#9
  Tego wieczoru zachód słońca miał wyjatkowo intensywne barwy. Wyszła z obozu, żeby upolować coś jeszcze przed nadejściem nocy, ale im dłużej szła, tym bardziej ulegała jakiejś dziwnej chandrze i w końcu zamiast skradać się w poszukiwaniu zwierzyny, zaczęła zwyczajnie włóczyć się po zaśnieżonych polach, przyglądając się znikającym z nich powoli ognistym refleksom. Klanowy stos nie świecił pustkami, łowy mogły poczekać do rana – a zresztą nie miały wyboru, kiedy wszystko uciekało jej spod łap. Nawet na poszukiwanie owadów nie miała ochoty.
  Nie wiedziała, co ją właściwie dopadło. Na pewno miały w tym swój udział zmartwienia Pajęczej Łapy, a może już i samo trenowanie dwójki terminatorów – Słonecznej Łapy nie było co liczyć, kiedy nie przychodziła na treningi – zaczynało obciążać ją za mocno. Głupio się przyznać, szczególnie, kiedy zamierzała dobrowolnie dobrać sobie kolejnego. I zwłaszcza, że przecież lubiła wszystkie te dzieci, i że tłumaczenie materiału szło jej lepiej, niż większość rozmów z kotami, i że... szczerze miała nadzieję, że coś się zmieniło i już tak ciężko nie będzie. A to nadal nie był cały powód, było coś jeszcze, dużo mniejszych rzeczy, z których tylko część umiała nazwać, i wszystkie one mieszały się w coś na podobieństwo śniegowej brei, która próbowała przygnieść ją i zatrzymać w miejscu.
  Słońce zdążyło już dawno zajść całkiem i po czerwieni nie został na niebie ślad. Stwierdziwszy, że skoro i tak nie poluje, mogłaby przynajmniej przyczynić się patrolem, od dłuższego czasu szła granicą wzdłuż Szarych Topoli, prychając, wzdychając i odnotowując przy tym, że w ich pogrążonym w cieniu świecie nie działo się zupełnie nic ciekawego. Wreszcie bliskość Dwóch Wron kazała jej zboczyć z kursu, a wtedy, wiedziona jakimś kaprysem, odeszła nie w głąb własnego terytorium, a za granicę. Ostatnio jakoś coraz częściej ją to kusiło.
  Zmiana otoczenia trochę ją ożywiła. Nawet jeśli była w gruncie rzeczy wyimaginowana – bo szybko stwierdziła, że Grzmiąca Rzeka tuż poza terenami klanów wyglądała dokładnie tak samo, jak w ich obrębie. Zakaz przechodzenia, który ją tam obowiązywał, wydał się nagle śmiesznie błahy, chociaż jednocześnie nie potrafiła go wyrzucić z głowy ot tak i chwilę stała w bezruchu, oczekując czegoś nieokreślonego, zanim powoli zeszła bliżej ośnieżonej tafli.
  Rzeka nie zamarzła całkiem i nurt nadal parł naprzód bliżej przeciwległego brzegu, jednak po jej stronie część pokrywał lód. Ostrożnie postawiła na nim łapę, sprawdzając, czy się nie załamie, po czym na ugiętych nogach podkradła się do jego krawędzi. W gęstniejącym mroku woda wydawała się niemal czarna i gdyby nie ciche popluskiwanie, można by było odnieść wrażenie, że poniżej krańca lodu nie było już niczego.
  Rozejrzała się niespokojnie, po czym schyliła głowę i wpatrzyła się w ciemność, mimowolnie marszcząc brwi.
   – No i co...? – wymamrotała tak cicho, że jej głos zlał się z dźwiękiem rzeki.
  Usilnie starała się myśleć o rybach, które kryły się gdzieś w lodowatej toni, i próbowała tym oderwać się trochę od własnych zmartwień, które wciąż jej nie odpuszczały. Działało tak sobie.
//Sól!!
LVL 6 105 / 500
MedLVL 0 12 / 100
14
Siła
S
13
Zręczność
Zr
11
Szybkość
Sz
13
Zmysły
Zm
80
Punkty Życia
HP
70
Wytrzymałość
W