Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Wyrósł na wysokiego i masywnego kocura. Zaczął nawet ogarniać swoje przerośnięte gabaryty i chociaż nadal porusza się flejowato i nie raz zdarzy mu się potknąć, czy zaszurać łapami, kiedy zepnie się w sobie, jest w stanie chyżo biegać czy skutecznie się skradać. Zwykle garbi plecy, chowając głowę między szerokimi barkami i łypie spod byka ślepiami, wybarwionymi na jaskrawą - jak u Czerwonego Maku - pomarańcz. Od koniuszka ogona, aż po nos jest czarny jak węgiel. Futerko ma krótkie, zazwyczaj rozczochrane i brudne, bo szkoda mu czasu na takie szczegóły jak jego układanie. Przez całe swoje dzieciństwo nie wymawiał "r" i nadal mu się zdarza zapomnieć o tej niepotrzebnej spółgłosce, zwłaszcza, gdy włączy tryb pospieszny w mówieniu.
Rozwój emocjonalny Konika zakończył się dawno temu, jeszcze zanim na dobre się rozpędził. To duży (no dobra, BARDZO duży) dzieciak. Księżyce przeżyte samodzielnie poza Klanem dodały mu co prawda trochę powagi i zapobiegliwości, ale co gorsza, również pewności siebie i buty. Nie do końca wprawnie ocenia swoje dobre i słabe strony, a należy zaznaczyć, że jest nieuleczalnym fajtłapą, a do tego zapominalskim roztrzepańcem. Mówi zdecydowanie szybciej niż myśli i bywa bezczelnie bezpośredni. Z kontrolą emocji jest również na bakier i niewiele mu trzeba by się zezłościć, czy rozbawić, ale znacznie więcej by posmutnieć, bo w ogólnym rozrachunku to bardzo pozytywny gość.
Zaskoczenie wymalowane na pyszczku terminatora było najlepszą nagrodą za ten treningowy dzień. Kornikowy Konar zdążył już trochę poznać Łabędzia i wiedział, że kocurek zwykle nie spodziewa się pochwał, a co dopiero ostatecznego docenienia jakim było zakończenie nauk. Wojownik uśmiechnął się bardzo szeroko, na tyle ile pozwalały mu policzki. - Jak to nie? Oczywiście, że jesteś gotowy! Co więcej będziesz świetnym wojownikiem i mistrzem!- Miauknął z pełnym przekonaniem Kornik. Uważał swojego ucznia za znacznie mądrzejszego od siebie, trochę nieśmiałego ale lojalnego i sympatycznego i oczyma wyobraźni widział jak staje się pełnym niewymuszonego autorytetu i empatii mistrzem dla jakiegoś podrostka. Może niekoniecznie od razu trudnego przypadku, ale takiego małego Jaja, albo Pożara? Czemu nie.
- No co się robi... czuwa. Nie możesz zasnąć, ani się odezwać, tylko pilnujesz wejścia do obozu przez całą noc. Jeszcze nie słyszałem by zdarzyło się podczas niego cokolwiek niezwykłego, więc twoim przeciwnikiem jest wyłącznie twoja senność i pokusa paplania! Ja miałem ceremonię z Kałużą i razem mieliśmy też czuwanie, wyobrażasz sobie jak trudno było nam się powstrzymać od rozmowy? I śmiania się?! Straszne! - Żartobliwie - chociaż tak nie do końca - zjeżył sierść na karku. Milczące czuwanie naprawdę było dla niego jednym z najtrudniejszych zadań w życiu.
Itookmylove,Itookitdown ClimbedamountainandIturnedaround AndIsawmyreflectioninthesnowcoveredhills 'Tilthelandslidebroughtitdown Oh, mirror in the sky
Aż sobie przysiadł, bo to naprawdę była szokująca wiadomość. Niby zdawał sobie sprawę, że sporo już przerobił, ale wciąż czuł się jak nieopierzony terminator, a wizja stania się wojownikiem była równie odległa, co myśl o wstąpieniu na Srebrną Skórkę. Tymczasem już na kolejnej ceremonii Czerwona Gwiazda na uszach całego klanu wygłosi jego wojownicze imię. I skończą się treningi, skończy się podczepianie pod patrole. Jego życie diametralnie się zmieni. Czy w takim wypadku powinien już ćwiczyć swoje "przysięgam", żeby na ceremonii się nie zająknąć ani nie dać się zaskoczyć chrypce...? Z tym jednym słowem zobowiąże się być zawsze lojalnym Klanowi Rzeki, przestrzegać Kodeksu Wojownika, to poważna sprawa. Nie może wypaść jak ofiara białego kaszlu.
Wciąż odrobinę skołowany potrzasnął głową i spojrzał na mistrza jakby oczekiwał, że ten nagle wybuchnie śmiechem i powie: "Żartowałem przecież!". Ale nic takiego nie nastąpiło. Łabędź otworzył pyszczek i z głośnym wziuum wciągnął powietrze. Następnie z kamiennym wyrazem pyska i pozbawionym widma inteligencji wzrokiem kiwał łbem na odpowiedź wojownika. Jasna sprawa. Bez spania, bez odzywania się. Czuwanie. Da się załatwić.
W pełni wrócił do siebie dopiero wtedy, gdy Kornikowy Konar wspomniał własne milczące czuwanie z Kałużowym Krokiem. Terminator - ku własnemu zaskoczeniu - parsknął wtedy wesołym śmiechem, oczami wyobraźni widząc dwóch świeżo mianowanych wojowników posyłających sobie znaczące spojrzenia i próbujących się nie zaśmiać. Poczuł się nagle dziwnie lekki na duchu. I szczęśliwy. Naprawdę skończył trening! Płonący Świt doczeka dnia mianowania swojego syna, chociaż ona. Cała jego praca wykonana przez ostatnie księżyce nie była bez znaczenia, jak mu się chwilami wydawało. Kocurek przetarł łapą zwilgotniałe oczy i podniósł się, choć kończyny miał dziwnie zwiotczałe. Podszedł do Kornikowego Konara i pochylił przed nim łeb.
- Dziękuję - wyszeptał z wdzięcznością. - Trening z tobą to była sama przyjemność. Wiele się nauczyłem. Dam z siebie wszystko, byś nigdy nie pożałował tej decyzji, obiecuję.
Chciałby móc podziękować też Przepiórczemu Piórku i Kałużowemu Krokowi. I mimo że nie miał pojęcia o aktualnym miejscu pobytu tej dwójki, jego poprzedni mentorzy mogli być pewni, że gdy księżyc zawita na niebie, a Łabędź będzie przygotowywał się do snu, to pośle im serdeczne podziękowania. Nawet jeśli tylko w myślach.
Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Księżyce: 110 Mistrz: Czerwony Mak / Cisowa Jagoda Płeć: kocur Matka: Czerwony Mak Ojciec: idk Partner: Zachód Trwałe urazy: długa, zlokalizowana na lewym boku, odznaczająca się pod krótkim futrem blizna po borsuczych pazurach; na przednich kończynach blade ślady po drucie; natomiast na końcu ogona swoje zęby odcisnął szczupak
Wyrósł na wysokiego i masywnego kocura. Zaczął nawet ogarniać swoje przerośnięte gabaryty i chociaż nadal porusza się flejowato i nie raz zdarzy mu się potknąć, czy zaszurać łapami, kiedy zepnie się w sobie, jest w stanie chyżo biegać czy skutecznie się skradać. Zwykle garbi plecy, chowając głowę między szerokimi barkami i łypie spod byka ślepiami, wybarwionymi na jaskrawą - jak u Czerwonego Maku - pomarańcz. Od koniuszka ogona, aż po nos jest czarny jak węgiel. Futerko ma krótkie, zazwyczaj rozczochrane i brudne, bo szkoda mu czasu na takie szczegóły jak jego układanie. Przez całe swoje dzieciństwo nie wymawiał "r" i nadal mu się zdarza zapomnieć o tej niepotrzebnej spółgłosce, zwłaszcza, gdy włączy tryb pospieszny w mówieniu.
Rozwój emocjonalny Konika zakończył się dawno temu, jeszcze zanim na dobre się rozpędził. To duży (no dobra, BARDZO duży) dzieciak. Księżyce przeżyte samodzielnie poza Klanem dodały mu co prawda trochę powagi i zapobiegliwości, ale co gorsza, również pewności siebie i buty. Nie do końca wprawnie ocenia swoje dobre i słabe strony, a należy zaznaczyć, że jest nieuleczalnym fajtłapą, a do tego zapominalskim roztrzepańcem. Mówi zdecydowanie szybciej niż myśli i bywa bezczelnie bezpośredni. Z kontrolą emocji jest również na bakier i niewiele mu trzeba by się zezłościć, czy rozbawić, ale znacznie więcej by posmutnieć, bo w ogólnym rozrachunku to bardzo pozytywny gość.
Wspomnienie milczącego czuwania w wykonaniu mistrzów wywołało głośny i szczery śmiech, do którego Kornik z radością się przyłączył. W tym momencie dzielił emocje z Łabędziem - wesołość, lekkość i wzruszenie. Ten śmiech - w końcu! - i szczęście na pyszczku terminatora ogrzało uczuciowe serduszko wojownika i może dlatego, kiedy kocurek podszedł do niego by podziękować i pochylić przed nim łeb, zamiast przyjąć to skromne podziękowanie, otoczył łapą szyję terminatora i przyciągnął sobie do piersi. - To ja ci dziękuję, że mogłem cię uczyć! Cała przyjemność po mojej stronie! - Ogłosił żarliwie i potargał szare futerko na karku. Czuł coś w rodzaju... rodzicielskiej dumy? Tak by to określił, chociaż nie znał się na tym najlepiej - w końcu ojca nie miał, a matka rzadko werbalizowała pochwały. Trening z Łabędziem był przyjemnością, ale wypuszczenie go w świat jako dorosłego, wyuczonego wojownika powodowało satysfakcję jakiej nie miał nawet po ukończeniu własnego treningu. - Już teraz wiem, że nie pożałuję. - Miauknął i przestał terminatora podduszając, pozwalając mu uciec z uścisku, jeżeli tylko miał na to ochotę.
Itookmylove,Itookitdown ClimbedamountainandIturnedaround AndIsawmyreflectioninthesnowcoveredhills 'Tilthelandslidebroughtitdown Oh, mirror in the sky
Od śmierci Lodowego Kła Łabędź stał się bardziej... płaczliwy. Jak do niedawna łatwo się wzruszał, ale nie miał większego problemu z zachowaniem neutralnego wyrazu pyska, tak teraz łzy nieproszone pchały się na światło dzienne z wyjątkowo błahych powodów. Zobaczył w obozie dwa zakochane w sobie koty? Łezka na horyzoncie. Ktoś okazał mu odrobinę życzliwości? Łzy już czekają w kącikach oczu, a jakże. Śpiące kocię w jakże uroczy sposób przekręciło się z boku na bok? Ktoś tu będzie płakać. Zatem nie trzeba chyba tłumaczyć, że kiedy Kornikowy Konar przygarnął go do siebie i terminator poczuł ciepło wojownika - to metaforyczne też - musiał nieźle się nagimnastykować i zrobić wiele wymyślnych min, żeby tylko lekko rozmył mu się obraz, a nie nie dopuścić do przemiany błękitnych oczu w dwa wodospady. Wreszcie dziwne grymasy zmieniły się w uśmiech i Łabędź odkręcił trochę łeb, żeby mieć przynajmniej minimalny widok na głowę mistrza.
- Będzie mi brakowało. Tych treningów - ogłosił cicho, z lekka zdławionym głosem, przez który jednak przebijało się szczęście. Chyba Kornikowy Konar tak całkiem o nim nie zapomni, nawet jak już przestaną się regularnie spotykać...?