Cietrzewia Łapa był bardzo dzielny, to Łabędź musiał przyznać. Nie każdy na jego miejscu byłby w stanie się przemóc i rozpocząć trening tak zaraz po wstrząsającym wydarzeniu w rodzinie. Wojownik miał tylko nadzieję, że młody tego nie pożałował i ten dzień nie będzie katorgą dla jego nowego podopiecznego.
- Dzień dobry - przywitał się z uśmiechem na mordce, po tym jak zajrzał do Zrośniętych Drzew i wypatrzył znajome futerko. - Gotowy na pierwszy dzień treningu?
Wycofał się i jeżeli terminator ruszył za nim, pokierował ich dwuosobową ekipę w stronę stosu zwierzyny. Słońce ledwie się obudziło, tak jak i obóz dopiero budził się do życia. Pierwszy patrol dnia wyruszył, część wojowników pałaszowała śniadanie, a część, podobnie jak on sam, zagarniała swoich terminatorów. Nie było opcji, żeby wypuścił Cietrzewia dokądkolwiek o pustym żołądku.
- Zjedzmy coś i wyjdziemy poza obóz - zaproponował, po czym sięgnął po tłustą mysz ze stosu i potruchtał w głąb Podnóża Skał, tak aby nikomu nie zawadzać. Dopiero wtedy, kiedy obaj byli wygodnie ułożeni, zapytał: - Jak się czujesz? I jak się spało w legowisku terminatorów?
Zamrugał do niego przyjaźnie i wziął pierwszy gryz. Mysz była jeszcze ze wczoraj, ale Łabędziowi nie robiło to większej różnicy. Bardziej niż na jej smaku, skupiał się na mordce terminatora.
Krótkowłosy, czarny, wysoki kocurek z białymi odmiankami na piersi, tylnej lewej łapie i ogonie. Posiada długi ogonek i duże uszy. Jego oczęta koloru jasnego błękitu wkrótce zmienią barwę na żółto-zielone.
Radosne, wesołe i przyjacielskie. Głuptas, który uwielbia popisy i wszelkiego rodzaju zabawy. Leniuszek ale też jest pełen energii. Łobuz który ma głowę pełną pomysłów. Lekki egoista i panikarz. Syn Pająk jest mieszaniną wszystkiego! (dokładniej w KP)
Za wesołego mianowania Cietrzew nie miał to prawda. Inaczej sobie wyobrażał zostanie terminatorem. Myślał że wszyscy na niego patrzeć i się uśmiechać od ucha do ucha. Niestety ale było zupełnie odwrotnie. Postanowił jednak się tym bardzo nie przejmować. Nie było to jednak łatwe. Bardzo martwił się o brata. Liczył, że uda mu się i wkrótce będzie zdrów jak ryba!
Noc nie należała do najprostszych. Chcąc nie chcąc śnił mu się koszmar. Ciągle miał obraz złamanej łapy brata w swojej głowie i trudno mu było od tak zapomnieć. Dlatego dość wcześnie się obudził i nie był w stanie znów zasnąć. Więc postanowił podziwiać wschód słońca z wyjścia z legowiska terminatorów.
W pewnym momencie usłyszał głos swojego mistrza. Uśmiechnął się do niego promiennie, pokazując przy tym białe kiełki. – Dzień dobry, mistrzu!-przywitał się a następnie dodał. - Oczywiście! Zwarty i gotowy do działania!-powiedział z ekscytacją w głosie. Naprawdę był mocno ciekaw co go czeka z łabędzią Szyją. Śnił o treningu już od małego! Nie mógł się doczekać! –Dobrze. Cietrzew umiera z głodu.-zaśmiał się i potruchtał za kocurem. Gdy podeszli do stosu zwierzyny, Cietrzew chwile myślał co sobie zabrać ale po chwili zdecydował się na nornice. Była dobra w smaku i szybko się ją jadło. Nie trzeba było się długo z nią bawić tak jak z takimi ptakami. Ile trzeba się oskubać by dorwać się do tego mięska!
Klapnął sobie wygodnie obok wojownika i ze święconymi oczami spojrzał się na swój posiłek. Był bardzooo głodny! Już się obawiał, że ranek nigdy nie nadejdzie i padnie z głodu!
Zabrał duży gryz nornicy i zaczął ją rzuć. Niestety ale podczas tego jego mistrz zadał mu pytanie. Zaczął wiec rzuć szybciej. Gdy tylko przełknął kęs, odezwał się do mistrza. –Umm… U Cietrzewia wszystko dobrze. Czuje się bardzo dobrze! Nic mnie nie boli.-powiedział i pomachał delikatnie ogonkiem – I fajnie mi się spało! Nie za długo ale Cietrzew jest wyspany.-odpowiedział na kolejne pytanie. Był ciekaw jak zareaguje mistrz na jego specyficzną mowę. Niezależnie od tego co o tym będzie myślał to syn Pająk nie będzie się przejmować. No bo to właśnie czyni go wyjątkowym a może i nawet zabawnym!
Łabędziowi kamień spadł z serca na widok podekscytowania Cietrzewiej Łapy. Być może założył, słusznie zresztą, że jego brat jest w dobrych łapach i nie ma co się zadręczać na zapas. A może to wizja rozpoczęcia treningu tak na niego działała? Jedno było pewne, wojownik postanowił sobie zrobić wszystko, aby uśmiech na mordce młodego pozostał nienaruszony.
Nie znali się jeszcze, ale teraz mieli okazję nieco się o sobie dowiedzieć. O, Łabędzia Szyja wiedział już, że jego nowy podopieczny lubował się w nornicach, a także wypowiadał się nieco niecodziennie; na pewno rozpoznawalnie. Poza tym wydawał się bardzo w porządku, istniała chyba całkiem spora szansa, że się dogadają. Błękitnooki bardzo na to liczył, przy czym nie wątpił w osąd Ćmiej Gwiazdy. Skoro ich dobrała, to musi być dobrze... prawda?
- Bardzo się cieszę - przyznał z wyraźną ulgą, przeżuwszy kolejny kęs. Oblizał wargi. Reszta posiłku będzie musiała poczekać. - W takim razie ty jedz spokojnie, a ja trochę pogadam, zgoda?
I jeżeli terminator nie wyraził sprzeciwu, syn Płonącego Świtu odetchnął głęboko i zaczął mówić:
- Przede wszystkim chciałbym cię prosić, abyś nie opuszczał obozu samotnie. Jeżeli będziesz chciał podczepić się pod patrol wojowników i będą skłonni zabrać cię ze sobą, w porządku, możesz iść. Jednak dopóki nie potrafisz walczyć i polować, samotne wędrówki - albo z innymi terminatorami - są zbyt niebezpieczne. W starciu z borsukiem czasami kilku wojowników to wciąż mało. - Spojrzał na kocurka poważnie. Chciał, żeby ten miał świadomość, że to nie byle zrzędzenie i odmawianie przygód dla zasady. - Po drugie, jak każdy inny terminator masz obowiązek zbierać mech i dbać o starszyznę. No wiesz, przynosić im wodę, jedzenie ze stosu, wymienić legowisko, ogólnie doglądać, czy niczego im nie potrzeba. Jako klan wiele zawdzięczamy najstarszym kotom, należy im się za to szacunek i pomoc w codziennych czynnościach. - Pomijając, że ostatnio w Śpiącym Pniu zrobiło się dziwnie pusto... Łabędź nie przywykł jeszcze do tej myśli. - Kodeks Wojownika mówi, że terminatorom wolno jeść dopiero wtedy, gdy sami coś przyniosą na stos; wojownicy stawiają dobro starszych oraz matek z kociętami ponad siebie, dlatego zawsze trzeba zadbać, że to oni mają co zjeść. Aczkolwiek jeszcze nie polujesz, więc niczym się nie przejmuj. Mamy ten przywilej, że pora zielonych liści nas rozpieszcza i nikomu niczego nie brakuje. - Uśmiechnął się. - No i po trzecie, oczywiście trening jest ważny i nie możemy się obijać, ale nie będziemy trenować do upadłego i za wszelką cenę. Gdybyś miał jakieś problemy, źle się czuł, bądź z jakiegoś powodu nie był gotowy, to wal śmiało, dobra? Jakieś pytania?
Mrugnął powoli, miękkim spojrzeniem przyglądając się licu Cietrzewiej Łapy.
Krótkowłosy, czarny, wysoki kocurek z białymi odmiankami na piersi, tylnej lewej łapie i ogonie. Posiada długi ogonek i duże uszy. Jego oczęta koloru jasnego błękitu wkrótce zmienią barwę na żółto-zielone.
Radosne, wesołe i przyjacielskie. Głuptas, który uwielbia popisy i wszelkiego rodzaju zabawy. Leniuszek ale też jest pełen energii. Łobuz który ma głowę pełną pomysłów. Lekki egoista i panikarz. Syn Pająk jest mieszaniną wszystkiego! (dokładniej w KP)
Starał się myśleć pozytywnie. Jego brat nie był w najlepszym stanie to fakt ale nie było aż tak źle. W końcu mogło być gorzej. Na pewno jest teraz w dobrych łapach i wkrótce będzie mógł również iść na trening tak jak Cie4trzew i reszta. Liczył na to bardzo.
Trening również przyczynił się trochę do tego, że kocur był pełen uśmiechu. W końcu czekał na niego odkąd był małym kociakiem! Chciał zawsze nauczyć się polować czy walczyć! A najbardziej to chciał zwiedzić więcej świata i poznać koty z innych klanów.
Jadł ze smakiem swoją nornice aż nagle jego mistrz zapowiedział mu, że będzie trochę słuchania. Cietrzew pokiwał głową na zgodę. – Mhm!-mruknął z pełną buzią jedzenia.
No i zaczął słuchać mistrza i cóż trochę się zasmucił. Tak bardzo chciał już poznawać świat a jego mistrz wyraźnie mu zabronił samemu gdzieś wychodzić. –Cietrzew chciał już zwiedzać tak tereny… Bo wiesz mistrzu jestem bardzo ciekaw terenów naszego klanu jak i innych! Też Cietrzew chce spotkać koty z innych klanów i to bardzo! No ale nie będę wychodził… Postaram się.-mruknął trochę zawiedziony. PO chwili jednak jego nastrój się zmienił i delikatnie się uśmiechnął. - Będę wykonywał obowiązki należycie! Cietrzew nie zawiedzie mistrza!-powiedział zdeterminowany i zaczął słuchać dalszych słów kocura.
Pokiwał dwa razy głową na zgodę gdy tylko Łabędzia Szyja przestał mówić. Zrozumiał wszystko. No ale szkoda, ze nie będzie mógł wychodzić z obozu. Trochę słabo…
Nagle wpadł na pewien pomysł. – Mistrzu! A może nauczysz Cietrzewia najpierw walki i polowania? Wtedy sobie poradzę poza obozem i będę mógł poznać koty z innych klanów!-pomachał energicznie ogonem. Czy jego mistrz może spełnić tą maluśką prośbę młodego terminatora?
Uśmiechnął się. No tak, mógł przewidzieć, że młodzieniec będzie bardzo chętny do odkrywania klanowych ziem oraz zawierania znajomości. I gdyby świat nie był tak niebezpiecznym miejscem, wojownik nie miałby z tym absolutnie żadnego problemu. Tak właściwie, uznawał poznawanie kotów z innych klanów za budujące. Uczące. A kto wie, być może w pewnym stopniu przyczyniające się do zachowania pokoju? Nie znał Cietrzewia zbyt dobrze, ale wyglądał na kota o czystym sercu i Łabędź nie sądził, że od razu pobiegłby szukać kłopotów na granicach. Prędzej wyciągnąłby jakąś naukę ze swoich przechadzek.
Co nie zmienia faktu, że prośba terminatora go nieco speszyła. Wydał z siebie cichy pomruk zastanowienia, a chcąc dać sobie dodatkową chwilę do namysłu, w kilku prędkich gryzach dokończył jedzenie. Oblizawszy mordkę, odezwał się:
- No wiesz, planowałem zacząć na spokojnie. Pokazać ci miejsce, w którym będziemy się spotykać, dowiedzieć się, co już wiesz... - zaczął. - A może nawet, gdybyś miał wystarczająco sił, oprowadzić trochę po naszych terenach. Ale jeżeli tak ci spieszno do samodzielności, to możemy zrobić tak: przejdziemy przez Koci Grzbiet i pójdziemy dalej, na tereny łowieckie, gdzie wprowadzę cię w polowanie. Przy dobrych wiatrach wrócisz do obozu z jakąś piszczką... Jak ci się podoba taki plan?
Mówił lekko i pogodnie, choć w środku aż go skręcało. Postawa podopiecznego była godna pochwały, a dodatkowy łowca na pewno by się przydał; Klan Rzeki się rozrastał, natomiast pora nagich drzew czyhała za rogiem. Nawet jeżeli teraz niczego im nie brakowało, nie oznaczało, że będzie tak zawsze. Jednocześnie... bał się o niego. Koty wokół znikały, umierały - nie dało się tego w pełni uniknąć, niemniej Łabędź był skłonny trzymać kocięta i terminatorów pod kloszem, byle zminimalizować ryzyko. Boleśnie zdawał sobie sprawę, że nie było to rozsądne rozwiązanie. Tylko czemu niekontrolowanie wszystkiego było takie trudne?
Krótkowłosy, czarny, wysoki kocurek z białymi odmiankami na piersi, tylnej lewej łapie i ogonie. Posiada długi ogonek i duże uszy. Jego oczęta koloru jasnego błękitu wkrótce zmienią barwę na żółto-zielone.
Radosne, wesołe i przyjacielskie. Głuptas, który uwielbia popisy i wszelkiego rodzaju zabawy. Leniuszek ale też jest pełen energii. Łobuz który ma głowę pełną pomysłów. Lekki egoista i panikarz. Syn Pająk jest mieszaniną wszystkiego! (dokładniej w KP)
Syna Gęsiopiórego zawsze ciągało dalej w świat. Marzył o tym by kiedyś zobaczyć coś więcej. Chciał sprawdzić jak naprawdę wielki jest świat. No bo ile można siedzieć tylko i wyłącznie w obozie! Trzeba czasem pozwiedzać i pooglądać widoki! Cietrzew zdecydowanie nie będzie przesiadywał dużo czasu w obozie jak tylko będzie mógł spokojnie sobie łazić po terenach.
Czekał z niecierpliwością na odpowiedź Łabędziej Szyi. No bo jakby się nie zgodził no to ugh… Ciężka sprawa. Miałby od tak sobie odpuścić wyprawy poza obozem?! Przecież to by była męczarnia!
Gdy wreszcie mistrz mu odpowiedział, Cietrzew pokiwał głową na zgodę. – Tak, podoba. Cietrzew zadowolony.-uśmiechnął się łobuziersko a następnie mruknął. – A wracając do tego co mistrz mówił… Cietrzew nie miał nauk. Wie jedynie rangi klanowe od rodziców i trochę słyszał o kodeksie.-poinformował pointa bo chyba to było ważne. Nie ? - To… jak mistrz skończył jeść to idziemy?-zapytał. Jego łapy już się rwały by wyjść z obozu.
Młody miał dar przekonywania, to mu Łabędź musiał przyznać. A to, że terminator przystał na jego plan i nie wydawał się zawiedziony, tylko wojownika podbudowało i sprawiło, że poczuł ciepło na sercu. Obawy natomiast nieco ucichły. Na razie.
- Idziemy - przytaknął dziarsko, przeciągając się krótko i nie czekając dłużej skierował się do wyjścia z obozu.
Już stamtąd mieli doskonały widok na Koci Grzbiet, bądź co bądź nie było to daleko, a wzniesienie wybijało się na tle rzecznych terenów. Kocur wskazał brodą na charakterystyczny pagórek.
- Właśnie tam zmierzamy. To Koci Grzbiet, o czym pewnie już słyszałeś - powiedział spoglądając kątem oka na Cietrzewią Łapę. Jak czuł się oficjalnie wybywając z obozu? On sam nie pamiętał już, jak to jest doświadczać tego po raz pierwszy, a i tak odnosił wrażenie, że ich odczucia mogły być inne. Łabędź za młodu nie przepadał za nowościami. - Nazwa pochodzi od jego kształtu. Trochę kojarzy się ze śpiącym kotem, nie? To będzie nasze miejsce spotkań, bo właśnie tam odbywa się spora część treningów w ogóle. Ale my dzisiaj tylko tamtędy przejdziemy, bo i tak mamy po drodze.
Postawił uszy i poruszył nimi niespokojnie. Nie spodziewał się zagrożenia tak blisko obozu, ale wolał zachować większą czujność niż podczas patroli bądź polowania. Wokoło było spokojnie, a w szeleście liści nie doszukał się niczego nienaturalnego. Póki co.
- A skoro trochę chodzenia przed nami, to może powiesz, co ci rodzice powiedzieli na temat rang? - zagaił jeszcze, uśmiechając się delikatnie.