Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Księżyce: 128 Płeć: kocur Trwałe urazy: pozioma szrama po lewej stronie grzbietu, ślady po pazurach na prawym boku, blizna na lewej skroni i wargach, mnóstwo innych mniejszych blizn na ciele, ucięta część lewego ucha
Ciężki do uchwycenia osobnik, wyraźnie lubiący kamuflować się wśród leśnej roślinności, dzięki swojemu ciemnemu umaszczeniu. Imponującego wzrostu, atletycznie zbudowany, smukły kocur. Łapy ma długie i szczupłe, a gibkie i sprężyste ciało zwinnie porusza się między drzewami i krzewami. Na klatce piersiowej widnieją delikatne zarysy żeber, pysk ma suchy, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Czarna, miejscami nieco zbrązowiała od słońca. krótka sierść jest szorstka, mocno poczochrana i zmierzwiona, często brudna. Ślepia szaroniebieskie. Dziąsła i język poplamione są ciemnymi znaczeniami, a kilka jego wibrysów połamało się lub skrzywiło.
Chodzi ścieżkami, które sam sobie wyznacza. Powsinoga i włóczykij, kocha wałęsać się całymi długimi godzinami, a nawet i dniami po lesie, i robi to non-stop, od kiedy zostawił za sobą swój Klan i wszelkie pętle zakładane na łapy, które go ograniczały. Wolność dodała mu wyraźnej werwy i chęci do zwiedzania tego, czego jeszcze nie odkrył. Nie toleruje słabeuszy, miękkich kotów, które nie są w stanie udowodnić swojej siły, nieważne, czy psychicznej, czy fizycznej, bo on sam musiał nauczyć się na przestrzeni księżyców przeskakiwać wszystkie kłody, jakie życie rzuca pod łapy. Nie brak mu pewności siebie i brawury. Wolna dusza o niewielkich hamulcach i małych pokładach cierpliwości.
XXXXChyba miał w sobie jakiś urok osobisty, a może po prostu kocur był zbyt głupi albo naiwny i śpiewał mu to, co Toń chciał, aby śpiewał, ale to dobrze, przynajmniej dowiedział się o łopianie i tym, jak wygląda, no, i, że używa się do leczenia jego liści. XXXX– Bardzo ci dziękuję za pomoc, obiecuję, że postaram się oddać ci ten łopian. I pajęczynę też – haha, chciałbyś, frajerze. Toń kiwnął medykowi głową z wdzięcznością, podobnie Słonemu Wiatrowi, po czym oddalił się od Rzecznych terenów, starając się nie obciążać za bardzo zranionej łapy, aby opatrunek się nie zniszczył.
Jeden, wielki, liliowy olbrzym o żółto-pomarańczowych oczach. Ma wielkie, trójkątne uszy oraz szarawy nosek, który jest największym kompleksem malucha.
Cis jest kupą czystej energii, chęci do zabawy i empatycznego podejścia do innych. Aż nadto odważny, przez co niepotrzebnie pakuje się w kłopoty, których mógł sprytnie uniknąć. Gdyby myślał. A on najpierw robi, później myśli, niestety. Zawsze stawi się za rodziną, zawsze pomoże słabszemu, zawsze się pobawi, zawsze przegada cię tak, że z negatywnego podejścia do niego zmieni się w ten pozytywny. Patrzy na wszystko i wszystkich bardzo optymistycznie i nawet w kiepskiej sytuacji zrobi wszystko, by pojawiła się ta chwila śmiechu i dobrego humoru.
Kiwnął głową. Nie musiał mu nic oddawać, ale jeżeli chciał, to jasne! Może to tez był dobry pretekst do nawiązania nieco bliższej relacji, może przyjaźni!!! Nigdy nie wiadomo, a Cis był otwarty na przyjaźń z absolutnie każdym, serio!
Kiwnął głową w jego stronę, rozglądając się, czy niczego nie zostawił, po czym uśmiechnął się do Słonego Wiatru i zaczął mu kontynuować opowiadanie o tym, jak to kiedyś zaprzyjaźnił się z motylem, o czym przerwał mu mówić w momencie dotarcia na granicę.
Nie dane jej było osiągnąć rozmiarów ojca, ledwo nawet wyrosła na tyle, by chociaż nie odstawać od własnej matki; jest zatem przeciętnego wzrostu kotką, której długie buro-białe futro skrzętnie zakrywa wszelkie niedoskonałości. A ma ich całkiem sporo: brakuje jej umięśnienia łap, jakimi cieszy się Owocowa Gałązka, ba, daleko jej nawet do sylwetki Łopianowego Korzenia! Jest kanciastą, chudą kotką, wyniszczoną przez wieczne choroby targające jej ciałem. Futro, choć długie, nie należy do najpiękniejszych i najbardziej zadbanych. W niektórych miejscach jest go trochę mniej, w innych więcej, odstaje na wszystkie strony, lecz koteczka nawet nie próbuje tego naprawiać, zdając sobie sprawę, że chaos futra odwraca uwagę od słabości mięśni.
Biel zajmuje mniej więcej połowę powierzchni Jaszczurki. Przednie łapy, za wyjątkiem lewego łokcia i kawałka prawych palców i nadgarstka; pyszczek, nie licząc okolic uszu i lewego oka (kolor ślepi balansuje na granicy bladej zieleni i żółci), jak i malutkich plamek dookoła warg. Nosek ma różowy, z pojedynczą, ciemniejszą plamą na górze. Zajmuje też szyję, brzuch, tylne łapy, poza tymi kilkoma burymi plamami. Przecina też te plamy na bokach, które rozlewają się po nich nierówno, wraz z czarnymi, klasycznymi pręgami. Puchaty ogon jako jedyny ostał się, nieprzecięty bielą.
Frustracja stała się jej paliwem. Zawsze była chaotyczna i głośna, jednak księżyce spędzone na smarkaniu w mech spowodowały, że wszelkie uczucia, nie potrafiące znaleźć swojego ujścia, zaczęły kumulować się we wnętrzu koteczki. Zdaje się nie szanować innych kotów, innych istnień; o ile w przypadku klanowiczów potrafi się (jeszcze!) jakkolwiek pohamować, tak owady, gryzonie odczuwają cały jej gniew na sobie, gdy wypruwa ich flaki w furii. Nie należy do miłych, przyjemnych kotów, nie dopuszcza do siebie nikogo - odcięła się od świata, kierowana strachem przed otwarciem samej siebie, swojego serca, przywiązania się do drugiej osoby. Rodzina zniknęła, ojciec zniknął, a ci, co się ostali... Ma względem nich mieszane uczucia. Bo nie wie, co powinna z nimi zrobić. Nie wie właściwie bardzo wielu rzeczy - tego, co zrobić z własnym życiem, jak funkcjonować w klanie, wszakże spory kawał życia przeleciał jej jak przez palce; nie wie też jak zatrzymać pędzące przed siebie myśli. Ciężko jej utrzymać uwagę na jednej rzeczy, szczególnie nudnej. Potrzebuje stałej symulacji, a jej brak napędza tylko frustrację i złość. Ona to chaos, chaos to ona.
Lete (s), Mimoza (s)
_____
Było nieprzyjemnie zimno, ale nie mogło to powstrzymać Jaszczurki przed buszowaniem po klanowych terenach. Niezbyt rozsądnie, trzeba przyznać, zważywszy na jej wątłe zdrowie, ale z drugiej strony - musiała korzystać, bowiem wiedziała, że prędzej czy później jakaś choroba dopadnie ją i uziemi. Tego dnia dotarła aż do granicy, do dość charakterystycznego miejsca, jakim był Jeżynowy Zagajnik. Wciągnęła powietrze do płuc, analizując otaczające ją zapachy. Ten rzeczny był tu zdecydowanie silniejszy; nic dziwnego zresztą. Z miejsca odstraszał potencjalnych intruzów.
Księżyce: 40 Mistrz: Kwitnące Wzgórze, Skrzące Słowo :/ Płeć: Kocur (zapach neutralny) Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Minóg (ale oboje o tym nie wiedzą) Trwałe urazy: kastrat, jego głowa (lęki, stany depresyjne)
Księżyce: 40 Mistrz: Kwitnące Wzgórze, Skrzące Słowo :/ Płeć: Kocur (zapach neutralny) Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Minóg (ale oboje o tym nie wiedzą) Trwałe urazy: kastrat, jego głowa (lęki, stany depresyjne)
Srebrno-czarny, pręgowany klasycznie, kocur o bladym i zmęczonym spojrzeniu zielonych oczu. Wysoki (naprawdę wysoki), bo idący w ślady ojca, sierść odrosła już przykrywając Wilczka. On sam jednak... stracił kilogramy - depresja, potem choroba i okazuje się, że dieta cud. Wygląda jakby musiał przybrać nowe kilogramy, by być zdrowym. Wychudzony, sierść powoli sama z niego teraz ucieka.
Nieprzystosowany do dzikiego życia i głupi. Nie zmieniło się to. Sprawa się jednak podziała, mleko się rozlało, a on stał się smutniejszy, bardziej aspołeczny i przerażony. W wielkich tłumach nie potrafi sobie poradzić z lękami, a wszystko poza obozem wydaje się jedną wielką umieralnią. Brak umiejętności komunikacyjnych też nie jest na jego łapę i poznawanie nowych kotów kończy się - brakiem poznawania nowych kotów. Jest też wredny jak czuje się zagrożony. Przypadek - beznadziejny.
Piórko [KG/GK]
Wilk nie zapuszczał się poza obóz, a jeśli już to bardzo rzadko. Powinien spędzać na terenach więcej czasu, bo prawdą było, że bardzo lubił wszystkie zapachy i dźwięki, było to prawdziwe. Namacalne. Nie było jak podczas mieszkania u ludzi, tam wszystko było sztuczne, ulepszone, ale dopiero po przejściu się między zasypanym śniegiem mógł szczerze uznać, że lubił. Lubił naturę. Lubił czuć na sobie wszystko, doświadczać to co mogło przynieść mu wszystko. Oprócz momentów, gdy natura srała na niego. Tak jak gołąb raz.
– A Ty co? Wybierasz się gdzieś? – zapytał beznamiętnie wskazując łbem poza granice i wypuszczając tym samym z pyska powietrze. Wytworzyło to dym, który odleciał z kolejnym podmuchem wiatru. Kojarzyć nie kojarzył kotki za bardzo, ale mogła się gdzieś kręcić po obozie nie raz, po prostu nie obchodziło go to na tyle. Mierzył ją w tym samym czasie niezainteresowanym spojrzeniem martwych oczu, nie wiedział po co ją zagadał, ale jeśli gdzieś się wybierała może zabrałaby i jego.
Nie dane jej było osiągnąć rozmiarów ojca, ledwo nawet wyrosła na tyle, by chociaż nie odstawać od własnej matki; jest zatem przeciętnego wzrostu kotką, której długie buro-białe futro skrzętnie zakrywa wszelkie niedoskonałości. A ma ich całkiem sporo: brakuje jej umięśnienia łap, jakimi cieszy się Owocowa Gałązka, ba, daleko jej nawet do sylwetki Łopianowego Korzenia! Jest kanciastą, chudą kotką, wyniszczoną przez wieczne choroby targające jej ciałem. Futro, choć długie, nie należy do najpiękniejszych i najbardziej zadbanych. W niektórych miejscach jest go trochę mniej, w innych więcej, odstaje na wszystkie strony, lecz koteczka nawet nie próbuje tego naprawiać, zdając sobie sprawę, że chaos futra odwraca uwagę od słabości mięśni.
Biel zajmuje mniej więcej połowę powierzchni Jaszczurki. Przednie łapy, za wyjątkiem lewego łokcia i kawałka prawych palców i nadgarstka; pyszczek, nie licząc okolic uszu i lewego oka (kolor ślepi balansuje na granicy bladej zieleni i żółci), jak i malutkich plamek dookoła warg. Nosek ma różowy, z pojedynczą, ciemniejszą plamą na górze. Zajmuje też szyję, brzuch, tylne łapy, poza tymi kilkoma burymi plamami. Przecina też te plamy na bokach, które rozlewają się po nich nierówno, wraz z czarnymi, klasycznymi pręgami. Puchaty ogon jako jedyny ostał się, nieprzecięty bielą.
Frustracja stała się jej paliwem. Zawsze była chaotyczna i głośna, jednak księżyce spędzone na smarkaniu w mech spowodowały, że wszelkie uczucia, nie potrafiące znaleźć swojego ujścia, zaczęły kumulować się we wnętrzu koteczki. Zdaje się nie szanować innych kotów, innych istnień; o ile w przypadku klanowiczów potrafi się (jeszcze!) jakkolwiek pohamować, tak owady, gryzonie odczuwają cały jej gniew na sobie, gdy wypruwa ich flaki w furii. Nie należy do miłych, przyjemnych kotów, nie dopuszcza do siebie nikogo - odcięła się od świata, kierowana strachem przed otwarciem samej siebie, swojego serca, przywiązania się do drugiej osoby. Rodzina zniknęła, ojciec zniknął, a ci, co się ostali... Ma względem nich mieszane uczucia. Bo nie wie, co powinna z nimi zrobić. Nie wie właściwie bardzo wielu rzeczy - tego, co zrobić z własnym życiem, jak funkcjonować w klanie, wszakże spory kawał życia przeleciał jej jak przez palce; nie wie też jak zatrzymać pędzące przed siebie myśli. Ciężko jej utrzymać uwagę na jednej rzeczy, szczególnie nudnej. Potrzebuje stałej symulacji, a jej brak napędza tylko frustrację i złość. Ona to chaos, chaos to ona.
Lete (s), Mimoza (s)
Zapach odstraszał intruzów, owszem, ale niestety nic nie dało się poradzić na mieszkańców tych terenów. Trzepnęła uchem raz i odwróciła łeb w kierunku nadciągających kroków. Przyglądała się nadchodzącemu kocurowi ze zmrużonymi ślepiami, próbując przypomnieć sobie jego imię. Pysk kojarzyła, przynajmniej jakoś, jak większości kotów, ale wciąż miała problemy ze spamiętaniem imion wszystkich klanowiczów; uroki życia tylko i wyłącznie w lecznicy. Wypuściła powietrze nosem.
— Nie — odparła po prostu, wolno wyrzucając z siebie to jedno słowo. Uniosła jedną brew ku górze. — Unikam natrętów — dodała, jakby chcąc w ten sposób przekazać kocurowi, że nie był tutaj do końca chciany. Tak poniekąd było, ale póki co Wilcza Łapa nie wydawał się być szkodliwym. — A ty co, też uciekasz czy planujesz mnie zaciągnąć za futro do obozu? — spytała, przechylając odrobinę łeb z krzywym, słabym uśmiechem na pysku.
Księżyce: 40 Mistrz: Kwitnące Wzgórze, Skrzące Słowo :/ Płeć: Kocur (zapach neutralny) Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Minóg (ale oboje o tym nie wiedzą) Trwałe urazy: kastrat, jego głowa (lęki, stany depresyjne)
Księżyce: 40 Mistrz: Kwitnące Wzgórze, Skrzące Słowo :/ Płeć: Kocur (zapach neutralny) Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Minóg (ale oboje o tym nie wiedzą) Trwałe urazy: kastrat, jego głowa (lęki, stany depresyjne)
Srebrno-czarny, pręgowany klasycznie, kocur o bladym i zmęczonym spojrzeniu zielonych oczu. Wysoki (naprawdę wysoki), bo idący w ślady ojca, sierść odrosła już przykrywając Wilczka. On sam jednak... stracił kilogramy - depresja, potem choroba i okazuje się, że dieta cud. Wygląda jakby musiał przybrać nowe kilogramy, by być zdrowym. Wychudzony, sierść powoli sama z niego teraz ucieka.
Nieprzystosowany do dzikiego życia i głupi. Nie zmieniło się to. Sprawa się jednak podziała, mleko się rozlało, a on stał się smutniejszy, bardziej aspołeczny i przerażony. W wielkich tłumach nie potrafi sobie poradzić z lękami, a wszystko poza obozem wydaje się jedną wielką umieralnią. Brak umiejętności komunikacyjnych też nie jest na jego łapę i poznawanie nowych kotów kończy się - brakiem poznawania nowych kotów. Jest też wredny jak czuje się zagrożony. Przypadek - beznadziejny.
Piórko [KG/GK]
Czy zrozumiał aluzję? Poniekąd, tak jakby... może. Wiedział, że koty w klanie za bardzo za nim nie przepadały, a co mogło za tym iść natrętem był on... ale wcale być nie musiał, więc nawet niewiele o tym myślał. W ogóle mało myślał w większości.
– A po co mam się fatygować, by Cię gdzieś zaciągać – stwierdził ze zdziwieniem, bo nawet nie wiedział czemu i po co miał ją w ogóle tykać. – Jesteś kociakiem, czy co? – zapytał jak to on wielki inteligent. Nie kryła się nawet jedna myśl za jego oczami, a pytanie było wprawdzie dziwnie przejmujące się sytuacją, ale jednak nijak nie było widać po nim zainteresowania. Był jak pusta kartka zeszytu z trzeciej klasy podstawówki, której nie udało Ci się zapisać, bo się rok szkolny skończył. Czasami on sam miał dość nie pojmowania większości sytuacji jakie go otaczały, bo powoli się okazywało, że jego brak znajomości w znajomości przynosił złe skutki. Całe nastoletnie życie spędził jak kociak bez kogoś z kim mógł nawiązać głębszą relacje i łapał się na tym, że nawet jeśli kiedyś by chciał to nie potrafił rozmawiać. W żaden sposób. Te rozwinięte tematy były zbyt rozwinięte, a te krótkie były zbyt rozwiewne i trudne do utrzymania.
Księżyce: 96 Płeć: kocur Matka: Tsunami Ojciec: Czarnowron Trwałe urazy: jednostronna głuchota(na lewe ucho) i lekka wada wzroku
bardzo wysoki, szczupły albinos o długim futerku i różowych oczach.
lokalna kryptyda i głodny wiedzy dziwak.
Omen czekał.
Spotkał patrol Klanu Rzeki. Wytłumaczył im spokojnie, że nie ma złych intencji. Że ma ważną sprawę do ich Gwiazdy. Że ma do tego informację na temat kota o imieniu Czarnowron. Nie wiedział, czy to jakkolwiek wypali. Czy to było faktyczne klanowe imię ojca Tornado. Czy w ogóle należał do klanu. A nawet jeśli, to czy należał do akurat tego klanu. A jednak imię to zostało rozpoznane przez klanowych wojowników, którzy ostatecznie zgodzili się pójść po swojego przywódcę.
Dlatego więc czekał. Czekał na Gwiazdę. Kogoś, kto ponoć ma dar dziewięciu żyć, może posmakować śmierci, zobaczyć jak wygląda druga strona i wrócić. Sam plan Omena nie był… Bardzo moralny. Przyjść, skłamać, podszywając się pod syna byłego członka klanu. Dowiedzieć się rzeczy, których by inaczej może się nie dowiedział. Ale nie wykorzysta przecież tych informacji do niecnych celów. Tylko do zaspokojenia swojej ciekawości. Co najwyżej było to dla niego… Moralnie szare. Nie widział w tym niczego złego.
Skoro działo się źle, to mogło dziać się jeszcze gorzej, prawda? Drapieżne ptactwo panoszyło się na ich terenach, rozkradając jedzenie i atakując koty, epidemia zielonego kaszlu dopiero zaczynała się uspokajać, pogrzeby stały się myszą powszednią, Łabędź nie przestawał myśleć o Pajęczej Łapie i potencjalnym zagrożeniu, jakie niosła ze sobą jego osoba. W obliczu tych wydarzeń, powrót Czarnej Łapy wydawał się kwestią czasu. Usłyszawszy od patrolu, że na granicy czeka na niego ktoś, kto posiada informacje o kruczoczarnym kocurze, przywódca skwitował to dmuchnięciem przez nos w wyrazie gorzkiego rozbawienia. Podziękował wojownikom, po czym ruszył we wskazaną stronę, chcąc przekonać się, o jakież informacje chodziło. Na tym etapie już nawet się nie stresował, jedynie z pewną dozą rezygnacji zastanawiał się, jak poradzić sobie z krążącym po okolicy wygnańcem. Bo zapewne wrócił i gdzieś tutaj krąży, zgadza się? W innym wypadku skąd ktokolwiek miałby mieć o nim wiadomości akurat teraz? Swoją drogą... Kim był ten ktoś? Ani opis zaserwowany przez patrol, ani późniejsze dostrzeżenie informatora na własne oczy nie nasunęły mu żadnych odpowiedzi.
— Witaj — przywitał się łagodnie, aczkolwiek z wyczuwalną rezerwą, stając nieopodal nieznajomego. Rozejrzał się ukradkiem, czy aby na pewno biały kocur przyszedł sam. Może powinien, ale nie bał się ataku, nie spodziewał się zasadzki. I sam nie wiedział, czy była to skrajna naiwność, zważywszy na okoliczności, czy czuł się zbyt sposępniały, by przejmować się drobiazgami. — Słyszałem, że przyszedłeś tutaj z ważną sprawą. W czym mogę pomóc?
Księżyce: 96 Płeć: kocur Matka: Tsunami Ojciec: Czarnowron Trwałe urazy: jednostronna głuchota(na lewe ucho) i lekka wada wzroku
bardzo wysoki, szczupły albinos o długim futerku i różowych oczach.
lokalna kryptyda i głodny wiedzy dziwak.
- Dzień dobry, Gwiazdo - odpowiedział, na przywitanie skinając przywódcy z szacunkiem głową. Na szczęście rzeczniaka, Omen nie planował na niego żadnego ataku. To byłoby prawdziwie niemoralne.
- Tak. Chodzi o. Czarnowrona. Ale najpierw chciałem się dowiedzieć. Dlaczego został wygnany z klanu - przynajmniej tyle się dowiedział w Nowym Świcie. Że był wygnańcem z klanu. Ale nie wiedział tak właściwie jaki był powód. I zapewne reszta Nowego Świtu również nie wiedziała jaka była prawda. Gdyby znali jego grzechy, zapewne nigdy by go do siebie nie przyjęli.
- I chciałbym wiedzieć, czy jakaś jego rodzina wciąż jest w klanie. Czarnowron był. Moim ojcem - mówiąc to sądził, że kłamie. Przecież kto by się spodziewał, że ma tego samego ojca co jego ciotka? Nikt raczej się nie spodziewa takich fikołków w swoim drzewku genealogicznym. Ale Omen łudząco przypominał swojego ojca. Tylko, że jego futerko było odwrotnością futra czarnego wygnańca. Śnieżnobiałe i długie - I nawet jeśli nigdy go osobiście nie poznałem, miło by było... Spotkać jeszcze jakąś żywą rodzinę
Nieznacznie zmarszczył brwi słysząc pytanie. Jak wiele tak naprawdę ten kocur wiedział o Czarnej Łapie? Czego nie znał, to powodu, dla którego syn Pajęczej Nogi został wygnany, ale w tym Łabędź nie widział niczego dziwnego. Patrząc na całokształt jego występków, drobne kłamstwa czy niedopowiedzenia nie wydawały się nieprawdopodobne, zgoła odwrotnie. Po co narażać się na ostracyzm? Tym, co faktycznie wprawiło go w zdumienie, było zrozumienie, że ma do czynienia z synem Czarnowrona... który w życiu nie poznał swego ojca. Co w takim wypadku miał do zaoferowania Klanowi Rzeki?
I czy to istotne? Rzeczniak złapał się na byciu nadmiernie nieufnym tylko z powodu kota będącego motywem przewodnim ich spotkania. Niepotrzebnie zatapiać się w podejrzliwości, ponieważ ktoś wyraża zainteresowanie swoimi korzeniami, prawda? Ale czyż to nie osobliwe, że najpierw dzieci Raniuszka zjawiły się na granicy, teraz potomek Czarnej Łapy...?
— Wybacz moje maniery, pozwól, że się przedstawię. Jestem Łabędzia Gwiazda. Z kim mam przyjemność? — zaczął, leniwie kołysząc ogonem na boki. Ciekawiło go imię przybysza, to, czy jakkolwiek przypominało te klanowe. — Przykro mi to mówić, ale twój ojciec celowo i dotkliwie zranił innego Klanowicza; takie występki nie są u nas tolerowane, dlatego musiał opuścić klanowe ziemie. Przepraszam, jeśli zabrzmię niegrzecznie, ale moi wojownicy przekazali mi, że posiadasz informacje na temat Czarnowrona. Teraz słyszę, że nie miałeś okazji go poznać, rozumiem przez to, że te informacje nie są... aktualne?
To jedno wolał wyjaśnić od razu. Jeżeli dowie się czegoś o dalszych losach ex-terminatora po odejściu z Klanu, to świetnie, zawsze dobrze mieć jakąś wiedzę. Natomiast na ten moment priorytetem było upewnienie się, że jego Klanowi nic nie grozi z strony nieżyczliwego im kota.
Księżyce: 96 Płeć: kocur Matka: Tsunami Ojciec: Czarnowron Trwałe urazy: jednostronna głuchota(na lewe ucho) i lekka wada wzroku
bardzo wysoki, szczupły albinos o długim futerku i różowych oczach.
lokalna kryptyda i głodny wiedzy dziwak.
- Łabędzia Gwiazda... - powtórzył imię przywódcy pod nosem. Ciekawe jakie imię nosił za czasów bycia wojownikiem. Klanowie imiona są całkiem... Fascynujące. Jak sporo rzeczy na temat klanów. Ich historia ciągnęła się od tak dawna - Ja jestem Omen
- Dotkliwie? Jak bardzo, jeśli... Mógłbym spytać? - jego wyraz pyska nie zmienił się bardzo. Jednak widać było pewien niepokój. Przypomniała mu się niedawna sytuacja w Świcie z jego ciotką Sekwoją i Raniuszkiem. Nie był jej świadkiem, ale słyszał o niej. Trudno nie usłyszeć. Wywalono Sekwoję z rady. I jak bardzo by ciotki nie kochał, nie zgadzał się z jej czynem. Nie powinno się krzywdzić innych kotów. A gdy teraz usłyszał, że ojciec Tornado celowo i dotkliwie zranił drugiego kota, był... Nawet sam nie wiedział, co czuł. Co nie było u niego dziwne, ale to już inna sprawa. Gdyby wiedział, że to faktycznie jego ojciec i wcale nie skłamał o swoich korzeniach, to czułby pewne... Obrzydzenie, co nie było u niego w ogóle częste. W tym obrzydzenie sobą. Że był potomkiem okrutnego kota, chociaż jeszcze nawet nie wiedział jak okrutnego.
Ale nie był w pełni nastawiony na to, że to co mówi Łabędzia Gwiazda to całkowita prawda. Jednak była w nim pewna chorobliwa ciekawość i chciał usłyszeć jakiekolwiek detale. Dowiedzieć się czegokolwiek więcej.
- Osobiście nie powiedziałbym, że nieaktualne. Zależy od jakiej strony się na to. Spojrzy - przechylił delikatnie głowę, puszysty ogon zakrył jego przednie łapy - Koty z okolicy w której się wychowałem go znały. I szukały, gdy zniknął. Odszedł daleko. Zbyt daleko, by móc podążyć jego tropem. By go znaleźć - czy to prawda? Nie wiedział do końca. Ale pewnie ktoś go szukał. W końcu był członkiem Nowego Świtu - I od tamtej pory nikt go nie widział. I tutaj przychodzi. Moja propozycja... Pomocy, jeżeli tak to można nazwać, żeby to spotkanie było bardziej... Warte czasu Gwiazdy we własnej osobie... Widzisz, dużo chodzę po terenach. Pobliskich. Za grzmiącą ścieżką. Nawet czasami zwiedzam osiedle i siedlisko koni. Gdybym kiedykolwiek... W jakikolwiek dowiedział się o powrocie. Czarnowrona. Do tych okolic. Powiadomiłbym was. Jak najszybciej - czy była to szczera propozycja i by jej dotrzymał? Trudno stwierdzić.
- Ale nie ukrywam, że przyszedłem tu w głównej mierze po informacje, których może nie posiadać... Losowo napotkany wojownik. Jednak... Nie zamierzam marnować bardzo twojego czasu. Zapewne jesteś. Bardzo zajętym kotem. Jako przywódca klanu. Nie chcę dowiedzieć się jednak o niczym... Co można by jakkolwiek przeciwko wam. Wykorzystać. Jeśli cię to martwi - zapewnił. Czy klany były realnym zagrożeniem dla Nowego Świtu? Zapewne. Zwłaszcza, gdy Nowy Świt był jednak całkiem mały. Jednak nie miał zamiaru czynić źle dla klanów. To wciąż były koty, tak jak oni.
Biały kocur uważał klanowe imiona za dość fascynujące, Łabędź natomiast mógł wyrazić się podobnymi słowy o mianach samotników. Nie miał styczności ze zbyt wieloma kotami spoza Klanów, przyznajmy sobie szczerze, jednak ilekroć o jakimś słyszał, okazywało się, że nosił imię raczej... niespotykane. Jak Krzywucha, zielarka, o której wiedział tyle, ile udało mu się zasłyszeć w plotkach. Luna, jak przedstawiał się niegdyś Wilcza Łapa, albo Ofelia zamieszkujący okolice Kamiennych Pazurów. Teraz był to Omen — Łabędź wiedział, że z pewnością zapamięta to miano.
Zawahał się przed udzieleniem odpowiedzi na kolejne pytanie. Gdyby mówili o żyjącym członku Klanu Rzeki, bezwzględnie odmówiłby dzielenia się szczegółami ze względu na komfort poszkodowanego. Jednakże Kwitnącego Wzgórza od jakiegoś czasu nie było wśród nich, nie było wśród żywych, natomiast stojący przed nim kot nie dopytywał o pierwszego lepszego kota wyjętego spod Kodeksu, a o własnego ojca. Powinien wiedzieć, jeżeli rzeczywiście chciał (potrzebował?) wiedzieć. Tak sądził.
— Wydłubał mu oko — rzekł bez ogródek, a szarawy ogon drgnął nerwowo. Nie wyobrażał sobie, co musiało siedzieć w głowie Czarnej Łapy, gdy dopuszczał się karygodnych czynów. Tego oraz... innych. I chyba nie chciał wiedzieć. — Po tym bestialskim akcie przemocy prawdopodobnie go zastraszył, by nie powiedział nikomu, kto go skrzywdził, czym kupił sobie nieco czasu. W końcu jednak prawda musiała wyjść na jaw, a kiedy zrobił się wokół niego szum, próbował ucieczki. Właśnie wtedy został wygnany.
Słuchał dalszych słów Omena z uwagą, tym większą, że kocur wypowiadał się specyficznie, urywanymi zdaniami, które niekiedy zbijały Rzeczniaka z pantałyku. Klan Rzeki był swego czasu wyczulony na obecność Czarnowrona w okolicy, ale że inni również...? O tym dowiadywał się dopiero teraz i nie wiedział, czy była to świeża informacja, czy Kosowa Gwiazda miała większe pojęcie na ten temat. Nawet jeśli, zniknęła, nim zdołała przekazać swą wiedzę dalej.
— Kim są te koty? — spytał. Teraz to on przechylił pytająco głowę do boku. Omen zostawiał mu szerokie pole do spekulacji, snucia teorii; nie chciał ich, by kręciły spiralę wątpliwości w jego umyśle. — Cóż, możemy się tak umówić, jak mniemam, ale uczciwie uprzedzam, że nie wiem, czy będę potrafił i mógł odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania. Rozumiem potrzebę dowiedzenia się więcej o swojej rodzinie, niemniej dobro mojego Klanu jest dla mnie priorytetem, to po pierwsze. A po drugie, nie byłem jeszcze przywódcą w czasie... pobytu twojego ojca tutaj. Nie wątpię, że istnieje wiele szczegółów, których nie znam.
Księżyce: 96 Płeć: kocur Matka: Tsunami Ojciec: Czarnowron Trwałe urazy: jednostronna głuchota(na lewe ucho) i lekka wada wzroku
bardzo wysoki, szczupły albinos o długim futerku i różowych oczach.
lokalna kryptyda i głodny wiedzy dziwak.
- Koty z moich okolic... I okolic osiedla. Czasami koty które po prostu mieszkają same, w okolicy. Czasami malutkie grupki, bez nazw. Koty powiązane więziami krwi, albo bliskimi relacjami. Nie wszystkie koty spoza klanów... Żyją samotnie. Na własną łapę. Ja też. Nie żyłem sam. Przez sporo czasu. Dopiero niedawno, po śmierci matki i zniknięciu większości rodzeństwa... Zacząłem żyć jak. Wasza nazwa na nas "samotnik" na to wskazuje. Sam - kłamanie szło mu całkiem łatwo, a brak ekspresywności w czy to głosie, czy to mimice twarzy tylko mu w tym pomagało. Ale teraz kłamał dla bezpieczeństwa Nowo Świtowców. Nie chciał, by klany dowiedziały się na razie o Nowym Świcie. Nawet jeśli już w Nowym Świcie nie czuł się jak w domu, to wciąż... Nie chciał, by coś im się stało. I to z jego winy.
- Nie mam wiele pytań Zadam je i... Po odpowiedziach na nie, albo ich braku. Jeśli nie będziesz chciał ich udzielić, odejdę i dotrzymam mojego słowa. Poinformuję was o powrocie Czarnowrona. Jeśli do niego dojdzie. I się o tym dowiem. Co do... Pytań. Głównie... Czy. Orientujesz się, czy. Została jakaś moja rodzina w klanie? Może jak mają na imię? Teraz... Wiedząc o tym, co zrobił mój ojciec... Nie zdziwiłbym się, gdyby nikt nie chciał się ze mną spotkać. Wciąż jednak... Warto byłoby się ich spytać. Czy by się zgodzili na spotkanie - chciał się dowiedzieć czegoś o rodzinie swojej rodziny, ale i również przy okazji po prostu mieć wymówkę, by przy okazji wypytać się jeszcze trochę o tradycjach i systemach w klanach, bo przecież nie miał zamiaru zajmować czasu przywódcy takimi błahymi pytaniami.
- I... Jako Gwiazda. Kot o dziewięciu życiach. Byłeś na chwilę... Widziałeś swoich przodków? Po drugiej stronie? Bo dostajecie swój dar od... Gwiezdnych, dobrze pamiętam? Czy różnią się jakoś z wyglądu od nas, jeszcze żywych? Można się z nimi jakoś... Skontaktować? - jego różowe, lekko przymrużone oczy jakby na moment zaiskrzyły. Temat śmierci wciąż rozpalał w nim pewną iskrę fascynacji, nawet jeśli śmierć przyszła po tak bliskiego mu kota jak jego matkę. I to witając ją z otwartymi ramionami w tak brutalny sposób. Jego fascynacja... Czy nawet obsesja wciąż w nim siedziała. Zwłaszcza obsesja na punkcie tego, co może być po śmierci. Wiedza co na pewno dzieje się z kotem po odejściu z tego świata mogłaby uspokoić jego emocjonalną stronę. Dać jej odpocząć.
- I. Ostatnie. Chociaż teraz, z wiedzą którą przed chwilą posiadłem może się ono wydawać. Absurdalne. Ale... Czy. Byłaby szansa na to, bym mógł dołączyć do. Waszego Klanu. Wiem że... Mój ojciec. Zrobił coś niewybaczalnego i sądzę że... Powinien za to zapłacić. Ale... Nie jestem nim, ani jego czyny nie są moimi. A wciąż... Jego rodzina to jednak i moja rodzina. Jestem w stanie. Pokazać wam, że możecie mi zaufać. Mogę się zgodzić na. Jakikolwiek układ - czy właśnie próbował znaleźć szansę na dostanie się do klanu, nawet jeśli szanse były na to nikłe? Oczywiście. Dowiedzenie się rzeczy o klanach od wewnątrz brzmiało fascynująco. Poznawanie ich tradycji i zwyczajów na własnej skórze było znacznie lepsze, niż tylko wypytywanie się ich o te rzeczy. A życie w grupie brzmiało obiecująco. W grupie, która nie przypomina mu tylko o tym, co stracił, gdzie widzi tylko jak coraz więcej jego krewnych się wykrusza i znika. W Klanie Rzeki przecież nie ma faktycznie krewnych. Byłyby to dla niego obce koty, z którymi zapewne chciałby zawrzeć pozytywne relacje, ale czy pozwoliłby sobie na przywiązanie się do nich, jak za kociaka przywiązał się do swojej wtedy wielkiej rodziny? Nie. Albo by przynajmniej próbował.
Zawsze warto spróbować.
Rozmowa zaczęła się od tematu rodziny, ale jak widać Omena interesowało znacznie więcej ponad to, co przeskrobał jego ojciec i dlaczego otrzymał od Klanu Rzeki wilczy bilet. I dla Łabędziej Gwiazdy nie było w tym nic nienaturalnego, szczególnie biorąc pod uwagę nowopoznany fakt — kocurowi nie zostało wielu bliskich. Czarnowron nigdy nie zagrzał miejsca w jego życiu, matka zginęła, rodzeństwo w większości zniknęło... Nie było co dziwić się chęci poznania potencjalnych krewnych; kotów co prawda niebędących istotnie bliskimi, ale przynajmniej związanych z nim więzami krwi, co mogło nadawać namiastkę poczucia jedności. Jednakże pomimo zrozumienia, Rzeczniak nie potrafił nie widzieć między nimi ściany, która niewiele miała wspólnego z niewidzialną granicą zapachową, która rzeczywiście ich dzieliła. Jedni nazwaliby to ocenianiem po pozorach, inni intuicją, a Łabędź zapewne określił to eufemistycznie "troską o Klan".
— Niestety, twoi dziadkowie zaginęli dawno temu, rodzeństwo Czarnowrona jeszcze wcześniej... — zaczął, myślami cofając się księżyce wstecz. Historia najbliższej rodziny Omena nie wyglądała kolorowo. — Z nich ostała się jego jedna siostra, natomiast nie wiem, jaki ma stosunek do swojego wygnanego brata i, potencjalnie, jego rodziny. Nie chciałbym zdradzać o niej zbyt wiele nie będąc pewnym, czy sobie tego życzy, sam rozumiesz. Mogę spytać, czy miałaby ochotę się spotkać, o ile jesteś skłonny zdradzić, gdzie zwykle bywasz.
Komfort Rybołowiego Lotu znaczył dla niego więcej niż potencjalne rozczarowanie nieznajomego. Nieznajomego, którego nie chciał traktować jak wroga czy natrętną muchę, ale który swoimi pytaniami zahaczał o delikatne kwestie. Czarna Łapa to temat niechętnie poruszany wśród Rzeczniaków, z tego co zauważył. A Rybołów dostatecznie dużo się wycierpiała, nie chciał dokładać jej być może nieprzyjemnej niespodzianki w postaci chętnego na spotkanie bratanka.
— Zgadza się. Ceremonie przywódców odbywają się wśród Przodków i to właśnie kotom Gwiezdnego Klanu przywódcy zawdzięczają dar dziewięciu żywotów — odparł z łagodnym uśmiechem, zastanawiając się pobieżnie, jak wiele przeciętny samotnik wie o klanowych tradycjach, wierzeniach i całej towarzyszącej im otoczce. Ten tutaj zdawał się wiedzieć całkiem sporo, więc chyba nie musiał obawiać się przypadkowego palnięcia czegoś niezrozumiałego. — Ja też. Widziałem się z nimi na Srebrnej Skórce. I owszem, różnią się, nie dałoby się pomylić ich z żywymi; ich oczy błyszczą, futerka upstrzone są gwiezdnym pyłem... Widząc kogoś znajomego możesz zauważyć, że niekiedy są odmłodzeni albo wyglądają zdrowiej, niektórzy po śmierci tracą blizny, które nosili za życia. Nie wszyscy, ale część. To... chyba kwestia wyboru. Zwykle to nie my, żywi, kontaktujemy się z nimi, to oni decydują, kiedy chcą ukazać nam się we śnie. Co nie dzieje się często, tak swoją drogą. Głównie medycy mają z nimi jakąkolwiek styczność, nawet przywódca nie może domagać się kontaktu. Niestety, o ile właśnie to cię interesuje, nie jestem w stanie powiedzieć, czy twoja matka mogłaby przyjść do ciebie. Nigdy nie miałem okazji dowiedzieć się, jak sprawy mają się ze zmarłymi spoza Klanów.
Uśmiech nabrał przepraszającego wyrazu, gdy syn Płonącego Świtu lekko zmarszczył brwi i z bezradnością rozłożył uszy. Omen nie wspomniał nic o chęci odnalezienia matki w świecie... pozaziemskim, powiedzmy, ale Łabędziowi wydało się to pierwszym logicznym tropem. Ta chęć zbadania tematu musiała chyba z czymś się wiązać, prawda?
Ale ze wszystkiego, co powiedział bladooki, niewątpliwie najbardziej zaskoczyło go ostatnie pytanie. I rzeczywiście, zgodnie z jego przewidywaniami, brzmiało ono abstrakcyjnie. Ani początek, ani nawet środek rozmowy, nic nie wskazywało na taki obrót wydarzeń. Zupełnie jakby to pytanie, w przeciwieństwie do pozostałych, nie było planowane, a pojawiło się w głowie kocura w trakcie ich krótkiej konwersacji. Co być może wcale nie było odczuciem zgodnym z prawdą, bądź co bądź Omen narobił sobie kłopotu specjalnie fatygując się tutaj i prosząc o rozmowę. Na dobrą sprawę nikogo nie powinno dziwić, jeśli i to miałby przemyślane od dłuższego czasu.
— Po co? — odpowiedział pytaniem na pytanie, wpatrując się spokojnie w lico rozmówcy. Nie brzmiał zaczepnie, nie chciał też brzmieć nieprzyjemnie. Niemniej to właśnie pierwsze, co nasunęło mu się na myśl, a zaraz potem wymknęło się na pysk, nim zdołał głębiej się zastanowić.
Tojad nie wyróżnia się zbytnio wzrostem i właściwie już nigdy nie będzie, jako że osiągnęła swoje finalne rozmiary. Mieści się gdzieś w średniej, jeśli chodzi o wysokość, ilością mięśni również nie grzeszy, chociaż jej długie futro - zwłaszcza na ogonie, brzuchu, piersi i gardle - może nieco mylić w tej kwestii. Jest głównie biała, lecz nie całkiem: ciemny, stalowy kolor obejmuje prawie cały jej ogon (z wyjątkiem krótkiego odcinka przy samej nasadzie), a także rozlewa się w dwie nieregularne plamy na jej grzbiecie, przy czym jedna, większa, znajduje się w okolicy jej prawego biodra, drugą natomiast można dostrzec praktycznie w połowie jej prawego boku, w okolicy barku. Z tyłu głowy również ma łatę, zaczynającą się wysoko na karku, obejmującą całe uszy, aż dopiero wysoko na czole dzielącą się na dwa, przeciętą bielą; po prawej stronie ciemna plama sięga połowy oka i zahacza o jego kącik oraz dotyka boku głowy, natomiast z lewej zatrzymuje się nieco wcześniej, tuż po minięciu ucha. Oczy Tojad natomiast ma dwukolorowe - prawe żółtozielone, a lewe błękitne jak niebo. Między nimi natomiast, na samym końcu zgrabnego pyska, znajduje się trójkątny, ciemny, prawie czarny nos, a pod nim, po prawej stronie, można dostrzec okrągłą szarą plamkę.
GILF
Drewniany Kolec [KW], Piołunowa Łapa [KR] | Kruczy Ogon/Gwiazda etc. [GK]
***
Daleko jej było do ideału wojownika, a patrole - grupowe czy samotne - nie należały do tego rodzaju wypadów, do których się rwała. Wręcz przeciwnie, jeśli ktoś dałby jej wybór, to wolałaby nigdy w życiu nie iść na patrol, a już na pewno nie ten przydzielony przez Czereśniową. Ale teraz Czereśniowa zdechła, zakopali ją, patrole rozdzielał Pierwiosnkowy, a Trujący Kieł dochodziła do wniosku, że zwyczajnie nie lubiła tego zajęcia. Wyjątkowo nie miało to nic wspólnego z tym, kto był zaangażowany w wydawanie poleceń. Kiedy tego ranka usłyszała, że w okolicy pory górowania słońca miała wyjść na przechadzkę wokół granic, już nawet nie interesowała się, z kim miałaby pójść. Upewniła się za to, że w tym czasie nie było jej w pobliżu obozu.
Skierowała się w kierunku Ptasich Krzewów. Chciała zapolować, zupełnie samotnie, jakby śmierć Szafirka wcale jej czegoś nie nauczyła, jakby nie wiązała tamtego zdarzenia z konceptem własnej śmiertelności. Jakby jej to nie dotyczyło. Krzewy były gęste, obsypane zielenią i dobrze kryjące ciernie na gałęziach, a także gniazda, które ptactwo zdążyło już tu uwić. Po to przyszła. Po ptaka. Może trzy. Może pięć. Ile złapie. Ile się da. Polowania też nie były świetne, nie miały w sobie nic, co Trujący Kieł mogłaby lubić, ale nie były patrolami i dawały jej pewną wymówkę co do nieobecności na patrolu. I nie musiała spędzać czasu z kotami, którym najchętniej oderwałaby ogony.
Przykucnęła w pozycji łowieckiej, gotowa podążyć za najbliższym możliwym tropem, kiedy do jej nosa doleciała woń, której się nie spodziewała, nie do końca - kot. Obcy. Pachnący inaczej, niż te z klanu. Nadstawiła uszu, zastygła w bezruchu. Czekała. Obserwowała.
//cierń :D
.
.
. ❝i jeśli płynąć to wpław,
zgiąć kolana i kark❞ mamo, nie tędy MAMO, NIE TĘDY
kiedy k.a.ż.ą mi być ✧KIMŚ✧ mieć bielszy uśmiech jestem ▸sobą◂ bardziej i mam zęby ŻÓŁTE