22.11.2021 02:40
Proponowanie podobnego układu pacjentowi nie było moralne. Absolutnie nie było moralne. Wykorzystywał jej ból, wykorzystywał jej desperację, wykorzystywał jej otwartość na nowe doświadczenia, to buńczuczne łaknienie ekstremalnych przeżyć. Był tego świadomy. Absolutnie był tego świadomy. Łamanie tej normy sprawiało mu dziwną przyjemność, dawało nieoczekiwane poczucie władzy. Oto nieugięcie przekraczał kolejna granicę, oto przedkładał swoją misję ponad powszednią moralność. Lubił wyobrażać sobie, że posiadał niezachwiane przekonanie o własnej słuszności. Tak jak Rojst.
Przeżuł kwiat nagietka, splunął nim na kawałek kory. Przeszedł do obmywania posiniaczonego brzucha Tsunami. Łapy trzęsły mu się na tyle mocno, że kępka zmoczonego mchu kilkukrotnie upadła mu na legowisko. Za pierwszym razem ledwo drgnął, za drugim - prychnął z irytacji. Za trzecim razem zaśmiał się nerwowo a jego śmiech prędko przeszedł w szorstkie pokasływanie. To był objaw choroby, która zaczęła rozwijać się w jego organizmie, ale której nie był jeszcze świadomy.
- No dobrze, nie ruszaj się teraz. Jeszcze tylko wetrzeć maść - wymamrotał, nabierając na palce przemielone płatki i szypułki. Ponownie pochylił się nad szylkretką, powoli sięgając ku niej łapą.
I wtedy zakaszlał znowu. Z nerwów, myślał. Odchrząknął i maznął nagietkiem po skórze Tsunami. Później zakaszlał znowu. Kaszlał tak długo, aż łzy napłynęły mu do oczu. Wyprostował się. Chwilę patrzył w ślepia kocicy, kontemplując to, dlaczego czuł się teraz, jakby kontakt z niezbadanym kwiatkiem z łąki miał zabić ją na miejscu. To było bezsensowne. To było idiotyczne.
- Wiesz co? Zaraz przyniosę ci drugi - powiedział enigmatycznie, po czym... wsunął do swojego pyska liść kocimiętki. Ułożył go pod językiem, starając się zachować grunt pod łapami, i poderwał się chwiejnie.
Znajome ciepło rozpełzało się po jego umyśle, gdy on pełzł ku składzikowi znanych ziół. Z głupkowatym uśmiechem na licu pogrzebał weń chwilę, aby wyciągnąć kolejną porcję kociego ziela. Widać było, że wymagało to od niego znaczącego wysiłku. Nie mógł się skupić. Ale przynajmniej nie kaszlał.
Coraz mgliściej pamiętał każdy kolejny swój krok, ale rychło dotarł do leżącej uczennicy. Podał jej niesiony wcześniej listek i usiadł ciężko, wpatrując się w jej brzuch. Później wrócił do smarowania jej sińca tamtą cholerna maścią, i tym razem udało mu się sfinalizować to przedsięwzięcie.
Przeżuł kwiat nagietka, splunął nim na kawałek kory. Przeszedł do obmywania posiniaczonego brzucha Tsunami. Łapy trzęsły mu się na tyle mocno, że kępka zmoczonego mchu kilkukrotnie upadła mu na legowisko. Za pierwszym razem ledwo drgnął, za drugim - prychnął z irytacji. Za trzecim razem zaśmiał się nerwowo a jego śmiech prędko przeszedł w szorstkie pokasływanie. To był objaw choroby, która zaczęła rozwijać się w jego organizmie, ale której nie był jeszcze świadomy.
- No dobrze, nie ruszaj się teraz. Jeszcze tylko wetrzeć maść - wymamrotał, nabierając na palce przemielone płatki i szypułki. Ponownie pochylił się nad szylkretką, powoli sięgając ku niej łapą.
I wtedy zakaszlał znowu. Z nerwów, myślał. Odchrząknął i maznął nagietkiem po skórze Tsunami. Później zakaszlał znowu. Kaszlał tak długo, aż łzy napłynęły mu do oczu. Wyprostował się. Chwilę patrzył w ślepia kocicy, kontemplując to, dlaczego czuł się teraz, jakby kontakt z niezbadanym kwiatkiem z łąki miał zabić ją na miejscu. To było bezsensowne. To było idiotyczne.
- Wiesz co? Zaraz przyniosę ci drugi - powiedział enigmatycznie, po czym... wsunął do swojego pyska liść kocimiętki. Ułożył go pod językiem, starając się zachować grunt pod łapami, i poderwał się chwiejnie.
Znajome ciepło rozpełzało się po jego umyśle, gdy on pełzł ku składzikowi znanych ziół. Z głupkowatym uśmiechem na licu pogrzebał weń chwilę, aby wyciągnąć kolejną porcję kociego ziela. Widać było, że wymagało to od niego znaczącego wysiłku. Nie mógł się skupić. Ale przynajmniej nie kaszlał.
Coraz mgliściej pamiętał każdy kolejny swój krok, ale rychło dotarł do leżącej uczennicy. Podał jej niesiony wcześniej listek i usiadł ciężko, wpatrując się w jej brzuch. Później wrócił do smarowania jej sińca tamtą cholerna maścią, i tym razem udało mu się sfinalizować to przedsięwzięcie.
13
Siła
S
12
Zręczność
Zr
3
Szybkość
Sz
10
Zmysły
Zm
55
Punkty Życia
HP
65
Wytrzymałość
W