Trzmiel to w głównej mierze biały z pręgowaniem na niebieskich łatach na głowie oraz grzbiecie, jaki ogonie z niemalże czarną końcówką, oraz ciemnopomarańczowych ślepiach. Jego sylwetkę można raczej zamknąć w kształcie zbliżonym do kwadratu. Wyrósł nieco powyżej średniej wzrostu kocurów w Klanie Gromu, ale pod względem tuszy zajmuje w klanie czołowe miejsce. Pod znacznym tłuszczykiem rozbudowały się porządne mięśnie. Kocur-czołg.
Blizny: przedłużony uśmiech od lewego kącika pyska aż po ucho; oderwana część małżowiny prawego ucha od boku od zewnętrznej strony po całej wysokości. Po udarze w wieku 65 księżyców jego lewe oko się nie domyka, a lewy kącik pyska jest wiecznie opuszczony.
Życie Trzmiela nie było raczej zbyt emocjonujące. Właściwie on sam nigdy nie kierował się emocjami, które starał się ukrywać bardzo głęboko w sobie. Zaczął uczyć się tego chwilę przed zostaniem wojownikiem, a obecnie wypracował swoje kamienne, obojętne i niczym niewzruszone lico do perfekcji. Rzadko kiedy się unosił, czy denerwował. Nabrał trochę więcej szacunku do nieznanych mu kotów i przestał być aż tak zarozumiały jak kiedyś (co nie zmienia faktu, że nadal trochę jest). Kocur jest oschłym, obowiązkowym i ambitnym typem, który lubi jak wszystko chodzi, jak w zegarku, a najlepiej po jego myśli. Nadal nie przepada za tym, gdy ktoś wchodzi mu w drogę, jednakże stał się na tyle obojętny (przynajmniej zewnętrznie), że przestał pokazywać jakiekolwiek oznaki irytacji. Odkąd urodziły mu się kocięta zmiękł nieco, choć nadal jest twardy i bardziej przypomina zimny kamień niż delikatny kwiat.
Trzmiel, słysząc kocię, spojrzał na nią swoimi ciemnopomarańczowymi ślepiami pozbawionym wyrazu. Szukał w swoich wspomnieniach jakiejś Zamglonej Łapy, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Zwyczajnie kocicy nie pamiętał. O ile Nocna Wichura, czy Oszroniony Pazur zapadli mu w pamięć, bo miał z nimi relacje, o tyle córki Gorejącego Krzewu w ogóle nie kojarzył. Z tego wynikało, że musiała zniknąć dawno temu. Chyba, że kłamała.
— Nie przypominam sobie żadnej Zamglonej Łapy — odpowiedział szorstko i oficjalnie, jak zawsze. Nie odwołał ani wojownika, ani syna ze swoich pozycji. Czekał na jakieś słowa, które wykażą, że ma w ogóle o klanie pojęcie. Zamglona musiała udowodnić, że kiedyś do klanu należała. Inaczej Trzmiela Gwiazda na pewno jej nie przyjmie. A to był dopiero początek. Gruby ogon kocura zakołysał się pomiędzy jego białymi piętami, oprócz tego zastrzygł również obgryzionym uchem.
Wyrosła na najniższego kota z rodzeństwa, aczkolwiek jej krótka sierść nabrała blasku i zgęstniała , stając się miękka. Odkąd sama zaczęła się uczyć polować musiała się przyzwyczaić do całodziennej pracy, przez co jej mięśnie stały się wyraźne. Sylwetka szczupła pozwalała na nie przejmowanie się za dużą porcją jedzenia. Błyszczące bursztynowe ślepia patrzą na świat z odwagą. Futro przybrało kolor kremowo niebieski. Wygląda jakby ktoś na niebieskim płótnie zaczął malować różne łaty beżową barwą w losowych miejscach. Na brzuchu zaś ma małą białą plamę
Po samotnych księżycach, podczas których miała wiele czasu na myślenie pochodziła się częściowo z utratą mistrzyni. Przestała być cały czas smutna. Zaczęła doceniać drobnostki, ale stała się poważna oraz tak jakby dojrzała. Stroni od towarzystwa, lecz nie będzie na siłę się go pozbywała. Lubi słuchać, trochę mniej mówić. Przez to stała się świetnym słuchaczem. Poza tym doskonale pamięta kodeks wojownika, rangi i nazwy klanów, czyli wszystko czego nauczyła się podczas krótkiego treningu.
Skowronkowa Łapa (S)
Kotka nie zapadła kocurowi w pamięć, nic dziwnego skoro nie miała z nim wcześniej styczności gdy była deszcze w klanie. Nie zdziwił ją szorstki i oficjalny ton Gromiaka. Szybko myślała co może powiedzieć aż wpadła na pewien pomysł. - Ostatni raz w klanie byłam za czasów Błyskającej Gwiazdy, zostałam przegoniona przez borsuka. Stało się to niedługo po przydzieleniu mojego drugiego mistrza, Puszczykowego Ogona. Pierwszą mistrzynią była Różny Kwiat. Moi rodzice to Bursztynowooka i Gorejący Krzew. Pochodzę z ich drugiego miotu. Czy w jeszcze jakiś sposób mogę udowodnić swoje pochodzenie? - przedstawiła dokładnie kim była. Kto był jej matką i ojcem, kto ją szkolił oraz mniej więcej w jakim momencie zaginęła. Prawda była taka że odeszła jednakże gdyby tak powiedziała jej szanse na ponowne przyjęcie zmalały by. Historia z czarno białym zwierzęciem stała się wersją którą przedstawiała każdemu, kto by ją zapytał czemu nie należy już do klanu. Pomimo kłamstwa ton głosu, wzrok ani ciało nie dały znać że coś może być nie tak. Gdyby tak się stało kocur mógłby coś podejrzewać
it'sxmyxlife and it'snowornever i ain'tgonnaliveforever i justwant tolive whilei'm alive it'sxmyxlife
Trzmiel to w głównej mierze biały z pręgowaniem na niebieskich łatach na głowie oraz grzbiecie, jaki ogonie z niemalże czarną końcówką, oraz ciemnopomarańczowych ślepiach. Jego sylwetkę można raczej zamknąć w kształcie zbliżonym do kwadratu. Wyrósł nieco powyżej średniej wzrostu kocurów w Klanie Gromu, ale pod względem tuszy zajmuje w klanie czołowe miejsce. Pod znacznym tłuszczykiem rozbudowały się porządne mięśnie. Kocur-czołg.
Blizny: przedłużony uśmiech od lewego kącika pyska aż po ucho; oderwana część małżowiny prawego ucha od boku od zewnętrznej strony po całej wysokości. Po udarze w wieku 65 księżyców jego lewe oko się nie domyka, a lewy kącik pyska jest wiecznie opuszczony.
Życie Trzmiela nie było raczej zbyt emocjonujące. Właściwie on sam nigdy nie kierował się emocjami, które starał się ukrywać bardzo głęboko w sobie. Zaczął uczyć się tego chwilę przed zostaniem wojownikiem, a obecnie wypracował swoje kamienne, obojętne i niczym niewzruszone lico do perfekcji. Rzadko kiedy się unosił, czy denerwował. Nabrał trochę więcej szacunku do nieznanych mu kotów i przestał być aż tak zarozumiały jak kiedyś (co nie zmienia faktu, że nadal trochę jest). Kocur jest oschłym, obowiązkowym i ambitnym typem, który lubi jak wszystko chodzi, jak w zegarku, a najlepiej po jego myśli. Nadal nie przepada za tym, gdy ktoś wchodzi mu w drogę, jednakże stał się na tyle obojętny (przynajmniej zewnętrznie), że przestał pokazywać jakiekolwiek oznaki irytacji. Odkąd urodziły mu się kocięta zmiękł nieco, choć nadal jest twardy i bardziej przypomina zimny kamień niż delikatny kwiat.
Oczywiście, że ze skupieniem słuchał słów obcej dla niego kocicy. Taka była jego rola. Zamglona Łapa wspomniała, że do klanu ostatni raz należała jeszcze za rządów Błyskającej Gwiazdy, którego od dawna już z nimi nie było, nieświadoma zaś rozmawiała właśnie z jego następcą. Na uderzenie serca pysk kocura zmarszczył się, jednak w mgnieniu oka jego mina znów wróciła do statecznej, pozbawionej wyrazu kamiennej maski.
— Błyskająca Gwiazda już dawno tutaj nie rządzi. Borsuk gonił cię przez tyle księżyców, że powracasz dopiero teraz? Opisz to, jak wyglądają twoi domniemani rodzice i podaj imiona rodzeństwa — odezwał się krótko, acz treściwie. Historia o borsuku była wyjątkowo naciągana, a Trzmiel nie lubił, jak próbowało się z niego robić mysi móżdżek. Nie był Mysiowąsą. Na razie jednak nic na ten temat nie powiedział i czekał na dalsze wyjaśnienia kocicy podającej się za dawną terminatorkę ich klanu.
Wyrosła na najniższego kota z rodzeństwa, aczkolwiek jej krótka sierść nabrała blasku i zgęstniała , stając się miękka. Odkąd sama zaczęła się uczyć polować musiała się przyzwyczaić do całodziennej pracy, przez co jej mięśnie stały się wyraźne. Sylwetka szczupła pozwalała na nie przejmowanie się za dużą porcją jedzenia. Błyszczące bursztynowe ślepia patrzą na świat z odwagą. Futro przybrało kolor kremowo niebieski. Wygląda jakby ktoś na niebieskim płótnie zaczął malować różne łaty beżową barwą w losowych miejscach. Na brzuchu zaś ma małą białą plamę
Po samotnych księżycach, podczas których miała wiele czasu na myślenie pochodziła się częściowo z utratą mistrzyni. Przestała być cały czas smutna. Zaczęła doceniać drobnostki, ale stała się poważna oraz tak jakby dojrzała. Stroni od towarzystwa, lecz nie będzie na siłę się go pozbywała. Lubi słuchać, trochę mniej mówić. Przez to stała się świetnym słuchaczem. Poza tym doskonale pamięta kodeks wojownika, rangi i nazwy klanów, czyli wszystko czego nauczyła się podczas krótkiego treningu.
Skowronkowa Łapa (S)
Koteczka zobaczyła chwilową zmianę wyrazu pyska, kocur nie przepadał za Błyskającą Gwiazdą. Zapewne nie tylko on. Każdy przywódca nie ma poparcia wszystkich kotów. - Obiło mi się o uszy jedynie że jego miejsce zajął Trzmiela Gwiazda. Nie aż tyle czasu nie, jednak był dość upierdliwy i nie chciał odpuścić, przez co musiałam się uciekać dość długo i daleko. Gdy odpuścił musiałam wracać okrężną drogą, ponieważ nie chciałam go więcej napotkać. Wolałam przeczekać aż stopnieją wszystkie śniegi. Później... - kotka zrobiła krótką przerwę aby zaczerpnąć tchu i poukładać sobie wszystko w głowie. - dopadły mnie wątpliwości, czy w ogóle ktoś mnie jeszcze pamięta, czy ktoś mi uwierzy, lub czy nie zostanę uznana za zdrajcę. Tak mijały kolejne księżyce a potem podjęłam decyzję chcę wrócić i pomóc, spróbować życia w klanie po raz drugi. - ostatnie słowa kotki były przepełnione determinacją i pewnością siebie tak samo jak jej wzrok. - Co do rodziny. Mama pamiętam że była trochę podobna do mnie. Miała bursztynowe oczy a sierść w tych samych kolorach co ja, tej samej długości. Tata był kocurem o ciemnych oczach i rudo białym futrze. Był również wysoki jak dobrze pamiętam. Co do rodzeństwa to Splątana Łapa, Niedźwiedzia Łapa, Podniebna Łapa, Lotna Łapa Kwiecista Łapa i Wierzbowa Łapa niestety zmarła niedługo po dostaniu imienia terminatora. - powiedziała wszystko na temat swojej rodziny pomijając starsze rodzeństwo którego nawet nie poznała. Czy po tym kocur uwierzy jej, a może będzie chciał dowiedzieć się jeszcze czegoś.
it'sxmyxlife and it'snowornever i ain'tgonnaliveforever i justwant tolive whilei'm alive it'sxmyxlife
Trzmiel to w głównej mierze biały z pręgowaniem na niebieskich łatach na głowie oraz grzbiecie, jaki ogonie z niemalże czarną końcówką, oraz ciemnopomarańczowych ślepiach. Jego sylwetkę można raczej zamknąć w kształcie zbliżonym do kwadratu. Wyrósł nieco powyżej średniej wzrostu kocurów w Klanie Gromu, ale pod względem tuszy zajmuje w klanie czołowe miejsce. Pod znacznym tłuszczykiem rozbudowały się porządne mięśnie. Kocur-czołg.
Blizny: przedłużony uśmiech od lewego kącika pyska aż po ucho; oderwana część małżowiny prawego ucha od boku od zewnętrznej strony po całej wysokości. Po udarze w wieku 65 księżyców jego lewe oko się nie domyka, a lewy kącik pyska jest wiecznie opuszczony.
Życie Trzmiela nie było raczej zbyt emocjonujące. Właściwie on sam nigdy nie kierował się emocjami, które starał się ukrywać bardzo głęboko w sobie. Zaczął uczyć się tego chwilę przed zostaniem wojownikiem, a obecnie wypracował swoje kamienne, obojętne i niczym niewzruszone lico do perfekcji. Rzadko kiedy się unosił, czy denerwował. Nabrał trochę więcej szacunku do nieznanych mu kotów i przestał być aż tak zarozumiały jak kiedyś (co nie zmienia faktu, że nadal trochę jest). Kocur jest oschłym, obowiązkowym i ambitnym typem, który lubi jak wszystko chodzi, jak w zegarku, a najlepiej po jego myśli. Nadal nie przepada za tym, gdy ktoś wchodzi mu w drogę, jednakże stał się na tyle obojętny (przynajmniej zewnętrznie), że przestał pokazywać jakiekolwiek oznaki irytacji. Odkąd urodziły mu się kocięta zmiękł nieco, choć nadal jest twardy i bardziej przypomina zimny kamień niż delikatny kwiat.
— Od kogo słyszałaś, że władzę w klanie przejął Trzmiela Gwiazda? — zapytał od razu, kiedy mógł zabrać w głos. Mimo wszystko Trzmiel nie był typem, który wcinał się innym w wypowiedzi i zazwyczaj czekał do końca, żeby się odezwać. Pytanie było, wbrew wszelkim pozorom, dość istotne. Dla samotników nie powinna to być powszechna informacja.
— Chcesz mi powiedzieć, że borsuk gonił cię tak długo, że musiałaś czekać, aż śniegi stopnieją? Brzmi niewiarygodnie. Żaden drapieżnik nie goniłby cię tak daleko — przedstawił swoje wątpliwości w dość ostry sposób. Trzmiel był bardzo sceptycznie nastawiony do powracających do klanu kotów. Zwłaszcza tych o niezbyt przekonującej historii. Dodatkowo sam fakt, że powiedziała, że miała wątpliwości związane z powrotem do klanu... Nie przedstawiła się w ten sposób w dobrym świetle. Dane o rodzinie się zgadzały, więc tutaj akurat nie miał żadnych pytań. Wyglądało na to, że Zamglona rzeczywiście należała kiedyś do klanu, ale to sprawiało jedynie, że miała jakieś szanse na powrót, a nie że od razu zostanie przyjęta.
Wyrosła na najniższego kota z rodzeństwa, aczkolwiek jej krótka sierść nabrała blasku i zgęstniała , stając się miękka. Odkąd sama zaczęła się uczyć polować musiała się przyzwyczaić do całodziennej pracy, przez co jej mięśnie stały się wyraźne. Sylwetka szczupła pozwalała na nie przejmowanie się za dużą porcją jedzenia. Błyszczące bursztynowe ślepia patrzą na świat z odwagą. Futro przybrało kolor kremowo niebieski. Wygląda jakby ktoś na niebieskim płótnie zaczął malować różne łaty beżową barwą w losowych miejscach. Na brzuchu zaś ma małą białą plamę
Po samotnych księżycach, podczas których miała wiele czasu na myślenie pochodziła się częściowo z utratą mistrzyni. Przestała być cały czas smutna. Zaczęła doceniać drobnostki, ale stała się poważna oraz tak jakby dojrzała. Stroni od towarzystwa, lecz nie będzie na siłę się go pozbywała. Lubi słuchać, trochę mniej mówić. Przez to stała się świetnym słuchaczem. Poza tym doskonale pamięta kodeks wojownika, rangi i nazwy klanów, czyli wszystko czego nauczyła się podczas krótkiego treningu.
Skowronkowa Łapa (S)
- Usłyszałam to od pewnej białej kocicy, jednak nie poznałam jej imienia. - wyjaśniła z delikatnym uśmiechem na pysku. - Nie gonił mnie bardzo daleko, ale było to też wieczorem dość późnym, a jako nie znałam za dobrze terenów niczyich musiałam przeczekać noc. Następnego dnia kręcił się w moich okolicach więc oddaliłam się na tyle daleko aby odpuścił. Czekałam aż śniegi stopnieją, aby nie musieć za bardzo martwić się o pogodę. Bez kryjówki wątpię abym przeżyła śnieżycę. - koteczka nie odpuszczała, bo wiedziała że ma jeszcze szansę. Nawet jeśli kocur nie do końca wierzył w jej historyjkę. Co do wątpliwości wolała o nich powiedzieć niż szukać jakieś kolejnej wymówki.
it'sxmyxlife and it'snowornever i ain'tgonnaliveforever i justwant tolive whilei'm alive it'sxmyxlife
Buro-rudo-biała długowłosa kotka. Jest kocicą przeciętnego wzrostu, niższą od większości kocurów, nie jest szczególnie chuda czy gruba. Jej oczy są jasnozłote.
Kim jest? Co jest celem jej życia, do czego dąży? Sama nie wie. Kiedyś energiczna i towarzyska, dzisiaj więcej się martwi, więcej milczy, jest bardziej zacięta, wydaje się być zmęczona, ale zdawać by się mogło, że wrócił do niej ogień, który kiedyś ją napędzał do wychowywania kociąt. Wciąż za najważniejszą uważa rodzinę, jednak straciła związane z tym złudzenia i naiwność: krew wcale nie musi oznaczać bliskości, a słowa bliskich potrafią ciąć bardziej, niż pazury. Stara się więc dbać o rodzinę, jednak nie zamierza się już narzucać i starać za wszystkich. Zaczęła bardziej angażować się w życie klanu, bo stwierdziła, że jeżeli to będzie dalej szło w takim kierunku, jak dotąd, to nie będzie chciała tu żyć.
Miała dość.
Na Gwiezdnych, tak bardzo miała dość. Miała dość bycia zastępcą i spełniania oczekiwań całego klanu w imię… czego? Miała dość stresu, presji, strachu, tej przytłaczającej pewności, że w tym klanie nigdy nie będzie dobrze, miała dość migren. Miała dość bycia matką, bo i tak nic jej nie wychodziło, Kamień i tak myślał tylko o sobie, Plamka i tak była mentalna kociakiem, a Sasanka niezmiennie – mimo pozornej poprawy na wiele księżyców, gdy nie wywołała żadnej poważnej awantury – była trucizną toczącą klan. Miała dość bycia częścią klanu, który potrafi tylko sobie wypominać błędy, wyrzygiwać wszystko, co złe i doprowadzać siebie nawzajem na skraj wytrzymałości… a z drugiej strony byli ci, którzy biernie patrzyli, myśląc tylko o sobie, nie wtrącali się dla własnej wygody, nie reagowali na cudzą krzywdę i ból, i ci byli chyba jeszcze gorsi. Liść miał rację, zrobił dobrze, odszedł, nim było za późno, nim życie w klanie doprowadziło go na skraj. Gdyby wtedy wiedziała to, co wiedziała dzisiaj, przy okazji poszukiwań syna poza terenami klanów sama by czmychnęła, gdzie pieprz rośnie. Baran, Sarna, Krowa, Owca – oni wszyscy mieli rację, odchodząc z tego klanu, nawet jeżeli nie była pewna, czy zrobili to z własnej woli. Na osty i ciernie, Gwieździsta Ścieżka, Gwieździsta Ścieżka miała rację, od samego początku! Wtedy nie rozumiała, a teraz postradała zmysły, jak ona. Ale wtedy, gdy przez dnie i noce szukała swojego syna, nie wiedziała, jak to się skończy, gdy tu zostanie. A teraz, gdy już mleko się wylało, gdy czara goryczy się przelała… musiała odejść. Nie miała już po co tu być. Nie, gdy zobaczyła, że jej córka jest potworem, że wszyscy są potworami! Nie, gdy już nie potrafiła nazywać tego klanu swoim. Nie, gdy darzyła ich wszystkich już tylko nienawiścią.
Nie wiedziała o wielu innych sprawach, które być może przeważyłyby tę szalę inaczej. Nie wiedziała, że nim Liściasta Łapa uciekł z klanu to zdążył uczynić ją babcią, a koty z jej krwi żyły w klanie, który był w konflikcie z Gromem. Nie wiedziała, jak wiele namieszała Sasanka w relacjach międzyklanowych i międzykocich, całkiem jakby żywiła się chaosem i konfliktami. Nie wiedziała, że Kamień jest na bardzo dobrej drodze, by zaprzyjaźnić się z Rozerwanym Uchem, całkiem jakby nie liczyła się dla niego jej pogarda wobec jego własnej matki i jej paskudna hipokryzja; zwierzał się jej i najwyraźniej ufał jej o wiele bardziej, niż kiedykolwiek Łani. Nie wiedziała też, jakie konsekwencje dla wszystkich miała mieć śmierć Ognistego Żaru. Nie wiedziała, do czego miało dojść po tym, jak opuściła obóz. Cała ta wiedza z pewnością dobiłaby ją jeszcze bardziej, być może popychając ją ku celowemu targnięciu się na własne życie, co skierowałoby ją na tę samą ścieżkę, którą podążyła Ognisty Żar, ale teraz… to, co wiedziała na temat klanu Gromu, żyjących w nim kotów i własnej córki, i tak wystarczyło, by podjęła się kroku, który był drastyczny i o którym nigdy wcześniej w zasadzie nie myślała.
Ucieczka. Szaleńczy bieg ku granicom przez piach, a potem las. Odejście z klanu. Autogeniczne wygnanie.
Wiedziała, że nie będzie powrotu, ani teraz, ani nigdy. Sama nie byłaby w stanie już tam żyć, nie wspominając o tym, że nie powinna zostać przez kogokolwiek przyjęta.
Biegła, nawet nie myśląc o tym, co robi. Każda komórka jej ciała chciała być już daleko od obozu i daleko od tych przeklętych terenów, daleko od ziemi, która była jedynym, co znała, jak najdalej od kotów, które zatruły umysł nie tylko Ognistego Żaru, ale i jej samej. Czy życie w samotności było czymś, do czego była stworzona? Nie. Czy życie w siedlisku dwunogów było czymś, z czym mogła sobie dać radę? Prawdopodobnie nie. W końcu nawet jej matka tam poległa, a podobno była świetną wojowniczką, nawet jeżeli matką – beznadziejną. Ale teraz nic, absolutnie nic, nie mogło być gorszym od pozostania w klanie Gromu. Nigdzie nie mogło być gorzej! W tym momencie, prąc przed siebie szybkim biegiem i roniąc łzy, których nie była świadoma, zatęskniła nawet za Wzburzoną Wodą, bowiem… jej nienawiść do niego nie była tak silna jak jej nienawiść do całego klanu Gromu. I on nigdy nie miał w sobie nienawiści i pogardy.
Teren się zmienił – chwilę wcześniej wyszła spomiędzy drzew, a teraz grunt stawał się pofalowany, przechodząc w Wietrzne Wzniesienia. Pokonała i je, pędząc w stronę osiedla, ale w zasadzie nawet nie wiedziała, czemu tam. Przed oczami miała mroczki i w zasadzie biegła na autopilocie, ale potknęła się nagle o wystający korzeń przy jakiejś norze i przeturlała, po czym upadła na pysk, zbyt zmęczona, by biec.
I tak znalazł ją on. Samotnik. Potężny z budowy, długowłosy, czarny kocur ze szkaradną blizną przechodzącą przez pysk. Być może sprowadził się tu dopiero niedawno, a może klan Gromu jeszcze się nie zapuścił tak daleko ze swoją szaleńczą krucjatą na samotników. Nie zadawał pytań i nie miało dla niego znaczenia, że jest zmęczona, że jedynie uciekała, że nie wkroczyła na jego mały rewir celowo. Łani Krok nie tylko była zmęczona, ale też dręczył ją okropny ból głowy (w zasadzie odkąd znalazła ciało Ognistego Żaru) – i choć starała się walczyć o własne życie, naprawdę się starała, bo nie chciała umierać, jeszcze nie, nie teraz, to ledwo trafiała kocura. Gdy już miała na ciele parę ran, rozpaczliwie rzuciła się na niego, by złapać go łapami za szyję i ukąsić w ucho. Ledwo przytomna, urwała mu fragment ucha, po czym wbiła zęby w jego pysk, kiereszując go jeszcze bardziej… ale słabła coraz bardziej, nie dała rady utrzymać tego chwytu i odsłoniła przed nim swoją szyję. Umarła na miejscu; udusił ją, a pomogło mu intensywne krwawienie z ran na brzuchu, boku i przedniej łapie byłej członkini klanu Gromu.
Nawet jej nie zakopał. Po prostu ruszył w stronę Topiołek, żeby u Krzywuchy czym prędzej wyleczyć rany, jakie przed śmiercią zdołała mu zadać kocica. A na nią czekała Srebrna Skórka…
Srebrna Skórka... i on.
Och, co on w ogóle robił? Co on sobie myślał? Że będzie mile widziany? Nie, to byłoby ostatnie, co przeszłoby mu przez myśl, doprawdy, chociaż może gdyby wiedział, że na chwilę Łani Krok zatęskniła też zanim, to czułby się trochę pewniej, ale nawet jako Gwiezdny nie mógł przecież czytać jej w myślach. Nawet jako Gwiezdny... ha. Właściwie to na Srebrnej Skórce czuł się tylko gorzej. Gorzej niż kiedykolwiek w swoim życiu, gorzej niż nawet wtedy, kiedy umierał, gorzej niż w ileś dni przed śmiercią, kiedy nie mógł nawet mówić, bo nie miał siły, jego gardło było za bardzo zaschnięte i zachrypłe, całe ciało go bolało, a miał do powiedzenia znacznie więcej niż kiedykolwiek wcześniej w życiu. Już wtedy chciał przeprosić. Złożyć ostatnią obietnicę, że jak już wyzdrowieje, to się poprawi. Przeprosił już Łani Krok, choć nigdy nie przeprosił ich. Jej dzieci, bo swoimi to chyba nawet nie miał prawa ich nazywać. Co ważniejsze, nigdy w życiu nie wypowiedział tego drugiego zdania, nie doszedł do zdrowia. Poczucie winy – czuł je codziennie. A może właściwie codziennie to było złe słowo, bo czas na Srebrnej Skórce mijał mu jakby inaczej. Od samego początku traktował swoją chorobę i śmierć jak karę, a z czasem tylko nabierał przekonania, że właśnie tak było. Nie zasługiwał na to, żeby żyć. Nie zasługiwał na to, żeby się poprawić, odzyskać szczęśliwe życie i móc dalej być partnerem, ojcem, wojownikiem klanu Gromu. Był zbyt głupi, niedojrzały, łamał obietnice, nie potrafił nawet jednej rzeczy doprowadzić do końca. Był okropny, egoistyczny i żałosny. Żył – w pewnym sensie, bo właściwie to właśnie nie żył – z pełną świadomością swoich win, może nawet wręcz wyolbrzymioną, chociaż, duh, trudno było tu cokolwiek wyolbrzymiać. To były suche fakty. Nie spisał się ani jako partner, ani jako ojciec, ani nawet jako ten cho**rny wojownik. W pełni zasługiwał na całe cierpienie, jakie go spotkało i przyznawał to przed samym sobą bez żadnego żalu, bo do niego również nie miał prawa. Dlaczego? Dobre pytanie. Dlaczego wraz z jego karą musiały zostać ukarane niewinne koty? Łania, Liść, Plamka, Kamień, Sasanka. Czym sobie zasłużyli na jego utratę? Zawalił już na samym początku, ale przez swoją śmierć stracił bezpowrotnie szansę na to, żeby się poprawić. Dla nich. Żeby nie musieli cierpieć. A jednak musieli. Dlaczego z jego winy? Nie mógł mieć żalu do siebie, skoro przyniósł tyle bólu innym kotom. Widział to na własne oczy, kiedy nawiedzał tamtej nocy Łanię. Widział to przez wszystkie ich łzy i konflikty. Nawet kiedy dawał życie Trzmielemu Pyłowi, nawet wtedy usłyszał, że niektórych błędów nie można wybaczyć. Jemu nie można było wybaczyć. Był przekonany, że oni wszyscy go nienawidzili, że swoim pojawieniem się wywołałaby u nich tylko ból, rozgrzebałby state rany. Zawaliłby. Znowu. Dlatego nigdy nie przyszedł przeprosić. Nigdy nie rozmawiał z kimś więcej niż Łania.
Ale, tak jak obiecał, nigdy nie przestał patrzeć. Na Łani Krok, na Błękitną Toń, Sasankową Łapę, Kamienną Łapę, Liściastą Łapę. Widział, co się u nich działo, obserwował, otaczał "opieką" Gwiezdnego, choć tak naprawdę nie mógł nic zrobić. Patrzył na kolejne i coraz to większe awantury w Gromie. Obserwował, jak kocięta Łani dorastają. Doczekał się nawet wnucząt, o których nikt z klanu Gromu nawet nie wiedział, w tym jednego, który zupełnym przypadkiem dostał takie imię, jakie on miał kocięce. O, ironio! Jednak kiedy widział, jak Łania uciekała, zalewając się łzami, czuł się kompletnie bezsilny, rozdarty i zagubiony. Kiedy upadła, jego własne łapy się zatrzęsły, a oczy otworzyły szeroko. Kiedy nadszedł ten samotnik, poczuł się jeszcze słabszy niż kiedykolwiek wcześniej, a czuł się słaby właściwie cały czas od momentu, w którym zachorował. Patrzył na to, jak kocica, która go nienawidziła, ale od której on wciąż nie potrafił oderwać wzroku, nawet po tylu księżycach na Srebrnej Skórce... umiera. I co mógł zrobić w praktyce? Jak ją ochronić? Nie mógł zrobić nic. Tyle właśnie była warta ta cała opieka, patrzenie, obserwowanie, chronienie. Nic.
— Nie! — krzyknął do samego siebie. Dokładnie w tym momencie, kiedy wszystko stało się jasne i nie było już odwrotu. Kiedy umierała. Umierała... przez niego. Bo to od niego wszystko się zaczęło. Gdyby nie on, nie wydarzyłoby się wiele rzeczy, jednak w tej chwili przede wszystkim myślał o tym, że gdyby nie jego śmierć, to Sasankowa Łapa nie miałaby urazu do medyków i pewnie nie przyczyniłaby się do śmierci Ognistego Żaru. A nawet gdyby w jakiś sposób do tego doszło, może mógłby wtedy chociaż pobiec za Łanią, powstrzymać ją, zabić tego samotnika. Cokolwiek. Teraz nie mógł zrobić absolutnie nic. Był do niczego nawet jako Gwiezdny. Przodek, który miał się kimś opiekować! Ha! Żałosne.
Długo wahał się nad tym, czy w ogóle powinien przychodzić. To znaczy, ech, tak długo jak mógł, czyli w praktyce wcale nie za wiele. Nie chciała go pewnie oglądać, prawda? Nie po raz kolejny. Obiecał jej, że odejdzie, ach, i odszedł, ale teraz... Czemu właściwie w końcu zdecydował się na to, żeby się pojawić? Może chciał z nią porozmawiać, chociaż miałoby to trwać krótką chwilę, bo mogła to być ostatnia taka okazja. Nie będzie się jej narzucał, jeśli nie będzie chciała mieć z nim nic do czynienia na Srebrnej Skórce. W końcu oboje będą już tam na zawsze. Może nie chciał, żeby czekał tam na nią ktokolwiek inny, chociaż znowu było to z jego strony okropnie egoistyczne i głupie. A może chciał widzieć na własne oczy, chciał być przy tym momencie,bo on przecież wcale nie nienawidził Łani i mimo wszystko chciał jej jakoś towarzyszyć w tym momencie? Jakby nie patrzeć, ona była przy nim... kiedy umierał. Bo nie umarł nagle, jego stan stale się pogarszał, a chociaż wtedy sytuacja była inna, to już wtedy zawiódł. Może chciał się odwdzięczyć, chociaż nie wiedział, czy to w ogóle można było tak nazwać, skoro raczej nie był zbyt mile widziany. Tak naprawdę nie wiedział, co do końca go tam przywiodło. Impuls. Bo bał się w ogóle jej pokazywać na oczy jeszcze raz, a mimo to uparcie czuł się tak, jakby musiał.
Do odejścia Łani z klanu pchała ją nienawiść. Do Gromu, do kotów, do terenów. Pewnie towarzyszyło temu wiele innych emocji, ale skoro dopiero co umarła, nie chciał jej pokazywać czegoś znajomego. Czegoś, co skojarzyłaby ze swoim klanem, w którym się urodziła, i który popchnął ją do śmierci. Nie pokazał się również nad Wielką Słoną Wodą, bo wolał, żeby to, co się tam wydarzyło, właśnie tam pozostało. Przez jakiś czas Łani Krok otaczała tylko i jedynie ciemność, kiedy umierała, a gdy w końcu pojawiła się na Srebrnej Skórce, nie znalazła się właściwie w żadnym konkretnym miejscu. Ot, polana. Piękna łąka gdzieś w środku lasu. Nad nią rozciągało się rozgwieżdżone niebo, gdzieś w oddali przez chwilę dało się słyszeć coś, co przypominało pohukiwanie sowy, w trawie brzmiały świerszcze i inne owady. Pachniało lasem, wiał delikatny wiatr. Było ciepło, a trawa skropiona była lekką rosą. Tym razem Wzburzona Woda nie ukazał się też z tyłu. Był centralnie przed nią. Siedział oddalony zaledwie o kilka lisich długości. Kiedy Łani Krok znalazła się już po drugiej stronie, kiedy spojrzał na nią w wersji, w której ukazywały się koty na Srebrnej Skórce – piękne, młodsze, zdrowsze, mniej zmęczone przynajmniej z wierzchu – zalała go fala wspomnień i trudnych do opisania emocji. Ich pierwsze spotkanie, kiedy jako młody terminator odnosił ją do nory Trzmielego Pyłu. Moment, w którym skomplementowała jego oczy. Ten dzień, kiedy rozmowa z Łaciatym Futerkiem uświadomiła go, że przestał widzieć Łanię jako przyjaciółkę. Chwila, w której wyznali sobie nawzajem, że są dla siebie ważni. Wyprawa nad Wielką Słoną Wodę. Spacery po nowych terenach. "Kocham cię." Poród. Nazywanie kociąt. Jego ostatnie dni. Śmierć. Obserwowanie własnego pogrzebu ze Srebrnej Skórki. Nawiedzanie. Na myśl o ostatnim ze wspomnień poczuł się tak, jakby właśnie dostał kopa w brzuch od rzeczywistości. To były tylko wspomnienia. Łani i Łaniej Łapy. Łaniego Kroku nigdy nie poznał, nie poza Srebrną Skórką, bo kiedy dostała nowe imię, on był już martwy. Łani Krok... wojowniczka i zastępczyni, która tak wiele przeszła, a jednak wciąż się trzymała, tylko po to, żeby teraz skończyć tu, martwa. Przez chwilę poczuł się nawet tak, jakby miał ochotę płakać, ale miał wrażenie, że wszystkie jego łzy skończyły się wtedy, prawie że obieg pór temu, kiedy widzieli się ostatnim razem.
— Obiecałem, że sobie pójdę. — Tym razem nie zwlekał z odezwaniem się. Zrobił to jeszcze zanim otworzyła ponownie oczy. W ramach ostrzeżenia. Jestem tu. To ja. Znowu. Przepraszam. Jego głos był jednak zaskakująco spokojny, choć przepełniony smutkiem. — Nie wracałbym bez powodu. Przyszedłem, bo to już koniec... Łani Kroku. — Nim wypowiedział jej imię, zawahał się. Miał odruchową ochotę powiedzieć "Łaniu", ale przypomniał sobie, że ostatnim razem nie była zadowolona, kiedy tak się do niej zwrócił. — Jesteś na Srebrnej Skórce, znowu, ale tym razem... zostaniesz tu na zawsze — sprecyzował, choć dodał to trochę ciszej. Pamiętał, że kiedy sam umierał, czuł to. Wiedział, że wydaje z siebie ostatnie tchnienia. A jednak niełatwo było mu się zorientować, co się stało, kiedy obudził się już jako Gwiezdny i ze zdziwieniem zobaczył gdzieś tam Szczurzego Ogona i Łaciate Futerko. Patrzył na Łanię ze spokojnym wyrazem pyska, a jednak przepełnionym smutkiem i bólem. Było wiele słów, które chciał powiedzieć, ale wszystkie ugrzęzły mu w gardle. Przepraszam. Chciałem cię chronić. Zrobić chociaż tyle. Co teraz? Przepraszam. Mogę cię zostawić w spokoju, jeśli chcesz, mogę się już nigdy do ciebie nie odzywać. Nie mówił nic. Po prostu patrzył... i czekał. Co dalej? Czy tak się to właśnie skończy?
I thinkof youfrom timeto time m o r ethanI thoughtI would you.were.just.too.k i n d and I wast o oyoungto know that's a l lthat reallymatters
Buro-rudo-biała długowłosa kotka. Jest kocicą przeciętnego wzrostu, niższą od większości kocurów, nie jest szczególnie chuda czy gruba. Jej oczy są jasnozłote.
Kim jest? Co jest celem jej życia, do czego dąży? Sama nie wie. Kiedyś energiczna i towarzyska, dzisiaj więcej się martwi, więcej milczy, jest bardziej zacięta, wydaje się być zmęczona, ale zdawać by się mogło, że wrócił do niej ogień, który kiedyś ją napędzał do wychowywania kociąt. Wciąż za najważniejszą uważa rodzinę, jednak straciła związane z tym złudzenia i naiwność: krew wcale nie musi oznaczać bliskości, a słowa bliskich potrafią ciąć bardziej, niż pazury. Stara się więc dbać o rodzinę, jednak nie zamierza się już narzucać i starać za wszystkich. Zaczęła bardziej angażować się w życie klanu, bo stwierdziła, że jeżeli to będzie dalej szło w takim kierunku, jak dotąd, to nie będzie chciała tu żyć.
Ostatnim, co zobaczyła, były oczy tego samotnika. Och, co mu zrobiła? Czemu nie mógł jej zostawić? Pewnie i tak to samo, co zrobił on, osiągnęłyby psy na siedlisku, albo dwunodzy, albo jakiś drapieżnik; a może zabiłoby ją jej własne szaleństwo? Może wpadłaby pod potwora, albo spadła z wysokości, a może sama by się rzuciła na stado wygłodniałych psów, by pozbawiły ją życia. A może lepiej, że to się stało teraz, niż żeby miała żyć ze świadomością własnych czynów, własnych błędów, i z tą okropną nienawiścią, wypełniającą każdy skrawek jej ciała…?
Ciemność. Cisza i ciemność, nagle opuściło ją wszystko – nienawiść, strach, poczucie winy, złość, smutek, obrazy, wspomnienia, mroczki przed oczami, ból głowy i ból płynący z licznych ran na jej ciele, wszystko odpłynęło. Ciemność się przeciągała, zapadała w nią coraz więcej, aż przestała w ogóle czuć nawet samą siebie. Błoga nieświadomość. Uczucie to jednak zaczęło po chwili mijać: znowu zaczęła czuć swoje ciało i znowu zaczęła widzieć tę ciemność. A może jej miejsce było w Ciemnym Lesie? Może tylko tam mogła pomieścić się cała nienawiść, jaką w sobie miała – do klanu, rodziny i siebie samej? Może teraz na zawsze będzie w takiej ciemności? Ale zaraz coś jej zaczęło migotać przed oczami, przebijać się przez cienką warstwę powiek, a do jej nozdrzy wdarła się woń… lasu, ciepła, i czegoś jeszcze, czegoś znajomego, ale w pewnym sensie odległego.
Gwałtownie otworzyła ślepia, by spojrzeć prosto na Wzburzoną Wodę, o którym myślała momenty przed spotkaniem samotnika, który odebrał jej życie. To znowu on, zawsze on, tak musiało być, prawda? Byli ze sobą nierozerwalnie złączeni, nawet teraz, gdy on nie żył od prawie że pełnego obiegu pór, a ona wkraczała na Srebrną Skórkę, na którą zagnała ją jej własna nienawiść do wszystkiego, co znała, i przypadkowy samotnik. Była jego koleżanką, przyjaciółką, partnerką, matką jego dzieci, a raczej matką swoich dzieci, o których teraz nie potrafiła myśleć bez dławiącego uczucia w gardle. I znowu zaczęła płakać, bo wiedziała, przecież wiedziała, że nie żyje, czy jesteś dumna, Gwieździsta Ścieżko; czy wiesz, do czego doprowadziłaś, Rumiankowy Listku; czy tego żałujesz, Ognisty Żarze; czy kiedykolwiek się zmienisz, Sasanko, czy kiedykolwiek weźmiesz odpowiedzialność za swoje czyny i czy kiedykolwiek mi wybaczysz; czy któreś z was dostrzeże swoje błędy, klanie Gromu; przepraszam, tato, zawiodłam; przepraszam, Plamko, Kamieniu; może nie powinnam was nigdy sprowadzać na świat, może to od początku był mój błąd, może powinnam uciec już dawno temu; czy teraz się spotkamy, mamo, czy teraz będzie inaczej; Kozico, Żubr, nie dajcie się, nie bądźcie tak słabe, jak ja; och, czy mogłam to wszystko odwrócić, czy można było inaczej; miałam dokończyć ich treningi, miałam zrezygnować z rangi zastępcy i miało w końcu być lepiej… czy to wszystko musiało się stać?
Płakała, wodząc spojrzeniem po okolicy, zatrzymując wzrok na Wzburzonej Wodzie raz na jakiś czas, ale zachowywała się tak, jakby wcale nie widziała. Nienawidziła siebie, ze wszystkich tych kotów najbardziej nienawidziła siebie, na osty i ciernie…! Już teraz wiedziała, że nigdy sobie nie wybaczy, tak, jak nie potrafiła wybaczyć Wzburzonej Wodzie, a jednak podeszła do niego, zacisnęła powieki i dotknęła nosem jego szyi, nie przytulała się, ale to i tak było więcej, niż można by się spodziewać.
– Wszystko poszło nie tak, to nie tak miało być, ja…! – wydusiła bezradnie, po czym znowu upadła, tak jak wtedy, gdy rozmawiali ostatni raz, upadła przed nim i zamknęła oczy, zrezygnowana i przygotowana na wieczne obwinianie samej siebie na Srebrnej Skórce.
Obserwował uważnie, chociaż bał się jej reakcji. Jego własny strach nie miał tu jednak znaczenia. Skoro zdecydował się tam być, to nie było żadnego odwrotu. Zresztą, nie potrafiłby się odwrócić. Czuł się zobowiązany, żeby być tu i teraz. Bo nawet jeśli Łania go nienawidziła... tak, można było powiedzieć, że byli ze sobą związani nawet teraz. Spodziewał się każdej możliwej reakcji, czy na samą śmierć, czy na niego. Nie zdziwiłby go płacz, krzyk, wyzwiska, zrzucanie winy na niego, bo przecież sam ją na siebie zrzucał. Nic. Dlatego wcale nie zaskoczył go fakt, że Łani Krok zaczęła płakać znowu, ale tym razem jakby trochę trzeźwiej. Już nie szaleńczo. Rozglądała się po okolicy, zamiast biec przed siebie, zawieszała na nim wzrok od czasu do czasu, wyglądała tak, jakby dopiero co wszystko w nią uderzyło, dopiero teraz z pełną świadomością pojęła, co się właśnie stało. Ten widok go bolał, ale nie potrafił nic zrobić. Znów ogarnęło go uczucie bólu, bezsilności, strachu i żalu. Chciał jej jakoś pomóc, zrobić coś, ruszyć się, ale nie był w stanie. Nie miał siły ani odwagi, a wszystkie słowa więzły mu w gardle po raz kolejny, bo nie miał pojęcia, co działo się w tamtej chwili w głowie Łaniego Kroku. Ten stan nie mógł trwać jakoś bardzo długo, a jednak zanim w końcu coś się zmieniło, Wzburzoną Wodę ogarnęło uczucie, że minął już dobry wiek odkąd Łania pojawiła się na Srebrnej Skórce. Drgnął lekko, niemalże niezauważalnie, kiedy kocica ruszyła w jego stronę, a potem zastygł w totalnym bezruchu, gdy dotknęła nosem jego szyi. Och? To chyba było jednak coś, czego nie brał pod uwagę w swoich przewidzianych możliwych reakcjach. Może gdyby nie okoliczności, gdyby nie to, jak umarła, gdyby nie to, co się w ogóle właśnie działo, to może, może poczułby się nawet trochę szczęśliwy, na Gwiezdny Klan, ale teraz nie był w stanie się cieszyć ani właściwie w ogóle zareagować, bo Łania wciąż zalewała się łzami i... Czy to możliwe, żeby czuła się podobnie do niego samego, kiedy umierał? Kiedy już był martwy? Poczucie winy, smutek, żal, nienawiść do samego siebie, chaos, chęć powrotu, zmienienia czegoś, zrobienia czegoś inaczej, cofnięcia czasu, niemoc. A potem było już tylko gorzej, gorzej i gorzej. Nic się nie zmieniało, jedynie przyzwyczaił się do tego, jak się czuł, ale to wcale nie pomagało, bo jak nie miał ma głowie swojej własnej beznadziejności, to wśród żyjących działy się złe rzeczy. Nie tylko złe. Widział, jak Sasanka pogodziła się z rodziną nawet bez jego interwencji. Widział, że Plamka spisuje się jako wojowniczka lepiej niż on sam, jak znajduje miłość. Widział, jak Łania zostaje wojowniczką, zastępczynią. Widział wiele dobrych rzeczy, ale równie wiele było tych złych. Klan Gromu niczym nie przypominał już tego klanu, w którym się urodził. Gromu za czasów Rozerwanej Gwiazdy i początku władzy Błyska. Kiedy na ceremonii Trzmielego Pyłu dawał mu życie i dar – istotny dar, który w jego klanie mógł się akurat przydać – liczył na to, że wszystko się ułoży. Że Grom będzie coraz lepszy. A jednak wcale tak nie było, robiło się wręcz gorzej, jedne koty umierały, inne pluły jadem, jeszcze inne nie wytrzymywały. Najpierw Ognisty Żar, a teraz również Łani Krok. A on? Co on mógł z tym zrobić? Co mogli zrobić Gwiezdni? Przed wieloma księżycami Łaciate Futerko pojawiła się na ceremonii, żeby było lepiej, żeby wstrzymać kłótnie, a jednak wciąż tylko przybywały kolejne i kolejne, lało się coraz więcej jadu. To nie był już ten sam Grom, który pamiętał Burza. Za to Gwiezdny Klan nie był ani trochę taki, jaki sobie wyobrażał, kiedy jeszcze był Burzą. Zamiast wiecznych łowów, radości z powrotu do zmarłej części rodziny, było tylko przygniatające poczucie winy, pustka, uganianie się za czymś, co stracił już na dobre. Nie chciał, żeby Łania skończyła tak samo. Nie ona, tylko nie ona, nie po tym wszystkim! Powinna spocząć w spokoju, nie, w pierwszej kolejności nie powinna w ogóle umierać, a jednak leżała tu przed nim... znowu. Tak jak wtedy przy Wielkiej Słonej Wodzie, pod rozgwieżdżonym niebem. A jednak nie było to jedyne wspomnienie, które powróciło do niego po raz drugi. Nim zdążył jeszcze w ogóle pomyśleć, jego łapy zadziałały same. Położył się na ziemi, żeby być na tym samym poziomie co Łania. Na przeciwko niej, dokładnie tak jak wtedy, zanim sama położyła się obok, ale tym razem również nie zamierzał przekraczać jakiejś granicy, której nie zdecydowała się przekroczyć ona sama. Chwila, w której wyznali sobie nawzajem, że są dla siebie ważni.
— Łaniu — wyrwało mu się, zanim dobrze to przemyślał. Może to przez to nadmierne wspominanie, bo wtedy chyba też powiedział do niej po kocięcym imieniu, tak samo łagodnie i delikatnie. Wtedy powiedział jej też, że nie miała za co przepraszać, nie miała co żałować bycia zazdrosną... Ale to już nie było wtedy. Nie był już Wzburzoną Łapą i inni terminatorzy na zawsze w pamięci, a Wzburzoną Wodą, nie chodziło też o to samo. Jednak, podobnie jak wtedy, chciał przede wszystkim, żeby poczuła się lepiej, chociaż... domyślał się, że to już nie będzie łatwe. Ale chociaż na chwilę... Tak bardzo chciał jej powiedzieć, że teraz już wszystko będzie dobrze, że na Srebrnej Skórce będzie szczęśliwa, ale sam znakomicie doświadczył tego, że wcale tak nie było. Żałosne. — Wiem, że nie tego chciałaś, nie tak miało być. Może nie ja powinienem to mówić, n-nie wiem, ale to... To nie twoja wina — odezwał się cicho. Tylko moja. Od niego się zaczęło. Od niego. Kto inny znał się na winie tak bardzo jak on? Był zbyt winny, żeby zaprzeczać temu przed samym sobą. — Niektórym rzeczom nie da się zapobiec. Robiłaś wszystko, co mogłaś. Sam to widziałem. Przez tyle księżyców... — Nie skończył. Przez tyle księżyców wytrzymała tak wiele, a musiała to zrobić z jego winy. Dziś coś w niej pękło, ale pękało wiele kotów, nie wytrzymywało, tak jak kiedyś jego siostra, Grzmiąca Łapa, tak jak teraz Ognisty Żar. Zrobiła więcej niż Burza byłby w stanie przetrwać. Zawalił nawet w najprostszych zadaniach, więc jeśli miała kogoś nienawidzić, niech zrzuci całą nienawiść na niego. I tak był już do tego przyzwyczajony. Chciał teraz tylko tego, żeby chociaż na Srebrnej Skórce mogła odpocząć. Przestać dawać więcej niż otrzymywała.
I thinkof youfrom timeto time m o r ethanI thoughtI would you.were.just.too.k i n d and I wast o oyoungto know that's a l lthat reallymatters
Księżyce: 102 Mistrz: Łani Krok Płeć: kotka Matka: Łani Krok Partner: uciekł Trwałe urazy: Tylko na psychice
Drobna, czarno-biała kotka z białymi znaczeniami na pyszczku, piersi i ogonie. Ma również białe skarpetki na przednich łapach - tylko palce i na tylnych do połowy. Oczy ma błękitne.
Po śmierci ojca ciężko było jej się pozbierać, jednak teraz powoli wraca do życia. Radosna, sympatyczna kotka, uwielbiająca spędzać czas z najmłodszymi.
Lśniąca Sadzawka [KW] Skrzące Słowo [KRz] Trela [KC]
Wybiegła z obozu najszybciej jak tylko mogła i cały czas kierowała się zapachem Łaniego Kroku. Węch i słuch to jedyne zmysły, na jakie mogła w tej chwili liczyć, albowiem przez łzy obraz miała rozmazany i nie widziała praktycznie nic. Ale to nie stanęło jej na przeszkodzie. Choć z lekkim opóźnieniem, to cały czas biegła, nie zrażając się tym, że parę razy zdarzyło jej się zgubić trop. Nie zważała na to, że w obecnym stanie nie potrafiłaby się obronić - zapłakana, zasmarkana, rozdarta. Zamartwiała się tym, co mogło się obecnie dziać w obozie. Co jeśli nikt nie stanie w obronie Sasanki i zostanie sama z tym wszystkim? Co jeśli wszyscy się na nią rzucą, kiedy jej nie będzie i nie będzie w stanie jej pomóc? Co jeśli... co jeśli wróci, a jej już tam nie będzie? Nie, to niemożliwe. Sasanka nie zrobiła nic złego. To znaczy, miała trochę niewyparzony język i nie powinna powiedzieć niektórych rzeczy, Plamka nie pochwalała jej zachowania, ale przecież... to nie ona wepchnęła Ognistemu Żarowi jagody do pyska. Ale to nie miało znaczenia. Czarno-biała doskonale o tym wiedziała, bo sama czuła się winna przez to, co powiedziała medyczce nim odeszła z Kogucikiem. Chciała z nią porozmawiać, przeprosić za to... ale nie zdążyła.
Nie zdążyła też pomóc Łani, która obecnie leżała martwa. Jej ciało było poranione, widać było na nim ślady walki. Zrobiło jej się słabo.
- N-nie! - wydusiła z siebie łamiącym się głosem. Poczuła, jakby w jednym momencie odebrano jej wszystko. Trzmiela Gwiazda od dawna chciał się pozbyć Sasanki, zatem pewnym było, że wykorzysta okazję i zrobi to teraz. Gdy wróci do obozu, siostry już nie będzie. Wiedziała o tym. Po prostu nie chciała tego do siebie dopuścić. A może po prostu nie chciała się narażać? Może uznała że szukanie mamy będzie łatwiejsza niż próba obrony siostry? Wcale tak nie było, ale w jej młodym umyśle zaczęło się kłębić od takich, albo jeszcze gorszych myśli. Zrobiło jej się ciemno przed oczami i po chwili runęła na ziemię tak, jak stała. Zemdlała. W ciągu paru uderzeń serca poczuła tak wiele sprzecznych emocji, tak wiele się zdarzyło, że nie wytrzymała.
Nie potrafiła sobie wyobrazić życia bez mamy, czy Sasanki, a już na pewno nie bez ich obu. Gdyby nie zasłabła, zapewne zdążyłaby się odwonić od płaczu, nim ktokolwiek zdążyłyby ją znaleźć. Teraz była jedynie na łasce Gwiezdnych. Nieprzytomna, bezbronna, leżąca obok zwłok, które mogą zwabić lisy.
To nie tak miało być. Mieli być szczęśliwą rodziną. Mieli być wszyscy razem (może bez Liścia, który przepadł), miało być wszystko w porządku. Mieli żyć. Łania miała pomagać Plamce z kociętami z przyszłości, Sasanka nadal miała być dla niej wsparciem, mieli być... jednością. A teraz? Teraz pozostały już tylko marzenia i gorzko-słodkie wspomnienia.
<span class="plm3">jedna chwila wystarczy, by bez końca biec pod wiatr</span>
<div class="plm">
<div class="plm2">☆choćbylos sypałw oczy piach choćby czas nie chciał <span class="plm1">leczyć ran</span> nawet tęczyjest potrzebnydeszcz więc <span class="plm1">nie możesz</span> terazpoddać się</div></div>
Buro-rudo-biała długowłosa kotka. Jest kocicą przeciętnego wzrostu, niższą od większości kocurów, nie jest szczególnie chuda czy gruba. Jej oczy są jasnozłote.
Kim jest? Co jest celem jej życia, do czego dąży? Sama nie wie. Kiedyś energiczna i towarzyska, dzisiaj więcej się martwi, więcej milczy, jest bardziej zacięta, wydaje się być zmęczona, ale zdawać by się mogło, że wrócił do niej ogień, który kiedyś ją napędzał do wychowywania kociąt. Wciąż za najważniejszą uważa rodzinę, jednak straciła związane z tym złudzenia i naiwność: krew wcale nie musi oznaczać bliskości, a słowa bliskich potrafią ciąć bardziej, niż pazury. Stara się więc dbać o rodzinę, jednak nie zamierza się już narzucać i starać za wszystkich. Zaczęła bardziej angażować się w życie klanu, bo stwierdziła, że jeżeli to będzie dalej szło w takim kierunku, jak dotąd, to nie będzie chciała tu żyć.
Nie miała już siły. Tyle księżyców walki… walki z terminatorami, z Trzmielą Gwiazdą, z klanem, a przede wszystkim: z samą sobą, gdy robiła to, do czego się nie nadawała, do czego nie była stworzona i co było wszystkim, do czego nie była przyzwyczajona. Tyle księżyców starań, tyle księżyców ignorowania własnego zdrowia, poczucia przytłaczającej samotności i komfortu psychicznego… wypruwała sobie żyły, ale koniec końców to nie miało żadnego znaczenia. Nie zrobiła wystarczająco dużo. Niektórzy i tak mieli ją obwinić, w końcu to ona urodziła Sasankową Łapę i nie dała rady jej wychować, to ona była zastępczynią i powinna szybciej reagować na niepokojące zachowania. Być może zostanie zapamiętana jako kolejny szalony kot u władzy, kto wie – to wszystko tak ją wyprało z sił, włącznie z widokiem, jaki zastała w lecznicy i tym, co stało się na ceremonii, że teraz nie miała już siły na nienawidzenie Wzburzonej Wody. Za to na nienawidzenie siebie… jak najbardziej.
Nie wybaczyła mu. Może nigdy mu nie wybaczy. Ale teraz, gdy oboje byli na Srebrnej Skórce… to wszystko wydawało się tak odległe! To, że ją zostawił z czwórką kociaków na głowie, wydawało się być tysiące księżyców temu. Owszem, to miało ogromny wpływ na jej charakter, na jej psychikę, na jej relacje z innymi, na to, jak funkcjonowała każdego dnia, na to, że obiecała sobie już nigdy się nie zakochać… ale to było tak dawno, to było tak mało znaczące. Tak mało znaczące w obliczu tego, co zrobiła i gdzie teraz się znajdowała.
– Niewystarczająco – powiedziała głosem wypranym z emocji. Zrobiła za mało. Zawsze za mało. Zawsze za mało w tym przeklętym klanie, w którym każdy był na celowniku, w którym za najdrobniejsze potknięcie możesz oberwać, w klanie, w którym wypomną ci nawet to, czego nie byłeś w stanie zrobić, ale przecież powinieneś był!
Nie. To była jej wina. Jej i każdego innego w Gromie. Wiedziała, że Wzburzona Woda próbuje ją pocieszyć, ale ona nie mogła w to uwierzyć. Nie było takiej opcji.
Nie dawała już nawet rady łkać. Łzy wciąż się jej lały, ale w ciszy. Oczy wciąż miała zamknięte, a przed nimi pokazały się… wspomnienia. To, jak bawiła się z rodzeństwem jako kociak – jak wyrywała mech ze ścian lecznicy z Kozicą, jak naśmiewała się z Krowy, pierwszy błąd, jak zaczęła przyjaźnić się z Burzą, drugi błąd, jak pozwoliła na to, by jej mistrzynią pozostała Skrzący Płomień, trzeci błąd, jak nigdy nie wyciągnęła bardziej łapy do matki, czwarty, jak nie spojrzała krytycznie na stan, do jakiego została doprowadzona Gwieździsta Ścieżka, piąty, jak zawsze milczała w kłótniach, gdy była młodsza… jej małe kocięta, mała Sasaneczka, taka urocza, tak do niej lgnąca, ale i lgnąca do kłopotów, Listek, Kamyczek, Plameczka, jej malutkie, bezbronne cztery skarby, a teraz? teraz wszystko zaprzepaściła, nie zatrzymała nienawiści narastającej w Sasance, nie zadbała o synów, nie pomogła Plamce wejść w dorosłość, same błędy, na litość Gwiezdnego Klanu, jak zgodziła się zostać zastępczynią, jak zaczęła tracić panowanie nad sobą w obliczu Rozerwanego Ucha, jak wyszła na samotny patrol, zamiast czuwać w obozie i być na pogrzebie Rumiankowego Listka, jak poszła najpierw do ojca, zamiast do Ognistego Żaru, jak nie przemyślała dłużej sytuacji… jak uciekła, tak, to też był błąd, błąd, który kosztował ją życie…
Nie wiedziała, ile czasu minęło, gdy tak łkała bezgłośnie z zamkniętymi oczami, wypominając samej sobie błędy i przeżywając na nowo całe swoje życie. To i tak nie miało żadnego znaczenia, skoro oboje byli martwi i się nigdzie nie spieszyli, prawda? W końcu jednak była w stanie się podnieść i udać do Gwiezdnego Klanu, nawet jeżeli nie czuła, że zasługiwała na to, by do niego trafić.
Trzmiel to w głównej mierze biały z pręgowaniem na niebieskich łatach na głowie oraz grzbiecie, jaki ogonie z niemalże czarną końcówką, oraz ciemnopomarańczowych ślepiach. Jego sylwetkę można raczej zamknąć w kształcie zbliżonym do kwadratu. Wyrósł nieco powyżej średniej wzrostu kocurów w Klanie Gromu, ale pod względem tuszy zajmuje w klanie czołowe miejsce. Pod znacznym tłuszczykiem rozbudowały się porządne mięśnie. Kocur-czołg.
Blizny: przedłużony uśmiech od lewego kącika pyska aż po ucho; oderwana część małżowiny prawego ucha od boku od zewnętrznej strony po całej wysokości. Po udarze w wieku 65 księżyców jego lewe oko się nie domyka, a lewy kącik pyska jest wiecznie opuszczony.
Życie Trzmiela nie było raczej zbyt emocjonujące. Właściwie on sam nigdy nie kierował się emocjami, które starał się ukrywać bardzo głęboko w sobie. Zaczął uczyć się tego chwilę przed zostaniem wojownikiem, a obecnie wypracował swoje kamienne, obojętne i niczym niewzruszone lico do perfekcji. Rzadko kiedy się unosił, czy denerwował. Nabrał trochę więcej szacunku do nieznanych mu kotów i przestał być aż tak zarozumiały jak kiedyś (co nie zmienia faktu, że nadal trochę jest). Kocur jest oschłym, obowiązkowym i ambitnym typem, który lubi jak wszystko chodzi, jak w zegarku, a najlepiej po jego myśli. Nadal nie przepada za tym, gdy ktoś wchodzi mu w drogę, jednakże stał się na tyle obojętny (przynajmniej zewnętrznie), że przestał pokazywać jakiekolwiek oznaki irytacji. Odkąd urodziły mu się kocięta zmiękł nieco, choć nadal jest twardy i bardziej przypomina zimny kamień niż delikatny kwiat.
Śpieszył się.
Trzmiel rzadko biegał, ale teraz czuł w kościach, że musi gnać na złamanie karku. Po opuszczeniu obozu dotarło do niego, że tropy Błękitnej i Łani łączą się, ale Błękitnej był nieco świeższy, co pozwoliło mu na szybsze dotarcie na miejsce. O dziwo... było mu lżej, że oderwał kleszcza, który wysysał z nich wszystkich życiodajną energię, odbierając im kolejne księżyce życia oraz samo życie, jak w przypadku Ognistego Żaru.
Tyle, że i tak się spóźnił. Kiepski był z niego sprinter, a tereny za Wietrznym Wzniesieniem były daleko od obozu. Wkrótce zaczęły otaczać go drzewa, a niedługo później znalazł norę.
Serce podeszło mu do gardła, kiedy spostrzegł Plamkę i Łanię leżącą na ziemi. Łanię... pokrytą ranami po walce. Szybko przeleciał wzrokiem po Błękitnej, szukając ran i sprawdzając, czy oddycha. Ona żyła, w przeciwieństwie do jego córki.
Momentalnie oddech kocura spłycił się i przyśpieszył. Zaczął wręcz sapać, dodatkowo gubić i plątać myśli, tracąc czucie w palcach u przednich łap. Obraz mu się potroił, ale jeszcze przez chwilę próbował udawać, że nic, absolutnie nic się nie dzieje, chociaż doskonale wiedział, że coś jest nie tak. Nie był głupi. Zmysły miał przytępione, ale wyczuł w końcu woń samotnika, która doprowadziła go do ucha. Z trudem zebrał myśli, jednak dotarło do niego to, co właśnie zobaczył. Kolejny raz obca krew odebrała mu kogoś bliskiego. Kogoś, kogo naprawdę kochał.
Grubego ogarnęły dreszcze, a on sam zjeżył się jak jeż. Zachwiał się na łapach tak mocno, że musiał usiąść. Chciał podejść do Plamki, ale nie zdołał. Jego łapy odmawiały posłuszeństwa, jakby nie należały do niego. Próbował zebrać myśli, lecz wszystkie rozsypywały się jak kruche liście smagnięte silnym podmuchem wiatru. Koty przed nim dwoiły się i troiły, a on... on już nie wiedział, ile ich jest i kim są.
Szerszeń? Wrzask? Liść?
Nie, jedynie zmieszane, nałożone na siebie obrazy Łani i Plamki, które szalały w jego oczach jak w kalejdoskopie, a on nie potrafił ich rozpoznać. W głowie krążyła mu jedna konkretna myśl, która też powoli zaczęła ulatywać. Nie chciał jej zgubić, nie, nie chciał. Nie chciał umierać. A umierał? Chyba? Nie wiedział.
— Amka... awaj — odezwał się bełkotliwie, samemu nie rozumiejąc własnych słów. Jego umysł jeszcze walczył, ale Trzmiel dłużej tak nie mógł. Czuł, jak pół jego pyska ogarnia paraliż. Położył się przy nich i padł sztywno, nieświadomy nie tylko tego, co działo się z nim, lecz również z Łanią i Plamką. Jedynie patrzył tępo w przestrzeń, leżąc na boku z rozchylonym, zaślinionym pyskiem, nie rozumiejąc obrazów, ani żadnych bodźców dookoła.
Jakby go tu nie było. Jakby to nie było jego ciało.
Mistrz: Węglowe Gardło Płeć: kotka Matka: kto Ojciec: nie znam
Spora, jednolicie czarna, złotooka kotka. Przeważnie ma obojętny lub niezadowolony wyraz pyska, niemal zawsze jest w ruchu - jeżeli się nie przemieszcza, to na pewno będzie tłukła ogonem o podłoże albo przebierała łapami.
Kim ona właściwie jest? Czy tą pewną siebie kotką, żądną przygód i beztroską, nieprzyjemną w obyciu i gniewną, którą eksponuje na codzień... czy może raczej tym niekochanym kociakiem, który siedzi gdzieś w środku? Jedno jest pewne. Szerszeń jest spragniona uwagi innych, chce podziwu i akceptacji, życzy sobie, by ktoś ją doceniał i w nią wierzył, bowiem tego wszystkiego nie dostała nigdy od rodziców. Bywa w tym roszczeniowa. Nigdy nie miała żadnego autorytetu, jeżeli chodzi o inteligencję emocjonalną, więc łatwo wytrącić ją z równowagi, a okazywane przez nią emocje sprowadzają się do gniewu i frustracji. Nie jest zbyt bystra, zawsze szybciej zrobi, niż pomyśli, jest skora do bójek, co widać było już od pierwszych księżyców jej życia. Nieco burkliwa i szorstka. Powoli uświadamia sobie, jak ważny jest Klan i bycie dobrym wojownikiem, a jednocześnie oddala się od rodziny - więzy krwi to za mało, by uznać kogoś za godnego jej uwagi. Najczęściej myśli o sobie, tylko za Trzmiela gotowa by była oddać życie. Już teraz niechęcią darzy inne klany, mimo iż jej własny nie ma wiele do zaoferowania.
Na osty i ciernie. Trzmiel, ty idioto.
Szerszeniowy Jad miała już ochotę rzygać, obserwując klan Gromu. Przez większość czasu już się nawet nie fatygowała. Miało być lepiej, ale problem nie był tylko w przywódcy, tylko w tych kotach; kotach, z którymi się już nie utożsamiała. To nie był jej Grom. Zwróciła jednak jedno oko w stronę klanu, gdy umarła Rumiankowy Listek; gdy odbył się jej pogrzeb; gdy jej brat walczył ze szczurami; gdy Ognisty Żar jadła truciznę, jakby to był najlepszy posiłek w jej życiu; gdy jej ciało na ceremonię wciągnęła rozszalała zastępczyni, jej, fuj, bratanica. Przednia rozrywka, nie ma co.
Z tym wyjątkiem, że ją to napawało jedynie obrzydzeniem i wściekłością. Dokładnie tak, jak wtedy, gdy przyszła po Słodkiego Języka.
Ciało Trzmielej Gwiazdy ogarnęła… nicość. Spokój. Cisza. Ciemność. I chwilę to trwało, dopóki nagle do jego umysłu nie wdarł się głos:
– WSTAWAJ – warknęła Szerszeniowy Jad prosto w ucho kocura swoim ochrypłym, lekko skrzekliwym głosem. Nigdy nie szła na kompromisy. Nigdy nad nikim się nie rozczulała i nie trzęsła jak galareta nawet nad własnym bratem. Nie było czasu, niech wstaje i się ogarnie, na litość Gwiezdnych. Kto to widział, dostać udaru jak jakiś byle słabeusz, bo ot, zobaczył swoją martwą córeczkę? BOOHOO. Tak bywa.
Gdyby już Trzmiela Gwiazda pofatygował się, by otworzyć ślepia, ujrzałby swoją siostrę, kogóż by innego, skrzywioną na pysku i patrzącą na niego z góry. W zasadzie wydawała się wyższa, niż kiedykolwiek wcześniej. Jej sierść, jak zwykle, skrzyła się niczym nocne niebo, podobnie jak cała okolica, która jednak była nijaka – ot, gwiezdna łąka.
– Tracisz trzeźwy osąd! – huknęła, nic nie robiąc sobie z faktu, że jej brat może być zdezorientowany, skołowany, że właśnie stracił jedno z żyć. Ma jeszcze osiem takich, nie ma co się przejmować. Ale jak tak dalej pójdzie, to klan Gromu sam mu je wydrze. – Jak się nie ogarniesz i przede wszystkim nie ogarniesz tego swojego zawszonego klanu, to się zeżrą nawzajem! – warczała dalej, wściekła, niezadowolona i w zasadzie to zażenowana, że musi mu to mówić. Zostawił klan, przerywając ceremonię, bo mu uciekła córeczka, zastępczyni od siedmiu boleści. Zamiast zrobić porządek, to ledwo wzbudzał autorytet nawet w obecności swojego klanu, już nie wspominając o tym, co się działo, gdy tylko nie patrzył. Na ch**lerę dała mu dar pokory, jak nie potrafił przyznać się do błędu? Dostawał wcześniej sygnały, że albo Ognisty Żar nie jest dobrym wyborem, albo Malinowe Chaszcze jako jej mentorka to poroniony pomysł. To wszystko można było przewidzieć i się wycofać. Medyk nie był ponad przywódcą, a zwłaszcza ci medycy, na których ostatnimi czasy był skazany Grom. Na ch**lerę dostał dał siły, skoro go nie wykorzystywał? Zdolność do poświęceń dla swojego klanu, gdzie się to podziało? Dla żartów dostał te życia? Szerszeń nie obchodziły inne dary – słabe dary. Miłość, przebaczanie. Sr*nie w banię!
„Klan Gromu otrzymał od nas ostrzeżenie. Nie pozwól na to, by otrzymał kolejne.” Sama mu to powiedziała. A teraz Grom znajdował się na równi pochyłej, prowadzącej ku przepaści. ZNOWU. Ile można, na najstarsze pryki siedzące w Gwiezdnym Klanie!
≡ ONLY THE GOOD DIE OLD ≡ that's what they told me but I don't know
Trzmiel to w głównej mierze biały z pręgowaniem na niebieskich łatach na głowie oraz grzbiecie, jaki ogonie z niemalże czarną końcówką, oraz ciemnopomarańczowych ślepiach. Jego sylwetkę można raczej zamknąć w kształcie zbliżonym do kwadratu. Wyrósł nieco powyżej średniej wzrostu kocurów w Klanie Gromu, ale pod względem tuszy zajmuje w klanie czołowe miejsce. Pod znacznym tłuszczykiem rozbudowały się porządne mięśnie. Kocur-czołg.
Blizny: przedłużony uśmiech od lewego kącika pyska aż po ucho; oderwana część małżowiny prawego ucha od boku od zewnętrznej strony po całej wysokości. Po udarze w wieku 65 księżyców jego lewe oko się nie domyka, a lewy kącik pyska jest wiecznie opuszczony.
Życie Trzmiela nie było raczej zbyt emocjonujące. Właściwie on sam nigdy nie kierował się emocjami, które starał się ukrywać bardzo głęboko w sobie. Zaczął uczyć się tego chwilę przed zostaniem wojownikiem, a obecnie wypracował swoje kamienne, obojętne i niczym niewzruszone lico do perfekcji. Rzadko kiedy się unosił, czy denerwował. Nabrał trochę więcej szacunku do nieznanych mu kotów i przestał być aż tak zarozumiały jak kiedyś (co nie zmienia faktu, że nadal trochę jest). Kocur jest oschłym, obowiązkowym i ambitnym typem, który lubi jak wszystko chodzi, jak w zegarku, a najlepiej po jego myśli. Nadal nie przepada za tym, gdy ktoś wchodzi mu w drogę, jednakże stał się na tyle obojętny (przynajmniej zewnętrznie), że przestał pokazywać jakiekolwiek oznaki irytacji. Odkąd urodziły mu się kocięta zmiękł nieco, choć nadal jest twardy i bardziej przypomina zimny kamień niż delikatny kwiat.
Nie zbudził się spokojnie.
Wrzask dobrze znanego głosu rozdarł jego powieki, które momentalnie się uniosły, a ciemnopomarańczowe ślepia bacznie się rozejrzały. Gwieździsta, błyszcząca łąka i Szerszeń. Od razu ją rozpoznał. Umarł? Czy tak właśnie wyglądała utrata jednego z żyć, czy po prostu zasnął? Pamiętał tylko ciało Łani i leżącą wnuczkę, a potem obraz się zatarł. Oczywiście, że na nią spojrzał, nie pierwszy raz widząc jej skrzącą, czarną sierść. Podniósł się niemrawo skołowany, jeszcze nie wiedząc, na czym stoi, ale powoli przekonywał się do tego, że raczej nie śpi. Szkoda tylko, że nie stracił tego życia w obronie klanu. Wstał niemrawo, nim Szerszeń przeszła dalej.
Nie spodobało mu się to, co mówiła. Tracił trzeźwy osąd? Naprawdę? Nie wiedział tylko, co zrobił, jej zdaniem, źle. Próbował się domyślić, jednak nic mu nie przychodziło do głowy, a nie miał zamiaru udawać, że wie.
— Tracę trzeźwy osąd? Co masz na myśli? Co zrobiłem źle? — odpowiedział jej wyjątkowo pytająco. Proszę bardzo, siostro, skoro jesteś taka mądra, to wskaż błędy, które popełnił, żeby więcej do tego nie doszło. Później kazała mu ogarnąć i siebie i klan. Tylko jak miał to zrobić? Z jego kalkulacji wynikało, że pozbycie się Sasanki było zbyt późne, ale powinno pomóc i w przyszłości wyprowadzić klan na dobrą ścieżkę. Doskonale wiedział, że byli bardzo podzieleni, lecz nie miał pomysłu, co powinien z tym zrobić.
— Jak mam to zrobić, Szerszeń? Jak? Czy wygnanie Sasankowej Łapy nie wystarczy? — zapytał, wzdychając ciężko. Szerszeń go znała i wiedziała, jaki naprawdę był. Przynajmniej, jaki był kiedyś. Sporo się zmieniło od ich ostatniego spotkania. Był zły, ale nie krzyczał. Drażniło go, że nie mógł sobie poradzić z sytuacją, ale najbardziej, że pozwolił na śmierć kotów, które na to nie zasługiwały, ociągając się ze sprawiedliwością dla Sasankowej Łapy. Czy nie powinien się jej odpłacić oko za oko, ząb za ząb? Nie, nie był nią. Wyglądało jednak na to, że szukał pomocy.