Tajemniczy kocur jeszcze przez chwilę mówił w sposób, do którego Łabędź powoli zaczynał przywykać, po czym... zawinął się i poszedł. Bez pożegnania, bez wyjaśnienia. Terminator patrzył za odchodzącą sylwetką, chcąc coś za nią wykrzyczeć, poprosić, by się cofnęła i zmieniła z nimi jeszcze słowo. Niemniej czuł, że to na nic. W rudym było coś ulotnego i płynnego. Może za kilka dni z Karasiową Łapą zaczną się zastanawiać, czy naprawdę go spotkali. Całe to spotkanie wydawało się takie nierealne.
Różowy język syna Lodowego Kła przejechał niespokojnie po suchych wargach. Jasne oczy przestały skupiać się na malejącej kropce na horyzoncie i skierowały się ku przyjaciółce. Samice (...) zrodziły młode. Wuju. Wuju! Z opóźnieniem, bo z opóźnieniem, ale chyba dotarło do niego, co insynuował wróżbita. Łabędzie źrenice rozszerzyły się, a mordka otworzyła z zamiarem wydobycia z siebie pełnych niedowierzania słów, lecz wtedy odnotował dziwne ożywienie ze strony Ości, a dosłownie uderzenie serca potem rozległy się słowa i świat stanął w miejscu.
- A-ale jak to, nie możesz - wyjęczał, gdy go już odblokowało, i ugryzł się w język, bo to chyba nie zabrzmiało za dobrze. Nerwowo poruszył uszami i rozejrzał się na boki, unikając wzroku kotki. - Tak zupełnie sama? Przecież minęło tyle czasu, ona może być wszędzie. A co, jeśli mieszka z dwunogami? Cieszę się, że ona żyje, naprawdę, ale minęło tyle czasu. Może kiedyś sama zdecyduje się wrócić, i co? Ona przyjdzie i dowie się, że ty wyruszyłaś na poszukiwania księżyce temu i nikt o tobie więcej nie słyszał...?
Zniecierpliwiona przecięła powietrze cienkim ogonem. Nie takiej reakcji się spodziewała.
- No tak, sama, przecież nie mogę nikogo prosić by poszedł ze mną, to moja siostra, czemu więc komukolwiek innemu miałoby zależeć na znalezieniu jej. - czy jednak mogła? Braci chociażby? Szkoda tylko, że jeden miał równie poharataną psychikę co ona (albo i bardziej), a z drugim bała się nawet przywitać. - Ona by w życiu nie chciała mieszkać z dwunogami, tym bardziej trzeba ją ratować. - stwierdziła bez wahania, przekonana że poradziłaby sobie z tym zadaniem, mimo że każdego dnia przerastała ją zwykła, niezobowiązująca rozmowa z kotami w obozie. Gdzieś podświadomie czuła, że obawy kremowego są całkowicie uzasadnione, ale usilnie starała się to zignorować. Wizja ponownego spotkania z siostrą całkiem skutecznie zagłuszała wszystkie lęki związane z opuszczaniem bezpiecznego obozu. - Jeśli miałaby możliwość powrotu, już dawno by wróciła. A co jeśli potrzebuje pomocy? Ja muszę chociaż spróbować ją odnaleźć.
Rozumiał to pragnienie. Naprawdę. Przecież sam wiele by dał za powrót swoich braci i sióstr. Nie chciał zniechęcać Karasiowej Łapy czy przekonywać jej, że to na nic. Że prawdopodobnie nigdy nie zobaczy Agrestu, a nawet jeśli to nastąpi, to raczej wyniknie to z pragnienia i możliwości zaginionej siostry. Ona może mieć jakiekolwiek pojęcie o tym, gdzie znajduje się jej stary dom. A czy Ość miała jakieś podejrzenia względem tego, gdzie podziewała się Agrest? Oczywiście, że nie. Nie mogła. Prawda? Zwłaszcza, że raczej nie wolno jej było wychodzić zbyt daleko samej. Tak jak i jemu zresztą. W głowie Łabędzia takie samotne poszukiwania były proszeniem się o kłopoty i nie chciał, żeby przyjaciółka się narażała. Nie w imię z góry przegranej sprawy.
- Na pewno wielu na tym zależy - powiedział łagodnie, ustawiając się tak, że swym masywnym cielskiem zasłaniał koteczce wgląd na kuszące tereny niczyje. Wracamy do obozu. Proszę. - Twoim braciom... ojcu. Ja też, gdybym mógł, na pewno bym pomógł. Ale dokąd byśmy poszli? W którą stronę? Jak ty to widzisz? Potężny Strumień by się załamał, gdybyś mu nagle zniknęła.
Spojrzała z oburzeniem w kremowe kłaki, gdy te ją odgrodziły od otwartych przestrzeni ośnieżonych pól. Co to miało być? Czy ona się wybierała już w tym momencie, że trzeba było jej drogę zagradzać? Przecież gdyby rzeczywiście miała w poważaniu zdanie Łabędzia to by jej tym w żaden sposób nie powstrzymał. Już otwierała pysk, by wyłożyć cały swój sklejony naprędce plan skoro już została o niego zapytana, gdy argumentacja pointa zeszła na jej ojca. Odwróciła na moment głowę w stronę niebieskiego wojownika, który nie mógł zdecydować czy przeszkodzić im w rozmowie, czy jednak uszanować prośbę córki i jeszcze dać im chwilę nim zarządzi powrót do obozu. Odwróciła się znowu do Łabędzia.
- Nie zniknę przecież. - sprzeciwiła się, chociaż jej słowom brakowało niezachwianej pewności. Fakt, nie miała pojęcia gdzie znaleźć Agrest, a ten rudy nie narysował żadnej mapki. Ale to nie była zupełnie stracona sytuacja, więc postanowiła dalej negocjować. - Siedlisko dwunogów. Tam jej chcę poszukać. Jeśli tam jej nie będzie to mogę czekać aż sama wróci, ale jeśli dwunodzy ją u siebie trzymają to trzeba coś z tym zrobić.
Ciemne uszy kocura cofnęły się. Nie tylko widział wzburzenie w jej oczach, ale też doskonale je wyczuwał, jakby ulatniało się z jej ciała i przenikało do wdychanego przez nich powietrza. Dodatkowe zdenerwowanie Ości nie leżało w jego zamiarach, lecz obawiał się, że to jedyne, co uda mu się wskórać. Najgorsze co mogło nastąpić, to że kotka uzna go za wroga i nie poinformuje go głębiej o swoich planach, a tym bardziej nie da mu znać, kiedy faktycznie postanowi odejść. Z dwojga złego Łabędź wolał udać się z nią i to w roli przyjaciela. Ale jak przekonać ją, że nie powinna opuszczać terenu Klanu Rzeki? Bo nie powinna, prawda? Niewiele kotów wracało. Większa część znikała bez śladu i nie byli to wyłącznie terminatorzy. Nie oni plus kocięta. To dotyczyło również wojowników, którzy generalnie więcej wiedzieli i potrafili sobie poradzić znacznie lepiej, niż ona czy on.
- Dwunodzy są niebezpieczni - próbował oponować. Z troską, nie pretensją czy odgórnym przeświadczeniem, że Karaś mówi głupoty. - Na długie księżyce porwali Kałużowy Krok, kiedy był młodszy. Zabrali Przepiórcze Piórko, która była już wtedy wojowniczką. Z nimi nie ma żartów. Są duzi. Silni. I nie mieszkają w klanach, jak my. Ich gniazd może być mnóstwo.
Nie miał wiedzy co do tego, jak wyglądało osiedle dwunogów. Wiedział za to, że jego poprzedni mistrz nie mieszkał ze sporym zbiorowiskiem łysych stworzeń i zdawał sobie sprawę, że ucieczka nie była taka prosta. Tyle mu wystarczało. Agrest może i została porwana, może nie chciała być trzymana z dwunogami. Ale czy Karaś tego chciała? Przecież takie porwanie nie równało się ponownemu spotkaniu siostry. Łabędź sądził, że szanse na taki szczęśliwy zbieg okoliczności były znikome.
Prychnęła cicho. Przecież doskonale wiedziała, że są niebezpieczni, przecież to właśnie dlatego chciała jak najszybciej ruszyć z misją ratunkową. To chyba było oczywiste? Zniecierpliwiona przecinała powietrze cienkim ogonem, czekając aż kremowy skończy mówić. Z tym, że z każdym kolejnym jego słowem karasiowe oblicze łagodniało. Przecież nie chciał źle, po prostu się martwił. I chyba coś w tym było, bo jego pierwsza mistrzyni musiała być dużo lepiej przystosowana od Ości do ucieczki przed tymi potworami, a jednak nie udało jej się. Jakie więc były szanse, że niebieskiej kotce się uda zakraść do wszystkich gniazd w okolicy niespostrzeżenie? Nie miała nawet pewności, że to tam znajdzie Agrest, cały plan zakładał, że pójdzie to sprawdzić i jeśli nie będzie siostry to wróci. Może rzeczywiście to było zbyt wielkie ryzyko? Potrząsnęła zaraz głową, zniesmaczona sobą, że w ogóle tak pomyślała.
- No ale to co niby twoim zdaniem powinnam zrobić w tej sytuacji, hę? - spytała patrząc w niebieskie oczy.
Karaś nie rzucała w niego kontrargumentów. Nie sięgała po próbę odcięcia go od siebie i całej tej sytuacji. To dobrze. Ale Łabędź nie wiedział, co tak naprawdę siedziało w jej głowie i nie mógł liczyć na to, że jego słowa cokolwiek znaczyły. Z drugiej strony... mogły być kluczowe i dlatego musiały być przemyślane. Gorzej, że czuł jak jego wnętrze drży na samą myśl o przyjaciółce wyruszającej w tę podróż. Błąkającej się gdzieś między dwunogami, którzy pewnie nie byli przesiąknięci złem, jak początkowo zakładał, ale niezaprzeczalnie mieli tendencję do porywania kotów, co nie wiązało się z niczym pozytywnym. Nie był w stanie zachować chłodnego opanowania. Zarazem myślał o swojej rozsypanej rodzinie i zaczęło lęgnąć się w nim ziarenko zwątpienia. Czy to było w porządku, próbować przekonać Ość do zmiany zdania? Czy nie powinna być to wyłącznie jej decyzja, pozbawiona wpływu z zewnątrz? Nie, nie, oczywiście, że nie. Niebieska była pod silnym wpływem emocji, nie myślała racjonalnie. I miała do tego prawo, ale on nie wybaczyłby sobie, gdyby nie spróbował odwieść jej od tej akcji ratunkowej.
- Wiem, że to trudne. - Naprawdę wiedział. - Ale... Agrest nie ma w klanie od księżyców. Jej życie wygląda teraz zupełnie inaczej. Może ułożyło się na tyle szczęśliwie, że nie chciałaby wracać do domu. Koty się zmieniają... zwłaszcza młode. A skoro nadal żyje, to chyba nie ma co zakładać czarnych scenariuszy. Nie uważasz, że powinnaś użyć informacji od tego kota w inny sposób? Nie po to, żeby się zamartwiać i szukać, a uspokoić się oraz zaakceptować jej wybór?
Kornikowy Konar tak myślał. On, Ćmi Zmierzch i Pajęcza Noga zostali w klanie, podczas gdy reszta poszła swoimi drogami. I może tyle wystarczyło wiedzieć. Nawet jeżeli to nie było łatwe.
Zmarszczyła brwi, gdy Łabędź się odezwał. Wcale nie podobał się jej ten wstęp, momentalnie straciła zainteresowanie jego słowami, chociaż nie potrafiła przestać słuchać. Odwróciła łeb w bok, wpatrując się w ośnieżone pola jakby były co najmniej fascynujące, tylko nastawione uszko zdradzało, że nie ignoruje tak do końca kremowego. Miał rację, ale jednocześnie zupełnie jej nie miał. Myśl o tym, że Agrest mogła sobie ułożyć życie z dala od nich bolała. Oczywiście to dużo milsza opcja, niż gdyby czarna kotka cierpiała gdzieś daleko poza terenami klanowymi, ale z tego wynikało, że znaczyła dla Ości dużo więcej niż Ość dla niej. Reszta rodziny też się dla niej nie liczyła? Jeśli dobrze jej się żyło to czemu nie mogła kiedyś zawędrować pod granice i przekazać patrolowi, że wszystko w porządku i żeby rodzina się o nią nie martwiła? Szara zmarszczyła brwi. Takie zniknięcie, bez słowa, na zawsze nie brzmiało jak coś, co jej siostra mogłaby zrobić. Nie zmieniłaby się chyba aż tak bardzo?
- Nie, to głupie. - burknęła. Jak niby miała zaakceptować jej wybór, skoro nie miała nawet pewności, że jakikolwiek wybór miał miejsce? Trzeba było przycisnąć Szkiełko, gdy jeszcze była okazja, teraz miała już tylko więcej pytań niż przed wycieczką.
- Idziemy. - rzuciła, zawracając w stronę ojca i drogi, którą tu przyszli. Dalej uważała, że podejście Łabędzia jest głupie (ciekawe czy gdyby chodziło o jego rodzeństwo, to czy dalej by był tego samego zdania). Ale fakt, nie było co się rzucać już teraz na poszukiwania, trzeba było się nieco przygotować. Chociażby dowiedzieć się, gdzie dokładnie znajduje się to siedlisko i jak tam dojść.
Nie miał aż tak optymistycznego nastawienia by założyć, że Karaś pod naporem jego słów zmieni zdanie i pogodzi się z losem. Bo czy sam wierzył, że jego rodzeństwo, mając dosłownie kilka księżyców na karku, mogłoby w pełni świadomości zadecydować o tym, jak będzie wyglądało ich życie poza klanem? Nie. I jedynie chciał wierzyć, że cokolwiek wyprowadziło ich poza tereny Klanu Rzeki, ostatecznie doprowadziło do szczęśliwego zakończenia. Nawet jeśli nie potrafił zrozumieć motywów kierujących zaginionymi. Istniała szansa, że nie mieli jak dać o sobie znać, uspokoić swoich bliskich, ale wiedli dobre życie i tęsknota z czasem osłabła na tyle, że przestała być utrapieniem. Tak czy inaczej, ciężko mu było z myślą, że córka Potężnego Strumienia nie akceptuje jego rozumowania, które przecież było podyktowane troską o nią. Fakt, Agrest mogła potrzebować pomocy, ale znowu - jakie istniały szanse, że Ość ją odnajdzie? Czy było to warte ryzyka?
Na stwierdzenie kotki, że uważa to, co mówił za głupie, Łabędź westchnął bezradnie. Pozostało mu jedynie liczyć na opamiętanie ze strony przyjaciółki, jak już wrócą do obozu i emocje trochę opadną. Nie mógł jej winić za chęć odnalezienia zaginionej siostry, ale nie był w stanie przekonać się co do słuszności podjęcia tego przedsięwzięcia. Posłusznie poszedł za nią, gdy zakomenderowała powrót, choć czuł jak jego wnętrzności przewracają się na wszystkie strony. Od teraz musiał mieć Karasiową Łapę na oku, żeby przypadkiem nie wymknęła się z obozu zupełnie sama. To była przytłaczająca myśl, jako że ostatnio często nie miał siły nawet podnieść się z legowiska, a tu nagle spoczęła na nim tak ogromna odpowiedzialność. Ale nie wybaczyłby sobie, gdyby i ona pewnego dnia zniknęła. I nie wybaczyłby sobie, jeśli ich przyjaźń zakończyłaby się przez tę drobną różnicę zdań. A może tylko jego niefortunny dobór słów?
Księżyce: 51 Mistrz: Wężowy Błysk (KG) + Truskawkowy Gąszcz (KG) Płeć: kotka Matka: Sucha Gałązka [NPC] Ojciec: Nieznany Partner: Too good for You!!!
Kocica przerasta sylwetką standardowego kota, chociaż nie jest olbrzymia. Powojnik wydaje się zawsze być nieco pulchna przez swoje krótkie, zaokrąglone, puszyste i mięciutkie futro. Kocica prezentuje się szynszylowym umaszczeniem w jasno-szarym kolorze. Tak samo ogon kocicy jest puchatą, zaokrągloną kitą. Oczy Powojki są koloru niebieskiego, a niewielki nosek ma barwę ceglaną. Na lewym policzku kocicy znajduje się niewielka blizna, po pewnym incydencie z pieszczochem.
Z biegiem księżycy, Powojnikowy Pęd stała się kocicą która nie da sobie łatwo wejść na głowę. Znana jest z oślego uporu i pewnej kapryśności. Nadal także nie porzuciła ambicji by stać się medykiem. W postępowaniu moralnym na pierwszym miejscu nadal kładzie dobro Klanu Gromu, który uważa za dom. Jednak jest ciekawską istotą i czasem ją gdzieś poniesie. Obowiązek jednak zawsze stoi przed zachcianką. Powojnik także cechuje niecodzienne zainteresowanie roślinnością.
W kontakcie z kotami jest dość otwarta w stosunku do tych którym ufa. Jednak cechuję ją znaczna nieufność i ksenofobia w stosunku do kotów żyjących poza klanami (wyjątek stanowią kocięta), w tym przypadku zwłaszcza pieszczochów.
Mrucząca Łapa (KW) | Dynia (KP)
Podczas ich treningu Wąż mówił nie raz o faktach opartych na jego podróżach. Powojnikowa Łapa dopiero co skończyła trening. Jej mistrz zasugerował jej że póki jeszcze nie jest ani wojownikiem, ani oficjalnie terminatorem Truskawkowego Gąszczu, to mogła skorzystać z tej okazji i pozwiedzać tereny poza klanem. Miała już podstawowe przeszkolenie w walce i polowaniu, jak i była obeznana w pełni z wonią klanów. Chyba nie będzie to tak znaczny problem jak powędruje sobie na jeden dzień, prawda?
Było coś co już od jakiegoś czasu interesowało kocicę od momentu gdy stanęła na północnej granicy klanu. W dali było widać pasmo jaskrawej żółci. Dowiedziała się że jest to tak zwany rzepak, nadal jednak ciągnęło ją by zobaczyć na własne oczy. Zwłaszcza póki nadal kwitł.
Tego dnia nadarzyła się okazja. Powojnikowa Łapa złapała trochę pożywienia z obowiązku. Po przyniesieniu zdobyczy na stos, nieco pomogła przy legowiskach, chwilę odpoczęła i ruszyła w podróż. Trochę spontanicznie, ale przynajmniej nic szczególnego nie miała dzisiaj do roboty. Gdy dotarła w pobliże łanu rzepaku, było już południe. Słońce świeciło i kocica mogła w końcu naprawdę się przyjrzeć zjawisku. Wiedziała że jest to roślina, ale w paśmie koloru ciężko było coś wyróżnić. Teraz mogła obejrzeć pojedyncze kwiatki na własne oczy. Wysokie, z dużą ilością jaskrawo żółtych kwiatków. Trochę kusiło ją by zabrać nieco pędów do obozu, jednak nie miała pojęcia czy roślina nie była trująca. Chyba lepiej było jednak nie ryzykować.
Kocica wchodzić głębiej, rozglądając się. Czuła zapach tych kwiatów, które zostawiały wszędzie swój pyłek. Niestety mocno brudziły.
Powojnikowa Łapa wybrała się na podróż, na którą nikt bez wystarczającej odwagi i pewności swoich umiejętności się nie wybrał. Była daleko od domu - cały jeden dzień musiałaby poświęcić, by do niego wrócić, a jednak postanowiła zaryzykować i zapuścić się w nieznane, zupełnie samotnie, może po to by poszukać jakiś skarbów? Nikt nie wiedział co siedziało w krzakach, czy jadowita żmija, która poskłada cię na miejscu, czy prawdziwe, piękne świecidełka których jeszcze nikt nigdy nie widział. Niebieskooka mogła spróbować swojego szczęścia właśnie tutaj - w Łanie Rzepaku, bo nie był aż tak blisko Grzmiącej Ścieżki, która była uważana za obrzydliwie niebezpieczną, wręcz z wielkim napisem "śmierć" na samym środku. Terminatorka wędrowała więc obok wielkiego pola rzepaku, zapewne po to, by nie błądzić po żółtym labiryncie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że w tym miejscu łatwo było nie zauważyć pewnych rzeczy - czy to przez oślepiający, jaskrawy kolor kwitnącego rzepaku, czy przez wysokie, gęste trawy, czy to przez różnorodne, piękne polne kwiaty. Cokolwiek zagapiło jasną koteczkę, z pewnością nie wyszło jej na dobre. Pod łapami koteczki ukrywała się bowiem roztrzaskana butelka, pełno większych, czy też mniejszych kawałeczków leżało rozsypane po ziemi. Prawa łapka terminatorki zaczęła momentalnie piec, a chwilę później można było spostrzec płynącą krew, która brudziła źdźbła traw, szkło, a także blisko rosnące, niebieskie bratki.
Księżyce: 51 Mistrz: Wężowy Błysk (KG) + Truskawkowy Gąszcz (KG) Płeć: kotka Matka: Sucha Gałązka [NPC] Ojciec: Nieznany Partner: Too good for You!!!
Kocica przerasta sylwetką standardowego kota, chociaż nie jest olbrzymia. Powojnik wydaje się zawsze być nieco pulchna przez swoje krótkie, zaokrąglone, puszyste i mięciutkie futro. Kocica prezentuje się szynszylowym umaszczeniem w jasno-szarym kolorze. Tak samo ogon kocicy jest puchatą, zaokrągloną kitą. Oczy Powojki są koloru niebieskiego, a niewielki nosek ma barwę ceglaną. Na lewym policzku kocicy znajduje się niewielka blizna, po pewnym incydencie z pieszczochem.
Z biegiem księżycy, Powojnikowy Pęd stała się kocicą która nie da sobie łatwo wejść na głowę. Znana jest z oślego uporu i pewnej kapryśności. Nadal także nie porzuciła ambicji by stać się medykiem. W postępowaniu moralnym na pierwszym miejscu nadal kładzie dobro Klanu Gromu, który uważa za dom. Jednak jest ciekawską istotą i czasem ją gdzieś poniesie. Obowiązek jednak zawsze stoi przed zachcianką. Powojnik także cechuje niecodzienne zainteresowanie roślinnością.
W kontakcie z kotami jest dość otwarta w stosunku do tych którym ufa. Jednak cechuję ją znaczna nieufność i ksenofobia w stosunku do kotów żyjących poza klanami (wyjątek stanowią kocięta), w tym przypadku zwłaszcza pieszczochów.
Mrucząca Łapa (KW) | Dynia (KP)
Była młoda, zdrowa i zasadniczo mogłaby już być wojownikiem, prawda? Wiedziała że istniało pewne ryzyko, jednak ciekawość i zachęta od Węża...sprawiły że spróbowała.
Wąchała się czy powinna zagłębić się w rzepaku. Technicznie chroniłoby to ją przed oczami drapieżników, jednak z drugiej...jeżeli jakiś się zbliży, to z pewnością go nie zauważy.
Powojnikowa Łapa zajęta myśleniem wyraźnie się zagapiła. Nagle poderwała łapkę o góry, czując piekący ból. Coś ją ukąsiło!? Rozejrzała się z syknięciem pod łapy, lekko zjeżając się. Wokół nie było jednak niczego co mogłoby ją dziabnąć. Były za to jakieś dziwaczne, przezroczyste...kamienie? Czy jakieś niezwykłe kawałki kory, których nigdy wcześniej nie widziała. Można było łatwo zauważyć że miały bardzo ostre krawędzie i nosiły jeszcze resztki nieznanego dla niej zapachu. Fajtłapa z niej! Powinna bardziej uważać na to gdzie stawia łapy. Obejrzała swoją łapkę, z której ściekała krew. Nigdy jeszcze nie zdarzyło jej się zranić do tego stopnia by czerwona ciecz się pokazała. Zdecydowanie będzie musiała iść do Truskawkowego Gąszczu, by to obejrzała. Przynajmniej będzie miała okazję zobaczyć jak leczy się chociaż takie niewielkie rany.
Jednak podróż i tak trochę zajmie i nie chciała tak od razu wracać. Kocica zdecydowała się jednak nadal trochę tu pokrążyć. Co prawda poruszała się lekko kulejąc. Może warto będzie się rozejrzeć chociaż za pajęczyną, by zatamować tymczasowo krwawienie?
Jasna kotka z pewnością nie spodziewała się... czegoś takiego na sam start. Pewnie pokrzyżowało jej to mocno swoje plany, w dodatku bolesna rana nie zbliżała się do końca krwawienia, a metaliczna ciecz lała się w najlepsze i bez medycznej pomocy mogło się to skończyć... naprawdę źle. Nawet tragicznie, jeśli terminatorka będzie mieć wystarczająco dużo pecha. Powojnik jednak postanowiła rozejrzeć się za czymś, co mogło chociaż na chwilę zapobiec jej problemowi. Nie powinna mieć problemów z rozpoznaniem pajęczyny, w końcu sieć, którą zostawiają pająki była naprawdę charakterystyczna i nawet kocię mogło natknąć się na to w zakurzonym kącie Złocistego Wgłębienia. Córka Suchej Gałązki jednak nie miała żadnego doświadczenia, a to mogło skutecznie utrudnić jej całe zadanie.
W śliczne oczy terminatorki od razu mógł dostać się widok pięknych, niziutkich kwiatów. Były różowe, długie, a po dokładnym przyjrzeniu się można było śmiało stwierdzić, że kotka znalazła wrzos. Czy było to coś, czego potrzebowała, co można było jakkolwiek wykorzystać co do jej rany? Jeśli nie, zawsze mogła zerwać piękne kwiaty i podarować swojemu przyjacielowi, komuś z rodziny, a może nawet własnej sympatii?
Księżyce: 51 Mistrz: Wężowy Błysk (KG) + Truskawkowy Gąszcz (KG) Płeć: kotka Matka: Sucha Gałązka [NPC] Ojciec: Nieznany Partner: Too good for You!!!
Kocica przerasta sylwetką standardowego kota, chociaż nie jest olbrzymia. Powojnik wydaje się zawsze być nieco pulchna przez swoje krótkie, zaokrąglone, puszyste i mięciutkie futro. Kocica prezentuje się szynszylowym umaszczeniem w jasno-szarym kolorze. Tak samo ogon kocicy jest puchatą, zaokrągloną kitą. Oczy Powojki są koloru niebieskiego, a niewielki nosek ma barwę ceglaną. Na lewym policzku kocicy znajduje się niewielka blizna, po pewnym incydencie z pieszczochem.
Z biegiem księżycy, Powojnikowy Pęd stała się kocicą która nie da sobie łatwo wejść na głowę. Znana jest z oślego uporu i pewnej kapryśności. Nadal także nie porzuciła ambicji by stać się medykiem. W postępowaniu moralnym na pierwszym miejscu nadal kładzie dobro Klanu Gromu, który uważa za dom. Jednak jest ciekawską istotą i czasem ją gdzieś poniesie. Obowiązek jednak zawsze stoi przed zachcianką. Powojnik także cechuje niecodzienne zainteresowanie roślinnością.
W kontakcie z kotami jest dość otwarta w stosunku do tych którym ufa. Jednak cechuję ją znaczna nieufność i ksenofobia w stosunku do kotów żyjących poza klanami (wyjątek stanowią kocięta), w tym przypadku zwłaszcza pieszczochów.
Mrucząca Łapa (KW) | Dynia (KP)
Powojnik wahała się co powinna zrobić. Miały krótką rozmowę z Truskawkowym Gąszczem krótko po propozycji. Medyczka zadecydowała że najlepiej będzie przekazać sposób zbierania podstawowych rzeczy, jak chociażby pajęczyna. Głównie po to by Powojnik od razu mogła pomagać z ziołami. Jednak nie przerabiały nadal nic względem samego leczenia. Może lepszym pomysłem będzie poszukanie pajęczyny i zabranie jej z powrotem do klanu. Jeżeli się dobrze orientowała, składzik nie obfitował pajęczyną...i Truskawka z pewnością nie będzie szczęśliwa jak Powojnik stawi się lecznicy z raną...i niczym do leczenia. Może ten spacer jednak nie był najlepszym pomysłem? Rana co prawda nadal krwawiła, ale była niewielka prawda...może krew przestanie sama płynąć po dłuższej chwili?
Wciągając powietrze, Powojnik starała się nie pozwolić sobie zacząć panikować. Musiała się skupić i szukać dalej. Szukała jakichkolwiek połyskujących nitek lub pajączków które wydawały się zawieszone w powietrzu. Czasami nie tak łatwo było dostrzec.
/Uprzedzam że jutro wyjeżdżam, więc akcja będzie nieco zamrożona na nieco ponad tydzień/
----------------------------
Pomimo faktu że starała się szukać pajęczyny, to przez piekący ból łapy nie mogła się skupić. Dodatkowo cały czas krwawiła. Jeżeli będzie dalej błądzić, straci tylko więcej krwi, a może jeszcze pogorszy tylko sytuację lub trafi na drapieżnika. Będąc tu całkiem sama.
Kocica zdecydowała się położyć na chwilę i przycisnąć mocno krwawiącą łapę tak by spróbować zatamować krwawienie. Czeka ją nadal droga powrotna. Poczekała może z pięć minut, nie mogła jednak ryzykować nazbyt wiele. Musiała podnieść się na łapy i ruszyć w stronę klanu, z pustymi (i zakrwawionymi) łapami. Już była pewna że Truskawkowy Gąszcz nie będzie szczęśliwa.
/zt/
/Przepraszam, ale porzucam tą akcję, bo mi się jeszcze bardziej czasoprzestrzeń rozwarstwi.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Miedza o tej porze roku była najbardziej zarośniętym elementem pól. Królowała na niej szarzejąca się już trawa, ale wciąż kwitły na niej resztki polnych kwiatków. To właśnie one były celem dzisiejszej wyprawy Oriona. I o nie pierwsze lepsze kwiatki, które napotka, nawet nie te najładniejsze jakie znajdzie. Nie. Cynamon wypatrywał konkretnego gatunku; o długich łodyżkach, wąskich liściach, różowo-białych płatkach. Nic specjalnego, zwykły chwast bez jakichkolwiek właściwości. A jednak Orion właśnie ich wypatrywał, przedzierając się przez trawiasty pas. Nie wiedział jakie miał szanse o tej porze roku, ale dobry humor go nie opuszczał. Kołysał rytmicznie długim ogonem, nucił coś pod nosem. Ogólnie - beztrosko tak.