W porównaniu do Badylarki jako najmłodszej i najsłabszej z miotu... Nagle, nie wiedzieć kiedy, wystrzeliła gwałtownie w górę. Jej łapy się wydłużyły, stając się nieproporcjonalne w porównaniu do drobnej budowy ciała. Szczególnie, że je tyle samo, co wcześniej gdy była malutka, przez co nie dostarcza swojemu ciału tyle jedzenia, ile potrzebuje. Gdyby nie przydługie, lekko zmatowione, rude futro to by prawdopodobnie było widać jej przebijające przez skórę żebra. Ale to nie jedyna zmiana, która zaszła w wyglądzie Badylarki. Jej oczy wybarwiły się z kocięcego błękitu na... Ognisty pomarańcz, co jest prawdopodobnie spadkiem po dziadkach.
Nadal jest strachliwa i boi się świata, ale... Jakby mniej? Nie jest jednak wesołą i beztroską osobą, bardziej... Stała się zdystansowana do tego, co się dzieje. Stara się odciąć od świata, który nadal w jej oczach jest przerażający i patrzeć na siebie jakby z perspektywy czuwającego nad innym kotem ducha. Niby jest w swoim ciele, ale jednocześnie jakby nie była tam obecna. Przez to jej reakcje mogą się wydać z początku przygaszone, musi na nią zadziałać wyjątkowo silny bodziec, żeby ukazała swoje prawdziwe emocje. Bardzo nie lubi wychodzić poza swoją strefę komfortu, boi się nieznanych sytuacji i nie wie, jak wtedy reagować, przez co jeszcze bardziej się stresuje. Wciąż jest dość małomówna, dalej się trochę jąka, jest mało asertywna i nie potrafi głośno powiedzieć swojego zdania, chociaż bardzo szybko się uczy.
Ruda kotka ponownie utknęła w tym samym momencie, co na treningu. Zdołała wyciągnąć rybę na ląd, a ta szamocząc się próbowała dostać się do wody, pewno cierpiąc niewyobrażalne katusze. Przez chwilę... Wbiło ją w ziemię. Patrzyła przerażonym wzrokiem na biedne stworzenie z zaciśniętym pyskiem czując, jak w klatce piersiowej serce powoli zaczyna wiercić dziurę po to, aby wyskoczyć na zewnątrz. Wzięła drżący oddech, podchodząc do ryby i przytrzymując ją łapami z pazurami przy ziemi, by po chwili pochylić się nad nią i uśmiercić. Ze specyficznym posmakiem czuła, jak z brzany uchodzi życie, jak coraz mniej się rusza... By w końcu zupełnie opaść z sił i odejść na drugi świat. Wysoka Łapa podniosła głowę, stając w delikatnym rozkroku i oddychając tak, jakby był to dla niej niebywały wysiłek wpatrywała się w swoją pierwszą ofiarę, nie mogąc uwierzyć w to co zrobiła. Właśnie... Upolowała rybę. To było aż nieprawdopodobne, że coś jej się udało osiągnąć. Udowodniła, że praca Tonącego Słońca nie poszła na marne i że jednak jest przydatna klanowi! Na białym pyszczku pojawił się delikatny uśmiech.
- Ha... Ha... - wyszeptała drżącym głosem, autentycznie ciesząc się ze swojego pierwszego sukcesu. Wzięła rybę w pysk, podchodząc z nią bliżej brzegu, aby jej nikt przypadkiem nie porwał, kładąc ją obok swojego boku, po czym ponownie ustawiła się w pozycji gotowej do łowienia ryb - łapę miała zanurzoną, nieruchomą, z wyciągniętymi pazurami, dodatkowo zadbała o to, aby cień nie był rzucany na powierzchnię wody i... Czekała. Czuła, jak w serduszku powstaje zalążek pewności siebie po udanym łowieniu, co było... Niezwykłe.
Mistrz: Drżący Płomień Płeć: kotka Matka: Paprociowy Kwiat [*] Ojciec: Niegodny tego tytułu Partner: Ayyy....kwiatki?
Zwiewna dorosła... chociaż czy zmieniła się? Raczej nie, a jeśli już, są to zmiany wewnętrzne. Wciąż pozostała tym samym, jednym z najmniejszych kotów w Rzece, jak i nie najmniejszym. Widać, że nigdy nie osiągnie chociaż standardowego wzrostu, a aby spojrzeć komukolwiek w oczy, musi zadrzeć łepek do góry. Brak jej rozbudowanych mięśni, jednak nadrabia to zwinnością i szybkością. Cechuje ją długie i puszyste, buro-białe futerko, poprzecinane klasycznie pręgowanymi łatami na ogonie, grzbiecie, karku a także głowie, gdzie na mordce nachodzi bardziej na prawą stronę. Plamę na grzbiecie i ogonie oddziela natomiast wąski, biały pasek sierści. Posiada też kilka znaczeń na piętach, a także jedną, czarną kropkę na dziąśle, którą widać dopiero przy otworzonym pysku. Nos i poduszki łap również pozostały różowe. Wyraz pyszczka jest delikatny, o subtelnych rysach, na którym zawsze widnieje ciepły uśmiech. Całości dopełniają jeszcze duże, złote ślepia, które przy źrenicy zmieniają kolor na zieleń.
Dorosła fizycznie, ale czy i psychicznie? Ani trochę! Wciąż jest tą samą, wesołą i energiczną Zwiewną jak za czasów kociaka, tyle, że teraz trochę już dojrzała i zrozumiała, że wygłupianie się na środku obozu nie jest niczym dobrym. Ma w sobie mnóstwo wigoru i werwy, a do tego masę ciepła i tony miłości dla wszystkich. Wyuczona za młodości zasad dobrego wychowania, okazuje szacunek wszystkim kotom starszym od niej. Niezwykle pomocna i dobroduszna, a do tego troskliwa. Swoje obowiązki traktuje mimo wszystko dość poważnie i nigdy ich nie zaniedbuje. Pewna siebie optymistka, patrząca na świat przez różowe okulary, którą ciężko wyprowadzić z równowagi. Delikatna dla kociąt i bliskich, uwielbiająca przytulanie i ceniące przestrzeń osobistą innych. Twarda psychicznie, nie poddaje się, nawet w trudnych momentach w swoim życiu. Troszczy się o swoją rodzinę, przyjaciół i najbliższe jej koty, uwielbia również przebywanie w towarzystwie i nie ma absolutnie żadnych problemów z integracją z klanowiczami. Zazwyczaj pierwsza zaczyna rozmowę, zupełnie nie wstydząc się tego, jaka jest i jak się zachowuje. Może trochę impulsywna i lekkomyślna, ale zawsze na pierwszym miejscu stawia dobro klanu.
...– Powinnaś bardziej zwracać uwagę na zapachy – poleciła jej spokojnie. W końcu woń klanów dał się wyczuć, nawet jeśli nie należało się do żadnego z nich. Przynajmniej Zwiewnej tak się wydawało. Może zapach nie był wystarczająco mocny? A może po prostu samotniczka miała problem z nosem, hihi. Wojowniczka mierzyła swoimi dużymi, błyszczącymi ślepiami, jak ruda kotka schodzi z drzewa. Robiła to co prawda powolnie i ogólnie sama w sobie była powolna, ale buro-biała nie zamierzała w żadnym wypadku narzekać. Ważne, że w ogóle chciała współpracować. – Miło mi cię poznać, Ślimaczku –mruknęła, robiąc krok w stronę nieznajomej znajomej. To imię przypomniało jej o Lśniącej Łapie, która również nosiła w młodości imię pochodzące od tego mięczaka. Huh, świetna sprawa. Przez chwilę milczała, jednak doszła do wniosku, że powinna również się przedstawić. – Ja jestem Zwiewny Listek – odparła przyjaźnie, a następnie rzuciła krótkie "chodźmy" i ruszyła w kierunku granicy. Nie spieszyła się za bardzo, bo widziała, że kocica jest jakaś taka wolna i ma wolne ruchy.
Tęcza, teraz już Pręgowana Łapa, osiągnęła średni wzrost. Przez małą ilość ruchu i dużą ilość jedzenia i spania, czyli jej ulubionych czynności, nie była w stanie zachować szczupłej sylwetki - i zbytnio jej to nie obchodziło. Nie jest otyła, jednakże większość jej ciała otacza warstwa tłuszczu schowana pod krótką, burą sierścią, na której malują się czarne, klasyczne pręgi. Lewy policzek szpecą szramy po pazurach Kasztan, kotki, która zaatakowała ją podczas ceremonii, gdy Tęcza była jeszcze kociakiem. Podobnie jak i blizny, od tego czasu nie zmieniły się również jej oczy, o szaroniebieskiej barwie. Z wiekiem przednie łapy kotki zaczęły wykrzywiać się na boki.
...nie znormalniała. Nadal mówi dziwaczną składnią, a w rozmowach kieruje się zasadami, które, choć wzięły się z nikąd, są przez nią skrupulatnie przestrzegane - nie zaczyna rozmów pierwsza, nie zmienia tematu konwersacji. Wszystko pojmuje w sposób dosłowny, w swoich wypowiedziach stara się używać jak najmniejszej ilości słów, aby nie marnować energii. Całe jej życie jest podporządkowane oszczędzaniu sił witalnych i uzupełnianiu ich poprzez jedzenie i spanie. Jest bezwzględnie posłuszna kodeksowi, który rozumie w sposób dosłowny, jak również i lojalna, na swój sposób, Czerwonemu Makowi; zdolna do odczuwania emocji takich jak niepokój albo niezadowolenie, jednakże w jej odczuciu przykrywa ją gęsta mgła, która nie pozwala im wydostać się na zewnątrz - jej głos jak i ciało pozbawione są jakichkolwiek śladów emocji, nie jest zdolna do stosowania intonacji i gestkulacji. Ponadto, wewnątrz umysłu ciągle słyszy dźwięk toczących się kasztanów, przez co nie jest w stanie się skupić.
Nic nie znalazła? W sumie zbytnio się tym nie przejęła. Przyszła tu po to, żeby oberwać, a nie aby coś złapać. Nie chciała zwierzyny, chciała czegoś, co przywali jej prosto w pysk i zostawi jej szramy na połowie ciała. Na połowie, ponieważ chciała się pobawić w rekonwalescencję, podczas której zamierzała leżeć. Gdyby była poobdzierana z każdej strony, jaka jest możliwa, to raczej nie byłoby łatwe... choć i tak zapewne ten ból zbytnio by jej nie dokuczał. To kwestia jedynie tego, że musiałaby wysłuchiwać od medyka, że niszczy opatrunki, a... nie miała na to ochoty. Wolała leżeć gdzieś zaszyta pośród absolutnej ciszy.
Tylko że... ta cisza nie istniała. Dopiero teraz pojęła, że wokół panuje więcej dźwięków niż te, które towarzyszyły obijaniu się grupy kasztanów turlających się po jej własnej głowie. Jakaś pogadanka, czy coś takiego. Z początku miała to zignorować, jednakże potem przypomniała sobie wszystkie te słowa w kodeksie, które mówiły o przeganianiu. Trzeba było przeganiać z terenów klanu. Wszystkich zamierzała wygonić dopiero jak będzie miała jakieś tam przywileje, ale jeśli był tu ktoś obcy, zwłaszcza, że czuła jego zapach... to powinna chyba zacząć już teraz.
Kiedy dostrzegła, że o b c a rozmawia sobie w najlepsze z jej siostrą, spacerując, poczuła gdzieś w środku zatrzęsienie złości, która jednak była przykryta tak grubym kobiercem mgły, że nie była w stanie wpłynąć na jej ciało ani - zbytnio - na jej psychikę. Mimo tego podeszła niespiesznie do obu kotek, po czym wysunęła pazury i spróbowała wbić obie łapy w grzbiet intruza, przesuwając po nim pazurami, aby zadać jej rany. Jeśli tamta zobaczy, że nie jest tu bezpiecznie, to na pewno sobie pójdzie i w ten właśnie sposób bura ją przegoni.
Hisblood, you see, into the boards it drained, And to change 'emhad I.
But a Chicken-Duck-Woman thingall we got, For us, waiting.
Atak Tęczy:
Atak słaby! [50%] Unik Ślimaczek:
Unik udany! [100%] Ostateczny Atak Tęczy:
50% - 100% = Atak nieudany! [0%]
- Ładne imię, choć trochę nietypowe. - Odpowiedziała ruda po jakiejś dłużej chwili, a potem ruszyła za Wojowniczką w stronę granicy, która chyba była kilka kroków stąd. Szkoda tylko iż nie udało im się daleko zawędrować, faktem było iż szły dość wolno, przez co Pręgowana Łapa miała czas na podejście do kotek. Wszystko byłoby pięknie, ale Tęcza zdradziła siebie przez nie uważanie na żadne zasady. Dlatego też Ślimaczek szybko wychwyciła obcą woń, a kiedy tylko ujrzała skaczącą w jej stronę kotkę, spróbowała zrobić..unik? Cóż, coś takiego. Jak widać ruda jednak nie była taka wolna jakby się wydawało, jeśli chodzi o jej życie to nagle przyśpiesza. Szybko skoczyła w bok, a że akurat tam miała drzewo, to czepiła się go pazurami i zaczęła wspinać się jak najwyżej umiała, czyli jakoś do połowy drzewa, może trochę niżej, potem tylko usiadła na gałęzi, mocno jej czepiając się. Natomiast właśnie terminatora przez ten unik nie wycelowała w samotniczkę i najzwyczajniej w świecie uderzyła łapami w piach. - A ja Ci zaufałam Zwiewny Listku. To była zwykła pułapka...mogłam się domyśleć. - Miauknęła w stronę kotki, oczywiście po jakimś czasie, bo Ślimaczek mimo wszystko wolno mówiła.
Szczęście Wysokiej Łapy nie kończyło się jak widać. Znów w tafli wody mogła ujrzeć jakiś cień. Czyżby nadpływała jakaś rybka? A jakby inaczej. Po niedługiej chwili kształt rybki zaczynał nabierać kształtów i to nawet znajomych. Gdyby Wysoka Łapa mocniej przyjrzała się, to zobaczyłaby iż to jest lin. Tak, dokładnie ta sama rybka co wcześniej jej uciekła. Kto wie, może to ta sama? Może jednak stwierdziła iż nie ma zagrożenia, a ten przedmiot w wodzie wyglądał ciekawie. Co prawda jeszcze nie podpłynęła bardzo blisko łapy kotki, ale już była niedaleka. Pytanie tylko czy Wysoka utrzyma wszystkie zasady, tak by zwierzę podpłynęło bliżej.
Mistrz: Drżący Płomień Płeć: kotka Matka: Paprociowy Kwiat [*] Ojciec: Niegodny tego tytułu Partner: Ayyy....kwiatki?
Zwiewna dorosła... chociaż czy zmieniła się? Raczej nie, a jeśli już, są to zmiany wewnętrzne. Wciąż pozostała tym samym, jednym z najmniejszych kotów w Rzece, jak i nie najmniejszym. Widać, że nigdy nie osiągnie chociaż standardowego wzrostu, a aby spojrzeć komukolwiek w oczy, musi zadrzeć łepek do góry. Brak jej rozbudowanych mięśni, jednak nadrabia to zwinnością i szybkością. Cechuje ją długie i puszyste, buro-białe futerko, poprzecinane klasycznie pręgowanymi łatami na ogonie, grzbiecie, karku a także głowie, gdzie na mordce nachodzi bardziej na prawą stronę. Plamę na grzbiecie i ogonie oddziela natomiast wąski, biały pasek sierści. Posiada też kilka znaczeń na piętach, a także jedną, czarną kropkę na dziąśle, którą widać dopiero przy otworzonym pysku. Nos i poduszki łap również pozostały różowe. Wyraz pyszczka jest delikatny, o subtelnych rysach, na którym zawsze widnieje ciepły uśmiech. Całości dopełniają jeszcze duże, złote ślepia, które przy źrenicy zmieniają kolor na zieleń.
Dorosła fizycznie, ale czy i psychicznie? Ani trochę! Wciąż jest tą samą, wesołą i energiczną Zwiewną jak za czasów kociaka, tyle, że teraz trochę już dojrzała i zrozumiała, że wygłupianie się na środku obozu nie jest niczym dobrym. Ma w sobie mnóstwo wigoru i werwy, a do tego masę ciepła i tony miłości dla wszystkich. Wyuczona za młodości zasad dobrego wychowania, okazuje szacunek wszystkim kotom starszym od niej. Niezwykle pomocna i dobroduszna, a do tego troskliwa. Swoje obowiązki traktuje mimo wszystko dość poważnie i nigdy ich nie zaniedbuje. Pewna siebie optymistka, patrząca na świat przez różowe okulary, którą ciężko wyprowadzić z równowagi. Delikatna dla kociąt i bliskich, uwielbiająca przytulanie i ceniące przestrzeń osobistą innych. Twarda psychicznie, nie poddaje się, nawet w trudnych momentach w swoim życiu. Troszczy się o swoją rodzinę, przyjaciół i najbliższe jej koty, uwielbia również przebywanie w towarzystwie i nie ma absolutnie żadnych problemów z integracją z klanowiczami. Zazwyczaj pierwsza zaczyna rozmowę, zupełnie nie wstydząc się tego, jaka jest i jak się zachowuje. Może trochę impulsywna i lekkomyślna, ale zawsze na pierwszym miejscu stawia dobro klanu.
...Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Nie mogła przewidzieć, że zaraz zjawi się terminatorka Czerwonego Maku i jak jakaś bohaterka zacznie przepędzać z terenów Klanu Rzeki wszelkie nieproszone osoby. Nie zdążyła niestety zasłonić Ślimaczek przed uderzeniem ani po prostu odepchnąć siostry, za co skarciła się w duchu. ...– TĘCZA! – krzyknęła w jej kierunku podniesionym tonem, odsłaniając białe, błyszczące kły – NATYCHMIAST PRZESTAŃ – ryknęła w jej kierunku, stając między burą siostrą, a rudą samotniczką. Odwróciła głowę w kierunku nowo poznanej kocicy, spoglądając na nią łagodnie. – N-Nie! To nie moja wina, przysięgam! Nie wiedziałam, że ktoś tu przyjdzie! – wytłumaczyła prędko. – Idź, Ślimaczku, już! – popędziła ją. Na szczęście były już w miarę blisko granicy, więc kotka na pewno zdąży się stąd oddalić, zanim jej głupia siostra zdecyduje się na cokolwiek. Zmierzyła Pręgowaną Łapę wściekłym wzrokiem, bijąc zjeżonym ogonem o ziemię. Krew zabulgotała w jej żyłach, położyła uszy nisko, przyciskając je ciasno do czaszki. ...– Co ty sobie myślałaś?! – burknęła, robiąc krok w kierunku niej. Jeszcze nigdy nikt aż tak jej nie wyprowadził z równowagi. Zachowanie Tęczy było karygodne i bynajmniej tak lekkomyślne, że gdyby spotkała jakiegoś napakowanego mięśniaka, zabiłby ją szybciej i nie zdążyłaby nawet pisnąć słówkiem o pomoc. – ZAWSZE najlepiej jest najpierw rozmówić się z samotnikiem i załatwić sprawę polubownie – odparła zimno. Czego ta Czerwony Mak uczyła swoją terminatorkę? Tego, aby zawsze rzucać się na każdego nieznajomego? Głupie i nierozsądne zachowanie. – Jeśli zaatakowałabyś kogoś silniejszego od siebie, to złoiłby ci zad i przerobiłby cię na MYSI WIÓR – warknęła, marszcząc pysk. ...– Wracaj do polowania, albo do obozu, NATYCHMIAST – syknęła, odwracając się na pięcie i powracając do szukania zwierzyny. Nie patrzyła nawet na siostrę, nie obdarzyła jej wzrokiem. Była na nią po prostu zła. Głupia. Nierozważna. Szczerze miała pod ogonem to, co zrobi. Mogła wrócić do obozu, mogła kontynuować łowy, proszę bardzo. Po raz pierwszy tak naprawdę wściekła się na kogokolwiek w takim stopniu, aby na kogokolwiek krzyknąć. Oddychała wciąż szybko, ale próbowała się uspokoić za wszelką cenę. Ułożyła ogon na równej linii z grzbietem i ruszyła naprzód na ugiętych łapach w taki sposób, aby wiatr wiał w jej pyszczek.
Tęcza, teraz już Pręgowana Łapa, osiągnęła średni wzrost. Przez małą ilość ruchu i dużą ilość jedzenia i spania, czyli jej ulubionych czynności, nie była w stanie zachować szczupłej sylwetki - i zbytnio jej to nie obchodziło. Nie jest otyła, jednakże większość jej ciała otacza warstwa tłuszczu schowana pod krótką, burą sierścią, na której malują się czarne, klasyczne pręgi. Lewy policzek szpecą szramy po pazurach Kasztan, kotki, która zaatakowała ją podczas ceremonii, gdy Tęcza była jeszcze kociakiem. Podobnie jak i blizny, od tego czasu nie zmieniły się również jej oczy, o szaroniebieskiej barwie. Z wiekiem przednie łapy kotki zaczęły wykrzywiać się na boki.
...nie znormalniała. Nadal mówi dziwaczną składnią, a w rozmowach kieruje się zasadami, które, choć wzięły się z nikąd, są przez nią skrupulatnie przestrzegane - nie zaczyna rozmów pierwsza, nie zmienia tematu konwersacji. Wszystko pojmuje w sposób dosłowny, w swoich wypowiedziach stara się używać jak najmniejszej ilości słów, aby nie marnować energii. Całe jej życie jest podporządkowane oszczędzaniu sił witalnych i uzupełnianiu ich poprzez jedzenie i spanie. Jest bezwzględnie posłuszna kodeksowi, który rozumie w sposób dosłowny, jak również i lojalna, na swój sposób, Czerwonemu Makowi; zdolna do odczuwania emocji takich jak niepokój albo niezadowolenie, jednakże w jej odczuciu przykrywa ją gęsta mgła, która nie pozwala im wydostać się na zewnątrz - jej głos jak i ciało pozbawione są jakichkolwiek śladów emocji, nie jest zdolna do stosowania intonacji i gestkulacji. Ponadto, wewnątrz umysłu ciągle słyszy dźwięk toczących się kasztanów, przez co nie jest w stanie się skupić.
Zdąży się oddalić? Przecież Ślimaczek... siedziała na drzewie. Mogła robić, co chciała, ale na ucieczkę nie miała zbytnio szans, przynajmniej dopóki nie opuści bezpiecznych gałęzi. A bura nie zamierzała sobie nigdzie iść. O, nie, nie, nie ma mowy. Siądzie sobie pod drzewem i poczeka, aż tamta zlezie. Dzięki temu z jednej strony niby będzie wykonywać swoje obowiązki, a z drugiej będzie się mogła tu po prostu zdrzemnąć, udając, że je wykonuje. A jak tamta zlezie, bo kiedyś będzie musiała to zrobić, to zostanie oficjalnie przegoniona z terenów klanu i bura będzie mogła otrzymać order z ziemniaka. - Przestać, nie przestanę - odpowiedziała swoim zwyczajowo martwym głosem, z niewyuczoną obojętnością spoglądając na swoją siostrę, która najwyraźniej ewidentnie łamała kodeks. Kodeks kazał przeganiać z terenów klanu, a nie bronić intruzów. I jeśli tamta chciała bronić intruza, to mogła być pewna, że serdeczna siostra na nią nakabluje - do swojej mistrzyni chociażby. I wtedy rzeczniaczka zaśpiewa zupełnie inaczej, jak niebieska chociażby złamie jej łapę. - Przeganianie samotników, kodeks nakazuje - poinformowała wojowniczkę jak najbardziej obojętnym tonem. Można było mieć wrażenie, że obojętne było jej, co tamta odpowie bądź też zrobi. - Nie przeganiając, kodeks łamiesz, czy silniejszy jest, czy nie - to były już jedne z ostatnich słów Tęczy, która miała dość tego chodzenia popatrzyła przez chwilę na odchodzącą siostrę tylko i wyłącznie po to, żeby usiąść pod drzewem i poczekać, aż tamta z niego zejdzie. A potem ją przegonić. Niekoniecznie w nią trafiając, bo za pierwszym razem ewidentnie jej to nie wyszło i nawet nie starała się, żeby tak było, ale cóż, poudawać zawsze mogła. Dla świętego spokoju trzeba było zrobić wszystko, o ile nie było to zbyt męczące.
Hisblood, you see, into the boards it drained, And to change 'emhad I.
But a Chicken-Duck-Woman thingall we got, For us, waiting.
W porównaniu do Badylarki jako najmłodszej i najsłabszej z miotu... Nagle, nie wiedzieć kiedy, wystrzeliła gwałtownie w górę. Jej łapy się wydłużyły, stając się nieproporcjonalne w porównaniu do drobnej budowy ciała. Szczególnie, że je tyle samo, co wcześniej gdy była malutka, przez co nie dostarcza swojemu ciału tyle jedzenia, ile potrzebuje. Gdyby nie przydługie, lekko zmatowione, rude futro to by prawdopodobnie było widać jej przebijające przez skórę żebra. Ale to nie jedyna zmiana, która zaszła w wyglądzie Badylarki. Jej oczy wybarwiły się z kocięcego błękitu na... Ognisty pomarańcz, co jest prawdopodobnie spadkiem po dziadkach.
Nadal jest strachliwa i boi się świata, ale... Jakby mniej? Nie jest jednak wesołą i beztroską osobą, bardziej... Stała się zdystansowana do tego, co się dzieje. Stara się odciąć od świata, który nadal w jej oczach jest przerażający i patrzeć na siebie jakby z perspektywy czuwającego nad innym kotem ducha. Niby jest w swoim ciele, ale jednocześnie jakby nie była tam obecna. Przez to jej reakcje mogą się wydać z początku przygaszone, musi na nią zadziałać wyjątkowo silny bodziec, żeby ukazała swoje prawdziwe emocje. Bardzo nie lubi wychodzić poza swoją strefę komfortu, boi się nieznanych sytuacji i nie wie, jak wtedy reagować, przez co jeszcze bardziej się stresuje. Wciąż jest dość małomówna, dalej się trochę jąka, jest mało asertywna i nie potrafi głośno powiedzieć swojego zdania, chociaż bardzo szybko się uczy.
Widziała uważnie rybę, która przemykała się niczym cień polującego drapieżnika w zaroślach. Wypuściła powoli oddech dbając o to, aby nie chuchnąć na taflę wody i nie zburzyć idealnej równowagi, jaką jej łapa osiągnęła z wodnym zbiornikiem. Czekała cierpliwie, aż... Bardzo podobna do tej pierwszej ryba podpłynie bliżej, w pełni skupiona na ostrożnych ruchach lina. Szczęście dzisiaj sprzyjało terminatorce, bo miała teraz okazję złapać nie jedną... A dwie ryby! To byłby duży sukces jak na nikłe umiejętności, które zdążyła posiąść w ciągu całego swojego życia. Pilnowała tego, żeby łapa nie drgnęła ani na milimetr, a wątłe ciało aby nie rzucało cienia na wodzie. W sumie... Jakby na to spojrzeć inaczej... To była też całkiem miła zabawa. Siedzisz, możesz trochę pomyśleć zanim cokolwiek do ciebie podpłynie, wokoło szumią drzewa i trawy targane przez wiatr... Prócz momentu wyciągania ofiary z wody i wyciągania z niej życia to było to łowienie całkiem przyjemne. Czekała cierpliwie, aż rybka podpłynie bliżej, by w momencie, kiedy była już w wystarczającej odległości od palców uczennicy Omszałego Kamyka, uderzyć ją łapą z wyciągniętymi pazurami w nadziei, że zaczepi o łuski i będzie mogła wyciągnąć ją na ląd. Kiedy poczuła, że jej łapa choćby muska ciało żywej jeszcze istoty, zacisnęła oczy i starała się zrobić wszystkie potrzebne kroki na ślepo.
Samotniczka całej tej sytuacji nie rozumiała i tylko mocno trzymała się gałęzi, tak by nie spaść. Mocno chciała już opuścić te tereny no ale nie mogła przez pewnego kotka, który postanowił udawać jakiegoś lwa i pilnować tego drzewa. Ruda przełknęła ślinę ze stresu, a kiedy zauważyła iż Zwiewna zaczyna się oddalać serce mocniej jej zabiło, a sama wbiła mocniej pazury w gałązkę. - Zwiewny Listku...? Pomocy...ktokolwiek? - Miauknęła żałośnie, oczywiście po jakimś czasie. Cicho miała nadzieję iż wojowniczka to usłyszała i może jakoś jej pomoże. Bo jak widać sama nie miała za bardzo co zrobić. Oczy Ślimaczek trochę zaszkliły się jak patrzyła na oddalającą się pomoc. Westchnęła cicho i w końcu spojrzała się na dół, a dokładniej to na kotkę czatującą przy drzewie. - Ja...Ja nie chce walczyć, chce opuścić tylko wasze tereny. P-proszę. - Miauknęła do Tęczy trochę drżącym głosem.
Zwiewna jak widać postanowiła oddalić się i zostawić całą tą sytuację w łapach Tęczy. Czy to dobry wybór? Kto to wie, na pewno teraz w powietrzu kotka mogła wyczuć...nic. Ani zwierzyny, ani przeciwnika, była pustka. A jedyne co mogła usłyszeć to właśnie w oddali Ślimaczek, która coś mówiła oraz szum traw na wietrze. Czyli Zwiewna po prostu natrafiła na nic. Kto wie czy to nie przez tą chwilową walkę wszystko się pochowało.
Wysoka na szczęście i tym razem pilnowała wszystkich zasad. Trwała nieruchoma, a cień na szczęście nie padał na wodę, przez co ryba nie miała bladego pojęcia iż na górze czai się jakiś przeciwnik. Podpłynęła trochę zaciekawiona tym obiektem, a potem zaczęła lekko go gryźć. Wtedy właśnie terminatorka zadziałała, szybko udało jej się chwycić rybę i wbić w nią swoje szpony. Co prawda lin chwilę szarpał się, ale córce Paprociowego Kwiatu udało się wyciągnąć zwierzę na brzeg. Teraz tylko pozostaje ją zabić, bo rybka z całych swoich sił miotała się i próbowała dotrzeć do wody.
Mistrz: Drżący Płomień Płeć: kotka Matka: Paprociowy Kwiat [*] Ojciec: Niegodny tego tytułu Partner: Ayyy....kwiatki?
Zwiewna dorosła... chociaż czy zmieniła się? Raczej nie, a jeśli już, są to zmiany wewnętrzne. Wciąż pozostała tym samym, jednym z najmniejszych kotów w Rzece, jak i nie najmniejszym. Widać, że nigdy nie osiągnie chociaż standardowego wzrostu, a aby spojrzeć komukolwiek w oczy, musi zadrzeć łepek do góry. Brak jej rozbudowanych mięśni, jednak nadrabia to zwinnością i szybkością. Cechuje ją długie i puszyste, buro-białe futerko, poprzecinane klasycznie pręgowanymi łatami na ogonie, grzbiecie, karku a także głowie, gdzie na mordce nachodzi bardziej na prawą stronę. Plamę na grzbiecie i ogonie oddziela natomiast wąski, biały pasek sierści. Posiada też kilka znaczeń na piętach, a także jedną, czarną kropkę na dziąśle, którą widać dopiero przy otworzonym pysku. Nos i poduszki łap również pozostały różowe. Wyraz pyszczka jest delikatny, o subtelnych rysach, na którym zawsze widnieje ciepły uśmiech. Całości dopełniają jeszcze duże, złote ślepia, które przy źrenicy zmieniają kolor na zieleń.
Dorosła fizycznie, ale czy i psychicznie? Ani trochę! Wciąż jest tą samą, wesołą i energiczną Zwiewną jak za czasów kociaka, tyle, że teraz trochę już dojrzała i zrozumiała, że wygłupianie się na środku obozu nie jest niczym dobrym. Ma w sobie mnóstwo wigoru i werwy, a do tego masę ciepła i tony miłości dla wszystkich. Wyuczona za młodości zasad dobrego wychowania, okazuje szacunek wszystkim kotom starszym od niej. Niezwykle pomocna i dobroduszna, a do tego troskliwa. Swoje obowiązki traktuje mimo wszystko dość poważnie i nigdy ich nie zaniedbuje. Pewna siebie optymistka, patrząca na świat przez różowe okulary, którą ciężko wyprowadzić z równowagi. Delikatna dla kociąt i bliskich, uwielbiająca przytulanie i ceniące przestrzeń osobistą innych. Twarda psychicznie, nie poddaje się, nawet w trudnych momentach w swoim życiu. Troszczy się o swoją rodzinę, przyjaciół i najbliższe jej koty, uwielbia również przebywanie w towarzystwie i nie ma absolutnie żadnych problemów z integracją z klanowiczami. Zazwyczaj pierwsza zaczyna rozmowę, zupełnie nie wstydząc się tego, jaka jest i jak się zachowuje. Może trochę impulsywna i lekkomyślna, ale zawsze na pierwszym miejscu stawia dobro klanu.
...Odwróciła głowę w kierunku, z którego usłyszała głos. Słuch miała dobry, a nie oddaliła się aż tak od drzewa, aby nie móc do niego powrócić wystarczająco szybko. Westchnęła dodatkowo, stwierdzając, że nie znalazła nic ciekawego. Serce zabiło jej jeszcze szybciej, kiedy zobaczyła, że Tęcza czatuje sobie i czeka aż Ślimaczek zejdzie z drzewa, aby się na nią rzucić. Co. Za. Durna. Kupa. Futra. Już miała działać, interweniować, ale... powstrzymała się. Na szczęście, słysząc jej słowa, odetchnęła z ulgą. Może siostra nie była aż tak głupia jak Zwiewna sądziła. Spojrzała jeszcze raz na Ślimaczek, pocieszającym wzrokiem, który mówił "nie bój się, możesz już zejść bezpiecznie i odejść". Uśmiechnęła się do samotniczki, aby jeszcze bardziej podnieść ją na duchu. Czekała aż ta odejdzie. Kiedy zniknęła jej z oczu (o ile zniknęła), odwróciłaby się na pięcie i odeszła w poszukiwaniu zwierzyny. Ugięła łapy, ustawiła się pod wiatr, wyciszyła i uspokoiła oddech co niestety nadeszło z niejakim trudem, a następnie... ruszyła.
W porównaniu do Badylarki jako najmłodszej i najsłabszej z miotu... Nagle, nie wiedzieć kiedy, wystrzeliła gwałtownie w górę. Jej łapy się wydłużyły, stając się nieproporcjonalne w porównaniu do drobnej budowy ciała. Szczególnie, że je tyle samo, co wcześniej gdy była malutka, przez co nie dostarcza swojemu ciału tyle jedzenia, ile potrzebuje. Gdyby nie przydługie, lekko zmatowione, rude futro to by prawdopodobnie było widać jej przebijające przez skórę żebra. Ale to nie jedyna zmiana, która zaszła w wyglądzie Badylarki. Jej oczy wybarwiły się z kocięcego błękitu na... Ognisty pomarańcz, co jest prawdopodobnie spadkiem po dziadkach.
Nadal jest strachliwa i boi się świata, ale... Jakby mniej? Nie jest jednak wesołą i beztroską osobą, bardziej... Stała się zdystansowana do tego, co się dzieje. Stara się odciąć od świata, który nadal w jej oczach jest przerażający i patrzeć na siebie jakby z perspektywy czuwającego nad innym kotem ducha. Niby jest w swoim ciele, ale jednocześnie jakby nie była tam obecna. Przez to jej reakcje mogą się wydać z początku przygaszone, musi na nią zadziałać wyjątkowo silny bodziec, żeby ukazała swoje prawdziwe emocje. Bardzo nie lubi wychodzić poza swoją strefę komfortu, boi się nieznanych sytuacji i nie wie, jak wtedy reagować, przez co jeszcze bardziej się stresuje. Wciąż jest dość małomówna, dalej się trochę jąka, jest mało asertywna i nie potrafi głośno powiedzieć swojego zdania, chociaż bardzo szybko się uczy.
I... Ponownie sukces! Jeszcze tylko ostatnia, najtrudniejsza rzecz... Uśmiercenie miotającej się ryby. Podbiegła do lina, który praktycznie był już niemal w wodzie, po czym przygwoździła go do ziemi łapami z wyciągniętymi pazurami i szybkim ruchem pyska zaciskającego się... Na części, gdzie powinna być szyja ryby i skończyła błyskawicznie jej męczarnie na terenie, który zdecydowanie nie był jej środowiskiem. Wzięła martwą ofiarę w pysk, zastanawiając się chwilę, co z nią zrobić... Ale w sumie nie miała innego pomysłu, niż położenie wodnego stworzenia obok drugiego, który upolowała wcześniej. Oddaliła głowę, patrząc z góry na dwie rybki, a na jej pysku pojawił się nieśmiały, delikatny uśmiech. Coś jej wychodzi! Chciałaby, aby każde łowienie kończyło się tym, że by przynosiła chociaż jedną ofiarę do obozu... Ale się wszyscy rzeczniacy zdziwią! Zadowolona ponownie przycupnęła na brzegu, zanurzając łapę w wodzie i dbając o to, aby cień nie był rzucany na taflę. I tak czekała na to, aż kolejna rybka się zainteresuje białą, nieruchomą kończyną w wodzie.
Tęcza, teraz już Pręgowana Łapa, osiągnęła średni wzrost. Przez małą ilość ruchu i dużą ilość jedzenia i spania, czyli jej ulubionych czynności, nie była w stanie zachować szczupłej sylwetki - i zbytnio jej to nie obchodziło. Nie jest otyła, jednakże większość jej ciała otacza warstwa tłuszczu schowana pod krótką, burą sierścią, na której malują się czarne, klasyczne pręgi. Lewy policzek szpecą szramy po pazurach Kasztan, kotki, która zaatakowała ją podczas ceremonii, gdy Tęcza była jeszcze kociakiem. Podobnie jak i blizny, od tego czasu nie zmieniły się również jej oczy, o szaroniebieskiej barwie. Z wiekiem przednie łapy kotki zaczęły wykrzywiać się na boki.
...nie znormalniała. Nadal mówi dziwaczną składnią, a w rozmowach kieruje się zasadami, które, choć wzięły się z nikąd, są przez nią skrupulatnie przestrzegane - nie zaczyna rozmów pierwsza, nie zmienia tematu konwersacji. Wszystko pojmuje w sposób dosłowny, w swoich wypowiedziach stara się używać jak najmniejszej ilości słów, aby nie marnować energii. Całe jej życie jest podporządkowane oszczędzaniu sił witalnych i uzupełnianiu ich poprzez jedzenie i spanie. Jest bezwzględnie posłuszna kodeksowi, który rozumie w sposób dosłowny, jak również i lojalna, na swój sposób, Czerwonemu Makowi; zdolna do odczuwania emocji takich jak niepokój albo niezadowolenie, jednakże w jej odczuciu przykrywa ją gęsta mgła, która nie pozwala im wydostać się na zewnątrz - jej głos jak i ciało pozbawione są jakichkolwiek śladów emocji, nie jest zdolna do stosowania intonacji i gestkulacji. Ponadto, wewnątrz umysłu ciągle słyszy dźwięk toczących się kasztanów, przez co nie jest w stanie się skupić.
Patrzyła tępo w pień drzewa, bo podniesienie głowy w górę i utrzymanie takiej jej pozycji z pewnością byłoby rzeczą męczącą. Nie, lepiej było siedzieć dalej, kilka centymetrów od pnia, wgapiać się w martwą fakturę kory i nie przejmować się otoczeniem w oczekiwaniu na to, aż obca kotka zeskoczy z drzewa. Bo... to się jej teraz najbardziej opłacało. Siedzenie. - Opuszczaj biegiem szybko - powiedziała, kładąc się pod drzewem. Z takiego położenia nie dałaby raczej rady atakować albo unikać, ale musiała się upewnić, że tamta sobie pójdzie. I zamierzała to zrobić. Na leżąco. Bo przecież cokolwiek więcej byłoby tylko marnotrawieniem energii, a na to nie mogła sobie pozwolić. - Jeśli wolno to uczynisz albo na drzewie zostaniesz, ogon ci wyjmę - bo "urwę" ani "wyrwę" nie wchodziło przecież w grę.
I tak oto położyła głowę na trawę, leżąc w swego rodzaju dobrowolnym odrętwieniu i jedynie patrząc na ziemię przed sobą, aby upewnić się, że tamta sobie poszła.
Hisblood, you see, into the boards it drained, And to change 'emhad I.
But a Chicken-Duck-Woman thingall we got, For us, waiting.
Samotniczka nieco odetchnęła gdy tylko usłyszała pierwsze słowa Tęczy. Dosłownie jakby spadł jej kamień z serca. Jeszcze spojrzenie Zwiewniej nieco ją podniosło na duchu, lekko do niej się uśmiechnęła na dosłownie uderzenie sera, a potem spojrzała w dół, nie chciała tracić czasu. Co prawda był jeden problem, bo Ślimaczek nie lubiła się śpieszyć, zwyczajnie jej się nie chciało, lecz cóż, tu wyboru jakiegoś zbytnio nie miała. Życie dla niej było nieco ważniejsze. Dlatego kiwnęła szybko głową w odpowiedzi, na znak iż rozumie, a następnie jak najszybciej potrafiła czepiła się pazurami pnia drzewa i zeszła. Jak już jej łapy stanęły na ziemi, to szybko ruszyła w stronę granicę, ale tak czy siak w jej oczach można było dostrzec łzy. Chyba nie za bardzo spodobało jej się to spotkanie. No ale przynajmniej Tęcza zrobiła to co chciała, przegoniła samotniczkę.
A tym czasem Zwiewna już odeszła i jak widać nie miała zamiaru tracić czasu, tylko dalej polować. Na jej szczęście po niedługim czasie w powietrzu mogła wyczuć jakąś woń zwierzyny. Choć jednak mogła wydać się jej trochę dziwna, tak jakby też pachniało przeciwnikiem. Lecz te zapachy były podobne, więc nie była w stanie stwierdzić co to. Aż właśnie do momentu w którym w końcu to coś się ujawniło. Najpierw zza krzakami, oddalonymi o kilka lisich długości, mogła zobaczyć jakiś ruch, a jakby bardziej się przyjrzała, to ujrzałaby tam szare stworzonko. Dokładnie tak, był to szczur, a na szczęście był samotny, więc raczej większego zagrożenia nie powinien sprawiać. Póki co nie zauważył Wojowniczki i jak widać był zajęty swoimi sprawami.
Niestety tym razem Wysokiej nie dopisywało szczęście, wiadomo iż wszystko co dobre kiedyś się kończy. Choć kto wie, jeszcze jakąś szanse ma na złowienie kolejnej zwierzyny. Ale w gruncie rzeczy - w tafli wody nie mogła ujrzeć żadnego ruchu, cienia rybki, ani przeciwnika, nic. Jedynie gdzieś w oddali było słychać jakiś szum drzew, a tak to na razie nie zapowiadało się by ten stan się zmienił.
Mistrz: Drżący Płomień Płeć: kotka Matka: Paprociowy Kwiat [*] Ojciec: Niegodny tego tytułu Partner: Ayyy....kwiatki?
Zwiewna dorosła... chociaż czy zmieniła się? Raczej nie, a jeśli już, są to zmiany wewnętrzne. Wciąż pozostała tym samym, jednym z najmniejszych kotów w Rzece, jak i nie najmniejszym. Widać, że nigdy nie osiągnie chociaż standardowego wzrostu, a aby spojrzeć komukolwiek w oczy, musi zadrzeć łepek do góry. Brak jej rozbudowanych mięśni, jednak nadrabia to zwinnością i szybkością. Cechuje ją długie i puszyste, buro-białe futerko, poprzecinane klasycznie pręgowanymi łatami na ogonie, grzbiecie, karku a także głowie, gdzie na mordce nachodzi bardziej na prawą stronę. Plamę na grzbiecie i ogonie oddziela natomiast wąski, biały pasek sierści. Posiada też kilka znaczeń na piętach, a także jedną, czarną kropkę na dziąśle, którą widać dopiero przy otworzonym pysku. Nos i poduszki łap również pozostały różowe. Wyraz pyszczka jest delikatny, o subtelnych rysach, na którym zawsze widnieje ciepły uśmiech. Całości dopełniają jeszcze duże, złote ślepia, które przy źrenicy zmieniają kolor na zieleń.
Dorosła fizycznie, ale czy i psychicznie? Ani trochę! Wciąż jest tą samą, wesołą i energiczną Zwiewną jak za czasów kociaka, tyle, że teraz trochę już dojrzała i zrozumiała, że wygłupianie się na środku obozu nie jest niczym dobrym. Ma w sobie mnóstwo wigoru i werwy, a do tego masę ciepła i tony miłości dla wszystkich. Wyuczona za młodości zasad dobrego wychowania, okazuje szacunek wszystkim kotom starszym od niej. Niezwykle pomocna i dobroduszna, a do tego troskliwa. Swoje obowiązki traktuje mimo wszystko dość poważnie i nigdy ich nie zaniedbuje. Pewna siebie optymistka, patrząca na świat przez różowe okulary, którą ciężko wyprowadzić z równowagi. Delikatna dla kociąt i bliskich, uwielbiająca przytulanie i ceniące przestrzeń osobistą innych. Twarda psychicznie, nie poddaje się, nawet w trudnych momentach w swoim życiu. Troszczy się o swoją rodzinę, przyjaciół i najbliższe jej koty, uwielbia również przebywanie w towarzystwie i nie ma absolutnie żadnych problemów z integracją z klanowiczami. Zazwyczaj pierwsza zaczyna rozmowę, zupełnie nie wstydząc się tego, jaka jest i jak się zachowuje. Może trochę impulsywna i lekkomyślna, ale zawsze na pierwszym miejscu stawia dobro klanu.
...Natychmiast przywarła do ziemi, gdy tylko dojrzała szkodnika. Wiedziała co to jest i nie miała żadnych wątpliwości. Szczur. Dobrze, że tylko jeden, bo nie poradziłaby sobie z całą zgrają. Wyciszyła i uspokoiła oddech, ruszając do przodu na ugiętych łapach, kierując się pod wiatr. Oczywiście ciężar ciała został przeniesiony na tyły, a ogon, głowa i grzbiet były e równej lini. Uważała na wszelkiego rodzaju śmieci pod łapami, a także na to, aby jej brzuch nie szurał po podłożu, co mogłoby zaalarmować gryzonia o obecności zagrożenia. Kiedy dotarła na odpowiednią odległość, wybiła się tylnymi łapami z ziemi i wyciągnęła przednie kończyny zaopatrzone w pazury, chcąc przyszpilić zwierzaka do ziemi i zabić szybkim, aczkolwiek zamaszystym ruchem szczęk. Szybko i bezboleśnie.
Tęcza, teraz już Pręgowana Łapa, osiągnęła średni wzrost. Przez małą ilość ruchu i dużą ilość jedzenia i spania, czyli jej ulubionych czynności, nie była w stanie zachować szczupłej sylwetki - i zbytnio jej to nie obchodziło. Nie jest otyła, jednakże większość jej ciała otacza warstwa tłuszczu schowana pod krótką, burą sierścią, na której malują się czarne, klasyczne pręgi. Lewy policzek szpecą szramy po pazurach Kasztan, kotki, która zaatakowała ją podczas ceremonii, gdy Tęcza była jeszcze kociakiem. Podobnie jak i blizny, od tego czasu nie zmieniły się również jej oczy, o szaroniebieskiej barwie. Z wiekiem przednie łapy kotki zaczęły wykrzywiać się na boki.
...nie znormalniała. Nadal mówi dziwaczną składnią, a w rozmowach kieruje się zasadami, które, choć wzięły się z nikąd, są przez nią skrupulatnie przestrzegane - nie zaczyna rozmów pierwsza, nie zmienia tematu konwersacji. Wszystko pojmuje w sposób dosłowny, w swoich wypowiedziach stara się używać jak najmniejszej ilości słów, aby nie marnować energii. Całe jej życie jest podporządkowane oszczędzaniu sił witalnych i uzupełnianiu ich poprzez jedzenie i spanie. Jest bezwzględnie posłuszna kodeksowi, który rozumie w sposób dosłowny, jak również i lojalna, na swój sposób, Czerwonemu Makowi; zdolna do odczuwania emocji takich jak niepokój albo niezadowolenie, jednakże w jej odczuciu przykrywa ją gęsta mgła, która nie pozwala im wydostać się na zewnątrz - jej głos jak i ciało pozbawione są jakichkolwiek śladów emocji, nie jest zdolna do stosowania intonacji i gestkulacji. Ponadto, wewnątrz umysłu ciągle słyszy dźwięk toczących się kasztanów, przez co nie jest w stanie się skupić.
Trzeba, to trzeba. Pręgowana miała mniej więcej taki stosunek do polowania jak jej userka do pisania tego posta. Bura, w przeciwieństwie do przegonionej samotniczki, nie zamierzała pędzić czy też nawet udawać że się spieszy. Nie, nie, nie. Wystarczyło już, że musiała zużywać energię na chodzenie. Teraz należało zmarnować trochę czasu. Taak. Leżąc, obserwowała jak obca kotka sobie idzie, odprowadzała ją wzrokiem do granicy, patrzyła, jak biegnie... a potem, kiedy straciła tamtą z oczu, jedynie udawała że patrzy. Tak naprawdę mało ją to obchodziło, skoro przegoniła intruza. Jedynym, co robiła, było tępe wpatrywanie się w przestrzeń przez kilkadziesiąt uderzeń serca. Dopiero po tym czasie uznała, że zaraz ktoś będzie się jej czepiał i że będzie musiała znosić jakieś irytujące gadanie nad uchem, a tego przecież nie chciała. Musiałaby w końcu odpowiadać na każde pytanie dręczącego ją rozmówcy, co nie było jej na łapę. Zdecydowanie nie. Takie były zasady, to oczywiste, ale nie trzeba było ich przestrzegać, jeśli nie nadarzyła się ku temu okazja.
Ślamazarnie podniosła się z ziemi i ruszyła przed siebie, zniżając się na łapach i niby tam przenosząc ciężar na tylne, ale z niewielkim zaledwie powodzeniem, jako, że traciła przez to równowagę czego nawet ogon nie mógł zrekompensować. Szła oczywiście pod wiatr i... to by było na tyle. Z powodzeniem, czy nie, usiłowała iść pod wiatr, rozglądać się i być cicho. Jednakże... wykonywanie tylu czynności jednocześnie mogło się jej nie udać. To wcale nie było łatwe.
Hisblood, you see, into the boards it drained, And to change 'emhad I.
But a Chicken-Duck-Woman thingall we got, For us, waiting.
W porównaniu do Badylarki jako najmłodszej i najsłabszej z miotu... Nagle, nie wiedzieć kiedy, wystrzeliła gwałtownie w górę. Jej łapy się wydłużyły, stając się nieproporcjonalne w porównaniu do drobnej budowy ciała. Szczególnie, że je tyle samo, co wcześniej gdy była malutka, przez co nie dostarcza swojemu ciału tyle jedzenia, ile potrzebuje. Gdyby nie przydługie, lekko zmatowione, rude futro to by prawdopodobnie było widać jej przebijające przez skórę żebra. Ale to nie jedyna zmiana, która zaszła w wyglądzie Badylarki. Jej oczy wybarwiły się z kocięcego błękitu na... Ognisty pomarańcz, co jest prawdopodobnie spadkiem po dziadkach.
Nadal jest strachliwa i boi się świata, ale... Jakby mniej? Nie jest jednak wesołą i beztroską osobą, bardziej... Stała się zdystansowana do tego, co się dzieje. Stara się odciąć od świata, który nadal w jej oczach jest przerażający i patrzeć na siebie jakby z perspektywy czuwającego nad innym kotem ducha. Niby jest w swoim ciele, ale jednocześnie jakby nie była tam obecna. Przez to jej reakcje mogą się wydać z początku przygaszone, musi na nią zadziałać wyjątkowo silny bodziec, żeby ukazała swoje prawdziwe emocje. Bardzo nie lubi wychodzić poza swoją strefę komfortu, boi się nieznanych sytuacji i nie wie, jak wtedy reagować, przez co jeszcze bardziej się stresuje. Wciąż jest dość małomówna, dalej się trochę jąka, jest mało asertywna i nie potrafi głośno powiedzieć swojego zdania, chociaż bardzo szybko się uczy.
Nastawiła uszy, kiedy wiatr delikatnie poruszył liśćmi na drzewach oraz trawami, jednak kiedy ruda w napięciu oczekiwała wyskoczenia drapieżnika spomiędzy pobliskich zarośli... Te się zatrzymały. Nie nastąpiło nic. Wysoka Łapa uważnie spojrzała, aby się upewnić, że na sto procent nic jej jak na razie nie zagraża, po czym wróciła do czynności, którą robiła. Wiedziała, że przy łowieniu ryb trzeba wykazać się naprawdę dużą cierpliwością, dlatego też nie narzekała na brak zdobyczy tym razem. Szczególnie, że przy niej leżały dwie nawet dorodne porcje! Na pewno któraś z obecnych matek się ucieszy... I terminatorka zaczęła się zastanawiać, czy mama byłaby z niej dumna. Na pewno by była... Na pewno przywitałaby ją z szerokim uśmiechem na pysku, a potem kazała się schylić, aby przejechać językiem po czubku rudej głowy mrucząc cicho pochwały. Zawsze ją kochała oraz nie dała odczuć, że jest najgorszym dzieckiem z całego jej miotu... Prawdopodobnie by próbowała wybić z głowy swojej córki takie myśli, ale teraz... Praktycznie nie ma kto ją podtrzymać na duchu. Owszem, ma mistrzynię... Ale to nie było to, czego się spodziewała. Od bardzo długiego czasu do niej po prostu nie przychodziła, a nawet Tonące Słońce, pomimo jej braku sił, próbował z nią coś zrobić, jakoś kształcić. A Omszały Kamyk... Widziała, że jest beznadziejnym przypadkiem, dlatego zdecydowała się na odpuszczenie i poczekanie na kogoś... Lepszego od niej. Zacisnęła mordkę czując, jak ponownie złe myśli przyćmiewają jej chwilową radość z wyłowionej zdobyczy, kiedy ona sama czekała w bezruchu na podpłynięcie kolejnej ryby, wpatrując się w taflę wody, a jednocześnie dbając o to, aby nie rzucać na nią cienia.