Księżyce: 99 Mistrz: Dębowy Bór Płeć: kotka Ojciec: Raniuszek i Kościste Wybrzeże Trwałe urazy: głuchota na lewe ucho, nadwrażliwość na światło na lewe oko
Księżyce: 99 Mistrz: Dębowy Bór Płeć: kotka Ojciec: Raniuszek i Kościste Wybrzeże Trwałe urazy: głuchota na lewe ucho, nadwrażliwość na światło na lewe oko
Długowłosy, szczupły, wysoki oriental z albinizmem (białe futro). Oczy skośne i różowo-niebieskie, uszy duże, opadające, prosty nos.
Nieco wycofana, nerwowa, nie wie jak zachowywać sie wśród innych kotów. Nie mówi nic albo mówi bardzo dużo, nie ma nic pomiędzy. Wydaje się łaknąć bliskich relacji, nieporadna społecznie.
Płonące Niebo, Rybołowi Lot, Bratek [KRz]
Pokiwała głową na słowa Nocnej Łapy, po czym usiadła w miejscu. Dziwnie tu pachniało... obcymi kotami. Co, jeśli znajdzie ją ktoś poza kocurkiem, ktoś, kto nie będzie dla niej taki miły? Jej wielkie uszy opadły niemrawo, a sama kotka trzęsła się lekko ze stresu i zimna czekając, aż ktoś określi jej los.
W końcu znalazł ją duży, starszy kocur. Miał długie futro w jasnym kolorze, które było ciemniejsze na ogonie, łapach i głowie. Lilia widziała na osiedlu już takie koty. Wyglądał na silnego i mądrego. Córka Raniuszka jakby jeszcze bardziej zapadła się w sobie, sprawiając wrażenie mniejszej niż jest, tak, jakby chciała dać kocurowi do zrozumienia, że wcale nie będzie smaczna, bowiem jest koścista i żylasta.
- T-tak, to ja - pisnęła. Uświadomiła sobie, że nie może brzmieć jak nadepnięta mysz, dlatego spróbowała przywołać swój głos do porządku. - Ja... nie wiem. Nie chcę się wam narzucać. Nie będę wam przeszkadzać? Nie umiem polować - powiedziała szybko, wpatrując się w przednie łapy Łabędziej Gwiazdy - samotnik który mnie tu przyprowadził powiedział, że będę tu bezpieczna i mi pomożecie i mój ojciec mógł pochodzić stąd. Nazywał się Raniuszek. Znasz go może, Łabędzia Gwiazdo? Jest podobny do Nocnej Łapy z wyglądu, ale trochę starszy... i ojej, jeśli nie będę wam przeszkadzać... - mówiła chaotycznie; widać było, że nerwowość zaistniałą sytuacją przeszkadza jej w układaniu sensownych zdań i prowadzeniu spójnego monologu. Poruszyła przednimi łapami, jakby dreptając nimi w miejscu, a jej długi, puchaty, ale chudy ogon drgnął.
W tym pokoju bardzocicho dziś Po trzechdniachnareszcie śpisz [gdzieś za drzwiami został ból] Całych siebie chcemy dać Kilku ludzi > dobrze < nas zna Tylko czasem... słabnienam puls ~*~
— Samotnik? — Zmarszczył brwi w zdziwieniu. Samotnicy z zasady zostawali przepędzani, gdy znaleźli się zbyt blisko granic, dlaczego którykolwiek miałby uznać za dobry pomysł podrzucenie kociaka Klanom? Cóż, nieistotne, akurat nieobecny i niezwiązany z rodziną Lilii kocur to ostatni element układanki, który powinien go teraz zajmować.
Zwłaszcza że istniała obawa, czy młoda im tu zaraz nie wyzionie ducha z nerwów. Nie wyobrażał sobie, co czuła, taka malutka, z dala od domu, zdana na łaskę obcych kotów, w dodatku mogących wyglądać dosyć... onieśmielająco, bo i jemu, i Nocy nie dało się odmówić masywności. Jej poczucie bezpieczeństwa musiało być porządnie zachwiane i bez tego. Jak mógł udowodnić, że nie stanowili dla niej żadnego zagrożenia? Potrząsnął głową.
— Widzisz, u nas w Klanie jest dużo kotów, które potrafią polować, i w Klanie nikt nie poluje z myślą o samym sobie. Starczy dla wszystkich, zaufaj mi. — Starał się brzmieć kojąco. Chciał utulić jej obawy do snu; jak w ogóle mogła myśleć o narzucaniu się im, gdy wyraźnie potrzebowała pomocy? Coś w postawie samotniczki sprawiało, że Łabędziowi jeszcze bardziej miękło serce. — Raniuszek... — Ranna Łapa. — Jeśli myślimy o tym samym kocie, to tak, wiem o kim mówisz. I rzeczywiście pochodzi stąd, chociaż zniknął dłuższy czas temu i niestety nie wiem, gdzie może być teraz. — Uśmiechnął się przepraszająco, nieznacznie kładąc po sobie uszy. Jakkolwiek chciał pomóc jej od łapy, niestety nie było to możliwe. — Ale może wspólnymi siłami uda nam się do czegoś dojść? W każdym razie, to temat na dłuższą rozmowę, więc ponawiam zaproszenie. Możesz z nami zostać, ile tylko będziesz potrzebować, będzie nam miło cię gościć. Jeżeli twój tata to ten sam Raniuszek, którego znam, to... jesteś jedną z nas, Lilio. I masz tutaj rodzinę, która chętnie cię pozna.
Na dzień dzisiejszy tylko kuzynostwo w ilości znikomej, ale co się liczyło to fakt, że miał przed sobą kota, w którym płynęła w połowie rzeczna krew. I Lilia, tak jak Minóg, nie będzie traktowana jak obca.
Księżyce: 100 Mistrz: Łabędzia Gwiazda Płeć: Kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Przepiórcza Pieśń Życia: 9 Trwałe urazy: długi ślad po pazurach między uszami; nadgryzione od boku prawe ucho; blizna po wyrwanym płacie skóry na zadzie, podłużny ślad po pazurach na nosie, ojciec
Księżyce: 100 Mistrz: Łabędzia Gwiazda Płeć: Kocur Matka: Księżycowe Jezioro Ojciec: Skrzące Słowo Partner: Przepiórcza Pieśń Życia: 9 Trwałe urazy: długi ślad po pazurach między uszami; nadgryzione od boku prawe ucho; blizna po wyrwanym płacie skóry na zadzie, podłużny ślad po pazurach na nosie, ojciec
Masywny gbur ze znudzonymi, zielono-żółtymi oczami. Długie futro, czarne srebrne cieniowane umaszczenie z bielą na pysku (od nosa do policzków), od szyi do brzucha oraz na łapach, na wysokości palców.
Dla obcych: gbur, sprawia wrażenie ignoranta. Głównie obserwuje i wyrabia sobie opinie na tej podstawie. Zyskuje przy bliższym poznaniu i okazuje się, że nie jest taki zły. Nawet pożartować potrafi. Dla rodziny dużo cieplejszy, opiekuńczy.
Bzycząca Łapa [KRz]
Słuchałem dokładnie tego, co mówiła Liliowa Łapa i Łabędzia Gwiazda. Czyli dobrze kojarzyłem, że ktoś taki kiedyś należał do klanu. I wszystko wskazywało też na to, że jego córka dołączy do nas, bo zostawienie jej tu samej sobie równałoby się z zostawieniem ją na pewną śmierć. Słowa Przywódcy świadczyły o tym, że myśleliśmy tak samo.
- Pomogę ci odnaleźć się w obozie, Lilio. Gdybyś czegoś potrzebowała, zawsze możesz się do mnie zwrócić. A kiedy będziesz gotowa, zostaniesz mianowana terminatorką. To znaczy, jeśli będziesz chciała zostać u nas na stałe i Łabędzia Gwiazda nie będzie miał nic przeciwko żeby mianować cię po tym jak się zaaklimatyzujesz. Przepraszam, to nie w moich kompetencjach. - zagalopowałem się, po czym pokornie przeprosiłem. Chciałem jednak pomóc kotce się odnaleźć w nowym środowisku z nowymi kotami, choć to Łabędź powinien zadecydować o tym, kto będzie jej przewodnikiem i jaką dostanie rangę na samym początku. Miałem nadzieję, że nie był na mnie z tego tytułu zły.
TO MOJA WINA
nie taki był plan, wiem nie zmyjemy tych plam są jak krople wina możesz to na mnie zrzucić
niech wszystko spadnie na mnie łzy z jej powiek uwięziony wokół pokus, jestem solą w oku
Księżyce: 99 Mistrz: Dębowy Bór Płeć: kotka Ojciec: Raniuszek i Kościste Wybrzeże Trwałe urazy: głuchota na lewe ucho, nadwrażliwość na światło na lewe oko
Księżyce: 99 Mistrz: Dębowy Bór Płeć: kotka Ojciec: Raniuszek i Kościste Wybrzeże Trwałe urazy: głuchota na lewe ucho, nadwrażliwość na światło na lewe oko
Długowłosy, szczupły, wysoki oriental z albinizmem (białe futro). Oczy skośne i różowo-niebieskie, uszy duże, opadające, prosty nos.
Nieco wycofana, nerwowa, nie wie jak zachowywać sie wśród innych kotów. Nie mówi nic albo mówi bardzo dużo, nie ma nic pomiędzy. Wydaje się łaknąć bliskich relacji, nieporadna społecznie.
Płonące Niebo, Rybołowi Lot, Bratek [KRz]
Przekręcila łebek na słowa Łabędziej Gwiazdy. Wszystkie te koncepty były dla niej dosyć... niespotykane. Nie pamiętała jak wyglądało dzielenie się posiłkiem w miejscu, w którym się urodziła. Dwunodzy dawali jej jedzenie, które w większości było dziwnie pachnącą papką a sami jedli co innego, natomiast koty na ulicy nie chciały się z nią niczym dzielić poza tym jednym samotnikiem. Fakt, że koty polowały dla wszystkich wydał jej się... obcy, ale i interesujący.
- Ach... dobrze. Może tata mieszkał tutaj zanim się urodziliśmy. To... już coś - mruknęła, spoglądając na ziemię między sobą a przywódcą Klanu Rzeki. - Może mam wśród twoich towarzyszy jeszcze... jakąś rodzinę. - Nagle poczuła jakiś promyczek nadziei. Że może uda jej się spotkać jeszcze kogoś, z kim dzieli ją podobna krew. Jednak wciąż się obawiała. Poznania obcych kotów, które mogły wcale nie być jej przychylne. Nocna Łapa i Łabędzia Gwiazda wydawali się być przyjaźni, ale Lilia nie była pewna, czy wszystkie koty myślą tak, jak oni.
- Chcę w takim wypadku pójść z wami, jeśli mogę. Skoro... mogę pochodzić stąd. - Po raz pierwszy spojrzała w oczy Łabędziej Gwieździe. Mimo tego, że była dosyć wysoka, wyglądała wciąż, jakby patrzyła na niego z dołu. I teraz kocur mógł dostrzec jej nienaturalnie blade, różowawe oczy. Przypominały odrobinę oczy rodziny Pajęczej Nogi i Kościstego Wybrzeża, ale było w nich coś o wiele bardziej przeźroczystego. Jej skóra też była przerażająco bez koloru, a futro było cienkie i rzadkie, mimo brudu dało się dostrzec, że jest idealnie białe.
- Nocna Łapo, ja... - zająknęła się, zaskoczona entuzjazmem kocurka, który do tej pory zachowywał się w miły, ale bardzo stateczny sposób. Poczuła względem niego przypływ sympatii i wdzięczności - Dziękuję, i... nie wiem co to znaczy terminator. Postaram się jednak nie być dla was ciężarem, słowo - jej ton znów wszedł na odrobinę piskliwy, jakby kotka robiła to zupełnie podświadomie w bardziej stresujących momentach wypowiedzi.
W tym pokoju bardzocicho dziś Po trzechdniachnareszcie śpisz [gdzieś za drzwiami został ból] Całych siebie chcemy dać Kilku ludzi > dobrze < nas zna Tylko czasem... słabnienam puls ~*~
Odwrócił łeb w kierunku swojego terminatora, żeby posłać mu krótki uśmiech, nim powróci wzrokiem do śnieżnobiałej kotki. Nie rozpędzałby się aż tak, ale doceniał ciepło, z jakim Nocna Łapa wyciągał łapę do obcej mu samotniczki. I on oczywiście jak najbardziej popierał zapewnienie młodej miejsca w Klanie Rzeki, w przeciwnym razie nie proponowałby udania się prosto do Obozu, ale przypuszczał, że objęcie rangi terminatora i przyjęcie klanowego sposobu na życie to nie było spełnienie marzeń dla Lilii, która szukała swojej rodziny, a przyjście w okolice Rzeki stanowiło jedynie część drogi powrotnej do jej prawdziwego domu. Na szczęście nie wyglądała na urażoną, wręcz przeciwnie. Chyba lepiej, że był tu ktoś w zbliżonym do niej wieku, kto mógł dodać jej otuchy. On raczej był tutaj kiepskim kandydatem do tej roli.
— Chodź, chodź, nie wybaczyłbym sobie, gdybyśmy mieli cię tu zostawić — odparł przyjaźnie i cofnął się o krok. — Dasz radę iść? Wyglądasz na wyczerpaną. Jeśli możemy cię jakoś wesprzeć, powiedz tylko słowo, pomożemy. Prawda? — na koniec zwrócił się do Nocy.
Lilia uniosła łebek i dopiero wtedy błękitnooki odczuł delikatny niepokój. Nigdy nie widział tak... przejrzystych oczu, aczkolwiek to ich barwa zwracała największą uwagę. Czy ich właścicielka dobrze widziała? Na nic nie chorowała? Wychudzoną sylwetkę i zaniedbane futro dało się łatwo wyjaśnić i zakwalifikować do kategorii problemów relatywnie prostych do zwalczenia, z oczami sprawa nie była tak prosta. Łabędź nie znał się na medycynie... Ani na genetyce, nie da się ukryć. Postanowił jednak wziąć za dobrą kartę fakt, że córka Raniuszka wydawała się czuć dobrze jak na sytuację, w jakiej się znalazła. W Obozie obejrzą ją Rybołowi Lot i Cisowa Gałązka; pomogą, jeżeli będzie trzeba. Cokolwiek działo się wcześniej, teraz, z nimi, była bezpieczna.
Mogli — ba, powinni — iść, czekała ich dłuższa wycieczka przez tereny. Nieco dłuższa zakładając, że kotka będzie wymagała asysty.
Wyjście z Szczerbatkiem było czymś nieuniknionym. Lubił go, chciał z nim spędzać czas, więc jeśli tylko zarzucił mu pomysłem żeby spotkali się po ceremonii, od razu ustawił sobie czas tak, żeby trening przerzucić na drugi plan, a wyjście z kolegą na pierwszy. Jak każdy dobry mistrz, lepiej najpierw dbać o siebie, a potem o innych, nie?? W końcu inaczej ogłupieje jeszcze bardziej! - To co, powodzenia nie?? Ale nie właź w pysk żadnym patkom czy innym psom, bo chyba cię wepcham im od razu do gardła - rzucił wesoło, dając chyba jasny znak że "z drapieżnikami się nie bijemy". - Jakby coś to wrzeszcz!! Będę niedaleko.
Rzucił wesoło, po czym odsunął się kawałek, żeby zacząć węszyć za jakąś zdobyczą.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Wcale nie musiał długo czekać, by znów zobaczyć się ze Szponem po ostatniej, tym razem udanej, ceremonii. I dobrze. Miło mu się spędzało z nim czas. No i nadal pozostawał jak na razie jedynym jego kolegą, z którym mógł w ogóle pogadać, przejść się i sparingować bez wyzwisk.
- Żebyś się nie zdziwił - odgryzł się. Oczywiście chodziło mu, że to on będzie Szpona rzucał na ofiarę dla drapieżników, podczas gdy sam da nogę, ale zapomniał rozwinąć myśl, którą dopowiedział sobie we własnych myślach. - Tak, tak. Ty też.
Oddalił się od białego, idąc w tym samym kierunku, tyle że dalej, węsząc i rozglądając się za piszczkami.
W przypadku syna Ciemnej Mordki sytuacja prezentowała się lepiej, bo już po chwili marszu mógł dostrzec pośród traw błysk łusek – to padalec powoli sunął przed siebie zajmując się swoimi jaszczurzymi sprawami na tyle na ile brak łapek mu pozwalał.
Ach, pech! Nie znalazł nic, ale to absolutnie nie szkodzi. Uzbroił się w cierpliwość, i dalej szukał i węszył za jakąkolwiek zdobyczą. W końcu co to za polowanie, jak nie uda mu się nic znaleźć ha??
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
Zatrzymał się niemalże od razu, gdy błysnęło mu w oczach potencjalną ofiarą. Padalec poruszał się leniwie, toteż Szczerbatek nie poruszał się przez chwilę wcale, cofając nieco ciało i jego ciężar na tylne łapy. Skradał się w pozycji łowieckiej w kierunku piszczki, utkwił wzrok w gadzie i podniósł się na tylnych nogach, by spróbować z wyciągniętymi pazurami runąć przednimi łapkami i przygwoździć jaszczurkę.
Tym razem Szpon trafił na... coś. I coś to było dobre słowo, bowiem nie bardzo przypominało jakiekolwiek ze standardowych leśnych znalezisk. Leżało nieruchomo pod jedną z kęp traw i nie pachniało niczym konkretnym, a już na pewno niczym znajomym. Było czarne, nieco przybrudzone błotem) i kształtem przypominało jaszczurkę? Albo nietoperza, bo miało skrzydła. Z kolei wielkością było zbliżone do jednoksiężycowego kociaka. Ogólnie zagadka, ale za to całkiem miękka w dotyku (klik).
Padalec nie mial najmniejszych szans w starciu ze Szczerbatkiem. Nim zdążył się zorientować, że nie jest sam, został przygwożdżony do ziemi, a uderzenie serca później pożegnał się z tym światem.
To... to nie było zdecydowanie nic, co mógłby zjeść. W pierwszej chwili myślał, że może jednak - stąd wyskoczył na to coś zupełnie tak, jakby polował na mysz, ale... było to zimne, nie miało smaku i pachniało dziwnie. No, i było dość spore! Pchnął to łapą raz, potem drugi, później wziął to w pysk i wściekle zamachał tym na boki, ale.. nic!! Zero!!!! Nawet nie pisnęło!!! Nieco zdezorientowany zaczął to jeszcze lizać, ale... nadal nic. Co za dziwactwo! Ale zdecydowanie, fajne dziwactwo. Może nie nakarmi tym Klanu, ale nakarmi tym serce w gorsze dni. Zabawka zakopana i oznaczona listkiem, a Szpon ruszył w dalsze poszukiwania czegoś, na co mógłby zapolować.
||| czarne futro z przebarwieniami | przeciętnego wzrostu | barczysty i spory | bursztynowe oczy | przerośnięte górne kły | pionowa blizna idąca przez lewe oko | oderwane prawe ucho | lśniąca, zadbana sierść |||
Mimo wielu księżyców spędzonych w ludzkim gnieździe, Szczerbatek jest dość barczysty i solidnie zbudowany, niekoniecznie gruby, zwyczajnie spory, wdając się w ojca. Ma zadbane, czarne futro, dobrze odżywione i lśniące, gładko okalające ciało. Kły ma nieco stępione, choć nadal dumnie prezentujące się na brodzie, za to bursztynowe oczy odznaczają się nieco większą obojętnością niż kiedyś. W ogólnym rozrachunku prezentuje się dobrze, całkiem harmonijnie i dumnie, mimo dość zmarnowanego kroku i postawy.
Wydaje się być nieco bardziej zobojętniały, a jednocześnie na nowo lękliwy. Gdzieś we wnętrzu jeszcze kryje się jego naturalna złośliwość, ale zasłonięta maską doświadczenia nabytego przez księżyce, przez co potrafi hamować swoje odzywki, mądrzej dobierać słowa. Wiedziony melancholią, ponowną tęsknotą za rodzimymi stronami. Może być oschły albo nieprzyjemny, choć on sam argumentuje to raczej ograniczoną rotacją towarzystwa.
No i siup, gadzik zamordowany, Szczerbatek zadowolony, można odstawić pod jakimiś liśćmi i iść dalej. Zdecydowanie nie zadowoli się jednym marnym padalcem, dlatego zaczął więc węszyć i rozglądać się za czymś kolejnym.
Zwierzyny dalej ani śladu. Za to do różowego noska dotarł nieprzyjemny zapach. Znaczy się – nie żeby śmierdziało, ale zdecydowanie woń była z kategorii tych bardziej ostrych i na tyle charakterystycznych, że gdyby był stałym bywalcem lecznicy to w mig by rozpoznał z czym ma do czynienia. Jeszcze nim by dostrzegł wysoką roślinkę o białych kwiatkach zebranych w baldach. Żeby je jednak powąchać z bliska musiałby stanąć na grzbiecie drugiego dorosłego kota.
Istniała możliwość, że Szczerbatek nieświadomie podkradał zwierzynę swojemu koleżce, bo nie minęło znowu tak wiele czasu nim wyczuł zapach kaczki. A jeśli za nim ruszył, mógł dostrzec stonowane kremowo-brązowe piórka pośród traw. Ich właścicielka była zajęta budową gniazda.
Poruszył nosem, kiedy poczuł to… coś. Kwiatki? Teraz to przydałby mu się Jaśmin, na pewno by wiedział co to jest! Sam jednak nie był tym zbyt zainteresowany; nie próbowałby ich nawet zerwać czy z nimi pajacować, wolał się skupić na tym, żeby znaleźć coś na co mógłby zapolować. Szedł więc dalej, węsząc za jakąś zwierzyną.