To nie był pierwszy obieg pór Ości na tym świecie, a tym bardziej nie było pierwsze polowanie. Słysząc niestandardowe ptasie śpiewy, zmrużyła nieufnie oczy. A to co? Umierający gołąb chciał koniecznie dać wszystkim znać o swoim nieszczęściu? Zaryzykowałaby stwierdzeniem, że ten dźwięk to w ogóle nie do końca taki ptasi, ale aż taką specjalistką od skrzydlatych paskud nie była. Zdecydowała, że najrozsądniej byłoby sprawdzić źródło tych hałasów, więc ruszyła jak do piszczki. W pozycji łowieckiej, pod wiatr i nie depcząc gałązek po drodze. No i właśnie, ledwo zrobiła kilka kroków przed siebie, dotarł do niej koci zapach przy kolejnym silniejszym podmuchu. Zmarszczyła brwi, prostując się nieco, chociaż nie zrezygnowała z cichego podejścia. Gdy wylazła zza krzaka nie była już taka pewna czy to co zwęszyła rzeczywiście było kotem. Powiedziałaby raczej, że to nawet nie kot, patrząc po tych karykaturalnie wielkich uszach, kościstych łapach i dziwnie wydłużonym pysku. Niby już widywała takie pokraki wcześniej, ale za każdym razem dziwiły tak samo.
Ach, no ale nie to teraz najistotniejsze.
- Nie masz nic lepszego do roboty tylko ptaki płoszyć? - burknęła na wstępie. Ogólnie miałaby na to wywalone, ale w momencie gdy chciała jak najszybciej odbębnić minimum wojowniczych obowiązków, obecność takiego śmieszka, utrudniała jej życie.
mały, kościsty oriental o krótkim liliowym futerku i wyjątkowych jasnobłękitnych ślepiach z zauważalną siecią czerwonych żyłek tuż pod tęczówką
"Powiedziałby, że przynajmniej połowę sukcesu onieśmielającej aury stanowił właśnie niewielki wzrost Kostka. To była sytuacja analogiczna do spotkań z małymi psami. Te wielkie, kilkukrotnie przerastające koty zawsze były bardziej stabilne psychiczne i odgadnięcie ich planów nie przysparzało trudności. Z kolei z tymi kieszonkowymi pchlarzami zawsze był pewien kłopot – jak na stworzenia znajdujące się bliżej ziemi oraz działającej na nią grawitacji, były niezwykle chwiejne i nie wiadomo co im siedziało w głowie.
Orion zgadywał, że zwykle był to chaos i zniszczenie.
Miał silne podejrzenia, że w przypadku Kostka było podobnie. " by Orion
Kornikowy Konar, Zielna Łapa (KRz) Wieszczek (NŚ)
Kości trudno było ocenić, czy wojowniczka nabrała się na jego skrzek, czy po prostu postanowiła podchodzić ostrożnie na zapas, w razie gdyby dziwny odgłos jednak wydawał ptak. Niemniej kocur uśmiechnął się kącikiem pyszczka i z taką miną powitał kocicę, wychodzącą zza krzaka. Ona jakoś nie wyglądała na ucieszona jego widokiem i burknęła mało sympatycznie.
- Nie ma co płoszyć, jestem jedynym ptaszkiem w okolicy. - Oznajmił bez przejęcia, a wręcz swoim flegmatycznym głosem wyraźnie sugerując, że nawet jakby wypłoszył całą chmarę skrzydlatych z okolicy, nie zrezygnowałby ze swojego przedstawienia. - A twoje podchodzenie do zwierzyny też mogłoby być lepsze, chyba, że wcale ci nie zależało by mnie złapać. - Zauważył bezczelnie. Trójkątna paszcza rozdarła mu się w szerokim ziewnięciu, w którym pokazał Ości cały arsenał ostrych i jeszcze całkiem białych kiełków.
Kostek nie był głupi - wiedział, że podobne uwagi niekoniecznie przysparzają mu sympatii innych kotów. Jednak na co mu była czyjaś sympatia, kiedy z drugiej strony obserwowanie jak się irytują było takie zabawne?
blood and glitter sweet and bitter we're so happy we could die
blood and glitter saintand sinner we do fall before we rise
- No teraz to z pewnością. - rzuciła równie zdegustowana co parę uderzeń serca temu. O ile nie bardziej, bo jej względnie spokojny dzień właśnie się posypał bezpowrotnie przez jednego znudzonego szczeniaka. Za to na kolejny komentarz, sprawił, że gąsienicowaty ogon przeciął powietrze. - Hę? Z daleka śmierdziało kotem. - żeby nie powiedzieć irytującym smarkaczem - Nie powinieneś być teraz na treningu? Robić czegoś pożytecznego? - nie pytała o to rzecz jasna z życzliwości czy szczerego zainteresowania życiem orientala, a jedynie z czystej, nieskrywanej chęci pozbycia się go z tego miejsca.
mały, kościsty oriental o krótkim liliowym futerku i wyjątkowych jasnobłękitnych ślepiach z zauważalną siecią czerwonych żyłek tuż pod tęczówką
"Powiedziałby, że przynajmniej połowę sukcesu onieśmielającej aury stanowił właśnie niewielki wzrost Kostka. To była sytuacja analogiczna do spotkań z małymi psami. Te wielkie, kilkukrotnie przerastające koty zawsze były bardziej stabilne psychiczne i odgadnięcie ich planów nie przysparzało trudności. Z kolei z tymi kieszonkowymi pchlarzami zawsze był pewien kłopot – jak na stworzenia znajdujące się bliżej ziemi oraz działającej na nią grawitacji, były niezwykle chwiejne i nie wiadomo co im siedziało w głowie.
Orion zgadywał, że zwykle był to chaos i zniszczenie.
Miał silne podejrzenia, że w przypadku Kostka było podobnie. " by Orion
Kornikowy Konar, Zielna Łapa (KRz) Wieszczek (NŚ)
- Mhm. - Mruknął beznamiętnie. Wszak szara kocica nie przyznałaby się do pomylenia go z ptakiem za żadne skarby, nawet jakby wypadła na niego z pazurami zza krzaka. Mogła gadać co chciała, ale nawet jeżeli jego dźwiękonaśladownictwo wymagało jeszcze poprawy, osiągnęło swój cel - ściągnęło Rzeczniaczkę do jego kryjówki.
- Już wszystko zrobione. - Skłamał lekko i pokazał Ości koniuszki kiełków w krzywym uśmiechu. - Trening zaliczony, stos uzupełniony, mech wymieniony, wszystkie dziury w obozie zatkane... - Wymienił, wzruszając barkami. Oczywiście nie zrobił ani jednej z tej rzeczy, ale nie miał oporów przed mówieniem nieprawdy. Nie sądził, by komukolwiek chciało się to sprawdzić. A nawet jeżeli kłamstwo wyszłoby na jaw to.. co? Dostałby klapsa?
blood and glitter sweet and bitter we're so happy we could die
blood and glitter saintand sinner we do fall before we rise
- Mhm, jasne. - mruknęła w odpowiedzi, bo nie miała powodów by podejrzewać, że jest inaczej. Ani tym bardziej dowodów świadczących przeciwko orientalowi, bo nigdy nie wnikała w to, którzy terminatorzy grzecznie wywiązują się ze swoich obowiązków, a którzy płoszą zwierzynę bo tak. Ptasie Krzewy były rozległe, jeśli nie mogła się pozbyć Kostka spod tego konkretnego krzaczka, to drugą najlepszą opcją jaka jej pozostawała było przeniesienie się gdzieś dalej samej. - To sobie tu siedź, miłego. - rzuciła na odchodne i ruszyła przed siebie. Może później spróbuje zapolować, jak nie wyjdzie to winę zrzuci na pewnego terminatora. I też spoko.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Gdyby ktoś pytał Oriona o zdanie to idiotyzm, że granica przebiegała przez sam środek kłujących chaszczy, zamiast oddzielić albo wchłonąć całość zarośli. Przecież to bardzo łatwo było się zapomnieć i pójść o krzaczek (albo dwa) za daleko. Znaczy może leśnym dzikusom to jak najbardziej na łapę, taki pretekst do mordowania niewinnych samotników, ale przecież jakby rzeczywiście byli tacy żądni krwi to by nie potrzebowali żadnych powodów do ataku, nie? Nie, z najnowszych badań orientala wynikało, że większość klanowych kotków ceniła sobie spokój i brak intruzów.
Więc. Dlaczego. Ta. Granica. Tak. Przebiegała.
Cynamon, po księżycach życia w okolicznych zaroślach, z coraz większą skutecznością potrafił określić gdzie kończyła się neutralna strefa. Ale zdarzały się sytuacje, takie jak dzisiaj, gdy pomiędzy nim oraz ładnymi kwiatkami stała jedynie jakaśtam bariera zapachowa. Ostrzeżenie zostawione przez ostatni patrol. Jako kot z korzeniami sięgającymi osiedla znał się na tabliczkach typu uwaga zły pies i z doświadczenia wiedział, że to dobieganie do furtki w trzy sekundy to zwykły pic na wodę. Tak samo żaden zły wojownik nie mógł mu się zmaterializować za plecami, gdy tylko przekroczy niewidzialną granicę. Fiołki nie rosły jakoś wybitnie w głębi terenów, ot, jedynie kilka krzaczków za daleko, więc po krótkim namyśle, Orion ruszył w ich stronę. Szybko ich nazrywa i nim którykolwiek z Rzecznych wojowników zdąży powiedzieć spleśniała pieczarka, oriental i jego starannie ułożone futerko będą już daleko stąd.
Księżyce: 124 Mistrz: łabędzia gwiazda Płeć: kocur Matka: księżycowe jezioro Ojciec: skrzące słowo Trwałe urazy: daddy issues
Jeśli mówi się, że ktoś rośnie jak na drożdżach, to dieta Goryczy w kocięcych księżycach musiała składać się wyłącznie z drożdży. Kocur jest bowiem wyjątkowo wysoki, o długich łapach, a przy tym szczupły i wysmukły, obdarzony pewną elegancją; wyraźnie nie wygrał loterii genetycznej, nie odziedziczył wielkich mięśni i idącej za nimi siły. Definitywnie przypomina bardziej młode drzewko niż czołg. Pyszczek ma kształtny, o migdałowych oczach w kolorze orzechowym i różowym nosem otoczonym długimi, białymi wąsami. Zwieńczone pędzelkami uszy postawione są na sztorc, jak gdyby zawsze czegoś nasłuchiwał. Natura zlitowała się nad nim o tyle, że dała mu długie, puchate futerko, które chociaż odrobinę przykrywa jego mierną sylwetkę. Rudy srebrny z białymi rozjaśnieniami, które zaczynają się na pysku i obejmują całą kryzę, brzuch, łapy i spodnią część ogona. Klasycznie pręgowany. Dba o siebie i o to, jak wygląda. Chodzi sztywnym krokiem, zawsze zadzierając podbródek. Na jego pyszczku zwykle gości grymas znudzenia, efektownej kombinacji pogardy i wyższości lub niechęci.
Księżycowe Jezioro nazywając swojego syna przypadkowo trafiła idealnie. Gorycz jest bardzo.... rozgoryczony. Sobą, swoim życiem. Był ambitnym kociakiem, wyraźnie czującym ciężar oczekiwań rodziców i chcący stać się kimś, kto zapisze się w kartach historii Klanu Rzeki. Przez pobyt w lecznicy czuje, że przegapił swoją okazję; księżyce, które mógł spędzić na zdobywaniu wiedzy i poznawaniu członków Klanu, zupełnie stracone. Jest zły na samego siebie, na swoje wątłe zdrowie. Oczywiście, prędzej by umarł, niż się do tego przyznał. Zachowuje się, jakby był doroślejszy i mądrzejszy, niż w rzeczywistości, chociaż tak naprawdę jest jedynie zagubionym dzieciakiem... co czasem widać, w momentach, gdy Gorycz przestanie aż tak bardzo się pilnować. Nie należy do kotów szczególnie towarzyskich, jest chłodny w obyciu, sarkastyczny i opryskliwy. Mimo to niezwykle zależy mu na atencji innych; chce być zauważony, chce by wszyscy znali jego imię i mówili o nim, chce mieć pewność, że nie jest całkowitą porażką, a dla zwrócenia na siebie uwagi potrafi robić różne rzeczy, nie zawsze szczególnie rozsądne. Przez brak wprawy odrobinę niezręczny w kontaktach społecznych, nie zawsze wie, jak okazać swoje emocje, a już tym bardziej nie ma pojęcia, jak je okazać.
Inteligentny. Ma w sobie iskrę buntownika, która każe mu zastanawiać się nad zasadami wpajanymi mu przez rodzinę — można powiedzieć, że jest jak nastolatek wchodzący w swoją fazę buntu. Zresztą, lubi mieć swobodę działania i nie jest zbyt szczęśliwy, gdy ktoś próbuje narzucić mu swoją wolę. Czuje się niepewny, wciąż poszukuje swojej tożsamości i miejsca w świecie
czereśniowa gałązka [krz]
Kocięta nie mogły opuszczać Obozu. Gorycz doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Ale zdawał sobie też sprawę z tego, że był kocięciem tylko z nazwy. Reszta jego rodzeństwa była w tym samym wieku (naturalnie, tak działało rodzeństwo) i mogło chodzić sobie gdzie chciało, a on miał siedzieć na zadku tylko dlatego, że miał to nieszczęście, by zachorować jako dzieciak. Ha, jeszcze czego. Był równie dorosły co oni, nie ważne, czy był łapą, czy nie, mógł robić, co tylko chciał.
Tego dnia czuł się nie tylko wyjątkowo zmęczony towarzystwem innych kotów, ale też był w wyjątkowo buntowniczym nastroju. Odczekał, aż akurat przy wyjściu z Obozu nie będzie nikogo i chybcikiem wyślizgnął się na zewnątrz. Serce biło mu szybko, ale powtarzał sobie, że przecież ma prawo, a nawet jeśli ktoś go przyłapie i poniesie za swoją eskapadę jakieś konsekwencje, to... niech będzie. W końcu co takiego mogą mu zrobić?
Spacerował lekkim krokiem, całkiem zadowolony z siebie, jednocześnie co jakiś czas oglądając się za siebie, ot tak, prewencyjnie. Bardziej niż potencjalnych drapieżników obawiał się nagłego towarzystwa któregoś ze współklanowiczów. Dopiero gdy do jego nozdrzy dotarł nieznajomy zapach, przystanął. Futro na jego grzbiecie podniosło się, układając w ładny irokezik.
Źródłem obcego zapachu był całkowicie nieznajomy kot, kręcący się dookoła jak gdyby nigdy nic, jak gdyby miał całkowite prawo tu przebywać.
— Wiesz, że nie powinieneś się tu włóczyć, co? — powiedział tonem, który w zamierzeniu miał być groźny. Czy było to głupie posunięcie? Być może. Ale miał niejasne przekonanie, że przeganianie intruzów z granicy należało do obowiązków wojownika, a obcy nie musiał przecież wiedzieć, że Gorycz był jedynie przerośniętym kociakiem; z pewnością na takiego nie wyglądał. Jakże miło by było móc wrócić do Obozu i pochwalić się, że sam jeden wygonił precz jakiegoś obcego kocura.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Okazało się, że jednak klanowe dzikusy potrafiły strasznie szybko mówić. Raperzy, skubani. Następnym razem sprzeda im jakiegoś łamacza językowego to się może potkną o literki i odczepią. Orion zastygł w bezruchu, przyłapany wszystkimi czterema łapami za granicami ciągnącymi się przez chaszcze. Niekorzystnie. Tym bardziej, że trafił mu się nieznajomy z poczuciem misji – już z wejścia krążyło nad nim widmo przemocy. Nie żeby oriental bał się o swoje życie (był prawie pewny, że wyszedłby z tego starcia zwycięską łapą, głównie za sprawą nieuzasadnionego przekonania o swoich wybitnych umiejętnościach w każdej dziedzinie), ale wolałby uniknąć walki. Nie po to układał rano futro, by byle dzikus je teraz potargał.
Pozostawały dwie sprawdzone opcje. Pierwszą z nich było wyciągnięcie karty Cisowej Łapy i zrzucenie ciężaru swojego występku na barki liliowego terminatora. Na nieszczęście, Orion zdążył go szczerze polubić i dokładanie mu kłopotów nie brzmiało tak kusząco jak zatruwanie życia Jaśniejącego. Ech, a mógł kraść Wichrowe fiołki.
Więc plan B.
Podniósł powoli łeb, jedno ucho kierując w stronę kocura, gdyby chciał zaatakować, ale zasadniczo próbował celować w aurę kota szczerze zagubionego w sytuacji, a nie przejętego najeżonym osobnikiem parę kroków dalej. Rozejrzał się dookoła z uwagą przysługującym tym, którzy po raz pierwszy widzieli te wszystkie listki na oczy. Zamrugał nawet kilkukrotnie, jakby spodziewał się zmiany krajobrazu po tym geście.
– Ale że tu to znaczy gdzie? – spytał wreszcie, po oględzinach, z sympatycznym, nie za mądrym, uśmiechem. Był nowy w okolicy, nie orientował się, prawda?
Księżyce: 124 Mistrz: łabędzia gwiazda Płeć: kocur Matka: księżycowe jezioro Ojciec: skrzące słowo Trwałe urazy: daddy issues
Jeśli mówi się, że ktoś rośnie jak na drożdżach, to dieta Goryczy w kocięcych księżycach musiała składać się wyłącznie z drożdży. Kocur jest bowiem wyjątkowo wysoki, o długich łapach, a przy tym szczupły i wysmukły, obdarzony pewną elegancją; wyraźnie nie wygrał loterii genetycznej, nie odziedziczył wielkich mięśni i idącej za nimi siły. Definitywnie przypomina bardziej młode drzewko niż czołg. Pyszczek ma kształtny, o migdałowych oczach w kolorze orzechowym i różowym nosem otoczonym długimi, białymi wąsami. Zwieńczone pędzelkami uszy postawione są na sztorc, jak gdyby zawsze czegoś nasłuchiwał. Natura zlitowała się nad nim o tyle, że dała mu długie, puchate futerko, które chociaż odrobinę przykrywa jego mierną sylwetkę. Rudy srebrny z białymi rozjaśnieniami, które zaczynają się na pysku i obejmują całą kryzę, brzuch, łapy i spodnią część ogona. Klasycznie pręgowany. Dba o siebie i o to, jak wygląda. Chodzi sztywnym krokiem, zawsze zadzierając podbródek. Na jego pyszczku zwykle gości grymas znudzenia, efektownej kombinacji pogardy i wyższości lub niechęci.
Księżycowe Jezioro nazywając swojego syna przypadkowo trafiła idealnie. Gorycz jest bardzo.... rozgoryczony. Sobą, swoim życiem. Był ambitnym kociakiem, wyraźnie czującym ciężar oczekiwań rodziców i chcący stać się kimś, kto zapisze się w kartach historii Klanu Rzeki. Przez pobyt w lecznicy czuje, że przegapił swoją okazję; księżyce, które mógł spędzić na zdobywaniu wiedzy i poznawaniu członków Klanu, zupełnie stracone. Jest zły na samego siebie, na swoje wątłe zdrowie. Oczywiście, prędzej by umarł, niż się do tego przyznał. Zachowuje się, jakby był doroślejszy i mądrzejszy, niż w rzeczywistości, chociaż tak naprawdę jest jedynie zagubionym dzieciakiem... co czasem widać, w momentach, gdy Gorycz przestanie aż tak bardzo się pilnować. Nie należy do kotów szczególnie towarzyskich, jest chłodny w obyciu, sarkastyczny i opryskliwy. Mimo to niezwykle zależy mu na atencji innych; chce być zauważony, chce by wszyscy znali jego imię i mówili o nim, chce mieć pewność, że nie jest całkowitą porażką, a dla zwrócenia na siebie uwagi potrafi robić różne rzeczy, nie zawsze szczególnie rozsądne. Przez brak wprawy odrobinę niezręczny w kontaktach społecznych, nie zawsze wie, jak okazać swoje emocje, a już tym bardziej nie ma pojęcia, jak je okazać.
Inteligentny. Ma w sobie iskrę buntownika, która każe mu zastanawiać się nad zasadami wpajanymi mu przez rodzinę — można powiedzieć, że jest jak nastolatek wchodzący w swoją fazę buntu. Zresztą, lubi mieć swobodę działania i nie jest zbyt szczęśliwy, gdy ktoś próbuje narzucić mu swoją wolę. Czuje się niepewny, wciąż poszukuje swojej tożsamości i miejsca w świecie
czereśniowa gałązka [krz]
Odpowiedź, którą otrzymał, całkowicie zbiła go z tropu. Zamrugał, odruchowo cofając się o pół kroku. Ale że co, że jak to? Czy ten obcy kocur naprawdę nie miał pojęcia, gdzie się znajduje? I nie zastanowiło go, że tereny, na który się znalazł, pachniały w konkretny sposób? Wyglądało na to, że Gwiezdni — jeśli istnieli — uznali, że skoro ma już ładny pyszczek, odrobina zdrowego rozsądku nie jest mu do niczego potrzebna. Gorycz wywrócił oczami, tak dramatycznie jak się tylko dało.
— Tutaj czy no, tutaj. Na terenach Klanu Rzeki. Jak pójdziesz kawałek dalej, to będziesz mógł się kręcić do woli, ale w tej okolicy to nie radzę. — Przynajmniej taką miał nadzieję. Nie znał zupełnie rzecznych terenów, nie wiedział, gdzie co było i jedynie zgadywał, że granica rzeczywiście znajdowała się jakoś niedaleko. Miał nadzieję, że rzeczywiście miał rację. — Mówię to dla twojego dobra — dodał takim tonem, jakby robił kocurowi wielką łaskę, nie tyle dlatego, że rzeczywiście obchodził go los jakiejś przybłędy, co dlatego, że całkiem spodobało mu się granie dorosłego. Nagle całkiem rozumiał, czemu wszyscy ci wojownicy, w tym i jego ojciec, zachowywali się jakby byli tacy ważni i poważni. Natychmiast skrzywił się na tę myśl. Nie, do ojca to może jednak upodabniać się nie chciał.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
I proszę państwa – udało mu się. Zrobił z siebie idiotę. Beztroskiego idiotę, który wpakował się na tereny klanowe (nieświadomie!!) by ukraść parę kwiatków. I miał ochotę przybić sobie całkiem szczerą, mentalną piąteczkę, zachwycony swoim sukcesem. Bo w starciu z zagubionym i niezbyt rozsądnym kotem, nieznajomego coś opuszczał duch walki. Czy był milutki i pomocny? No skąd, ale przynajmniej dało się rozmawiać.
– Klanu Rzeki... – powtórzył w zamyśleniu, ale oczywiście ta nazwa nic mu nie mówiła, prawda? Pierwszy raz w życiu słyszał, no totalnie pusta karta. Prędko jednak zrezygnował z wypytywania o tajemniczy Klan Rzeki, wychodząc z założenia, że nie usłyszałby nic zaskakujacego.
– Jasne, dla mojego dobra. – potwierdził machinalnie, nie pochylając się dłużej nad intencjami kremowego i przeszedł do rzeczy. – A kawałek dalej to znaczy gdzie? W którą stronę? Te chaszcze tutaj to się trochę ciągną i wszędzie wyglądają tak samo. – przepraszający uśmiech. Na tyle było go stać. A następnie, jak to często mu się zdarzało, nieco się rozpędził z pytaniami, zapominając o swojej roli zbłąkanego turysty, który jak najszybciej chce wrócić na bezpieczny szlak. Obrócił się w pełni w stronę kocura i przechylił łeb w prawo, aż przyduże uszka ugięły się pod ciężarem grawitacji. – Czy może wszystkie te krzaczyska to Klan Rzeki i po prostu będzie w porządku jak wyjdę z tych zarośli? Ale czemu w takim razie Klan Rzeki, a nie Klan Krzaków? Spodziewałbym się raczej zakazu wchodzenia na plażę i kąpieli niż problemów przy przedzieraniu przez chaszcze, przy tej aktualnej nazwie. Rozumiesz, to troche nieintuicyjne.
Księżyce: 124 Mistrz: łabędzia gwiazda Płeć: kocur Matka: księżycowe jezioro Ojciec: skrzące słowo Trwałe urazy: daddy issues
Jeśli mówi się, że ktoś rośnie jak na drożdżach, to dieta Goryczy w kocięcych księżycach musiała składać się wyłącznie z drożdży. Kocur jest bowiem wyjątkowo wysoki, o długich łapach, a przy tym szczupły i wysmukły, obdarzony pewną elegancją; wyraźnie nie wygrał loterii genetycznej, nie odziedziczył wielkich mięśni i idącej za nimi siły. Definitywnie przypomina bardziej młode drzewko niż czołg. Pyszczek ma kształtny, o migdałowych oczach w kolorze orzechowym i różowym nosem otoczonym długimi, białymi wąsami. Zwieńczone pędzelkami uszy postawione są na sztorc, jak gdyby zawsze czegoś nasłuchiwał. Natura zlitowała się nad nim o tyle, że dała mu długie, puchate futerko, które chociaż odrobinę przykrywa jego mierną sylwetkę. Rudy srebrny z białymi rozjaśnieniami, które zaczynają się na pysku i obejmują całą kryzę, brzuch, łapy i spodnią część ogona. Klasycznie pręgowany. Dba o siebie i o to, jak wygląda. Chodzi sztywnym krokiem, zawsze zadzierając podbródek. Na jego pyszczku zwykle gości grymas znudzenia, efektownej kombinacji pogardy i wyższości lub niechęci.
Księżycowe Jezioro nazywając swojego syna przypadkowo trafiła idealnie. Gorycz jest bardzo.... rozgoryczony. Sobą, swoim życiem. Był ambitnym kociakiem, wyraźnie czującym ciężar oczekiwań rodziców i chcący stać się kimś, kto zapisze się w kartach historii Klanu Rzeki. Przez pobyt w lecznicy czuje, że przegapił swoją okazję; księżyce, które mógł spędzić na zdobywaniu wiedzy i poznawaniu członków Klanu, zupełnie stracone. Jest zły na samego siebie, na swoje wątłe zdrowie. Oczywiście, prędzej by umarł, niż się do tego przyznał. Zachowuje się, jakby był doroślejszy i mądrzejszy, niż w rzeczywistości, chociaż tak naprawdę jest jedynie zagubionym dzieciakiem... co czasem widać, w momentach, gdy Gorycz przestanie aż tak bardzo się pilnować. Nie należy do kotów szczególnie towarzyskich, jest chłodny w obyciu, sarkastyczny i opryskliwy. Mimo to niezwykle zależy mu na atencji innych; chce być zauważony, chce by wszyscy znali jego imię i mówili o nim, chce mieć pewność, że nie jest całkowitą porażką, a dla zwrócenia na siebie uwagi potrafi robić różne rzeczy, nie zawsze szczególnie rozsądne. Przez brak wprawy odrobinę niezręczny w kontaktach społecznych, nie zawsze wie, jak okazać swoje emocje, a już tym bardziej nie ma pojęcia, jak je okazać.
Inteligentny. Ma w sobie iskrę buntownika, która każe mu zastanawiać się nad zasadami wpajanymi mu przez rodzinę — można powiedzieć, że jest jak nastolatek wchodzący w swoją fazę buntu. Zresztą, lubi mieć swobodę działania i nie jest zbyt szczęśliwy, gdy ktoś próbuje narzucić mu swoją wolę. Czuje się niepewny, wciąż poszukuje swojej tożsamości i miejsca w świecie
czereśniowa gałązka [krz]
Nieznajomy mówił... dużo. Bardzo dużo. Zbyt dużo. I niekonieczne z sensem. Słowa sypały się z jego pyska jak gdyby były równie bezwartościowe co ranna rosa. Dla Goryczy, który zawsze był oszczędny w słowach, było to całkowicie nie do wyobrażenia. Mógł rozwodzić się nad rzeczami we własnej głowie, lecz rzadko kiedy rzeczywiście ubierał te myśli w słowa. Nie uważał, by inne koty zasługiwały na to, by je słyszeć. Były jego skarbami, które wolał trzymać blisko przy piersi. Ten tutaj przybłęda najwyraźniej niezwykle lubił słuchać dźwięku własnego głosu. No cóż. Każdy ma swoje hobby. Szkoda tylko, że nie mógł go spełniać z dala od terenów Klanu Rzeki, gdzieś, gdzie Gorycz nie czułby żadnego obowiązku, by sobie z nim poradzić.
— Po prostu sobie idź — warknął, ze znużeniem wywracając oczami. — Jak najdalej. W którąkolwiek stronę chcesz. W końcu wyjdziesz z naszych terenów... o ile nic nie zje cię po drodze. — Ostatnią część wypowiedział ciszej, lecz wciąż na tyle głośno, by samotnik mógł go usłyszeć, tonem wyraźnie złośliwym.
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Kremowy może i mordować nie chciał, ale najwyraźniej do rozmowy też się nie rwał. Ogólnie słaby przypadek. Tyle w tej sytuacji dobrego, że to nie był opłacony występ, który trzeba dociągnąć do końca, mimo niesprzyjających warunków, a jedynie przypadkowe spotkanie z niechętną publicznością. Rozkręcanie takiego kota i wciąganie do dłuższego dialogu stało zbyt blisko działalności charytatywnej jak na gust Oriona, więc niezwykle krótko zastanawiał się nad swoim kolejnym krokiem. Przyszedł tu po kobaltowe fiołki i zamierzał zniknąć przed pojawieniem się jakiegoś patrolu. Kwiaty już miał, powodów do przedłużania pobytu – zero.
– Jak sobie życzysz. – mruknął opieszale i równie nieśpiesznie zebrał zerwane uprzednio kwiatki, by ożywić się dopiero chwilę później; gdy długa kita ze świstem przecięła powietrze podczas obierania przez niego kierunku. Bez słowa pożegnania ruszył sobie pomiędzy krzaczyskami, niekoniecznie najkrótszą drogą, ale hej – miał pójść, w którąkolwiek stronę chciał, prawda? Więc tak też zrobił, wydłużył nieco drogę powrotną by obejrzeć sobie dokładnie rosnące w okolicy zielsko.
Od kilku wschodów słońca w Obozie było... intensywnie. Klan aż wrzał od plotek na temat miłosnego trójkąta Ciemnej Mordki, a Łabędź, jako jej rodzony brat, nie był w stanie przejść obok tego obojętnie. Siostra nie odzywała się do nikogo, uparcie trzymając się swojego schronienia w Królikarni. Potężny Strumień sprawiał wrażenie nabuzowanego i tylko Gwiezdni wiedzieli, czy uda mu się utrzymać emocje na wodzy. Błękitnookiemu żal było patrzeć — a raczej słuchać — jak jego rodzina jest na językach Rzeczniaków i to bynajmniej nie w pozytywnym świetle. Ale przecież nie mógł nikomu zabronić rozmawiać.
Och, gdyby choć potrafił podnieść na duchu biedną Echo...
Potrzebował wyrwać się z centrum wydarzeń i pomyśleć sobie na spokojnie, w odosobnieniu, a nie było ku temu lepszego pretekstu niż samotne polowanie. Udał się więc do Ptasich Krzewów, gdzie bezzwłocznie zabrał się za poszukiwania zwierzyny. Skupienie miał raczej mierne, to musimy sobie powiedzieć otwarcie. Myślami wracał wciąż do tematów rodzinnych. Ale to nie powstrzymywało go przed rozglądaniem się, węszeniem i nasłuchiwaniem.
Rozglądając się po zaroślach, Łabędzia Gwiazda był w stanie dostrzec szczura, sztuk jeden. Gryzoń zżerał coś w cieniu krzewu i na pierwszy rzut oka, nie towarzyszyło mu żadne wsparcie w postaci reszty gangu.
Na pierwszy rzut oka szczur był jeden i Łabędź postanowił temu jednemu rzutowi zaufać, tym bardziej, że nie czuł, by zapach gryzonia był w tym miejscu ponadprzeciętnie intensywny. A może głównie dlatego, że umiarkowanie skupiał się na przewidywaniu przyszłości i prewencji, polowanie traktując drugoplanowo. Ewentualnie czuł się gotów zmierzyć z potencjalnymi konsekwencjami lekkiego podejścia do sprawy i wdać w bójkę ze szczurzym gangiem. Nie wiadomo, ale bez względu na powody, rezultat był taki sam — kocur przybrał pozycję łowiecką i przeniósł ciężar na tylne łapy, chcąc zakraść się do żywego celu niewykryty. Jak na razie wiatr mu sprzyjał, natomiast krótkie spojrzenie na ziemię pod łapami uczuliło go na potencjalne przeszkody. A zatem ruszył, najpierw po cichu i ostrożnie, z kolei później zamierzając wyskoczyć wprost na gryzonia, dorwać go w łapy i zabić.