Najmniejsza kotka w całej okolicy ( trust me, coś mniejszego nie byłoby w stanie się urodzić ), bardzo niska, o nieproporcjonalnie długim tułowiu i lodowobłękitnych ślepiach, w dodatku pokryta puchatą, śnieżnobiałą sierścią. Wibrysy ma lekko uniesione ku górze na samych ich końcach, uszy bardzo malutnkie, zaś nos i poduszki łap - jasnoróżowe. Natura nie mogła chyba wymyślić czegoś o bardziej urokliwym i niewinnym wyglądzie.
Radość! Radość i miłość dla wszystkich o dobrych i czystych serduszkach - czyli dosłownie dla każdego! Trzeba być miłym, nie wolno sprawiać nikomu przykrości, trzeba nawiązywać rozmowę i łączyć niemożliwe do połączenia dla większości fakty, na wszystkie zadane szybko pytania bądź też pytania, na które powinno odpowiadać się wieloma zdaniami reagując jednym gigantycznym, przepełnionym entuzjazmem głosikiem wiecznie podekscytowanej kotki. A jeśli ktoś rzuca się na cienistego, albo w ogóle na innego kota, jeśli oboje nie są cienistymi, to trzeba go zwyzywać i zagrozić mu tym, że urwie się mu ogon i wsadzi się go w jedno ucho, tak, żeby wyszedł drugim - nawet, jeśli jest jakimś tam psem, który ogona nie posiada!
No i pamiętajcie, każdemu, dosłownie każdemu, trzeba ufać, bo każdy jest przyjacielem! A już zwłaszcza cieniści!
Królicza nie widziała już tego, jak tamta wstaje. Rozmazana sylwetka łap Lwiej Łapy powoli zaczynała przypominać drzewa. Drzewa... w obozie Potworów rosło ich wiele. Rosły i w nim, i na zewnątrz, ich gałęzie splatały się ze sobą na górze, przez co można było obserwować stamtąd wszystko, co miało miejsce wśród fałszywych istot. A gdzieś tam, tuż obok Liściastego Gąszczu... rosła jej Wierzba. Piękna, wysoka, o jasnych, srebrzystych liściach, które często przyciągały uwagę kociąt tak samo, jak rozłożone wokół małe kamienie... czy Dąb i Buk również polubili by to miejsce? Czy zostaliby tam, śpiąc razem z nią tak, jak zrobiły to kocięta jej brata? Jej Motylka, który zniknął z klanu, którego pewnie wygnano albo zabito - lub spróbowano zabić - dokładnie tak, jak ją...?
***
Minęło... nie wiedziała ile czasu. Może dzień... a może księżyc? To nie miało znaczenia. Leżała. Leżała i płakała. Przeżyła. Po raz kolejny. Nie umarła. Nie zabito jej.
Niestety...
Kiedyś płynęłam prosto, jak między liniami, teraz miotam się w kółko rozpaczliwym pieskiem.
Mistrz: Życie Płeć: kocur Matka: Okoniowy Ogon [*] Ojciec: Gilowe Gardlo [*] Partner: brak
Niebieski oriental, pręgowany klasycznie, o bardzo blado zielonych oczach i szarym nosku. Co do sylwetki, nadzwyczaj szczupły i wysoki.
Debil generalnie
Kornik [KG], Ślimaczek [S] i trupy
A Tygrys też płakał. Mieszkał już na osiedlu jakiś czas, nie długi i dalej tęsknił za matką. W sumie to nie tylko za nią. Za rodziną, za klanem, za kociarnią. Za wszystkim, nooo... Nie mógł wrócić i to bolało go najbardziej. Oddalił sie ostatnio od osiedla, z nadzieją, że znajdzie swój klan i spotka sie z rodziną. Obawiał sie, że przez tą wyprawę może już nie wrócić ponownie na osiedle, bo się zgubi. Będzie miał ciężej przeżyć, bo nie potrafi polować. Tam jedzenie miał ze śmietnika, a tutaj? Nie ma śmietników...
Widział już dużo legowisk dwunogów, ale to było inne. Było małe, miało dziwny kolor, a blisko niego była jakaś... Dziwna budowla. Tygryska zainteresował ten widok. Może tutaj zamieszka? Zgrabnie wskoczył na drzewo, a z niego na płot, by ostatecznie skoczyć z niego i znaleźć sie po drugiej stronie. Kiedy to mu sie udało, poszedł przed siebie, pociągając nosem. Łzy leciały mu z oczu nadal, ale już nie tak intensywnie. Zainteresowało go to. Podszedł do tej dziwnej budowli i powąchał ją, ale przez zakatarzony nos nic nie wyczuł. Odszedł więc i położył się na trawie, przy ogrodzeniu, po czym znowu zaczął płakać.
religion is a breeding grond when devil's work is deeply found
▪ ▪ ▪ teeth as sharp as cathedral spires • slowly
• sinking
• in
Najmniejsza kotka w całej okolicy ( trust me, coś mniejszego nie byłoby w stanie się urodzić ), bardzo niska, o nieproporcjonalnie długim tułowiu i lodowobłękitnych ślepiach, w dodatku pokryta puchatą, śnieżnobiałą sierścią. Wibrysy ma lekko uniesione ku górze na samych ich końcach, uszy bardzo malutnkie, zaś nos i poduszki łap - jasnoróżowe. Natura nie mogła chyba wymyślić czegoś o bardziej urokliwym i niewinnym wyglądzie.
Radość! Radość i miłość dla wszystkich o dobrych i czystych serduszkach - czyli dosłownie dla każdego! Trzeba być miłym, nie wolno sprawiać nikomu przykrości, trzeba nawiązywać rozmowę i łączyć niemożliwe do połączenia dla większości fakty, na wszystkie zadane szybko pytania bądź też pytania, na które powinno odpowiadać się wieloma zdaniami reagując jednym gigantycznym, przepełnionym entuzjazmem głosikiem wiecznie podekscytowanej kotki. A jeśli ktoś rzuca się na cienistego, albo w ogóle na innego kota, jeśli oboje nie są cienistymi, to trzeba go zwyzywać i zagrozić mu tym, że urwie się mu ogon i wsadzi się go w jedno ucho, tak, żeby wyszedł drugim - nawet, jeśli jest jakimś tam psem, który ogona nie posiada!
No i pamiętajcie, każdemu, dosłownie każdemu, trzeba ufać, bo każdy jest przyjacielem! A już zwłaszcza cieniści!
Błękitne oczy kotki pozostawały otwarte, wzrok zaś miała stale nieobecny. Śnieg... Kiedyś jej siostra, Zakurzona Skórka bardzo cieszyła się na jego widok. W jej tęczówkach majaczyły wesoło iskierki szczęścia, podczas, gdy opowiadała o tym, jak podoba jej się ta pora. Jak każdy płatek śniegu jest inny niż pozostałe, jak wszystko robi się piękne, jak drobinki lodu i szronu pokrywają cudzą sierść... Kurzyk zawsze miała taką ładną, niebieską sierść. Zawsze wydawało się, że pokrywa ją kurz, jednakże nie była to prawda. Nawet, jeśli jej siostrzyczka wyczyściła ją idealnie, to i tak okazywało się, że można było podejrzewać ją o to, że tego nie zrobiła... taki już był jej urok. Zawsze uśmiechnięta. Zawsze roześmiana. Urocza, pozytywna, zdobywająca serca wszystkich klanowiczów wokół...
Pozornie. Bo przecież zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Zniknęła. Zaginęła. Tak samo, jak cała reszta. Jak Motylek. Jak... jak wiele innych kotów. Tak, jak ostatecznie zrobiła to i ona sama. Króliczek. Królicza Łapa. Króliczy Pląs. Tyle tylko, że jej nie mogli usunąć po cichu. Nie, dopóki nie wychodziła w ogóle z obozu. A teraz... ich wszystkich nie było. A każdy wokół nich okazał się być potworem.
Kiedyś płynęłam prosto, jak między liniami, teraz miotam się w kółko rozpaczliwym pieskiem.
Mistrz: Życie Płeć: kocur Matka: Okoniowy Ogon [*] Ojciec: Gilowe Gardlo [*] Partner: brak
Niebieski oriental, pręgowany klasycznie, o bardzo blado zielonych oczach i szarym nosku. Co do sylwetki, nadzwyczaj szczupły i wysoki.
Debil generalnie
Kornik [KG], Ślimaczek [S] i trupy
Leżałby jeszcze, ale w oknie spostrzegł dziwny cień. Może i mu się przywidziało, może i naprawdę coś tam było, ale wystraszył sie. Wstał na równe łapy, ale nie potrafił sie ruszyć. Strach sparaliżował go. Utkwił wzrok w tym dziwnym czymś, co dwunodzy nazywali oknem i patrzył... Spokój. Niczego tam już nie było. Zrobił niepewny krok do przodu, a potem drugi i trzeci... A co jeżeli to pułapka? Co jeżeli zaraz wściekły dwunożny z łopatą wyskoczy zza drzwi i zabije Tygrysa, hy potem go zjeść? Mimo, że mama mówiła mu, że dwunodzy nie jedzą kotów, on dalej w to wierzył. Rzucił sie więc pędem do "dziwnej budowli". Znajdując sie pod nią, zaczął intensywnie miauczeć, głosem dla siebie charakterystycznym, czyli kocięcym i głośnym. A co jak to nic nie da? Musi wymyśleć coś innego. Już po chwili oprócz miauczenia, drapał łapą drzwi. Wpuśćcie go i uratujcie przed tym czymś!
religion is a breeding grond when devil's work is deeply found
▪ ▪ ▪ teeth as sharp as cathedral spires • slowly
• sinking
• in
Najmniejsza kotka w całej okolicy ( trust me, coś mniejszego nie byłoby w stanie się urodzić ), bardzo niska, o nieproporcjonalnie długim tułowiu i lodowobłękitnych ślepiach, w dodatku pokryta puchatą, śnieżnobiałą sierścią. Wibrysy ma lekko uniesione ku górze na samych ich końcach, uszy bardzo malutnkie, zaś nos i poduszki łap - jasnoróżowe. Natura nie mogła chyba wymyślić czegoś o bardziej urokliwym i niewinnym wyglądzie.
Radość! Radość i miłość dla wszystkich o dobrych i czystych serduszkach - czyli dosłownie dla każdego! Trzeba być miłym, nie wolno sprawiać nikomu przykrości, trzeba nawiązywać rozmowę i łączyć niemożliwe do połączenia dla większości fakty, na wszystkie zadane szybko pytania bądź też pytania, na które powinno odpowiadać się wieloma zdaniami reagując jednym gigantycznym, przepełnionym entuzjazmem głosikiem wiecznie podekscytowanej kotki. A jeśli ktoś rzuca się na cienistego, albo w ogóle na innego kota, jeśli oboje nie są cienistymi, to trzeba go zwyzywać i zagrozić mu tym, że urwie się mu ogon i wsadzi się go w jedno ucho, tak, żeby wyszedł drugim - nawet, jeśli jest jakimś tam psem, który ogona nie posiada!
No i pamiętajcie, każdemu, dosłownie każdemu, trzeba ufać, bo każdy jest przyjacielem! A już zwłaszcza cieniści!
Słyszała coś... w tle. Daleko, daleko od niej, jakby jakieś drapanie, jednakże... nie zwracała na nie uwagi. Kiedyś... kiedyś ona też drapała w taki sam sposób, chcąc pokazać mamie, jaka dobra będzie z niej wojowniczka. Naprawdę to robiła... A ostatecznie okazało się, że zawiodła wszystkich, bo pomimo księżyców treningów, które doprowadzały ją jedynie do płaczu Naczelny Potwór mianował ją matką. Spełnił jej marzenia. Wypełniła swój obowiązek dla klanu, robiąc to, co każda matka powinna uczynić, a potem... okazało się, że w momencie, w których urodziła klanowi najlepszych synów jakich cztery klanu widziały... zostali jej odebrani. Nie od razu, oczywiście. Najpierw poczekali, aż... aż się do nich przywiąże. Żeby cierpiała bardziej. A potem je jej zabrali, porwali ich, oddając tej ladacznicy, paskudnej Trzcinowej. Lampart nic nie zrobił. Tylko patrzył. Jej rodzice nic nie zrobili. Tylko patrzyli. Została wyrzucona niczym niepotrzebny śmieć, który wypełnił już swoje zadanie i stał się zbędny...
I nikt nic nie zrobił. Każdy jedynie się patrzył.
Kiedyś płynęłam prosto, jak między liniami, teraz miotam się w kółko rozpaczliwym pieskiem.
Mistrz: Życie Płeć: kocur Matka: Okoniowy Ogon [*] Ojciec: Gilowe Gardlo [*] Partner: brak
Niebieski oriental, pręgowany klasycznie, o bardzo blado zielonych oczach i szarym nosku. Co do sylwetki, nadzwyczaj szczupły i wysoki.
Debil generalnie
Kornik [KG], Ślimaczek [S] i trupy
Gdyby Tygrys poznał Chmurkę i dowiedziałby sie, przez co tak cierpi, na pewno współczułby jej i próbował coś zrobić. On sam też stracił CAŁĄ rodzinę, klan, przyjaciół i nikt nic nie zrobił. Z resztą nie mogli. Tak bardzo trzymają sie kodeksu, że nie mogą zaprotestować. Słowo przywódcy jest prawem, ta? Od tamtego dnia Kocurek nienawidził tej zasady całym serduszkiem. Wyrzucili kociaka, niepotrafiącego polować, ani nawet walczyć i zostawili samego na osiedlu, gdzie wokół jest dużo psów, potworów i dwunogów. Wojownicy mieli przypilnować, by Tygryska ktoś zabrał do swojego legowiska, lecz długo to trwało i po jakimś czasie po prostu powiedział im, żeby sobie poszli. Nie chcieli tego zrobić, a zgadnijcie czemu. Słowo przywódcy jest prawem... Świetlik powiedział, by wojownicy dopilnowali, aby pręgusa ktoś wziął. Ostatecznie on sam od nich uciekł. Nie wiedział co się działo z nimi dalej, nie próbowali biec za nim.
Nikt nie otwierał. Cisza. Spanikowany nie wiedział co zrobić. Do głowy przyszło mu, że miauczy za cicho. Musi być głośnieszy.
-POMOCY! ONI CHCĄ MNIE ZJEŚĆ! JA CHCE DO MAMY! ZABRALI MI MAME! MAMO, JESTEŚ TAM?!- darł sie na całe gardło. Kiedy sie bał, Oko zawsze była obok niego i broniła go. Liczył na to, że zaraz się pojawi i uraruje go przed okropnymi dwunogami, którzy o dziwo nie nadchodzili. Pomyślał przez chwile, że mu się wydawało i w oknie nic nie było. Ale przecież to niemożliwe, on nie jest ślepy! A może jednak?
religion is a breeding grond when devil's work is deeply found
▪ ▪ ▪ teeth as sharp as cathedral spires • slowly
• sinking
• in
Najmniejsza kotka w całej okolicy ( trust me, coś mniejszego nie byłoby w stanie się urodzić ), bardzo niska, o nieproporcjonalnie długim tułowiu i lodowobłękitnych ślepiach, w dodatku pokryta puchatą, śnieżnobiałą sierścią. Wibrysy ma lekko uniesione ku górze na samych ich końcach, uszy bardzo malutnkie, zaś nos i poduszki łap - jasnoróżowe. Natura nie mogła chyba wymyślić czegoś o bardziej urokliwym i niewinnym wyglądzie.
Radość! Radość i miłość dla wszystkich o dobrych i czystych serduszkach - czyli dosłownie dla każdego! Trzeba być miłym, nie wolno sprawiać nikomu przykrości, trzeba nawiązywać rozmowę i łączyć niemożliwe do połączenia dla większości fakty, na wszystkie zadane szybko pytania bądź też pytania, na które powinno odpowiadać się wieloma zdaniami reagując jednym gigantycznym, przepełnionym entuzjazmem głosikiem wiecznie podekscytowanej kotki. A jeśli ktoś rzuca się na cienistego, albo w ogóle na innego kota, jeśli oboje nie są cienistymi, to trzeba go zwyzywać i zagrozić mu tym, że urwie się mu ogon i wsadzi się go w jedno ucho, tak, żeby wyszedł drugim - nawet, jeśli jest jakimś tam psem, który ogona nie posiada!
No i pamiętajcie, każdemu, dosłownie każdemu, trzeba ufać, bo każdy jest przyjacielem! A już zwłaszcza cieniści!
Niestety, ale Króliczej nie było przecież w szopie. Leżała w kojcu obok niej, na zimnie, bo nawet nie pomyślała o tym, aby schować się w jakieś ciepłe miejsce. Całe szczęście w tym, że miała długie futro, które chroniło ją przed pogodną Pory Nagich Drzew...
Nie mówiąc już o tym, że okno domu było daleko i sam fakt, że Tygrys cokolwiek w nim zauważył był raczej... dziwny. Oczywiście, Królicza nie zwracała na to uwagi. Krzyki kota nie docierały do niej, gdyż ta była zajęta... rozpaczaniem nad własnym losem. Tamten nie przeszedł obok niej, robiło się już ciemno, łzy rozmazywały obraz całej okolicy... i niestety niemożliwe było, aby dostrzegła obcego kota. Kiedyś... kiedyś zapewne podbiegłaby do niego, przytuliła go do siebie, polizała po czole i powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Zaprosiłaby go do własnego legowiska, powiedziała, że mu pomoże, że się nim zaopiekuje, jednakże... tamtej Króliczej już nie było. Nie było już Pląsu. Nie było już Pląsania. Teraz tkwiła tu jedynie... Chmurka. Chmurka, z której deszczem lały się łzy.
Kiedyś płynęłam prosto, jak między liniami, teraz miotam się w kółko rozpaczliwym pieskiem.
Mistrz: Życie Płeć: kocur Matka: Okoniowy Ogon [*] Ojciec: Gilowe Gardlo [*] Partner: brak
Niebieski oriental, pręgowany klasycznie, o bardzo blado zielonych oczach i szarym nosku. Co do sylwetki, nadzwyczaj szczupły i wysoki.
Debil generalnie
Kornik [KG], Ślimaczek [S] i trupy
No nic. Miauczenie i drapanie drzwi nic nie dawało. Tygrysek coraz bardziej nudził sie tym, wiedział, że i tak nie uda mu się zwrócić na siebie uwagi. Miał najlepsze rozwiązanie tak blisko. Mógł po prostu uciec. Nie wpadł na to, najwidoczniej jest zbyt głupi. Przestał miauczeć po chwili, bo nic to nie dawało. Dwunogi nie nadchodziły, więc pręgus stwierdził, że nie jest zagrożony. Usiadł więc i zastanawiał się co ma robić. To miejsce jest ciekawe, musi je zwiedzić. Niestety, ale nie może wejść do legowiska, ani do tej szopy. Pozostał tylko kojec obok. Czy to do niego należałoby sie udać? Może i tak, ale on za bardzo zmęczył sie. Musi ruszać w drogę i znaleźć sobie jakieś miejsce, w którym bedzie mógł zasnąć i jednocześnie będzie bezpiecznie. Wstał więc i wzdychając, wskoczył na płot, by wydostać sie na drugą stronę i iść leniwie przed siebie, z nadzieją znalezienia nowego "domu".
/ztt, danke
religion is a breeding grond when devil's work is deeply found
▪ ▪ ▪ teeth as sharp as cathedral spires • slowly
• sinking
• in
Najmniejsza kotka w całej okolicy ( trust me, coś mniejszego nie byłoby w stanie się urodzić ), bardzo niska, o nieproporcjonalnie długim tułowiu i lodowobłękitnych ślepiach, w dodatku pokryta puchatą, śnieżnobiałą sierścią. Wibrysy ma lekko uniesione ku górze na samych ich końcach, uszy bardzo malutnkie, zaś nos i poduszki łap - jasnoróżowe. Natura nie mogła chyba wymyślić czegoś o bardziej urokliwym i niewinnym wyglądzie.
Radość! Radość i miłość dla wszystkich o dobrych i czystych serduszkach - czyli dosłownie dla każdego! Trzeba być miłym, nie wolno sprawiać nikomu przykrości, trzeba nawiązywać rozmowę i łączyć niemożliwe do połączenia dla większości fakty, na wszystkie zadane szybko pytania bądź też pytania, na które powinno odpowiadać się wieloma zdaniami reagując jednym gigantycznym, przepełnionym entuzjazmem głosikiem wiecznie podekscytowanej kotki. A jeśli ktoś rzuca się na cienistego, albo w ogóle na innego kota, jeśli oboje nie są cienistymi, to trzeba go zwyzywać i zagrozić mu tym, że urwie się mu ogon i wsadzi się go w jedno ucho, tak, żeby wyszedł drugim - nawet, jeśli jest jakimś tam psem, który ogona nie posiada!
No i pamiętajcie, każdemu, dosłownie każdemu, trzeba ufać, bo każdy jest przyjacielem! A już zwłaszcza cieniści!
I nikt nigdy, przenigdy, nie zmieni jej losu. Będzie tu leżała przez... ile miała już księżyców? Ile księżyców jej jeszcze... zostało? Ile pozostawało jej tkwienia w tym miejscu, nieruchomo, w zapomnieniu, bez jakiejkolwiek nadziei na... zmianę? Ile pozostawało jej życia, ile dzieliło ją od kolejnej, ostatecznej śmierci, tej, która zabije cielesną powłokę, ostatnią rzecz, która z niej przetrwała?
Nie wiedziała.
Skąd miała to niby wiedzieć, skoro...
Gdzie ona właściwie była? Patrzyła się przed siebie wzrokiem nieruchomych oczu, na rozmazany obraz znajdujący się przed nią, na miejsce, którego nie widziała chyba... nigdy wcześniej? Ale nie, przecież chyba... chyba była tu wczoraj, prawda? Była? Nie była? Była? Nie była?
Nie wiedziała?
A może jednak?
Nie wiedziała.
Mogła tylko leżeć. Leżeć i dalej patrzeć się przed siebie tak samo, jak robiła to w ciągu kilku ostatnich... dni? Księżyców? Całych pór albo ich obiegów? Nie wiedziała. Mogła tylko... tylko płakać. Bo chyba jedynie łzy jej w tym wszystkim pozostały.
z.t
Kiedyś płynęłam prosto, jak między liniami, teraz miotam się w kółko rozpaczliwym pieskiem.
Najmniejsza kotka w całej okolicy ( trust me, coś mniejszego nie byłoby w stanie się urodzić ), bardzo niska, o nieproporcjonalnie długim tułowiu i lodowobłękitnych ślepiach, w dodatku pokryta puchatą, śnieżnobiałą sierścią. Wibrysy ma lekko uniesione ku górze na samych ich końcach, uszy bardzo malutnkie, zaś nos i poduszki łap - jasnoróżowe. Natura nie mogła chyba wymyślić czegoś o bardziej urokliwym i niewinnym wyglądzie.
Radość! Radość i miłość dla wszystkich o dobrych i czystych serduszkach - czyli dosłownie dla każdego! Trzeba być miłym, nie wolno sprawiać nikomu przykrości, trzeba nawiązywać rozmowę i łączyć niemożliwe do połączenia dla większości fakty, na wszystkie zadane szybko pytania bądź też pytania, na które powinno odpowiadać się wieloma zdaniami reagując jednym gigantycznym, przepełnionym entuzjazmem głosikiem wiecznie podekscytowanej kotki. A jeśli ktoś rzuca się na cienistego, albo w ogóle na innego kota, jeśli oboje nie są cienistymi, to trzeba go zwyzywać i zagrozić mu tym, że urwie się mu ogon i wsadzi się go w jedno ucho, tak, żeby wyszedł drugim - nawet, jeśli jest jakimś tam psem, który ogona nie posiada!
No i pamiętajcie, każdemu, dosłownie każdemu, trzeba ufać, bo każdy jest przyjacielem! A już zwłaszcza cieniści!
Leżała. Tak samo, jak poprzednio, jak wczoraj, jak przedwczoraj, o ile przedwczoraj tu leżała. Dni rozmywały się, niemożliwe do odróżnienia od nocy, choć przecież gdyby podniosła głowę, mogłaby zobaczyć niebo. A ona sama tego z pewnością nie robiła. Nie... tylko leżała i płakała. Ostatnio, kiedy robiło się zimniej, Ślepy wnosił ją do wnętrza szopy, ale zazwyczaj praktycznie tego nie zauważała. Kot i pies były standardowym elementem otoczenia, a ona zazwyczaj... zapominała o ich obecności. I jedynym, co robiła, było leżenie. Wpatrywanie się w przestrzeń przed nią samą i... wspominanie. Przez większość czasu była nieobecna, myśląc o Kurzyk, o Motylku, a czasem nawet... czasem nawet i o Cierń, chociaż ta porzuciła ją na granicy niczym... jak to się mówiło? Śmieci? Tak. Porzuciła ją na granicy niczym niepotrzebnego śmiecia, zużytą kotkę, która miała służyć jedynie do rodzenia kociąt, które i tak odebrała jej zazdrosna o jej n!a!j!l!e!p!s!z!e! kocięta Trzcinowa Sadzawka. No tak, oczywiście, że tak zrobiła, sama miała częściowo jakieś wielkouche maszkary, jakieś parodie kociego potomstwa, więc jak już zobaczyła, że ktoś urodził kocięta idealne, to musiała mu je odebrać, a jakże, ukartować to wszystko z Wężową Gwiazdą, z Wiewiórczym Szponem-Ogonem, narobić rabanu i wyrzucić ją, żeby była pewność, że kocięta nie będą nigdy miały pojęcia o tym, kto jest ich matką... i pewnie jeszcze... pewnie jeszcze umarły z głodu, bo jaka kotka jest w stanie wykarmić aż dziewięć kociąt?
Leżała, myśląc. Leżała i... płakała. Jak zawsze...
// Orliczek
Kiedyś płynęłam prosto, jak między liniami, teraz miotam się w kółko rozpaczliwym pieskiem.
niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Wciąż szukał uparcie Bieliczka, jednak starał się nie wychodzić poza ziemie Klanu Wichru. Powoli jednak zaczynało do niego docierać, że próżno jej tam szukać, że musi przełknąć strach i wkroczyć na Ziemie Niczyje.
Po długiej walce z myślami, którą stoczył na granicy, zdecydował się w końcu podążyć przed siebie. Nie chciał jednak oddalać się zbyt daleko, aby nie podzielić losu Bieliczek i nie zaginąć. Wyszło jednak trochę inaczej, niż chciał, lecz – chociaż poszedł daleko, aż na Siedlisko Koni – umysłem chłonął wszelkie punkty orientacyjne, wierząc, że pozwolą mu wrócić w znaną okolicę.
Przekroczył Czarny Ogon, a potem szedł i szedł, cudem nie mając żadnych kłopotów rodzaju nieprzewidzianego spotkania z drapieżnikiem czy niebezpiecznym samotnikiem. Czujnie oglądał się ciągle dookoła, rejestrując każde mijane drzewo, które tylko wyróżniało się jakąś cechą charakterystyczną, przykładowo takie o pniu, który przybrał wyjątkowo dziwny kształt. Pierwszy śnieg stopniał już jakiś czas temu i teraz było sucho, więc w drodze powrotnej mógł podążać również śladem własnego zapachu.
Wszystko wydawało się takie głuche! Parę razy zawołał imię Bieliczek, lecz w odpowiedzi dostawał tylko gęstą ciszę, połączoną jedynie z prawie niesłyszalnym szumem liści w takt niewyczuwalnego wiatru. Za każdym razem, gdy jego głos napotykał się z brakiem reakcji, uszy kładły się po głowie, a w mózgu świtało przeczucie, że to i tak nie ma sensu, że Bieliczek znajduje się zupełnie gdzie indziej.
Co jakiś czas zatrzymywał się oraz obracał w tył, śledząc umysłem całą przebytą trasę, jednak ciągle dochodził do wniosku, że wie, jak wrócić – tak więc parł wciąż przed siebie. Znajdował się w drodze już od jakiegoś czasu, ale wyszedł wcześnie, więc nie musiał się obawiać zmierzchu (o którym podobno wybudzają się drapieżniki). W końcu wkroczył na rozległą równinę, porośniętą trawą, pewnie w Porze Zielonych Liści bujną i soczystą, teraz jednak pożółkłą oraz nędzną.
Podążał nią, sam właściwie nie wiedząc do końca, dlaczego. Po prostu jakieś poczucie nakazywało mu to i tyle. Ale niedługo ta intuicja została poparta czymś jeszcze – zdawało mu się, że nos wyczuwa zapach kota, a nawet dwóch. Na przekór wszystkiemu, może to była ukochana Bieliczek? Bez myślenia przyspieszył, przechodząc do umiarkowanego truchtu.
Finalnie dotarł i do Zapłakanego Kojca. Im był bliżej, tym woń zdawała się coraz mniej Bieliczkowata, jednak… to były koty i tyle. Nic nie wskazywało, aby były wrogo nastawione, dlatego też nie czuł strachu, a jedynie zwyczajny dla niego stres przed rozmową z kimś nieznajomym. Gdy stanął przed dziwnym tworem, zapewne dwunogów, jego oczom ukazała się biała kotka, znajdująca się w jakimś dziwnym stanie, a także kocur bez ogona i inne stworzenie, wyglądające bardzo podobnie do jego wyobrażenia psa, powstałego na podstawie opisów innych.
Zdawali się nie zwracać na niego uwagi, kocur z psem zajęci własną starością, kotka zaś rozpaczą. Co mogło spowodować jej łzy, zastanawiał się, kryjąc się jeszcze za jakimś drobnym krzaczkiem, stanowiącym w sumie niezbyt dobrą kryjówkę, gdyby tylko otoczenie wykazywało większą wolę zauważenia go. Budziła jego współczucie, chociaż w ogóle jej nie znał. I może właśnie to uczucie przeważyło, wbrew jego naturze wyciągając go z ukrycia.
– Czy… czy coś się… stało? – zapytał cicho w stronę kotki, stając wciąż w pewnej odległości, jednak już na wprost kojca. Kocur i stworzenie, wydające się psem, ciągle sprawiali wrażenie, jakby go nie zauważyli, jednak wydawało mu się, że białofutra drgnęła. Choć widział ją pierwszy raz na oczy, chciałby jej pomóc, jednak czy będzie w stanie…?
Najmniejsza kotka w całej okolicy ( trust me, coś mniejszego nie byłoby w stanie się urodzić ), bardzo niska, o nieproporcjonalnie długim tułowiu i lodowobłękitnych ślepiach, w dodatku pokryta puchatą, śnieżnobiałą sierścią. Wibrysy ma lekko uniesione ku górze na samych ich końcach, uszy bardzo malutnkie, zaś nos i poduszki łap - jasnoróżowe. Natura nie mogła chyba wymyślić czegoś o bardziej urokliwym i niewinnym wyglądzie.
Radość! Radość i miłość dla wszystkich o dobrych i czystych serduszkach - czyli dosłownie dla każdego! Trzeba być miłym, nie wolno sprawiać nikomu przykrości, trzeba nawiązywać rozmowę i łączyć niemożliwe do połączenia dla większości fakty, na wszystkie zadane szybko pytania bądź też pytania, na które powinno odpowiadać się wieloma zdaniami reagując jednym gigantycznym, przepełnionym entuzjazmem głosikiem wiecznie podekscytowanej kotki. A jeśli ktoś rzuca się na cienistego, albo w ogóle na innego kota, jeśli oboje nie są cienistymi, to trzeba go zwyzywać i zagrozić mu tym, że urwie się mu ogon i wsadzi się go w jedno ucho, tak, żeby wyszedł drugim - nawet, jeśli jest jakimś tam psem, który ogona nie posiada!
No i pamiętajcie, każdemu, dosłownie każdemu, trzeba ufać, bo każdy jest przyjacielem! A już zwłaszcza cieniści!
Leżała tak, nieświadoma cudzej obecności... do pewnego momentu, bo w momencie, w którym wspomnienia opuściły ją na chwilę...
Przez całe ciało kotki przeszedł dreszcz, dokładnie w tym samym momencie wprawiając w drżenie każdą z części jej ciała. P... potwory! Woń potworów, paskudna woń, chociaż to nie był zapach t y c h potworów, które porwały jej kocięta, które sprawiły, że teraz pewnie nie żyją albo że umierają, bo nie wiedziała, ile czasu minęło, odkąd... Oczy Króliczego Pląsu rozszerzyły się szeroko, a pysk rozchylił się w niemym przerażeniu, które sparaliżowało jej ciało. P... potwór! Nie był duży, ale... ale miał ten sam kolor, co Naczelny Potwór, brązowy, w czarne, pionowe pasy i... - P... potwór! - wydobyła z siebie jedno jedyne słowo, które była w stanie powiedzieć, w bezruchu wpatrując się w obcego kota. Pomimo przerażenia widocznego na jej pysku z oczu kotki nadal płynęły łzy, zupełnie, jakby gdzieś tam, w głębi niej samej miały one niewyczerpane źródło. - W... wi... wichrowy po... potwór! - chociaż całe to zdanie zostało wypowiedziane szeptem, można było odnieść wrażenie, że Króliczy Pląs... krzyczy. Krzyczy, nie mogąc jednak - póki co, oczywiście - otrząsnąć się ze strachu w wystarczającym stopniu, by krzyknąć straszliwą prawdę tuż pod jej kojcem. Czy... czy obcy, wichrowy potwór przyszedł ją zabić, czy jedynie chciał się nad nią pastwić, teraz, kiedy była bezbronna? A może... może ją zabije i nie będzie musiała się dłużej tu męczyć...?
Kiedyś płynęłam prosto, jak między liniami, teraz miotam się w kółko rozpaczliwym pieskiem.
Owca ma zawsze dość apatyczny i chłodny wyraz pyska, a jej beznamiętne spojrzenie nie zdradza żadnych emocji, chyba że sztuczne. Wygląda niezwykle młodo - aparycja dziwnie nie pasuje do przeżytych księżyców - ale w tym tkwi jej urok. Ciało ma drobne, przeciętnej wielkości, a ruchy niezwykle ostrożne i zgrabne zarazem. Już na pierwszy rzut oka widać, że to kotka. Szczupłą sylwetkę pokrywa kremowobiałe futro średniej długości - nie jest ono ani klasycznie krótkie, ani też przesadnie długie i splątane. Jej pyszczek, uszy, łapki i ogon są zabarwione na rudo, zaś na grzbiecie z pewnością uwydatni się podobny, może nieco bledszy odcień. Ślepia Owczej są ciemnoniebieskie - niezmiennie od momentu narodzin.
Jest chodzącą, egoistyczną obojętnością. Na koty z reguły łypie neutralnym okiem, być może nieco podejrzliwym, aczkolwiek pod chłodną maską czystej surowości skrywa wiele procesów myślowych, planów i podstępów, które mogą jej utorować drogę do przyjemnego życia. Niezbyt martwi się tym, że kogoś boli, że ktoś nie umie, że płacze, że jojczy, że smęci - cały świat może mieć źle, dopóki ona będzie miała dobrze. Nie pokaże tego jednakże na zewnątrz. Będzie udawała zatroskaną, być może przejętą, a monotonny, melodyjny głos wypluje rady, które być może jeszcze bardziej dokopią leżącego. Lubisz to, co słyszysz? Świetnie. O to właśnie chodziło. Owca jest bowiem istnym wilkiem w owczej skórze, który bardzo lubi słuchać i pochłaniać informacje.
Czereśniowa Łapa, Echo [RZ], Słowicza Łapa [G]
//Nie wiem, czy mogę, najwyżej wyjdę @@.
Wracała właśnie z osiedla.
Przechadzka po betonowej dżungli była zaiste pouczająca, jednakże wciąż wisiało nad nią fatum nieuregulowanych układów i niewypełnionych obietnic. Miała na to dużo czasu, dlatego też zamierzała wkroczyć do lasu od strony robaczywego padołu Wężowej Matrony, ponownie wypełniając płuca odorem, którego tak bardzo nienawidziła, który brzydził ją do tego stopnia, że czuła jakoby czyraki obrastały jej podskórne ścięgna. Paskudztwo.
Akurat przemieszczała się pomiędzy domostwami, kiedy usłyszała jakieś wrzaski. Wrzaski, których brzmienie od razu rozpoznała. Hmm. Majtnęła ogonem, uderzając się nim w okolicach kostki, po czym krokiem znużonym przepełzła przez płot i rzuciła spojrzenie na dziwną konstrukcję, którą widziała już tu i ówdzie. Miejskie koty nazywały to kojcem, tudzież wielką klatką. Miejscem z którego zwierzęta nie miały prawa uciec. Był tam stary pies. I stary kot. I kotka, która postradała wszelkie zmysły. Owieczka mogła przyszywaną ciotkę dobić jeszcze bardziej, wzbudzić nadzieje, albo po prostu uspokoić, choć ostatnia opcja wydawała się być niemożliwa do osiągnięcia. Pierwsza natomiast... interesująca.
Spojrzała na wichrowego kota, którego zapach nie budził w niej żadnych wątpliwości. - Dzień dobry, ciociu - uniosła prawy kącik pyska w lodowatym uśmiechu, dziwnie nie odczuwając żadnego współczucia wobec kotki, której tragiczny koniec widziała za młodu. Była to przykra sytuacja, która poniekąd przesądziła los niegdysiejszej Jad - Wyglądasz doprawdy potwornie. Gorzej, niż tego felernego dnia - A w dodatku widzisz dookoła potwory. Spojrzała na... terminatora? Ewentualnie bardzo młodego wojownika. Zabawna sytuacja. Prędzej by stwierdziła, że to Króliczy Pląs wygląda jak potwór. Wymiętolony przez los, wypruty z jakiejkolwiek nadziei. Marna, pusta skorupa, dla której każdy dzień to istna udręka. Dziwne, że sama nie weszła między zęby temu psu i nie popełniła samobójstwa, by ukrócić swoje głosy w głowie i bestie, pojawiające się dookoła.
Somewhere deep in the dark
A howling beast hears ustalk I dare you to close your eyes
And see all the colours in disguise
niski wzrost, szczupły, długie łapy; krótkowłosy; bury, pręgowany tygrysio, z białymi znaczeniami; brązowooki; parę blizn
Podobny do dawnego siebie, jednak znacznie mniej ufny. Nie zacznie rozmowy z samotnikiem, a prędzej ucieknie, gdy tylko pojawi się podejrzenie, że napotkany kot ma zamiar go zaatakować. Mniej odważny, omijający ryzyko szerokim łukiem. Czasem niekontrolowanie drży mu powieka, szczególnie w sytuacjach napięcia, choć niekiedy również poza nimi.
Często ogarnia go rozpaczliwa chęć porzucenia czujności, ale zdaje sobie sprawę, że byłoby to bardzo niebezpieczne. Zdarza mu się zagłębić w marzeniach, szczególnie przed snem - teraz wirują one głównie wokoło powrotu do Klanu Wichru, do rodzeństwa i rodziców, dzieci Zaśnieżonej (których prawie w ogóle nie pamięta, bo gdy ostatni raz je widział, były maleńkie), ale też życia wojownika, które zapewnia więcej stabilizacji niż żywot samotnika, nawet jeśli wiąże się czasem z ryzykiem, zapewnia sens. Wytrwale zmierza w kierunku klanowych ziem, choć jednocześnie rozsądnie. Nie pędzi na łeb na szyję, a posuwa się dość powoli, choć systematycznie. Szuka jakichś kryjówek, poluje, na wypadek, gdyby dziś jednak nie był dzień, gdy trafi do obozu.
ni ma || gwiżdżący wiatr [kw/nkt]; porośnięta łapa [kc/nkt]; hucząca łapa [gk/kr]; zmrok [nkt/kg]
Uszy kocura momentalnie przylgnęły płasko do głowy. Zupełnie nie spodziewał się od kotki takich słów. Pot-potwór? Co on zrobił, aby zasłużyć sobie na taką niedobrą reputację?
Mimowolnie skurczył się sam w sobie, a jedna z tylnych łap bez kontroli poszła o krok do tyłu. Powieki kocura mocno się zacisnęły i trwały w takiej pozycji dobrą chwilę, jednak w końcu zmusił się do spojrzenia na świat jeszcze raz. Nic się nie zmieniło: dziwna konstrukcja dwunogów, dziwny stary pies, dziwny stary kot, dziwna kotka, będąca w jeszcze dziwniejszym stanie.
Potwór. Pierwszy raz ktokolwiek użył tego słowa wobec Orlikowej Łapy. Terminator słyszał je dotąd głównie jako określenie istot, które były zniewolone przez dwunogi, które służyły im. Niekiedy potwory rzucały się na koty, prawie zawsze kończyło się to brutalnym mordem. Dlatego też to słowo od razu skojarzyło mu się grozą i okrucieństwem. Ale przecież… On nie był ani okrutny, ani groźny, jakkolwiek by się silić na to ostatnie. To tylko niezbyt duży, niezbyt silny, pokojowo nastawiony do wszystkich Orlikowa Łapa, który bardzo kochał swoją rodzinę, a najbardziej marzył o odnalezieniu zaginionej siostry, Bieliczek.
Tak więc słowo "potwór" po prostu nie mogło pasować. Biała kocica jednak musiała być innego zdania… Ale właściwie dlaczego? Młody nic jej nie zrobił, zobaczyli się dopiero przed momentem i do tego po raz pierwszy w życiu. W innych klanach raczej nie miał złej opinii, a bo i kto w ogóle wiedział o jego istnieniu? Jeśli ktokolwiek, to chyba bardzo, bardzo nieliczni.
Zaraz… Wichrowy? To musiało oznaczać, że wie o istnieniu klanów. Ale skąd mogła posiąść pewność, że wichrowy? Przecież nie miał czerwonym markerem na czole wypisanego "Jestem z Klanu Wichru". A, już wiedział! W pewien sposób miał takowy napis, jednak występował on w postaci zapachu, którym szczelnie przesiąknięte było jego futro. Czyli musiała kiedyś być w którymś z klanów, ewentualnie przebywała bardzo długo w ich pobliżu.
Już chciał zadać pytanie, z jakiego jet klanu. Przeszkodziło mu przybycie kogoś zupełnie nowego. Kolejny obcy. Następna kotka, chociaż ta zdawała się mieć mniej więcej tyle samo księżyców, co on. Chyba, bo była trochę wyższa od niego. Właściwie nic nigdy nie wiadomo; Orlikowa Łapa na przykład kończył już jedenaście księżyców, ale przerastali go nawet przeciętnego wzrostu siedmioksiężycowi terminatorzy.
Och… One się już znały, a do tego chyba były spokrewnione. Poczuł się zupełnie zbędny, niczym piąta łapa czy dodatkowy ogon, a w dodatku miał jakieś przeczucie, że im po prostu przeszkadza.
– Wi… witam – przywitał nowo przybyłą. Chociaż nie spodziewał się, że usłyszy zdecydowany głos, pobrzmiewający w nim brak pewności zdziwił nawet jego. Poczuł się jeszcze bardziej obcy i niepotrzebny. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że jeśli usłyszy chociaż słówko, aby zostawił je same oraz wrócił tam, skąd przyszedł, zrobi to bez ani chwili oporu.
Zrobił jeszcze jeden krok w tył, a białe wibrysy wraz z pręgowanym ogonem drgały ze zdenerwowania. Uszy odwrócone były ku tyłowi, wzrok zaś padał na niewielki kamyk, leżący przed kojcem, mniej więcej w połowie odległości między Chmurką a Owcą.
Najmniejsza kotka w całej okolicy ( trust me, coś mniejszego nie byłoby w stanie się urodzić ), bardzo niska, o nieproporcjonalnie długim tułowiu i lodowobłękitnych ślepiach, w dodatku pokryta puchatą, śnieżnobiałą sierścią. Wibrysy ma lekko uniesione ku górze na samych ich końcach, uszy bardzo malutnkie, zaś nos i poduszki łap - jasnoróżowe. Natura nie mogła chyba wymyślić czegoś o bardziej urokliwym i niewinnym wyglądzie.
Radość! Radość i miłość dla wszystkich o dobrych i czystych serduszkach - czyli dosłownie dla każdego! Trzeba być miłym, nie wolno sprawiać nikomu przykrości, trzeba nawiązywać rozmowę i łączyć niemożliwe do połączenia dla większości fakty, na wszystkie zadane szybko pytania bądź też pytania, na które powinno odpowiadać się wieloma zdaniami reagując jednym gigantycznym, przepełnionym entuzjazmem głosikiem wiecznie podekscytowanej kotki. A jeśli ktoś rzuca się na cienistego, albo w ogóle na innego kota, jeśli oboje nie są cienistymi, to trzeba go zwyzywać i zagrozić mu tym, że urwie się mu ogon i wsadzi się go w jedno ucho, tak, żeby wyszedł drugim - nawet, jeśli jest jakimś tam psem, który ogona nie posiada!
No i pamiętajcie, każdemu, dosłownie każdemu, trzeba ufać, bo każdy jest przyjacielem! A już zwłaszcza cieniści!
Nie odezwał się, nie odpowiedział na jej zarzuty, nie, nie, zamiast tego milczał, jakby potwierdzając tę wersję wydarzeń, bo oczywiście, nic innego nie mógł zrobić, jeśli nie chciał kłamać, ale z drugiej strony przecież potwory kłamały, kłamały ciągle, zawsze, nieustannie, praktycznie bez przerwy. Wpatrywała się w niego, podczas, gdy z zapuchnietych oczu kotki dalej lały się łzy.
Do czasu.
Dzień dobry, ciociu.
Drżąc, odwróciła głowę w stronę głosu. Ten głos. Nie pachniał potworem. Nie pachniał potworem i...
Chyba znała tego kogoś. Rude uszy, rude łapy, rudy pyszczek, rudy ogon... a reszta pokryta bielą. Chyba... chyba ją znała, tak.
Ciociu.
Nawet nie usłyszała kolejnych słów kotki, one nie miały w tej chwili znaczenia. Jad, jej Jad, jej kochana siostrzenica, ona żyła i była... taka duża. Ale... co robiła w tym miejscu? Może to tylko sen...? - Ja... Ja-ad? - zająknęła się, patrząc na tamtą szeroko spuchniętymi, zapłakanymi oczami i całkowicie zapominając, że Potwór! był przecież tuż obok nich. - Ty... ty ż-żyjesz... - nie uśmiechnęła się, ale w oczach można było dostrzec rozbłysk czegoś, co było znacznie mniej negatywne niż wszystko, co dotąd sobą prezentowała. - C... co z nimi, J-jad, c-co z D-d-dębem, co z B-bukiem - spytała, prawie że szepcząc i wpatrując się w tamtą z nadzieją. Niech żyją. Proszę, powiedz... powiedz, że żyją, że nic im nie jest, powiedz, powiedz...
Kiedyś płynęłam prosto, jak między liniami, teraz miotam się w kółko rozpaczliwym pieskiem.