Jeśli on był zmęczony to był w stanie sobie tylko wyobrazić jak z tym wszystkim czuli się jego terminatorzy. Nie wiedział, jak z nimi rozmawiać, przynajmniej nie w tej chwili. Było tyle rzeczy które chciał im powiedzieć, ale nie wiedział, jak je z siebie wyrzucić. Więc wyruszyli w ciszy.
Rybołów wróciła kilka dni temu do Klanu, cała i zdrowa, pozornie doszła już do siebie. Czuł, że nie mogli zwlekać i musiał ich zabrać do Szepczącej Sadzawki. Zamknąć ten etap ich życia, gdy w hierarchii klanowej byli ledwie podrostkami. Zasłużyli na prawowity tytuł medyka, na pełne imię, oboje na to zasłużyli a głupi Barwna Woda nie umiał ubrać tego wszystkiego w słowa tak, jak chciał.
Powiedział im, że już czas, że ruszają do sadzawki i wyruszyli bladym świtem. Jak dobrze pójdzie, wrócą wieczorem. Królikarnię zostawił pod nadzorem Gwiazdnicy, ufał jej.
Znał drogę. Obrócił się do Cisa i Rybołów, jakby chciał się upewnić, czy tam są, czy chcą iść, czy czują się na to gotowi. Musieli czuć się na to gotowi, prawda?
Wyszedł ze swoimi uczniami z obozu prosto przez Błyszczące Głazy. Przejdą przez Torfowy Rojst, przekroczą Grzmiącą Ścieżkę i będą szli dalej. Teraz, gdy o tym myślał, Szepcząca Sadzawka wcale nie była aż tak daleko jak za młodu mu się wydawało...
po tylu latach wiem już na pewno
że kiedy przyjdzie jasne będzie jedno
złe myśli nie były tego warte
jest to proporcjonalnie zbudowana, harmonijna kotka. Ani za gruba, ani za chuda, niemal jak wycięta z katalogu ze swoją budową ciała. Delikatnie wyższa niż przeciętnego wzrostu. Nie wyróżnia się z tłumu w żaden sposób. O niektórych kotach można powiedzieć, że mają garbate nosy, wielki uszy, skośne oczy lub coś podobnego - o niej natomiast nie. Uszy średniej wielkości, nos trochę prosty, ale ogólnie to ładnie wygięty, niezbyt mocno zaznaczone kości policzkowe, okrągłe ślepka. Futro krótkie, miękkie i przyjemne, ale dosyć gładkie, w kolorze jednolicie niebieskim. Jedynym co się odróżnia na tle szarości jest biel, która ukazuje się na końcu ogona Rybołów, na jej tylnych łapach po pięty oraz na klatce piersiowej, gdzie znajduje się niewielka plama w kształcie "serca". Kotka porusza się energicznie a wzrok ma bystry. Właśnie, jeśli chodzi o kolor jej oczu, to lewe jest jaskrawo zielone niczym świeże liście, a prawe intensywnie niebieskie niczym niebo podczas słonecznego dnia.
Idealistka, ale nie naiwna. Stara się wierzyć w dobro i lepszy świat oraz w to, że swoimi czynami może pomóc innym. Nie ma skomplikowanego charakteru, wręcz przeciwnie, jej osobowość opiera się na bardzo prostych zasadach. Inteligencji, otwartości, chęci do pracy i chęci pomocy innym. Wciąż jest dosyć energiczna i gadatliwa, ale zdecydowanie jest bardziej stonowana w porównaniu z czasem gdy była małym kocięciem, głównie przez utratę całej bliskiej rodziny oraz tragedie z jakimi musiała sobie radzić. Bardzo starała się ukrywać swoją depresję spowodowaną śmiercią, zaginięciami i zdradą rodziny, ale im była starsza tym szło jej gorzej, przez co czasem sprawiała wrażenie wyalienowanej lub melancholijnej, pogrążonej we własnych myślach. Nie chciała jednak nikogo martwić swoją osobą. Rybołów ogólnie zdaje sobie sprawę ze swoich cech, wie, że jest wystarczająco silna by sobie poradzić. Ma silną psychikę i wielkie pokłady determinacji, które mogą być nieco przerażające. Dużo myśli, czasem odrobinę za dużo, analizując wszystko, co ją otacza.
Płonące Niebo, Liliowa Łapa, Bratek [KRz]
Po kilku dniach odpoczynku w lecznicy i czujnej opieki ze strony Barwnej Wody oraz starszych Klanowych kocic, Rybołowia Łapa poczuła się trochę lepiej. W dalszym ciągu nie wróciła w pełni do swojej całkowicie energicznej i gadatliwej osoby, ale jej futro było już czyste a w ślepiach pojawił się blask. I w głębi duszy była podekscytowana wędrówką do Szepczącej Sadzawki i spotkaniem się z Gwiezdnym Klanem. Nie mogła też się doczekać by się dowiedzieć, jakie imiona dostanie ona i Cis. Idąc przez tereny Klanu Rzeki zerknęła na swojego kuzyna, ciekawa, jak on się z tym wszystkim czuje. Nie byli już w końcu tacy najmłodsi, nie myli świeżo mianowanymi terminatorami a dorosłymi kotami.
Zaproszędzieńi noc, zaproszę czterywiatry Dlawszystkich [ drzwi ] otwarte, ktoś poda pierwszyton Zagramy na góry koncert buków porą pachnącą
> Nasiąkną ścianygrą < [ Bo takibędzie mój>>DOM << ]
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
To prawda, chociaż Cis wcale nie czuł się jak ktoś po trzydziestce. Z całą pewnością nie dzisiaj, nie w tej chwili. Pomimo bardzo wczesniej pory pobudki, czuł się pobudzony jak nigdy. Kręcił się, chodził, by tylko wypchać sobie czas oczekiwania, podczas gdy dwójka pozostałych medyków ogarniała się do wyjścia. Nie musiał czekać długo, a mimo wszystko i tak miał wrażenie, że zaraz coś go rozsadzi.
Wiedział, po co tam idą. Wiedział, co się stanie, i to chyba właśnie świadomość celu ich podróży sprawiała, że czuł ściskające uczucie gdzieś w żołądku. Patrzył na Rybołów z przejęciem, z napięciem i ekscytacją, chcąc coś powiedzieć, ale tak jakoś... głos zawiązywał mu się w gardle.
Wyruszyli, i coś tu było definitywnie NIE TAK. Nie rozumiał, dlaczego Barwinek z kuzynką milczeli. Bo to była ważna chwila? Bo nie potrzebowali słów w tym momencie???? Gówno prawda. Mieli tyle tematów do obgadania! Byli w momencie, do którego przygotowywali się... DŁUGO, oboje powinni tu skakać i robić trzy fikołki w przód, jeden w tył. - Ale jesteście nuuuuudni! Ja rrozumiem, że Barrrrwinek to już prrrrrawie do starrrszych się zalicza, ale ty??? - spojrzał rozbawiony na kuzynkę, jednocześnie śmiejąc się krótko. Żartował, bo oboje zrobili tutaj niepotrzebnie napięta atmosferę. - To co, jakie imię dostanę???? A ty, Rrrybołów, jakie? Może po mamie, może Noga! Albo eeee coś z wodą, jak Barrrwna Woda, bylibyście wtedy połączeni już NA ZAWSZE! Woda, wodospad, rrrzeka... o, rrrzeka, to jeszcze motyw klanowy!!! Tyle imion! I wyobrrrrażasz sobie? Ktoś do nas przychodził, taki SKRZĄCE SŁOWO i mówi do ciebie - w tym miejscu zrobił bardzo poważną, chłodną minę. - Witaj, Rrrrrybołowi Stawie i Cisowy... NOSIE - jego głos stał się ciężki i poważnie, udając ten, który należał do wspomnianego wojownika. - Wyobrrrrrrrażasz sobie??? BO JA N I E.
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Gdy trójka kotów wyruszała z obozu udało im się zastać ten nieliczny w ostatnich dniach moment, gdy nie padało. Szare, zachmurzone niebo nie chciało przepuścić promieni słonecznych, a gęste mgły zagłuszały nawet najgłośniejsze z odgłosów natury. Było cicho, tak cicho jak tylko mogło być podczas wędrówki przez pola i lasy, wzdłuż chlupoczącej rzeki, powoli zbliżając się do grzmiącej drogi. Futerka kotów nasiąkały wilgocią wiszącą w powietrzu.
Wyprawa po podmokłych terenach wcale nie była prosta po wielu dniach paskudnych deszczy. Pomimo znania drogi Barwna Woda nie był w stanie przewidzieć wszystkich możliwych kałuż i ukrytych pokładów błota, toteż wkrótce, pomimo starań, futerka wszystkich na tej wyprawie zaczęły robić się brązowe od plam błota. Szczególnie ten problem doskwierał Cisowej Łapie, który w pokładach swojej energii najbardziej ślizgał się po niepewnym podłożu.
Droga do Grzmiącej Ścieżki zajęła im być może dłużej niż przy lepszej pogodzie powinna zająć, ale znaleźli się tam bardzo szybko. Gęsta mgła wciąż wisiała, nie pozwalając dostrzec nadciągającego niebezpieczeństwa, nawet jeśli takowe mogło się zbliżać. Było cicho, ale czy to na pewno oznacza, że nie pojawi się potwór?
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
Czuł, jaka ekscytacja emanowała zarówno od Cisa jak i od Rybołów. W różnym stopniu, oczywiście, ale miał wrażenie, że oboje się z tego cieszą. Kto by się nie cieszył, w końcu ukończywszy trening, teraz, gdy mogli w końcu wyruszyć do Szepczącej Sadzawki i otrzymać imiona, pełną rangę, błogosławieństwo od przodków. Uszy Barwnej Wody poruszały się, co wyraźnie pokazywało, że słuchał słów Cisa; nawet raz się na młodszego kocura obejrzał, ale nie odpowiedział.
Wymusił jedynie blady uśmiech. Skupił się na drodze przez mgłę i błoto.
I szybko znaleźli się przy Grzmiącej Ścieżce; i bardzo dobrze, że poszło im sprawnie. Chciał przekroczyć ją tak, aby nie musieli potem przechodzić przez żadną rzekę, jakąkolwiek głębsza niż kałuża wodę. - Kiedy dam wam znak, macie przebiec na drugą stronę, najszybciej jak umiecie, bez zawahania. Ja będę za wami - wymruczał do swoich terminatorów, rozglądając się po obu stronach Grzmiącej Ścieżki, nasłuchując i próbując wyczuć wibracje ziemi pod łapami. Zawsze gdy potwory nadchodziły, było to czuć pod łapami.
- Idziemy - miauknął nieco głośniej, pospiesznie. Póki było cicho i pusto, zdążą przebiec, póki nic nie nadbiegało. Nic nie słyszał, nic nie czuł. Zdążą.
Barwinek poczekał chwilę, aż Cis i Rybołów się ruszą pierwsi; on zamierzał biec tuż za nimi.
po tylu latach wiem już na pewno
że kiedy przyjdzie jasne będzie jedno
złe myśli nie były tego warte
jest to proporcjonalnie zbudowana, harmonijna kotka. Ani za gruba, ani za chuda, niemal jak wycięta z katalogu ze swoją budową ciała. Delikatnie wyższa niż przeciętnego wzrostu. Nie wyróżnia się z tłumu w żaden sposób. O niektórych kotach można powiedzieć, że mają garbate nosy, wielki uszy, skośne oczy lub coś podobnego - o niej natomiast nie. Uszy średniej wielkości, nos trochę prosty, ale ogólnie to ładnie wygięty, niezbyt mocno zaznaczone kości policzkowe, okrągłe ślepka. Futro krótkie, miękkie i przyjemne, ale dosyć gładkie, w kolorze jednolicie niebieskim. Jedynym co się odróżnia na tle szarości jest biel, która ukazuje się na końcu ogona Rybołów, na jej tylnych łapach po pięty oraz na klatce piersiowej, gdzie znajduje się niewielka plama w kształcie "serca". Kotka porusza się energicznie a wzrok ma bystry. Właśnie, jeśli chodzi o kolor jej oczu, to lewe jest jaskrawo zielone niczym świeże liście, a prawe intensywnie niebieskie niczym niebo podczas słonecznego dnia.
Idealistka, ale nie naiwna. Stara się wierzyć w dobro i lepszy świat oraz w to, że swoimi czynami może pomóc innym. Nie ma skomplikowanego charakteru, wręcz przeciwnie, jej osobowość opiera się na bardzo prostych zasadach. Inteligencji, otwartości, chęci do pracy i chęci pomocy innym. Wciąż jest dosyć energiczna i gadatliwa, ale zdecydowanie jest bardziej stonowana w porównaniu z czasem gdy była małym kocięciem, głównie przez utratę całej bliskiej rodziny oraz tragedie z jakimi musiała sobie radzić. Bardzo starała się ukrywać swoją depresję spowodowaną śmiercią, zaginięciami i zdradą rodziny, ale im była starsza tym szło jej gorzej, przez co czasem sprawiała wrażenie wyalienowanej lub melancholijnej, pogrążonej we własnych myślach. Nie chciała jednak nikogo martwić swoją osobą. Rybołów ogólnie zdaje sobie sprawę ze swoich cech, wie, że jest wystarczająco silna by sobie poradzić. Ma silną psychikę i wielkie pokłady determinacji, które mogą być nieco przerażające. Dużo myśli, czasem odrobinę za dużo, analizując wszystko, co ją otacza.
Płonące Niebo, Liliowa Łapa, Bratek [KRz]
- Myślę że zostaniesz Cisową Mordką bo tyle mielesz ozorem - powiedziała do niego, wystawiając język, ale żartobliwym tonem, wyraźnie żartując sobie z kuzyna, który to próbował przerwać panującą między nimi ciszę swoim zwyczajowym gadulstwem. - Ale w sumie... Cisowy Kieł może? Bo cisy mają iglaste gałązki. Albo coś takiego. Co do mnie... najbardziej przychodzą mi do głowy właśnie imiona od ptaków i wody. Ale wolę mieć niespodziankę - stwierdziła wesołym tonem. To była prawda, wolała nie wiedzieć zawczasu jak się będzie nazywać i zdać się na mistrza. Była pewna, że ten wybierze coś pięknego i pasującego.
Dotarli do Grzmiącej Ścieżki. Już miała się przez takowe przeprawiać, podczas swoich kilku dni nieobecności, dlatego wiedziała, jak to działa. Kiwnęła głową do Barwnej Wody, na znak, że rozumie jego polecenie, i czekając na sygnał. Po czym ruszyła, przebiegając pędem przez drogę, jak najszybciej, by uniknąć nadejścia jakiegokolwiek potwora.
Zaproszędzieńi noc, zaproszę czterywiatry Dlawszystkich [ drzwi ] otwarte, ktoś poda pierwszyton Zagramy na góry koncert buków porą pachnącą
> Nasiąkną ścianygrą < [ Bo takibędzie mój>>DOM << ]
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
- No nic dziwnego, jak muszę gadać za was dwóch. Beze mnie to w tej krrrrólikarni wszyscy by z nudy powarrriowali - przewrócił oczami, również żartobliwym tonem odpowiadające na zaczepkę przyjaciółki. Choć co prawda to prawda, czasami samodzielnie musiał dbacyo rozgrywkę w lecznicy, nie miał pojęcia, jak wcześniej ta prosperowała bez niego, ale zdecydowanie dużo gorzej! Z nim przynajmniej było kolorowo, żywo i wesoło, a nie, w ciszy to nic tylko odbywa się przemiana w wariata, o!
Zmarszczył nos. Nie przechodził nigdy przez Grzmiącą Ścieżkę, więc było to dla niego bardzo stresujące. I czuł stres, czuł, jak żołądek skręca mu się trzy razy w jedną strone. Skupił się jednak na tym, by wychwycić słowa Barwinka, ignorując swój niepokój a gdy tylko usłyszał znak kocura, ruszył pędem wraz z Rybołów na drugą stronę.
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Przebiegli na drugą stronę bez problemów, nawet jeśli serce Barwnej Wody mogło zabić szybciej gdy przemierzał Grzmiącą Ścieżkę. Zostając sam na końcu wyczuł drżenie ziemi i usłyszał dźwięk czegoś przecinającego powietrze zbliżającego się w ich stronę. Nie przypominało to jednak potwora, nie było tak potężne ani tak głośne. Było jedynie... Dziwne. Gdy już dotarł na drugą stronę cała trójka mogła zobaczyć jak z mgły wyłania się... Dwunóg na dwóch kołach. Dwukół? Poruszał się prędko, ale nie tak prędko jak potwory, i o wiele wiele ciszej, i wyglądało na to, że używał do tego siły swoich nóg, pomimo siedzenia na dziwnym ustrojstwie. Wkrótce dwunóg minął trójkę kotów i znów zniknął we mgle, pozostawiając klanowiczów w zupełnej ciszy.
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
Odetchnął z ulgą zorientowawszy się, że owszem, zdołali bez większego problemu ominąć cokolwiek co poruszało się o tej porze po Grzmiącej Ścieżce. Obrócił się tylko raz, unosząc brwi na widok dwunoga na dziwnym, również... dwunogim, chyba? stworzeniu. Nie przypominało to potwora. Gdyby Barwinek był w lepszym stanie może nawet uznałby to za wybitnie intrygujące i myślałby o tym dłużej, ale w tej chwili jedynie odprowadził rowerzystę wzrokiem a potem skupił się z powrotem na swoich terminatorach.
Przebiegli, byli cali, wszystko było dobrze. Najtrudniejsza część za nami.
Posłał Cisowi i Rybołów blady uśmiech i ruszył dalej, ku Borsuczym Pagórkom. Kiedy tam dotrą będą już mieli... haha, z górki.
po tylu latach wiem już na pewno
że kiedy przyjdzie jasne będzie jedno
złe myśli nie były tego warte
jest to proporcjonalnie zbudowana, harmonijna kotka. Ani za gruba, ani za chuda, niemal jak wycięta z katalogu ze swoją budową ciała. Delikatnie wyższa niż przeciętnego wzrostu. Nie wyróżnia się z tłumu w żaden sposób. O niektórych kotach można powiedzieć, że mają garbate nosy, wielki uszy, skośne oczy lub coś podobnego - o niej natomiast nie. Uszy średniej wielkości, nos trochę prosty, ale ogólnie to ładnie wygięty, niezbyt mocno zaznaczone kości policzkowe, okrągłe ślepka. Futro krótkie, miękkie i przyjemne, ale dosyć gładkie, w kolorze jednolicie niebieskim. Jedynym co się odróżnia na tle szarości jest biel, która ukazuje się na końcu ogona Rybołów, na jej tylnych łapach po pięty oraz na klatce piersiowej, gdzie znajduje się niewielka plama w kształcie "serca". Kotka porusza się energicznie a wzrok ma bystry. Właśnie, jeśli chodzi o kolor jej oczu, to lewe jest jaskrawo zielone niczym świeże liście, a prawe intensywnie niebieskie niczym niebo podczas słonecznego dnia.
Idealistka, ale nie naiwna. Stara się wierzyć w dobro i lepszy świat oraz w to, że swoimi czynami może pomóc innym. Nie ma skomplikowanego charakteru, wręcz przeciwnie, jej osobowość opiera się na bardzo prostych zasadach. Inteligencji, otwartości, chęci do pracy i chęci pomocy innym. Wciąż jest dosyć energiczna i gadatliwa, ale zdecydowanie jest bardziej stonowana w porównaniu z czasem gdy była małym kocięciem, głównie przez utratę całej bliskiej rodziny oraz tragedie z jakimi musiała sobie radzić. Bardzo starała się ukrywać swoją depresję spowodowaną śmiercią, zaginięciami i zdradą rodziny, ale im była starsza tym szło jej gorzej, przez co czasem sprawiała wrażenie wyalienowanej lub melancholijnej, pogrążonej we własnych myślach. Nie chciała jednak nikogo martwić swoją osobą. Rybołów ogólnie zdaje sobie sprawę ze swoich cech, wie, że jest wystarczająco silna by sobie poradzić. Ma silną psychikę i wielkie pokłady determinacji, które mogą być nieco przerażające. Dużo myśli, czasem odrobinę za dużo, analizując wszystko, co ją otacza.
Płonące Niebo, Liliowa Łapa, Bratek [KRz]
Poruszyła uszami i wbiła spojrzenie w dwunoga na dwukole. Gdy była poza obozem już raz coś takiego widziała. Było mniejsze i poruszało się wolniej od potwora i, w jej mniemaniu, nie stanowiło większego zagrożenia, bo nie zwracało uwagi na koty i bardzo łatwo było tego uniknąć.
Ruszyła pędęm za swoim mistrzem, zostawiając Grzmiącą Ścieżkę za plecami i zerkając na Cisa. Na szczęście całej trójce udało się przekroczyć drogę bezpiecznie. Nie miała pojęcia, co by zrobiła, gdyby któremukolwiek z nich coś się stało. O ile było jej wiadomo, to teraz jeszcze musieli przedostać się przez Borsucze Pagórki i za nimi miała być Szepcząca Sadzawka.
Zaproszędzieńi noc, zaproszę czterywiatry Dlawszystkich [ drzwi ] otwarte, ktoś poda pierwszyton Zagramy na góry koncert buków porą pachnącą
> Nasiąkną ścianygrą < [ Bo takibędzie mój>>DOM << ]
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Nawet nie miał pojęcia, kiedy znalazł się po drugiej stronie. Serio! Po prostu śmignął i o, i jest! O dziwo, nic się nie wydarzyło, a Cis w głowie już miał same krwawe scenariusze, bo na tej drodze mogło wydarzyć się WSZYSTKO. Z całej ekscytacji, adrenaliny i emocji, które go wręcz przytłaczały, nie dojrzał co w ogóle jechało po betonowej ścieżce, zamiast tego skupił się na uśmiechu Barwinka, który to został posłany w ich stronę, a odpowiedział dokładnie tym samym, tyle, że dużo szerszym. Ruszyli więc dalej.
Kolejny biały kociak, niezbyt wyróżniający się swoim futrem, czy też posturą. No, tyle tylko, że wydaje się być nieco szarawy, ba, czasami nawet pojawiają się czarne plamy! Z tym, że te plamy migrują to tu, to tam bo wcale nie są łatami innego koloru - to brud. Obłok jakoś nie potrafi zatrybić o co chodzi z tym całym "myciem". Co prawda mama Wirka próbowała mu to tłumaczyć i czasami coś tam go liźnie... Ale on chwilę później pobiegnie na zwiedzanie i to by było na tyle jego czystości.
Za to tym co go może wyróżnić zdecydowanie są oczy. Odziedziczył je po tatusiu! Szkoda, że go nie zna, bo by go pewnie polubił i wtedy może mama powiedziałaby mu, że te oczy to ma po nim... A tak to jedyne co może zrobić to patrzeć na świat tymi tak jasno błękitnymi oczami, że czerwone nitki krwi nadają im fioletowego odcieniu.
Przyjazny, nieogarnięty marzyciel którego pełno jest wszędzie. Właściwie to by starczyło za opis, bo mniej-więcej tyle widzą wszyscy którzy go znają. Ale jak jest głębiej? No cóż, na pewno przez jego głowę ciągle biegnie gonitwa myśli, którą ciężko zdiagnozować. Ciągle wpada na inne pomysły, inne rzeczy, ale ma pewne stałe punkty których stara się trzymać. Na przykład bezwzględna miłość do rodziny. Nie potrafi się na nich gniewać, czy żywić do nich jakichkolwiek innych negatywnych emocji, a na dodatek za rodzinę uznaje praktycznie cały Klan Wichru. Kolejnym punktem jest chęć bronienia ich i niesienie pomocy, ale już jakiś czas temu zrezygnował z robienia tego poprzez bycie wojownikiem. Absolutnie nie wierzy w swoje możliwości zostania na tyle dobrym wojownikiem by móc chronić kogokolwiek, nawet siebie. Ciągle zastanawia się nad byciem medykiem. Ale tylko w skrytości i nigdy o tym nikomu nie powiedział. Dlaczego? Trochę się boi, a z drugiej strony ma wrażenie, że zostanie wyśmiany, albo delikatnie mu oświadczą, że Medyk ma już dwóch terminatorów więc trzeci jest zbędny…
Dlatego można powiedzieć, że pomimo całej otwartości i braku kłopotów z kontaktami, oraz tego, że wydaje się dość głupiutki, jest całkiem inteligentny i dość skryty. Wszystko co go dręczy i wszystkie ważniejsze uczucia chowa głęboko w sobie, nie dając światu dostępu do nich.
Ciężka mgła towarzyszyła kotom przez całą drogę do Szepczącej Sadzawki. Gęste, mokre powietrze osadzało się na futrach, a świat zdawał się być uśpiony pod tym płaszczem ciszy. Przechodząc po Borsuczych Pagórkach koty mogły w pewnym momencie się zorientować, że zupełnie nie zauważywszy tego wcześniej minęły kilka saren, które pasło się w spokoju na brązowiejących trawach. Nie spłoszyli ich, ale przeszli tak blisko, że być może nawet któraś z saren ich zauważyła.
W tej atmosferze jak ze snu w końcu dotarli do Szepczącej Sadzawki. Bez problemów, kłopotów czy czegokolwiek innego co mogło się wydarzyć. Zbliżał się środek dnia, ale mimo to okolica była równie szara co szare niebo nad kotami. Teraz wystarczyło udać się na samo spotkanie z Gwiezdnymi.
Nie byle kto, umie się cieszyć byle czym I byle co, choć byle jak, bylebyś ty, byleby być Bylebym mógł, odkurzyć mózg choć trochę Igdybędzieszjakskałazawszezmieniaćsięwwodę
Dotarli na miejsce, a Barwna Woda ujrzawszy taflę sadzawki poczuł się tak jak tamtego dnia, gdy wyruszył jeszcze jako Łapa, razem z innymi trzema terminatorami. Przypomniał sobie doskonale, tak jasno tamten dzień, gdy dostał swoje imię, gdy został na niego oficjalnie zrzucony ciężar jakim było stanowisko medyka. Westchnął głęboko, chwilę, tępym, mętnym wzrokiem wpatrzony w Szepczącą Sadzawkę. A potem odwrócił się do Rybołów i Cisa, smutnym spojrzeniem świdrując ich oboje.
- ... jestem z was dumny - tyle im powiedział, zanim podszedł bliżej sadzawki, swoim uczniom nakazując ruchem głowy to samo. Przemowę wygłosi już przed Gwiezdnymi, na miejscu.
Schylił łeb nad taflą wody i zaczął pić. Powoli, niespiesznie, czekając na swoich terminatorów. Zasną szybko. Pamiętał, że zawsze zasypia się szybko.
po tylu latach wiem już na pewno
że kiedy przyjdzie jasne będzie jedno
złe myśli nie były tego warte
jest to proporcjonalnie zbudowana, harmonijna kotka. Ani za gruba, ani za chuda, niemal jak wycięta z katalogu ze swoją budową ciała. Delikatnie wyższa niż przeciętnego wzrostu. Nie wyróżnia się z tłumu w żaden sposób. O niektórych kotach można powiedzieć, że mają garbate nosy, wielki uszy, skośne oczy lub coś podobnego - o niej natomiast nie. Uszy średniej wielkości, nos trochę prosty, ale ogólnie to ładnie wygięty, niezbyt mocno zaznaczone kości policzkowe, okrągłe ślepka. Futro krótkie, miękkie i przyjemne, ale dosyć gładkie, w kolorze jednolicie niebieskim. Jedynym co się odróżnia na tle szarości jest biel, która ukazuje się na końcu ogona Rybołów, na jej tylnych łapach po pięty oraz na klatce piersiowej, gdzie znajduje się niewielka plama w kształcie "serca". Kotka porusza się energicznie a wzrok ma bystry. Właśnie, jeśli chodzi o kolor jej oczu, to lewe jest jaskrawo zielone niczym świeże liście, a prawe intensywnie niebieskie niczym niebo podczas słonecznego dnia.
Idealistka, ale nie naiwna. Stara się wierzyć w dobro i lepszy świat oraz w to, że swoimi czynami może pomóc innym. Nie ma skomplikowanego charakteru, wręcz przeciwnie, jej osobowość opiera się na bardzo prostych zasadach. Inteligencji, otwartości, chęci do pracy i chęci pomocy innym. Wciąż jest dosyć energiczna i gadatliwa, ale zdecydowanie jest bardziej stonowana w porównaniu z czasem gdy była małym kocięciem, głównie przez utratę całej bliskiej rodziny oraz tragedie z jakimi musiała sobie radzić. Bardzo starała się ukrywać swoją depresję spowodowaną śmiercią, zaginięciami i zdradą rodziny, ale im była starsza tym szło jej gorzej, przez co czasem sprawiała wrażenie wyalienowanej lub melancholijnej, pogrążonej we własnych myślach. Nie chciała jednak nikogo martwić swoją osobą. Rybołów ogólnie zdaje sobie sprawę ze swoich cech, wie, że jest wystarczająco silna by sobie poradzić. Ma silną psychikę i wielkie pokłady determinacji, które mogą być nieco przerażające. Dużo myśli, czasem odrobinę za dużo, analizując wszystko, co ją otacza.
Płonące Niebo, Liliowa Łapa, Bratek [KRz]
Pierwszy raz widziała Szepczącą Sadzawkę - słyszała od niej od różnych kotów, na przykład swoich wujów, czy też Barwinka samego w sobie, ale dopiero teraz miała faktyczny obraz jej piękna i mistyczności. Nie miała jednak czasu zachwycać się świętym miejscem, gdyż wiedziała, że im się spieszyło. W Klanie została tylko Gwiazdnica, która dopiero rozpoczęła trening, więc gdyby wydarzyła się jakakolwiek naprawdę kryzysowa sytuacja, to Klan Rzeki miałby spory problem.
Podeszła do swojego mistrza i dotknęła nosem jego barku z przyjemnym pomrukiem, dziękując mu, po czym schyliła się, ułożyła, i wzięła łyk wody z sadzawki, gotując się na to, co ma nadejść.
Zaproszędzieńi noc, zaproszę czterywiatry Dlawszystkich [ drzwi ] otwarte, ktoś poda pierwszyton Zagramy na góry koncert buków porą pachnącą
> Nasiąkną ścianygrą < [ Bo takibędzie mój>>DOM << ]
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Nie przyznałby się, nigdy, ale gdy zaczęli się zbliżać... przestraszył się. Przerażenie wstrząsnęło jego ciałem, wzdłuż jego kręgosłupa przeleciał chłodny dreszcz. Widział mgłę przez całą ich drogę. A rzadko ona była, naprawdę, choć może to dlatego, że nieczęsto wychodził na dwór o wczesnych porach i zwyczajnie jej nie widział. Miał wrażenie, że to jakiś zły znak, że gwiezdni zakrywają im drogę, by nigdy nie dotarli na mianowanie. Ale dlaczego, czy coś zrobili źle? Czy nie byli godni mianowania na rzecznych medyków?
Zapomniał jednak o tym, gdy zobaczył Szczepczącą Sadzawkę. Była piękna. Nawet nie potrafił opisać co czuł, gdy na nią patrzył, lśniła księżycowym blaskiem, albo nie, ale on właśnie tak ją sobie wyobraził, widział swój wyobrażony blask, nieważne, czy był tu naprawdę. Uśmiechnął się nerwowo do Barwnej Wody. Był z nich dumny. Cis był dumny z Rybołów, a Rybołów pewnie z niego, oboje byli gotowi. I byli tego warci. Czuł, jak z stresu uginają mu się nogi, przecież to tak ważna chwila. Walczył o nią całe życie, dyskutował z mamą, że to dobra ścieżka, dyskutował z samym sobą gdy nieraz czuł, że nie da rady. Teraz wiedział, że da. Był pewny swoich kompetencji, tylko czy Gwiezdni myśleli tak samo?
Schylił się nerwowo, czując, jak cały drży z emocji. Wziął łyk wody i położył się blisko kuzynki, ich ciała się stykały, czuł ciepło bijące z jej futra. I to go trochę uspokoiło, na tyle, że zdołał zasnąć z równym oddechem. Będzie dobrze.