki, bo i cały kocurek jest raczej szczupły i niestety, nie zapowiada się na najwyższego kota w Klanie Wichru. Ale, ale, kurdupelkiem, na którego zapowiadał się po przyjściu na świat również nie zostanie! Odpowiednio podkarmiony za kociaka, wygląda na zwykłego, średniego przeciętniaka, którego oczy wybarwiły się na bliżej nieokreśloną mieszankę zieleni i błękitu, lub zieleni i żółci, w zależności od tego jak pada światło.
Miesiące spędzone w lecznicy wpłynęły na charakter małego Żaby. Ograniczony kontakt z rówieśnikami, a za to długie rozmowy z chorującymi kotami sprawiły, że szybko zaczął wysławiać się podobnie do nich, chętnie używając tych "dorosłych słów", które pozwalają mu brzmieć mądrze. Bo Żaba lubi brzmieć mądrze, a jeszcze bardziej lubi być podziwiany, dlatego też stara się zachowywać i wyglądać odpowiednio w każdej sytuacji, najczęściej mówiąc to co wypada, a nie to co naprawdę ma na myśli. No chyba, że może kogoś uraczyć pogardliwym spojrzeniem, ale to już inna bajka. Oprócz tego kocurek ma zapędy do dramatyzowania i wyolbrzymiania, przez co nie zawsze udaje mu się wypaść na tak dostojnego, jakby tego chciał.
Słysząc odpowiedź Miętki, przestał na chwilę przyglądać się mijanym terenom i skupił zielone ślepia na jej pyszczku. Ton jej głosu, kiedy wypowiadała krótkie "Och", zabrzmiał jakby poczuła się lekko zmieszana. A może jedynie mu się wydawało? Dopiero kolejne słowa uświadomiły mu, że po prostu nie chciała go przymuszać do odpowiedzi. Mlasnął językiem o podniebienie z lekkim westchnieniem. Po raz kolejny utwierdził się w tym, że Miętka była delikatną wobec innych damą, najwyraźniej niezwykłą plotkować tak paskudnie jak on sam... ale każdy miał jakieś słabości, prawda? - Cóż... uważam, że w naszym Klanie znajduje się przynajmniej kilka kotów, których oglądanie to prawdziwa przyjemność dla zmysłów. Ty, Miętowy Pąku, jesteś na przykład jednym z nich - rzekł bez krępacji. Futro szylkretki było ładne i zadbane, poruszała się lekko i zgrabnie, dlaczego miałby to przemilczeć? -Jednak wyliczenie wszystkich, którzy znajdują się w tym zacnym gronie, na pewno znudziłoby cię prędzej czy później, a żaden z tych kotów nie mógłby być nazwany przeze mnie sympatią - zaśmiał się lekko, nie wyobrażając sobie do końca posiadanie partnera. Cóż miałby z nim robić? Dzielić legowisko i jeść razem posiłki? W takim razie to Ropucha musiała być jego wymarzoną księżniczką. Blek!
- Miętowy Pąku, - zaczął, kiedy spoglądając przed siebie powoli zobaczył, iż zbliżają się w stronę drzew. Czterech drzew. - jeżeli moje zmysły mnie nie zawodzą, acz śmiem w to wątpić, to co odczuwam, to nie jedynie woń Klanu Rzeki, prawda? - Zagadnął szczerze zainteresowany, czy to ów sławetne Cztery Dęby, o których dane było mu już słyszeć w tak wielu opowieściach.
A owszem, nie chciała przymuszać kocura do odpowiedzi. Nie była tym typem, który czy to podstępem, czy otwarcie wyciąga od innych odpowiedzi. Wiedziała tylko tyle, ile ktoś jej zdecydował się powiedzieć, i raczej nie rozmawiała o tym z innymi. Sama też by nie chciała, aby ktoś rozpowiadał innym rzeczy, które ona w tajemnicy powierzyła, więc zachowywała się tak samo.
Gdyby nie miała futerka, Żaba mógłby zaobserwować rumieniec, który oblał kotkę, kiedy usłyszała komplement. Na jej pyszczku pojawił się jednak dość nieśmiały, powściągany, skromny uśmiech a pysk pochylił się w lekkim zakłopotaniu.
- Rozumiem. - pokiwała delikatnie głową po kolejnych słowach kocura. No tak, nie wszyscy mogli czuć się, jakby byli dla siebie stworzeni, a niektórzy mogli długo szukać dla siebie ukochanego kota. Nie było w tym nic złego, tak jak, gdy ktoś decydował się iść przez życie samotnie, a taki dostojny kocurek jak Żaba na pewno czekał na odpowiednią dla siebie wybrankę.
Skierowała w jego stronę najpierw ucho, a potem cały pysk, kiedy usłyszała swoje imię, jak zwykle już z delikatnym uśmiechem.
- Owszem, twoje zmysły jak najbardziej działają. - zamruczała pogodnie, po czym zwróciła swój wzrok na przybliżające się sylwetki ogromnych drzew. - Przed nami Cztery Dęby, czyli miejsce, w którym spotykają się tereny wszystkich czterech klanów. To, co czujesz, to pomieszane zapachy wszystkich klanów, ale jak już będziemy na miejscu, na pewno poznasz osobny zapach Klanu Gromu i Klanu Cienia. - obiecała. Ona sama już tyle razy czuła te zapachy przy licznych patrolach, że potrafiła odróżnić zapachy wszystkich czterech klanów, jednak przypuszczała, a wręcz mogła zaryzykować stwierdzenie, że wiedziała, iż Żabia Łapa jeszcze tego nie potrafi. Jednak to mu naturalnie przyjdzie z czasem, za parę księżyców będzie w tym już obeznany!
Żaba ewoluował z puchatej kluseczki w całkiem zgrabnego podlotka, którego długie futro pozostaje zawsze nienagannie ułożone. W większości rude, klasyczno pręgowane z białymi znaczeniami na stopach, brzuchu, spodzie ogona i podgardlu. Porusza się zawsze wyprostowany, dystyngowanym krokiem. Łapy musiał odziedziczyć po tacie, długie i tylko dzięki okrywie włosowej nie wyglądające jak cienkie słomki, bo i cały kocurek jest raczej szczupły i niestety, nie zapowiada się na najwyższego kota w Klanie Wichru. Ale, ale, kurdupelkiem, na którego zapowiadał się po przyjściu na świat również nie zostanie! Odpowiednio podkarmiony za kociaka, wygląda na zwykłego, średniego przeciętniaka, którego oczy wybarwiły się na bliżej nieokreśloną mieszankę zieleni i błękitu, lub zieleni i żółci, w zależności od tego jak pada światło.
Miesiące spędzone w lecznicy wpłynęły na charakter małego Żaby. Ograniczony kontakt z rówieśnikami, a za to długie rozmowy z chorującymi kotami sprawiły, że szybko zaczął wysławiać się podobnie do nich, chętnie używając tych "dorosłych słów", które pozwalają mu brzmieć mądrze. Bo Żaba lubi brzmieć mądrze, a jeszcze bardziej lubi być podziwiany, dlatego też stara się zachowywać i wyglądać odpowiednio w każdej sytuacji, najczęściej mówiąc to co wypada, a nie to co naprawdę ma na myśli. No chyba, że może kogoś uraczyć pogardliwym spojrzeniem, ale to już inna bajka. Oprócz tego kocurek ma zapędy do dramatyzowania i wyolbrzymiania, przez co nie zawsze udaje mu się wypaść na tak dostojnego, jakby tego chciał.
W tej już niemalże sześciomiesięcznej czasoprzestrzeni, gdzie życie było tak proste, łatwe i szczęśliwe, Miętka miała kochającego partnera, a rudzielec cztery sprawne nóżki, Żabie nie umknął gest zakłopotania Mistrzyni. Czy powinien dla pewności przeprosić? Cóż po krótkim rozważeniu takiej opcji, nie uznał tego za konieczne. W końcu był to jedynie szczery komplement, których najwyraźniej córka Jodłowej Igły nie słyszała do tej pory wystarczająco. Wniosek z tego był prosty, powinna ich dostawać więcej! Zanotował sobie tą informację gdzieś z tyłu głowy, mając zamiar w przyszłości oswoić swoją Mistrzynię z faktem, iż należała do kotów, które z dumą mogły reprezentować swoim wyglądem Klan Wichru.
Kiedy szylkretka wyjaśniła mu w jakim kierunku się zbliżają z zaciekawieniem poruszył wąsami i zamilkł, skupiając zmysły na mieszaninie zapachu i widoku czterech starych drzew. Oczywiście, że słyszał o tym miejscu, w końcu nie był już pierwszym-lepszym młodzikiem, z mlekiem pod nosem, jednak zobaczenie go na własne oczy nie miało porównania z bajaniami Kusowąsego. - Zaprawdę fascynujące - odparł obchodząc powoli pień jednego z dębów, starając się jednocześnie wyczuć pojedyncze wonie każdego z Klanu. Dopiero po tym spojrzał ponownie na swoją nauczycielkę. - Według znanych mi informacji to miejsce, w którym powinny odbywać się Zebrania Klanów, jednakże już od dłuższego czasu nie miały miejsca - zauważył mając nadzieję, że Miętowy Pąk szepnie mu coś więcej na ten temat. Dlaczego się nie odbywały? Od kiedy? I dlaczego wybrano to miejsce? Cóż, mimo iż w czterech drzewach, które idealnie dzieliły tereny Klanów było coś fascynującego to... były to wciąż jedynie cztery drzewa. Czy były to jedynie geograficzne predyspozycje tego miejsca?
W porównaniu do tego, co się działo obecnie, ta dawna czasoprzestrzeń brzmiała niczym utopijny raj. Dookoła spokój, wszyscy zdrowi zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Czego chcieć więcej?
Skinęła głową, potwierdzając w ten sposób terminatorowi, że ma rację.
- Owszem. Według kodeksu, zgromadzenie klanów odbywa się z woli przywódców podczas pełni księżyca. Wtedy między klanami panuje rozejm. Niestety, odkąd żyję, żadne spotkanie klanów się nie odbyło. - wyjaśniła, obserwując badającego teren Żabę, po czym skierowała pyszczek w stronę przeciwną do tej, z której przyszli. - O, w tamtą stronę znajdują się ziemie Klanu Gromu. Przewodzi im Trzmiela Gwiazda, zastępuje go Żubrze Gardło. Medyka nie mają, ale mają terminatora - Truskawkową Łapę. - wyjaśniła, zgodnie z prawdą, jak to jest w klanie Gromu z władzami.
Żaba ewoluował z puchatej kluseczki w całkiem zgrabnego podlotka, którego długie futro pozostaje zawsze nienagannie ułożone. W większości rude, klasyczno pręgowane z białymi znaczeniami na stopach, brzuchu, spodzie ogona i podgardlu. Porusza się zawsze wyprostowany, dystyngowanym krokiem. Łapy musiał odziedziczyć po tacie, długie i tylko dzięki okrywie włosowej nie wyglądające jak cienkie słomki, bo i cały kocurek jest raczej szczupły i niestety, nie zapowiada się na najwyższego kota w Klanie Wichru. Ale, ale, kurdupelkiem, na którego zapowiadał się po przyjściu na świat również nie zostanie! Odpowiednio podkarmiony za kociaka, wygląda na zwykłego, średniego przeciętniaka, którego oczy wybarwiły się na bliżej nieokreśloną mieszankę zieleni i błękitu, lub zieleni i żółci, w zależności od tego jak pada światło.
Miesiące spędzone w lecznicy wpłynęły na charakter małego Żaby. Ograniczony kontakt z rówieśnikami, a za to długie rozmowy z chorującymi kotami sprawiły, że szybko zaczął wysławiać się podobnie do nich, chętnie używając tych "dorosłych słów", które pozwalają mu brzmieć mądrze. Bo Żaba lubi brzmieć mądrze, a jeszcze bardziej lubi być podziwiany, dlatego też stara się zachowywać i wyglądać odpowiednio w każdej sytuacji, najczęściej mówiąc to co wypada, a nie to co naprawdę ma na myśli. No chyba, że może kogoś uraczyć pogardliwym spojrzeniem, ale to już inna bajka. Oprócz tego kocurek ma zapędy do dramatyzowania i wyolbrzymiania, przez co nie zawsze udaje mu się wypaść na tak dostojnego, jakby tego chciał.
Gdy Miętka opisywała mu jak wyglądają władze Klanu Gromu, zielone oczy kocurka skupiły się na widocznych z tego miejsca drzewach, piachu i pagórku. Dobrze zrobił prosząc ją o rozpoczęcie treningu od zera, bo co prawda imiona Gwiazd poszczególnych klanów już wielokrotnie obiły mu się o uszy, ale o tej Zastępcy nigdy nie słyszał. - Klan Gromu nie sprawia wrażenia stabilnego miejsca - zauważył odwracając się ponownie w stronę szylkretki. - Czy wiesz, Miętowy Pąku, co stało się z ich poprzednią zastępczynią i medyczką? - Zwłaszcza zniknięcie tej drugiej bardzo go interesowało. Był wciąż święcie obrażony na Lśniącą Sadzawkę, której poprzysiągł, że sam nauczy się nazw poszczególnych ziół i jeżeli jakaś wygnana Medyczka przebywała na ziemiach niczyich to dobrze było o tym wiedzieć, prawda? Wargi zadrgały mu lekko, bo aż miał ochotę uśmiechnąć się na tą myśl.
- Niestety, w Klanie Gromu chyba najczęściej się zmieniają zastępcy, porównując do innych klanów. - mruknęła, odnosząc się do stabilności miejsca. W sumie z drugiej strony ich tereny były piaszczyste, a więc też niezbyt stabilne; może to się jakoś wiązało? - O zastępczyni nic nie słyszałam, ale medyczka podobno została przez kogoś doprowadzona do śmierci. - jej ton pod koniec był dość ponury. Nic dziwnego, w końcu to nie był dobre wieści, fakt, że ktoś przyłożył łapę do tego, że w Klanie Gromu zabrakło medyka.