Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Brzózka z kolei nie rozumie tego smutku. Na krzewie jest cała masa róż, których nikt jeszcze nie przeżuł. Po co więc przeżywać losy jednej ofiary ciekawości pierworodnej Lawendowej Gwiazdy?
– No spoko, możemy. Tylko gdzie, tu czy gdzieś dalej? – mimo braku zrozumienia, zgadza się na propozycję Kaczuszki, bez jakiegokolwiek namysłu. Jeśli siostrę to uszczęśliwi to mogą porozglądać się za innymi niesmacznymi chwastami, jasna sprawa.
Nie udaje jej się wyciągnąć od puchatej terminatorki jakiejkolwiek historii, ale jej uwaga tak prędko skupia się na pytaniu skierowanym w jej stronę, że nawet nie ubolewa nad stratą. Stawia uszy na sztorc w ożywieniu.
– Przepiórką? No super jest, co nie?? Dalej się koleżankujemy, ale ogólnie to ma tak trochę mniej czasu dla mnie ostatnio. Znaczy dużo mniej, ale to pewnie dlatego, że trening na taki intensywny, nie?? A jak skończy z treningiem to znowu będzie mieć kiedy ze mną robić rzeczy? – odpowiada, jak się jej wydaje, na pytanie Kaczej Łapy.
Niewielka, śliczna kotka z masą krągłości. Pokryta błyszczącym, długim, niebieskim klasyczno pręgowany futrem. O ogromnych zielonych oczach i wywyniętych do tyłu uszach.
Kacze Piórko jest małą, pewną siebie nieuleczalną romantyczką. Wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Często bywa zbyt beztroska i naiwna, wierząc w dobro świata. Jest bardzo wrażliwa i empatyczna. Niezbyt bystra. Urodzona optymistka, zawsze potrafi odnaleźć dobre strony świata. Daleko jej do nieśmiałej i cichej, lubi gadać, plotkować i ma przy tym ogromne zapasy pewności siebie. Troszczy się o swoją rodzinę i jest ona w jej życiu naprawdę ważna.
Kaczuszcze aż oczy błysnęła z ekscytacją jak siostrzyczka się zgodziła. Tak, tak, tak! Zwykle Brzózka zachowywała się jak straszny kocur, ale może chociaż raz będą mogły zrobić coś bardziej kotkowego razem. Może jednak nie była aż taka tragiczna ta jej siostra.
- Jest tu całkiem społo ładnych kwiatków, a mi się nie chce za daleko chodzić. hmm, ale co ja chce - powiedziała po czym zaczeła rozglądać się za czymś idealnym do jej legowiska, na chwilę jej wzrok zatrzymał się na biednej skrzywdzonej różyczce, przez co aż się skrzywiła. Spróbujmy zapomnieć o tej k a t a s t r o f i e - No jest supeł! Taka śliczna, mądła i miła. - powiedziała, gdy w końcu znalazła idealny kwiatek. Pierwiosnki! Że też wcześniej o tym nie pomyślała! Przecież mają taki wspaniały żółty kolor.Zzaczęła zrywać po kolei wszystkie nie przerywając jednak swojego monologu. - Pasujecie do siebie... uzupełniacie się. Na pewno będzie miała dla ciebie czas... w końcu wiesz jaka ona jest. Obowiązki są dla niej stłasznie... waszne. Ale jak będzie miała mniej obowiązków to... znajdzie też czas dla ciebie. Wspieraj ją, w końcu jesteście tak blisko - powiedziała, na chwilę przerywając zrywanie zerkając na siostrę. Miała nadzieję że zrozumiała aluzje.
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– Dobra, to możemy tutaj. – zgadza się uprzejmie, bo szczerze mówiąc jej wszystko jedno z tego tytułu. Kwiatki jak kwiatki, wszędzie są podobne. W ślad za siostrą rozgląda się dookoła, jednak nie ma pojęcia czego konkretnie szukają, więc bliżej jej do sztucznego tłumu niż do rzeczywistego kompana poszukiwań.
Ożywia się, gdy temat schodzi na Przepiórkę i kiwa zapalczywie głową, gdy Kaczuszka wymienia kolejne przymiotniki ją opisujące. Zgadza się z nimi w stu procentach. Schody zaczynają się później, gdy siostra przecenia zdolności umysłowe Brzózki. Popielata pewnie nie zwróciłaby uwagi na wypowiedź i zbyła ją machnięciem ogona, jednak krótkie spojrzenie pręguski dość wyraźnie sugeruje, że coś jej umknęło. Marszczy czoło, a zębatki w głowie ruszają ze zgrzytem, gdy próbuje rozszyfrować ukrytą wiadomość. A może jej się przewidziało? Może to było normalne spojrzenie by sprawdzić czy nie uciekła gdzieś w połowie wypowiedzi? Z trójkątnych uszu powoli zaczyna lecieć dym.
– Eee... no... próbuję wspierać? Znaczy chyba?? Jak mam wspierać na odległość w sumie? – postanawia skupić się na końcówce, bo ona brzmi jak misja, która nie jest taka prosta w realizacji, w momencie gdy ze sobą nie gadają zbytnio.
Niewielka, śliczna kotka z masą krągłości. Pokryta błyszczącym, długim, niebieskim klasyczno pręgowany futrem. O ogromnych zielonych oczach i wywyniętych do tyłu uszach.
Kacze Piórko jest małą, pewną siebie nieuleczalną romantyczką. Wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Często bywa zbyt beztroska i naiwna, wierząc w dobro świata. Jest bardzo wrażliwa i empatyczna. Niezbyt bystra. Urodzona optymistka, zawsze potrafi odnaleźć dobre strony świata. Daleko jej do nieśmiałej i cichej, lubi gadać, plotkować i ma przy tym ogromne zapasy pewności siebie. Troszczy się o swoją rodzinę i jest ona w jej życiu naprawdę ważna.
Kaczuszka liczyła na trochę większe zainteresowanie siostry kwiatkami, ale przecież to Brzózka. Nie można od niej za wiele oczekiwać. Przynajmniej nie pod względem docenienia prawdziwego piękna. Dobrze że już przynajmniej niczego nie pożera. Brzózkę chyba po prostu interesowały inne rzeczy takie jak bijatyki, czy brudzenie się. Z czystym futerkiem naprawdę jej nie po drodze. Były zupełnie inne, a mimo to były siostrami, więc trzeba było to jakoś znosić. Kochała ją, ale czasami było lekko irytująca.
O jak bardzo jej siostrzyczka nie rozumiała swoim własnych uczuć było wręcz uroczę. Biedna nie wiedziała co jej odpowiedzieć, była taka zagubiona. Niczym kocie we mgle, wprost w ramiona jej prawdziwe miłości. Droga jednak będzie kręta i długa, bo Brzózka zupełnie nie załapała aluzji. Kaczuszka cicho westchnęła. Zostawiła na chwile pierwiosnki by rozejrzeć się za kolejnymi kwiatkami.
- Pomósz jej poćwiczyć, pójdźcie łazem na polowanie. Tak wiesz sam na sam - powiedziała, akcentując ostatnie zdanie i zatrzymując kolejne znaczące spojrzenie na Brzózce. No tego to już nie dało się nie zrozumieć.
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Wachlarz zainteresowań Brzózki obejmuje nie tylko bijatykę i brudzenie się, ale także robaczki wszelakie. Znaczy może nie do końca się nimi interesuje, bo wcale nie podziwia ich pancerzyków błyszczących w słońcu czy nie obserwuje pół dnia marszu mrówek. Ale lubi czasem złapać jakąś dorodną dżdżownicę i podarować komuś w formie intrygującego prezentu.
Ale do czego zmierza siostra nie rozumie za nic. Wszystkie zębatki w szarej głowie pracują na najwyższych obrotach, uszu wręcz dymi od tego przeciążenia systemu, a sama terminatorka zaraz dostanie gorączki od tego myślenia. Bo wyczuwa, szóstym zmysłem chyba, że za tymi słowami coś się kryje. Ale równie dobrze mogłoby się kryć za Borsuczymi Pagórkami, bo Brzózka szyszkę widzi.
Wreszcie do niej dociera. Sam na sam. No jasne. Przebłysk zrozumienia rozświetla szarą mordkę w promiennym uśmiechu.
– A no jasne, że sam na sam! Jak pójdziemy z kimś to jeszcze będzie nam smęcił i psuł humor. I jeszcze wcale na lisa nie pozwoli zapolować. – no zdecydowanie Kaczuszka ma tu rację, wyprawa z rozsądną obstawą byłaby głupia. Ominęłoby je tyle atrakcji!
Niewielka, śliczna kotka z masą krągłości. Pokryta błyszczącym, długim, niebieskim klasyczno pręgowany futrem. O ogromnych zielonych oczach i wywyniętych do tyłu uszach.
Kacze Piórko jest małą, pewną siebie nieuleczalną romantyczką. Wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Często bywa zbyt beztroska i naiwna, wierząc w dobro świata. Jest bardzo wrażliwa i empatyczna. Niezbyt bystra. Urodzona optymistka, zawsze potrafi odnaleźć dobre strony świata. Daleko jej do nieśmiałej i cichej, lubi gadać, plotkować i ma przy tym ogromne zapasy pewności siebie. Troszczy się o swoją rodzinę i jest ona w jej życiu naprawdę ważna.
Lepiej żeby Brzózka jej nie dawała takich prezentów. Kaczuszka by chyba na zawał zeszła. Patrzeć na jakieś obrzydliwe stworzonka, tkwiące w pyszczku jakiegoś innego kota. Obrzydlistwo. Chociaż gdyby to był jakiś uroczy motylek. Ale nie, wolała je żywe latające gdzieś dookoła. Lubiła za nimi biegać, ale nie koniecznie je łapać. Nie lubiła pozbawiać życia innych stworzeń, o ile nie musiała tego robić.
Eh, ta jej siostrzyczka, to serio niedomyślne stworzenie. Wysilała wszystkie zębatki w swojej głowie i nadal nie wiedziała o co jej chodzi. No już bardziej oczywiste byłoby gdyby powiedziała Brzózce wprost że byłaby z nich miła parka. Chociaż pewnie nawet tego by nie zrozumiała, ale gdzie w tym romantyzmy i samodzielne przekonywanie się o swoich uczuciach. Brzózka i Przepióreczka musiały dojść do tego same, a ona mogła im rzucać tylko podpowiedzi. Dobrze że Przepióreczka jest mądrzejsza i nie trzeba się tak z nią siłować jak z jej siostrzyczką.
- eeee, tak, dokładnie tak, tylko to polowanie na lisa to chyba nie jest taki dobły pomysł - stwierdziła, mając nadzieje że w Brzózce w końcu coś kliko, a to polowanie na lisa, to pomysł na jakąś wyjątkową randkę. Nie najlepszy i trochę niebezpieczny, ale w jej stylu. - Myślę sze powinnaś poszukać jakiś ładnych kwiatków dla niej. Jak myślisz jakie by się jej spodobały? -
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Uśmiecha się szeroko, gdy siostra się z nią zgadza. Co prawda brakuje w tym wyraźnego entuzjazmu, ale Brzózka jest ostatnim kotem do doszukiwania się problemów tam gdzie ich nie widać na pierwszy rzut oka, prawda? Co prawda dziwi ją lekka krytyka polowania na lisy. Uważa to za wybitny pomysł akurat! Unosi wysoko brwi.
– Jak to nie taki dobry?? Jest super myślę, ekscytujący! Nie chciałabyś pokonać lisa? – pyta zaskoczona, bo w jej prostym świecie dla każdego to super sprawa. Jasne, jej siostra woli zbierać kwiatki i czyścić futerko, ale chyba też nie wzgardzi takim osiągnięciem? No, w każdym razie Przepiórce się na pewno spodoba taka możliwość!! – Ech? Kwiatków? A co jej po kwiatkach... – wzdycha ciężko, ale zaraz się zastanawia. Może jej przyjaciółka lubi takie rzeczy, więc może jednak warto spróbować chociaż. Rozgląda się dookoła. – Ale no nie wiem, chyba takie kolorowe by się spodobały?? Może... uhhh... może takie niebieskie? Skoro ma niebieskie oczy, nie? – kolejny tydzień będzie cierpieć na przepotężne migreny od tego przeciążania szarych komórek. – Albo takie czerwone, czerwony jest super!
Niewielka, śliczna kotka z masą krągłości. Pokryta błyszczącym, długim, niebieskim klasyczno pręgowany futrem. O ogromnych zielonych oczach i wywyniętych do tyłu uszach.
Kacze Piórko jest małą, pewną siebie nieuleczalną romantyczką. Wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Często bywa zbyt beztroska i naiwna, wierząc w dobro świata. Jest bardzo wrażliwa i empatyczna. Niezbyt bystra. Urodzona optymistka, zawsze potrafi odnaleźć dobre strony świata. Daleko jej do nieśmiałej i cichej, lubi gadać, plotkować i ma przy tym ogromne zapasy pewności siebie. Troszczy się o swoją rodzinę i jest ona w jej życiu naprawdę ważna.
Kacza Łapa nie chciałaby pokonać lisa. Za bardzo by się bała, nie dałaby sobie rady. Czy takie ryzyko było warte kilku pochwał? Dla niej nie. Przecież to takie niebezpieczne. Lisy mają takie ostre zęby, kły i tyle pary w łapach. Nie była zwolenniczką przemocy, nie chciała by taki wielki potwór ją zranił. To by tak bolało i jakby wyglądała z wielką blizną na pyszczku? Okropnie. Nie nie, ona wolała zbierać kwiaty.
- Nie. Wole nie walczyć z lisem. Pszeciesz taki lis ma ostłe pazuły i kły i no w ogóle, ty się nie boisz? - zapytała. Jej siostrzyczka jest chyba zbyt głupiutka żeby się bać. Nie żeby Kaczuszka była jakoś bardzo mądrzejsza, ale były głupiutkie w inny sposób. Były naprawdę bardzo różne. - No kwiatki są ładne. Na pewno jej się spodobają. Poza tym to taki łomantyczny płezent - powiedziała. Jeżeli to do niej nie dotrze to chyba nic już nie pomoże. Chyba że powiedzenie jej w prost że ona i Przepióreczka są wspaniałą parą. Pewnie nawet tego by nie zrozumiała. Ech
Niebieskie? No i Brzózka w końcu myśli jak ktoś zakochany. Może jednak nie było z nią tak źle. Jak jej oczy. Jakie kwiatki były niebieskie? I w tedy je ujrzała niezapominajki. Tak one były idealne. Niezapomniane jak ich uczucie. - Co sądzisz o tych? -
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
– No jasne, że się nie boję! Też mam ostre pazury i kły przecież. – tłumaczy siostrze, wesoło wywijając ogonem. Śmieszna ta Kaczuszka, że też zupełnie nie bierze pod uwagę, że taki lis to wcale jakiś niezwyciężony nie jest! Jasne, jest silniejszy i zwinniejszy od przeciętnego kota, ale wciąż z niego marny przeciwnik dla takiej Brzózki, nie oszukujmy się. Szara ma po swojej stronie niesamowite zdolności i szczęście głupiego, dwie potężne bronie.
– Romantyczny prezent... – powtarza tępo, bo słowa te zwróciły jej uwagę wystarczająco. Teraz tylko synapsy w mózgu muszą się jeszcze zetknąć pod odpowiednim kątem jeśli szara ma zrozumieć jak się to wszystko wiąże ze sobą. Ale szczerze mówiąc? Im dłużej się nad tym głowi tym bardziej odnosi wrażenie, że natknęła się na olbrzymią przeszkodę, taką nie do przeskoczenia. – Romantyczne prezenty to raczej tak nie po koleżankowemu. – dzieli się wreszcie swoim spostrzeżeniem z siostrą. Bo dopóki tego nie rozgryzie to nie będzie mogła ruszyć dalej z tematem, proste. Rzuca tylko pobieżnie okiem na wskazane kwiatki. Nie potrafi się uczciwie skupić i zastanowić, więc tylko zbywa to machnięciem ogona. – No fajne. Małe takie, śmieszne chyba?
To dobrze? Czy źle?
Niewielka, śliczna kotka z masą krągłości. Pokryta błyszczącym, długim, niebieskim klasyczno pręgowany futrem. O ogromnych zielonych oczach i wywyniętych do tyłu uszach.
Kacze Piórko jest małą, pewną siebie nieuleczalną romantyczką. Wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia. Często bywa zbyt beztroska i naiwna, wierząc w dobro świata. Jest bardzo wrażliwa i empatyczna. Niezbyt bystra. Urodzona optymistka, zawsze potrafi odnaleźć dobre strony świata. Daleko jej do nieśmiałej i cichej, lubi gadać, plotkować i ma przy tym ogromne zapasy pewności siebie. Troszczy się o swoją rodzinę i jest ona w jej życiu naprawdę ważna.
- No, ale taki lis ma ostszejsze pazuły i kły i no jest silny i szybki iii zwinny. I taki duzi. Napłwade powidziam że się nie boisz - powiedziała. Taka Brzózka to naprawdę była odważna, chociaż i torchę głupia. No bardzo głupia, ale też odważna. Kaczuszka w życiu by się nie zdecydowała na pokonywanie lisa, bo to prędzej on pokonał by ją. Znaczy no to by się nigdy nie wydarzyło. Nie wychodziła sama, a przynajmniej nie na długo. Przecież lis nie złapie jej parę długości ogonu od obozu, a jeśli nawet to będzie bardzo głośno krzyczała o pomoc. Na pewno ktoś by ją usłyszał. Ktoś na pewno by ją obronił. Może jakiś przystojny kocur z Klanu Wichru, ale jakoś tak mało takich. Poza tym masakrejszyn zostałyby jej blizny. Ubustwiała swoje piękne idealne futerko nie da się oszpecić. Była za ładna na to.
Tribiki w główce Kaczuszki pracowały bardzo ciężko próbując zrozumieć to co Brzózka właśnie powiedziała. Jakby, co? Jak to nie po koleżeńsku? Jak najbardziej po koleżeńsku, ale ta jej siostrzyczka niemądra. Absurd jakiś. Jak jej siostra w ogóle na to wpadła.
- Słucham? - mruknęła w końcu, a z jej ślicznej buzi nie znikało zdziwienie. - To nawet bałdziej nisz po koleszeńsku. Kto nagadał ci takich głupot słoneczko? -
Dramat jakiś. Kto jej powiedział że romantyczność jest nie koleżeńska. I jak śmiał tak okrutnie skłamać. Okrutnik. Młodzeńcza miłość była przecież jedną z najpiękniejszych. Oburzające.
- Włósz w to więcej sełca. Przeciesz zależy ci na Pszepiółece słonko - powiedziała po czym delikatnie zerwała malutkie niebieskie kwiatki. Wolała nie zostawiać tego Brzózce, bo ta pewnie wyrwałaby je z korzeniami, a przecież będą takie ładne na następną Porę Zielonych Liści. Swoją drogą chyba przydałoby się już zbierać. Robiło się późno, a ona wcześnie kładła się spać. - Tszymaj - powiedziała podając jej kwiatki. - To niezapominajki, włeczysz je Pszepiółece i powiesz że są łównie piękne co jej oczy. - powiedziała i ruszyła w stronę wcześniej zebranych kwiatów. - Myśle sze dobsze by było już włacać. Mamusia pewnie się już o nas małtwi. Miało mnie nie być tylko chwilę -
Krótkie, jednolite, szare futerko. Zielono-żółte oczy. Wysoka jak brzoza...
... głupia jak koza. Kabelki w mózgu nie do końca stykają i czasem jej wychodzi to na dobre, a czasem jak zwykle, czyli źle.
Karasiowa Ość [GK] i żywi przyjaciele
Bardziej niż po koleżeńsku. No właśnie, ale to nie jest koleżeńskie zachowanie. Koleżeńskie prezenty są koleżeńskie, romantyczne prezenty nie są. Proste. To nawet Brzózka ogarnia ze swoim ograniczonym zasobem ogarniania rzeczy.
– Nikt, to jest oczywiste akurat. – mamrocze pod nosem, bo bardzo nie chce zarzucać Kaczuszce, że się nie zna, ale siostra nie pozostawia jej wyboru.
Ale z jednym ma racje. Brzózce zależy na Przepiórce, więc delikatnie chwyta zerwane przez niebieską kwiatki i uważnie słucha dalszych instrukcji, starając się jak najwięcej z nich zapamiętać. Znaleźć szylkretkę, dać niezapominajki, powiedzieć, że piękne jak jej oczy. Proste. Wykonalne. Może to zrobić.
Ale póki co wraca za siostrą do obozu.
odrobinę wyższy niż przeciętny kot; smukła budowa ciała; umaszczenie bure ticked; zawsze ułożone i czyste, długie futro; białe znaczenia na pysku, brodzie i kawałku szyi; białe skarpetki na przednich łapach; lewe oko zielone, prawe niebieskie; ciemnoczerwony nos
Plotki po klanie roznoszą się z prędkością kociaka uciekającego poza obóz, a jednak o nowym, charyzmatycznym nabytku Wichru Jaśniejący Płomień nie dowiedział się aż do czasu ceremonii. Najwyraźniej nowinka jest świeża, cieplutka jak właśnie upolowany królik i najprawdopodobniej nie jest jedynym, który dowiedział się akurat w ten sposób. Co przynajmniej nie stawia go w pozycji kretyna.
Ale nie jest to sytuacja komfortowa. Jakkolwiek byłby w stanie przerwać ceremonię - nawet swojego terminatora, na osty i ciernie - w imię donośnego sprzeciwu wobec absurdalnej decyzji Lawendowej Gwiazdy (naprawdę? Takie numery nawet po akcji z Pożogą?), tak fakt, że ceremonia była... klasyczną ceremonią, pełną pisków, krzyków i osobistych dramatów wywlekanych na wierzch, powstrzymał go przed ingerencją. Szanse na bycie wysłuchanym, co dopiero na adekwatną reakcję były nieistniejące. Choć patrząc tak całkiem trzeźwo, podczas najspokojniejszej rozmowy w cztery oczy również nie wyperswadowałby przywódczyni przygarniania bezpańskiego samotnika. Lawendowa Gwiazda może być różna - zbyt uległa, naiwna, aż do porzygania dobra i współczująca, ale, paradoksalnie, z podziwu godnym uporem obstaje przy swoim. I czy to Klan Wichru, cztery klany razem wzięte, czy z piątym, gwiezdnym na dokładkę, absolutnie nikt nie jest w stanie tego zmienić. Zbyt długie, nie czytam: jeżeli coś ma się zmienić, to może liczyć wyłącznie na siebie.
Póki co skrada się za Azaliową Łapą, który, nieświadomy ciągnącego się za nim ogona, podąża ku wyjściu z obozu. Płomień za nim, nie inaczej. Na ceremonii mógł pozostać bierny, ale tuż po niej nie ma opcji, że bez piśnięcia słówkiem zaakceptuje nową rzeczywistość i z automatu zacznie traktować Oriona tak, jakby ten od urodzenia należał do klanu. Czy chociaż jakby było cokolwiek naturalnego w jego nagłym pojawieniu się. Bury wie, to nie nagłe przewartościowanie i chęć zmiany w życiu. Cokolwiek cynamonowy knuje, nie jest to nic czystego.
Docierają do Kwitnącego Zarośla - Azaliowa Łapa swobodnie na przedzie, Jaśniejący Płomień lisią długość dalej, na przyczajce, po cichutku sunąc za nim. Dopiero wtedy, nie widząc wokoło świadków, skraca dystans, wciąż jednak trzymając się na tyłach.
- Klanowe dzikusy posługujące się dziwnymi nazwami, żyjące w zacofanym lesie, syczące na wszystko co obce, jak to tam dalej szło...? - mówi tonem może nie podniesionym, bo nie chce zwracać na siebie uwagi siedzących w obozie kotów, ale nie bawiąc się w żadne konspiracje. - No, nie powiem, ciekawe decyzje życiowe podejmujesz. - Kilka uderzeń serca ciszy, drobnego zasępienia. W końcu wrogie pytanie: - W co ty grasz?
/Onion <3
.
»IheardfromGodtoday« . . . . . . . . . . . . . . . . . . . and shesounded.just【 like me 】 WhathaveIdone?. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ⤷ And.w h o.haveIbecome? ◈ I saw 【 the devil 】today and he lookeda lotlike me◈ ◈Arms wide open... . . . . . .. . . .【 I stand alone 】◈
I'm【 no hero 】and I'm notmade ofstone ✦•······················•✦•······················•✦
┏ .rightorwrong. ┓ ┗ I can hardly tell ┛ I'm on the wrong side of Heaven. . . . . . . . . . . . . . . . . . and the righteous side of Hell
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Jakkolwiek przebieg ceremonii Orion oceniał całkiem dobrze – przyjemna rozrywka – tak jej zakończenie było fatalne. Zostawiało okropny posmak w pysku i dokładało zmartwień orientalowi, którego długie łapy nigdy nie przywykły do tego typu ciężarów. To nie tak, że miał misternie ułożony plan, niczym domek z kart, który się właśnie posypał przez jedną decyzję Lawendowej Gwiazdy. Po prostu nie wziął pod uwagę, że trzymanie się blisko Jodły będzie niosło ze sobą jakiekolwiek negatywne skutki. Coś w tym wiecznie sterczącym futrze musiało odbijać szczęście, które z natury ciągnęło do cynamona. Najbardziej logicznym wytłumaczeniem było to, że przywódczyni zauważyła, że od początku często materializował się w towarzystwie Jodły i pomyślała, że wyświadczy mu przysługę takim przydziałem. No i faktycznie wyświadczyła przysługę – tyle, że niedźwiedzią. Musiał się zastanowić jak to odkręcić, bo jeśli miał wstawać codziennie o świcie, by ktoś na niego pokrzyczał, że nie stara się wystarczająco to jednak wolałby żeby był to ktoś na kogo miło popatrzeć. Orion był nawet gotowy iść na pewne ustępstwa, nie musiał trafiać do Jaśniejącego (i to dlatego, że był skłonny do kompromisu, a nie dlatego, że nieco typa unikał), mógł mu przypaść tamten długofutry kocur co na ceremonii siedział przodem do zgromadzonych.
O wilku mowa.
Oczywiście nie o tym białym wilku, a o rdzawym. Jeśli liczył na taki sam efekt zaskoczenia, jak gdy za pierwszym razem zmaterializował się niespodziewanie, niestety spotka się z rozczarowaniem. Oriental, tym razem, jedynie odwrócił gwałtownie łeb w stronę źródła dźwięku, ale gdy już skupił spojrzenie na swoim najdroższym przyjacielu, mimikę miał raczej niezbyt zaskoczoną. Sierść na karku również prędko opadła.
– ... i bojące się świata poza swoim skrawkiem trawy. – uzupełnił z zalążkiem uśmiechu. Odwrócił się całkowicie do wojownika, by nie wykręcać sobie boleśnie szyi. I by mieć nieco lepsze pole do manewru, gdyby buremu akurat tym razem puściły nerwy i postanowił go zamordować zaraz koło obozu (mógłby wmawiać Lawendowej Gwieździe, że to były samotnik zaatakował pierwszy, a Orion raczej nie spodziewał się sprawiedliwego procesu w tej sprawie; nie w momencie gdy sam by nie mógł wziąć w nim udziału).
– W co ja gram? Czemu od razu zakładasz takie scenariusze? Zwyczajnie dostałem propozycję i z niej skorzystałem. – wyjaśnił nie powstrzymując już nawet typowego dla siebie grymasu (bardziej wnikliwy kot mógłby zacząć przypuszczać, że przybranie najbardziej wyćwiczonej miny miało posłużyć za maskę skrywającą wszystkie potencjalne – niechciane – emocje). – Jeśli mi nie wierzysz, niezwykle krzywdzące, to spytaj chociażby Bociana, Kaczkę czy Jodłę. – chociaż wróć. Z Kaczym Piórkiem lepiej żeby nie rozmawiał, mimo że jako jedyna mogłaby faktycznie potwierdzić taką wersję zdarzeń. Ale mogła przy okazji wygadać zbyt wiele.
Słabiutko.
– Chyba, że im również nie wierzysz, hmm? Przecież mogłem całą trójkę wciągnąć w tę grę. Sprzedać parę ładnych słówek, w które uwierzyli i ot.
odrobinę wyższy niż przeciętny kot; smukła budowa ciała; umaszczenie bure ticked; zawsze ułożone i czyste, długie futro; białe znaczenia na pysku, brodzie i kawałku szyi; białe skarpetki na przednich łapach; lewe oko zielone, prawe niebieskie; ciemnoczerwony nos
Oczywiście Orion musi wiedzieć, że Płomień nie pisze się na żadne niewypowiedziane umowy, na mocy których potraktuje samotnika jak niezmienny od księżyców element Wichru, a mając czelność stawić się na ceremonii musiał zakładać, że co najmniej jeden kot będzie patrzył na niego wilkiem. Konfrontacja jest nieunikniona, co na tym etapie powinno być oczywistością, jednak wojownik nie podejrzewa, by stanowiło to dla orientala problem. Typiarz robi co chce, nie biorąc pod uwagi możliwych konsekwencji. Nic dziwnego, skoro jak dotąd spływały po nim jak po kaczce, nie naruszając choćby jednego z gładkich piórek.
Ale jeśli sądzi, że samo legalne przebywanie na wichrowym terytorium jest gwarancją nietykalności, to grubo się myli.
- Ta, to - przytakuje tonem zbliżonym do syku. - Czyżbyś świadomie obniżał swoje standardy życia? To dziwne nawet jak na ciebie. Dobrze się czujesz? Główka nie boli?
Osobiście jest zdania, że przebywanie w klanie może Azaliową Łapę wiele nauczyć; potencjalnie więcej, niż byłaby to w stanie uczynić ulica. W klanach panuje ład, organizacja nie jest traktowana jak najgorsze zło, a podstawowe umiejętności są ciągle doskonalone, zamiast być uczone po łebkach i proszę bardzo, jesteś gotowy na dorosłe życie, śmiertelniku. Ale to jego spojrzenie, nie kogoś, kto dotychczas uparcie nawijał o tym, jakie to Klany nie są ograniczone i politowania godne. Czy dla Jestem-Ponad-Wszystkimi Oriona to nie uwłaczające zasilić szeregi leśnych dzikusów, których ścieżka rozwoju kończy się na żałośnie niskim szczeblu?
- Propozycję, błagam - przewraca oczami i ze zniecierpliwieniem trzepie uchem. - Jedynym kotem, który mógłby ci złożyć taką propozycję byłaby Lawendowa Gwiazda, a nie wmówisz mi, że kot, który stara się nie odchodzić za daleko od obozu, znikąd bawi się w odławianie samotników na granicach i składanie im propozycji. Czy Klan Wichru wygląda ci na zdesperowany?
Ale może to jest myśl i powinien porozmawiać z wspomnianymi przez niego kotami. Nie po to, żeby dowiedzieć się prawdy, bo nie sądzi, aby którekolwiek z nich wiedziało, o co naprawdę chodzi cynamonowemu, tylko dla pozyskania więcej wskazówek. Dopóki tamten był samotnikiem, Płomieniowi wisiało i powiewało, co, gdzie i z kim Orion robi. Teraz sytuacja uległa zmianie i skoro jako jedyny tutaj patrzy trzeźwo oraz widzi coś ponad niewinnie wyglądający pysk, to wypadałoby zainteresować się chociaż minimalnie, co sprowadza samotnika w ich, och, jakże gościnne progi.
.
»IheardfromGodtoday« . . . . . . . . . . . . . . . . . . . and shesounded.just【 like me 】 WhathaveIdone?. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ⤷ And.w h o.haveIbecome? ◈ I saw 【 the devil 】today and he lookeda lotlike me◈ ◈Arms wide open... . . . . . .. . . .【 I stand alone 】◈
I'm【 no hero 】and I'm notmade ofstone ✦•······················•✦•······················•✦
┏ .rightorwrong. ┓ ┗ I can hardly tell ┛ I'm on the wrong side of Heaven. . . . . . . . . . . . . . . . . . and the righteous side of Hell
Księżyce: 124 Mistrz: Jaśniejący Płomień Płeć: kocur Zaimki: on/jego chyba że żart wymaga innych
wysoki, długowłosy oriental, cynamonowy point, białe znaczenia (plamka na czole, palce przednich łap), niebieskie oczy, często ma przy sobie kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem
Grymas na cynamonowym pysku drgnął nieznacznie na pytanie o obniżanie standardów życia. Umyślnie się nad tym nie pochylał, bo jakby się zastanowić chociaż trzy sekundy – faktycznie, całkiem świadomie to robił. Ze spokojem czekał aż go przypną na ten sam łańcuch, który ciągnął się za klanowymi dzikusami. I w imię czego to wszystko? Wszystkim dociekliwym przedstawiał jedną wersję – to wielka miłość pchała go do proporcjonalnie wielkich poświęceń. Były to tłumaczenia, które były w stanie podtrzymać zainteresowanie widowni. Nie spotykały się nigdy ze znudzonym westchnięciem, co najwyżej wzbudzały niedowierzanie, które tylko motywowało orientala do udowadniania tej wersji rzeczywistości.
Istniały jednak dwa ale.
Po pierwsze – to upokarzające się tak faktycznie poświęcać z powodu emocji (i to jeszcze dla kogoś); a o ile Orion nie był jakoś szczególnie przywiązany do swojej godności, tak nie zamierzał tracić jej resztek w takiej sprawie. Po drugie – nic tak paskudnego jak miłość go nie dopadło. Jasne, mógł nawet w tej sekundzie spojrzeć prosto z dwukolorowe oczy i bez najmniejszego zająknięcia powiedzieć, że rdzawy mu się podobał. Bo był właścicielem bardzo ładnego futerka, a kocim prawem orientala była możliwość podziwiania rzeczy ładnych. Jednak to nie tak, że od paru (parunastu?) księżyców przyłapywał się okazjonalnie na ckliwych wyobrażeniach, przesłodzonych do porzygu wizjach wspólnego bycia. Na upartego można by się doszukiwać w tym durnego zauroczenia, jednak Orion był w pełni gotowy na dyskusję z takimi upartymi osobnikami. Jak zresztą na jakąkolwiek inną dyskusję, nic nowego.
Ale to w takim razie czym rzeczywiście było to wszystko? Oczywiście mogło być rozbudowanym żartem, próbą zajścia za skórę buremu, która sięgała wstecz aż do nazwania ich przyjaciółmi. Ale cynamonowy point musiał przyznać, że tak z logicznego punktu widzenia – ten żart wymagał zbyt wielkiego zaangażowania i absurdalnych poświęceń. Nikt o zdrowych zmysłach by się na to nie porwał (a nawet jeśli Azalia reprezentował raczej odklejoną część kociego społeczeństwa, to wciąż było zbyt wiele). Jednakże dociekanie do prawdziego źródła swoich działań, odkrywanie swoich motywacji wiązało się z wyprawą w głąb siebie – czymś czego wolałby uniknąć. Dlatego gdy tylko dostrzegł pierwszy błysk wygodnej myśli, bardzo chętnie za nim podążył. Zrobił tak, bo chciał. Bo mógł. Bo kto mu zabroni.
I tyle mu starczyło by pozbyć się zalążka niepokoju, który zdążył się tu zawieruszyć. By umknąć przed niechcianą autoanalizą, którą sprowokował Jaśniejący. Bo tak było wystarczająco satysfakcjonującą odpowiedzią by skupić się na chwili obecnej i nie wracać do tej zagadki możliwie długo. By dalej trzymać się przedstawianej dotychczas wersji i nie tracić na pewności przez zastanawianie się jak blisko prawdy ona stała.
– Kochany jesteś, że się tak moim samopoczuciem przejmujesz. – zignorował ton burego (nic nowego) i prawie otarł łzę wzruszenia. – Ale faktycznie ostatnio nienajlepiej się czuję. Dziwne, bo zawsze cieszyłem się nienagannym zdrowiem, wiesz? Ale jak już o tym wspomniałeś to główka czasem pobolewa, myślisz, że warto się z tym wybrać do tego waszego białego medyka? Jak mu tam? – przechylił lekko łeb w bok. W gruncie rzeczy, zaczepienie tamtego kocura było na liście rzeczy do zrobienia. Oznaczone jako niski priorytet, ale było.
Rzucił jedno znaczące spojrzenie Jaśniejącemu zamiast odpowiadać słownie na pytanie. Przecież pierwsza zasada jakichkolwiek konwersacji była taka by nie zadawać pytań, na które nie chciało się odpowiedzi – nawet jeśli w założeniu miało być retoryczne, bo bury musiał wiedzieć, że kończenie na tym swojej wypowiedzi było zaproszeniem dla orientala do plucia na klan, do którego niedawno dołączył.
– Ale widzisz, patrzysz na to w strasznie ograniczony sposób. To jest wręcz rozczarowujące, zupełnie jakbyś nawet nie probował myśleć. – westchnął ciężko. – Lawendowa Gwiazda nie jest jedynym kotem, który może składać takie propozycje. Jest po prostu jedynym kotem, który może zagwarantować ich pokrycie. Ale wiesz co jest niemal tak samo wiążące jak oferta przywódczyni? Oferta jej córki. Dopiero co podsunąłem ci imię Kaczej, więc nietrudno się domyślić, że nawet jeśli jej matka nie oddala się od obozu sama z siebie, tak nie odmówi przyjścia na granicę by zobaczyć kogo to córcia zaprosiła do obozu. I cóż, potrafię zrobić dobre wrażenie, jeśli chcę, więc z radością podbiła propozycję Kaczej. I oto jestem. Jodłowa nawet robiła za eksortę przywódczyni tego dnia. – chociaż może niesłusznie zakładał, że ewentualna rozmowa z Jodłą wyrządzi mniej szkód niż z Kaczuszką. Cóż, problem na przyszłość.